Wydanie internetoweAfryka

Czas na Sudan

Marek ŻydokSudan

Budzisz się na łodzi o 6 rano, dźwięk dzwonu okrętowego dudni jeszcze w uszach podczas briefingu. Pijąc poranną kawę widzisz wokół kilka innych statków i wiesz, że jak nie będziesz uważał to wypłyniesz pod koniec nurkowania przy jednym z nich i kilkadziesiąt metrów pokonasz płynąc na powierzchni, często walcząc z zalewającymi twarz falami.

Po kilku wyjazdach na safari nurkowe do Egiptu, podczas których codziennie słyszysz zapewnienia, że tutaj, dokładnie w tym miejscu będą rekiny, a przynajmniej, że ktoś kiedyś, no…nie tak dawno je widział, chcesz naprawdę spotkać te cudowne stworzenia. Masz ochotę podziwiać najdoskonalsze zwierzęta w dziejach Ziemi, tak doskonałe, że nie zmieniły się praktycznie od kilku milionów lat. Poza tym męczą cię tabuny nurków pod wodą, nawet na pełnym morzu na głębokim południu w rejonie St. John`s czy wrakach północy.

Wtedy wybierasz Sudan, Dżumhurijjat as-Sudan, największe państwo afrykańskie, zamieszkałe przez 40 milionów ludzi, mówiących kilkudziesięcioma językami i dialektami, w którym analfabetyzm kobiet, mających średnio 5 dzieci sięga 50 procent. To legendarna Nubia na północy, z której pozyskiwano najwytrwalszych niewolników, tragiczny Darfur na południowym zachodzie, 4 katarakta Nilu, jeden z etapów wędrówki Stasia i Nel.

Do Sudanu nie można polecieć tak po prostu, jak do większości krajów świata. Z uwagi na brak placówki dyplomatycznej w Polsce wszystkie formalności trzeba załatwić w ambasadzie w Berlinie. Trwa to zwykle kilka miesięcy. Otrzymuje się promesę wizy, którą należy okazać na granicy sudańskiej.

Na Okęciu pierwsza niespodzianka-nadbagaż. Wprawdzie uprzedzano nas kilka dni wcześniej, że do Kairu przez Wiedeń cena za 1 kg nadbagażu wynosi 10 Euro ale nie traktowaliśmy tego poważnie. Do momentu ważenia. Na szczęście okazało się, że dzięki wcześniejszemu zgłoszeniu bagażu jako sportowy opłata zmalała wielokrotnie. Po raz pierwszy dotarło do mnie, że na świecie jest kryzys. I namacalnie odczułem dlaczego warto wejść do strefy euro.

Bezstresowa przesiadka w Wiedniu i po 3 godzinach lotu wylądowaliśmy w Kairze.

Miałem okazję podziwiać to miasto jeden raz. Po całonocnej jeździe autobusem z Sharm El Sheikh. W ciągu kilku godzin „zaliczyliśmy” wtedy Muzeum Kairskie, rejs feluką po Nilu, piramidy w pigułce i oczywiście „fabryki” papirusu oraz perfum. Była to standardowa wycieczka dla przyjezdnych, zaplanowana przez urzędników w ministerstwie turystyki w myśl maksymy „każdy musi zarobić na turystach”.

Oficjalnie w stolicy mieszka ok. 7 mln ludzi, w zespole miejskim 17 mln ale chyba nie są to dane wiarygodne. Wokół miasta stale budowane są osiedla, w których mieszkańców nikt nie liczył ponieważ oficjalnie ich nie ma, podobnie jak i budynków. Wszędzie piętrzą się stosy przez nikogo nie sprzątanych śmieci. W centrum miasta są dzielnice slumsów, gdzie czas zatrzymał sie przed kilkuset laty, nie dziwią spotykane stada wielbłądów i kóz. Budulcem domów jest glina, słoma i dykta a klimat ulicy bardziej przypomina bazar niż dzielnicę mieszkalną.

Nocleg w Kairze ma tą zaletę, że pozwala na znacznie swobodniejsze niż z pozycji zorganizowanego turysty poznanie miasta. Zaraz po zameldowaniu się w hotelu i szybkim odświeżeniu wynajęliśmy taksówkę. Po wstępnym ustaleniu trasy, za 70 USD mieliśmy samochód na czas nieokreślony. Kierowca okazał się bardzo miły. Miał tylko jeden feler. Na wszystkie pytania odpowiadał „yes”. Liczyliśmy, że coś nam opowie o mieście, pokaże ciekawe miejsca. A tu pech. Chyba wyczuł nasze rozczarowanie. Po kilku kilometrach nagle skręcił do dzielnicy wąskich uliczek, uroczych arabskich knajpek z siedzącymi wokół fajek wodnych Egipcjanami, sklepów mięsnych z wyeksponowanymi półtuszami baraniny, tęsknie wypatrującymi potencjalnych klientów rzemieślnikami pracującymi w mieszczących się we wnękach domów warsztatami. Tu było zdecydowanie ciekawiej. Sklepy nie przypominały tych typowych dla kurortów Sharm El Sheikh i Hurghady. Nie dziwiło nawet ognisko rozpalone wprost na chodniku. Sceny jak wyjęte z filmu „Blade Runner” Ridleya Scotta, tylko tam byli Chińczycy.

Po kliku minutach do samochodu wsiadła kobieta w średnim wieku. Pamiętałem, że w dawnym ZSRR wystarczyło zamachać ręką na ulicy a za chwilę zatrzymywał się pojazd w kierowcą chętnym do podwiezienia gdziekolwiek, najczęściej za rubla. I nie dziwiło zabieranie po drodze kolejnych pasażerów.

Pasażerka miała na imię Hoda. Po krótkiej prezentacji tak ni stąd ni z owąd zaczęła wykład na temat piramid. Szybko jej jednak przerwaliśmy. Woleliśmy, żeby opowiedziała coś o życiu codziennym w Kairze. Największe nasze zdziwienie wzbudził fakt, że w mieście są tylko 2 szpitale publiczne. Na 17 milionów mieszkańców! Obserwując ruch uliczny zadawaliśmy pytania o wypadki, które po obserwacji ruchu drogowego powinny być powszechne. Okazało się, że owszem, stłuczki zdarzają często, natomiast poważne incydenty drogowe należą do rzadkości. Kierowcy są perfekcyjni, praktycznie nie potrzebują znaków drogowych i świateł sygnalizacyjnych na skrzyżowaniach i…w samochodach. Pojazdy mijają się w odległościach, które powodują palpitację serca – najczęściej poniżej 10 cm. Chcąc skręcić z przyśrodkowego pasa w ulicę w prawo po prostu skręca się a jadące samochody ustępują takiemu kierowcy drogę. Skręcając wystarczy po prostu głośno trąbić, chociaż właściwie trąbią wszyscy, chyba w celu zasygnalizowania swojej obecności na drodze. Powstaje kakofoniczna symfonia charakterystyczna dla wschodnich metropolii.

Hoda okazała się właścicielką kilku sklepów niedaleko piramid. Z dachu jej sklepu obejrzeliśmy za free spektakl „Światło i dźwięk„ dodatkowo popijając wyśmienitą kawę. Czysta romantyka. Piramidy skąpane w zmieniających się kolorowych światłach są naprawdę olśniewające. Potem był inny spektakl. Brat Hody zaprosił nas na show perfumowy. Żonglował buteleczkami, przelewał i podpalał płyny, wlewał do nich wody. Magia tego wieczoru zadziałała. Pomimo zapewnień, że naprawdę nie musimy nic kupować zdecydowaliśmy się na aż trzy gustownie zapakowane buteleczki perfum. Za całe 100 dolarów. Stoją nierozpakowane do dzisiaj. Uznaliśmy, że nietaktem byłoby niekupienie czegokolwiek. Na ofertę zakupu jednego papirusów pozostaliśmy obojętni.

Magia trwała dalej. Po wyśmienitej kolacji zjedzonej na naszą prośbę w knajpce nastawionej raczej na lokalnych gości (do dzisiaj czuję smak wspaniale doprawionych potraw) wyruszyliśmy „na miasto”. Właściwie bez konkretnego celu. Cel pojawił się po kilku kilometrach. Na dziedzińcu przed restauracją o dźwięcznej nazwie First Class trwała zabawa weselna. Hoda bez problemu wynegocjowała u rodziców młodej pary zgodę na filmowanie i fotografowanie przez nas uroczystości. Wtopiliśmy się w tłum weselników uważnie obserwując uroczystość. Właściwie wesele to niewiele różniło się od polskich wesel. Chociaż kilka różnic dało się zauważyć. Pomijając stroje zwróciliśmy uwagę na to, że kobiety grzecznie stały za młodą parą. Jedyne objawy radości z uczestnictwa można było zobaczyć na ich twarzach. Za to płeć męska śmiała się głośno, tańczyła w takt muzyki kapeli złożonej oczywiście z mężczyzn. Dominowały wydające przeszywające dźwięki piszczałki oraz tamburyny. Wszyscy oczywiście byli trzeźwi.

Niestety musieliśmy jechać dalej. Pomimo późnej pory ulice tętniły życiem, klaksony samochodów wygrywały symfonię skomponowaną przez pozbawionego słuchu samouka, na oświetlonym małym boisku rozgrywano mecz koszykówki, mimo, że zegarki wskazywały prawie północ. Jeszcze krótka wizyta na placu przed wejściem do największego kairskiego bazaru Chan al-Chalili, krótkie spojrzenia na znajdujący się w pobliżu najstarszy uniwersytet na świecie Al-azhar założony w 972r. Kilka lat wcześniej daleko na północy Mieszko I przyjął chrzest, o uniwersytetach nikt wtedy raczej nie myślał, a tu, proszę…

Zmęczeni, kolejne kilometry pokonywaliśmy nie zwracając uwagi na przejeżdżające o milimetry samochody ze zgaszonymi światłami. Kilka godzin wcześniej za żadne skarby nie usiadłbym w Kairze za kierownicą samochodu. Teraz wydawało się to nie takie straszne.

Wycieczka dobiegała końca. Pomimo późnej pory miasto nie spało. I chyba nigdy nie zasypia, jak większość światowych metropolii. Jadąc smętnymi uliczkami zatrzymaliśmy się pod blokiem Hody. Zachwalała nam jeszcze zalety dzielnicy, w której mieszka, opowiadała o bliskości stacji metra i nagle zaproponowała wizytę w swoim mieszkaniu. Wow, tego się raczej nie spodziewaliśmy. Po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda kairskie mieszkanie, jak mieszkają zwykli ludzie. Do tej pory znaliśmy Egipt tylko od strony luksusowych hoteli z basenami albo statków, na których odbywały się safari morskie.

Klatka schodowa nie wzbudzała zaufania, ciemna, raczej nigdy nie sprzątana. Drzwi na parterze otworzyła pani w średnim wieku, jak się okazało siostra Hody. Odbywało się właśnie przyjęcie urodzinowe syna gospodyni. No tak, matka ciężko zarabia pieniądze i nie ma czasu dla swojego syna. Ubrani w odświętne szaty goście powitali nas z lekką dozą nieufności, trochę zdziwieni trochę zaciekawieni. Podziwialiśmy wystrój wnętrz, urządzonych z typowym wschodnim przepychem, pozłacane oparcia mebli, sztuczne kwiaty w oszklonych gablotach, kryształowe żyrandole. Hoda należała do lepiej uposażonej warstwy społecznej. Po kilku minutach prysła otoczka nieufności, poczuliśmy, że zostaliśmy zaakceptowani, jedliśmy urodzinowy tort popijając go wyśmienitą kawą. Chcąc zrobić przyjemność solenizantowi próbowaliśmy wręczyć Hassanowi drobną sumę pieniędzy ale wyjaśniono nam, że dzieciom nie wolno dawać pieniędzy a jedynie drobne prezenty. To wypacza charakter. U nas niestety taki pogląd jest rzadkością.

Spędziliśmy na przyjęciu ok. 30 minut. Niestety, czas było wracać. Tyle wrażeń jednego dnia. Wspomnieniami można wypełnić niejedną stronę książki.

Kolejny dzień był interesujący ale już nie tak urokliwy. Spędziliśmy całe 5 godzin w Gizie. Nikt nas nie poganiał, powoli przemieszczaliśmy się od jednej piramidy do drugiej, syciliśmy się widokiem jedynego pozostałego cudu starożytnego świata. Nad głowami przemieszczały się wielkie pierzaste chmury co chwila zasłaniając słońce. Padające cienie majestatycznie przesuwały się po ścianach piramid. Wymarzone światło do zdjęć.

Mając więcej czasu niż na zwykłej wycieczce mogłem podziwiać nie tylko budowle ale również obserwować to co się wokół nich dzieje. Pomimo tego, że była sobota, dzień świąteczny, kręciło się wiele wycieczek szkolnych. Radosne, hałaśliwe dzieciaki ochoczo fotografujące się na tle piramid. Przeważały bajecznie kolorowe stroje, dziewczynki głowy obowiązkowo miały zawinięte równie barwnymi hijabami. Dzieci zachowywały się tak jak nasi uczniowie podczas wycieczki na Wawelu czy zamku w Malborku. W Polsce niedzielna wycieczka nie spotkałaby się z zainteresowaniem, raczej z jawną niechęcią. A tutaj, proszę.

Wieczorem wylatywaliśmy ze starego kairskiego terminala. Przypomina bardziej dworzec kolejowy gdzieś w zachodniej Polsce. Pachnące chemikaliami toalety, podłoga wyłożona popękanymi małymi płytkami terakoty, poszarzałe od wbitego kurzu ściany . Poczułem się jakoś tak…swojsko. Dalej było też całkiem jak za dawnych lat. Otrzymałem bilet z wprawdzie moim imieniem ale nazwisko już nie przypominało znanego mi od dawna. Przewodnik, sympatyczny rubasznie śmiejący się Węgier zapytał tylko czy bardzo się różni od mojego. Na twierdząca odpowiedź zareagował krótkim „never mind”. Bagaże ustawiliśmy obok lady wskazanej lady. Nikt bagażu nie oznakował, nie otrzymaliśmy też żadnego dokumentu potwierdzającego, że w ogóle mieliśmy cokolwiek. Jakiś człowiek o wyglądzie kierownika zapytał tylko czy to nasze i po przeliczeniu skinieniem głowy wydał polecenie stojącym w rogu hali tragarzom. Torby rzucone na taśmociąg po kilku minutach zniknęły w otworze w ścianie. Myślę, że nie tylko ja poczułem lekki niepokój. Zagubienia bagażu na lotniskach są przecież dość częste, sam doświadczyłem tego dwukrotnie, wprawdzie w drodze powrotnej co zdecydowanie mniej boli.

Biletem z innym nazwiskiem rzeczywiście na bramce podczas kontroli granicznej nikt się nie zainteresował.

Biały lecący do Sudanu to cotygodniowa rzadkość. Samolot do Chartumu lata z Kairu codziennie, ale tylko raz w tygodniu, w sobotę ma międzylądowanie w Port Sudan. Inne drogi dotarcia do tego miasta są jeszcze bardziej skomplikowane.

Samolot był fajny. Od tych, którymi do tej którymi do tej pory latałem różnił się wejściem na pokład i lokalizacją silników. Przywykłem do wchodzenia na pokład po dostawianym z boku trapie. Tutaj trap był opuszczony z rufy. McDonnell Douglas, MD-83. Mało tych maszyn lata na świecie. Większość zezłomowano albo spadły, niedawno w Sudanie. Sudan Airways należy do nielicznych linii lotniczych, które wykorzystują te skądinąd porządne maszyny z silnikami umieszczonymi w części rufowej a nie podwieszonymi pod skrzydłami jak we wszechobecnych Boeingach. Wiele osób boi się latać MD. Nie wiem dlaczego? Było czysto, wygodnie, catering nawet niczego sobie, obsługa uprzejma. Miałem problem z zajęciem swojego miejsca 17D, ponieważ rozsiadła się na nim jakaś zawinięta w kolorowe szaty matrona. Interweniowałem u stewarda ale ten tylko machnął ręką i rzucił krótko „free seating”. W sumie to mają rację. Po co numerować miejsc. Jak różnica czy będę siedział na 17D czy 15C? Grunt, żeby zgadzała się liczba pasażerów.

Przed startem wysłuchaliśmy kojącej modlitwy w języku arabskim rozpoczynającej się od słów Allach Akbar. Nie wiedzieliśmy czy to ze względu na samolot czy po prostu muzułmanie jako naród głęboko religijny modlą się za pomyślność przed różnymi ważnymi wydarzeniami w swoim życiu. A lot samolotem od takich widocznie należy. Pewnie u nas z tego powodu klaszczą po wylądowaniu. Z radości, że udało się wylądować.

Aeroplan był stary. Bardzo stary. Nie zdawałem sobie z tego sprawy dopóki nie odwiedziłem toalety. Pod lusterkiem poziome wycięcie z narysowaną żyletką wyznaczało miejsce, gdzie można było wyrzucić zużyte ostrze. Było czysto, na ścianie widoczne ślady niedawnego malowania pędzlem. Widocznie samolot został poddany przeglądowi pogwarancyjnemu. W Egipcie w reklamach łodzi safari zawsze piszą, że była zbudowana najpóźniej 2-3 lata temu. A tak naprawdę chodzi o remont lub po prostu odświeżenie.

Lądowanie w Port Sudan nastąpiło około północy. Pilot zrobił to perfekcyjnie, żadnych szarpnięć. Nikt nie klaskał. Widoczne moda jeszcze nie dotarła. Za mało Polaków lata do Sudanu. I raczej długo nie będzie. Obok terminala, do którego podjechaliśmy zauważyłem migające światła wozu strażackiego. Chyba tak na wszelki wypadek. Widocznie są zapobiegliwi. Ostatnio sudańskie samoloty miały złą passę.

Do sali odpraw dotarliśmy na piechotę. Krótki, około stumetrowy spacer. Widziałem to lotnisko z góry na Google Earth. Niestety program nie pokazuje wnętrz budynków na wzór Street View. Kontrola graniczna nie przypominała żadnej do tej pory mi znanej. Najpierw kłębiliśmy się w małym przedsionku, oczekując na swoją kolej do przejścia przez wąskie gardło pomiędzy dwoma ladami. My, zahukani turyści kontra miejscowi, którzy nie mieli żadnych skrupułów, żeby nas zepchnąć na bok. Po kilkunastu minutach zamieszania jak za czasów kolejek po mięso w PRL, odebraniu paszportów (zobaczyliśmy je dopiero za tydzień), zdjęciu bagaży z taśmy przeszliśmy do części, gdzie odbywała się kontrola celna. W międzyczasie pojawili się tak naprawdę nikomu niepotrzebni tragarze operujący na dystansie około 30 metrów. Stojąc w tłumie mogliśmy podziwiać sklep wolnocłowy. Zamknięty. Zresztą ilość towarów nie zachwycała. Trzy rodzaje proszków do prania – OMO, Dixan i Persil. Dwa ostatnie dawno zapomniane w naszej części Europy.

Kontroli celnej poddawana jest każda sztuka bagażu. Głównym a może jedynym obiektem zainteresowań są pornografia oraz alkohol. Mój celnik był znudzony jak sprzedawca piasku na pustyni. Po otwarciu pierwszej torby machnął ręką na pozostałe i przykleił na torbach fioletowe naklejki. Tak oznakowany bagaż miałem kiedyś na lotnisku Ben Guriona w Tel Awivie –po kontroli chemicznej, czysty od materiałów wybuchowych i narkotyków. Ale nie sądzę, że Sudańczycy korzystali z doświadczeń swoich śmiertelnych wrogów. Przez tą miłość sudańsko-arabską musiałem wymienić całkiem świeży paszport. Pieczątka izraelska w paszporcie jest tutaj jak czarna polewka. Jej posiadacz nie ma prawa wstępu na teren Sudanu. Za posiadanie alkoholu, nawet miękkiej pornografii czy po prostu śmielszej fotografii grozi deportacja. Za spożywanie alkoholu kary są mniej surowe, areszt na 48 godzin, ewentualnie kara chłosty wymierzana natychmiast. Ciekawe jak zareagowaliby na granicy na zdjęcie Dody.

Po opieczętowaniu bagażu i przejściu kilku metrów kolejna szybka kontrola sprawdzająca czy naklejka nie spadła i byliśmy wolni.

Następna niespodzianka to brak roamingu w większości telefonów. Działały tylko telefony jednego operatora, ale logo tej firmy jest często spotykane na świecie.

W drodze do portu próbowałem wypatrzeć cokolwiek ale ze względu na „egipskie” ciemności Sudan pomimo pobytu na jego terytorium paradoksalnie mogłem poznać dopiero za tydzień.

Na nabrzeżu było zacumowanych kilka łodzi safari, w odległości kilkuset metrów zakotwiczyły majestatycznie potężne statki handlowe, prawdopodobnie chińskie. Eksport do tego kraju, głównie ropy naftowej, wynosi prawie 70% w przeciwieństwie do 13% -ego eksportu. Sudańczycy widocznie zadowalają się lokalną produkcją, nie zalała ich jeszcze masowa chińska produkcja.

W porcie czekał na nas największy statek w tej części Morza Czerwonego - Cassiopeia. Własność węgiersko-sudańska. Kilka lat temu gościł na niej sam prezydent Bashir. Po zaokrętowaniu i zjedzeniu tradycyjnej, nie różniącej się od kuchni egipskiej kolacji w świetnych nastrojach poszliśmy spać. Śniąc o rzeczach, które miały nas spotkać. I nie zawiedliśmy się.

Następnego dnia obudziliśmy się na pełnym morzu. Śniadanie tradycyjnie złożone z placków pszennych, naleśników, wędlin, sera i warzyw smakowało wybornie ale nie odbiegało niestety od oferowanego na statkach egipskich. Potem okazało się, że kucharz jest Egipcjaninem i tylko dwaj członkowie załogi to autochtoni. Szkoda, kraj można lepiej poznać znając jego kuchnię. Poza normalną pracą na łodzi zadaniem Sudańczyków był dyskretny nadzór. Mieli reagować w przypadku, gdybyśmy np. chcieli karmić rekiny co do niedawna było bardzo popularne. Po każdym rejsie muszą składać szczegółowy raport z wyprawy. Większe wykroczenia mogą skończyć się odebraniem licencji na organizację safari. Fantazja nurkujących nie zna przecież granic. Przewodnik opowiadał jak w ub. roku łódź wynajęła grupa Rosjan. Dziewczyny chodziły nago przez cały rejs, alkohol lał się strumieniami, bardziej intymne kontakty nie wymagały niepotrzebnej izolacji. Nurkowanie też odbywało się nago, zresztą zejść pod wodę było w sumie 6 czy 7. Zaraz na początku wyprawy nieskrępowane zabawy zostały wypatrzone przez Francuzów z przepływającej niedaleko łodzi. Do końca rejsu pomimo niepisanej zasady, że każda grupa nurkuje na innych rafach francuscy nurkowie nie odstępowali Cassiopei na krok.

W Sudanie jest 10 łodzi safari, z czego 4 zwykle stoją w porcie. W ciągu tygodnia tylko raz widzieliśmy inny statek ale w odległości kilkuset metrów. Pod wodą nikt sobie nawzajem nie przeszkadza. Rafy są niezniszczone, tętnią życiem, niezakłóconym przez turystów. Z 20 nurkowań rekiny widzieliśmy na 8, z tego jedno nurkowanie było niezapomniane. Wokół nas krążyło pięć przepięknych rekinów szarych. Początkowo nieśmiało okrążały nas w odległości kilkunastu metrów, trzymając się w grupie. Coraz bardziej zaciekawione podpływały bardzo blisko tęsknie wciągając w nozdrza wodę, która omywała nas zabierając pot intensywnie wydzielany na skutek nadprodukcji adrenaliny. Po 20minutach były tak rozochocone, że niebezpiecznie podpływały do nas na odległość 2-3 metrów . Prawdopodobnie po kolejnych kilku minutach przystąpiłyby do degustacji. Na szczęście kończyło nam się powietrze i musieliśmy, trochę z żalem opuścić to miejsce. Rekiny nie goniły nas, wbrew mitom lansowanym w literaturze popularnej.

Inną niezapomnianą atrakcją są odwiedziny w pozostałościach bazy utworzonej przez Jacka Cousteau w roku 1963 na rafie Shaab Rumi. Do dzisiaj zdziwienie budzi fakt, że baza taka powstała właśnie tutaj a nie w bardziej wydawałoby się przyjaznym Egipcie. Na odwrót obecnie Egipt jest kwitnącym rajem turystycznym, Sudan natomiast niedostępnym krajem Czarnego Lądu, w którym turyści pojawią się prawdopodobnie dopiero za wiele wiele lat. Projekt Precontinente II miał udowodnić, że pod wodą można mieszkać przez co najmniej kilka tygodni a w efekcie skolonizować świat podwodny. Zbudowano bazę składającą się z kilku modułów mieszkalnych i technicznych. Po zakończeniu eksperymentu pozostawiono przypominający lądownik księżycowy moduł służący jako garaż dwuosobowych łodzi podwodnych, klatkę, w której chowali się nurkowie podczas karmienia rekinów, garaż indywidualnych skuterów. Pierwsze nurkowanie w tym miejscu wykonaliśmy wczesnym popołudniem. Wpłynęliśmy do garażu, pod kopułą którego gromadzi się wydychane powietrze, przepłynęliśmy prze garaż skuterów, zanurkowaliśmy na głębokość około 30 metrów do klatki chroniącej przed rekinami. Było jak zwykle interesująco ale odczuwałem pewien niedosyt, nie poczułem magii tego miejsca. Przed kolacją obejrzeliśmy film „Świat bez słońca”, w Polsce praktycznie nieosiągalny, ostatnio udało mi się zdobyć wersję rosyjskojęzyczną. Trwający prawie godzinę fabularyzowany dokument opowiadał o „prawdziwym” życiu nurków w bazie Precontinente. Wyglądało to prześmiesznie. Panowie palili papierosy, Jacques Cousteau pykał swoją nieodłączną fajeczkę, mieszkańców bazy odwiedzał fryzjer, który strzygł jednego z nurków jednocześnie jedząc kanapkę. Goszczono się czerwonym winem. Po bazie chodził kot. Po prostu „real life”.

Kolejne było nurkowanie nocne. Pop raz pierwszy nurkowałem nocą na w sumie otwartym morzu. Baza Precontinente jest położona na zewnętrznej stronie rafy tworzącej atol. Jej odnalezienie nie było takie łatwe. Po zanurzeniu i oświetleniu latarkami podwodnej budowli odżyły obrazy widziane godzinę wcześniej na filmie. Do garażu wpływał latający talerz, przez okna przebijały snopy światła oświetlając ciemności, obok przemykali nurkowie z obsługi technicznej dostarczającej adsorbenty do bazy. Magia. Chętnie spędziłbym tu całe nurkowanie wywołując z pamięci obrazy z przeszłości. Niestety reszta grupy popłynęła dalej i chcąc niechcąc podążyłem za nimi. Warto było. Po rafie kroczyły majestatycznie olbrzymie wężowidła, ogończe kryły się w zakamarkach rafy, w świetle latarki nagle pojawił się rekin rafowy. Na szczęście w drodze powrotnej jeszcze raz przepłynęliśmy obok miejsca, będącego częścią legendy kapitana Cousteau.

W czasie safari mieliśmy też okazję odwiedzić prawdziwych latarników. Latarnia morska na rafie Sanganeb zbudowana została jeszcze przez Anglików pod koniec XIX wieku. Załogę stanowi trzech sympatycznych panów, których jedynym zadaniem jest pilnowanie, żeby wieczorem zabłysło światło na wieży. Wejście na górę to pokonanie prawie 300 schodów ale panorama z góry zapiera dech w piersiach.

Pod koniec czekała nas jeszcze jedna wielka atrakcja. Największy wrak Morza Czerwonego, niezniszczona przez bomby Umbria, zatopiona dzięki fortelowi sprytnego włoskiego kapitana. U wejścia do Port Sudan, na rafie Weengate spoczywa stalowe cudo, wypełnione głównie bombami. Kilka lat temu w ładowniach można tu było znaleźć butelki wybornego włoskiego wina. Prawdopodobnie ze względu na braki w zaopatrzeniu w alkohol spowodowany panującą w Sudanie prohibicję zapasy trunku szybko wyczerpały się.

Historia wraku jest dość nietypowa. Kilka dni przed przystąpieniem Włoch do koalicji z Hitlerem Umbria znalazła się na wodach kontrolowanych przez Brytyjczyków. Statek był łakomym kąskiem ze względu na ładunek, którym było m.in. 360000 bomb i innych wybuchowych zabawek. Został internowany w oczekiwaniu na decyzje dowództwa. Kapitan Umbrii nie chcąc oddać tak cennego ładunku wrogom poprosił o przeprowadzenie ćwiczebnej ewakuacji okrętu. Po wyrażeniu zgody załoga opuściła statek a kapitan na oczach zrozpaczonych nieprzyjaciół po prostu zatopił jednostkę.

Innym wrakiem jest Blue Belt -„Toyota wreck”. Wiózł pokaźny transport tych samochodów ale chcąc prawdopodobnie uniknąć kontroli granicznej zboczył z kursu. Uderzenie było tak silne, że jeden z pojazdów stojących na pokładzie przeleciał kilkadziesiąt metrów i osiadł na plateau rafy. Wokół leży kilkanaście samochodów, chętni mogą zasiąść za kierownicą „podwodnej” ciężarówki. Wrak spoczywa do góry dnem na zboczu rafy sięgając rufą ok. 90 metrów. Na głębokości ok. 40 metrów można przepłynąć korytarzem, powstałym pomiędzy rafą a pokładem statku.

Po zakończeniu nurkowań zakotwiczyliśmy w Port Sudan. Uprzedzono nas, żeby nie pić demonstracyjnie piwa, ponieważ statek na pewno jest obserwowany przez czujne służby mogące skontrolować statek. A takie kontrole zdarzają się nierzadko. Od 1991 obowiązuje na północy kraju prawo koraniczne, Szari'at, ustanowione przez Radę Dowództwa Rewolucji, które jest stosowane wobec nie tylko ludności miejscowej. Cudzoziemiec za spożywanie alkoholu może być tak samo wychłostany jak rdzenny Sudańczyk. Na szczęście zapasy alkoholu znajdującego się na łodzi zostały wyczerpane pomimo zdecydowanie wygórowanej ceny trunków( 70 Euro za 0,7 Jacka Danielsa to lekka przesada) i do picia była tylko Coca-cola. Spragnieni byliśmy natomiast wizyty na lądzie, mało znanym turystom nie tylko z Europy.

Po raz pierwszy w Afryce zobaczyłem deszcz. Wielkie krople dżdżu bębniły o dach, wybuchały na portowych falach, tworzyły rzeki na ścianach i pokładzie statku.

Spacerowałem po wielu miastach świata, metropoliach i całkiem małych mieścinach. Ale tylko wycieczkę po Port Sudan pamiętam niemal z fotograficzną dokładnością. Może dlatego, że trwała tak krótko.

Port Sudan, jak wyczytałem w encyklopedii liczył w 1993 roku około 305 tysięcy mieszkańców. Nie wiem czy te dane są wiarygodne. Miasto zbudowane jest z budynków najwyżej jednopiętrowych, zgrupowanych w kwartałach równo podzielonych prostopadle poprzecinanymi ulicami. Chyba, że włączono do tej liczby okoliczne obozowiska. Domy są najczęściej zbudowane niestarannie, od dawna nieremontowane, w centrum pamiętające jeszcze czasy kolonialne. Ale na obrzeżach można zobaczyć nowoczesne budynki przypominające apartamentowce. Za to ulice pokryte są świetnej jakości asfaltem, bez żadnych dziur. Chociaż ruch na ulicach jest dość duży, zarówno pieszy jak i kołowy. Piesi mieszają się z samochodami i rikszami motorowymi, jedni drugim nie przeszkadzają, panuje symbioza. Port Sudan ma raczej krótką historię. Powstało w 1909 roku jako końcowa stacja drogi kolejowej łączącej Nil z Morzem Czerwonym. Najciekawszym miejscem do zwiedzania są okolice bazaru położonego niedaleko centralnego dworca autobusowego.

Przewodnikiem był Mohammed, Egipcjanin, z którym los związał mnie po zdarzeniu na wyspach Braci. Prowadził wskazując co chwila miejsca, których nie wolno fotografować. Raz były to piękne wille innym razem niepozorne budynki. Przed kilkoma laty w Sudanie trzeba było mieć pozwolenie na wykonywanie zdjęć w miejscach publicznych. Wydawało je ministerstwo informacji. Obecnie zakaz ten został ograniczony do miejsc strategicznie ważnych. A do takiego worka jak się później okazało można włożyć wszystko. W krajach demokracji ludowej każdy zagraniczny turysta z aparatem fotografujący bramę PGR-u też mógł być podejrzany o szpiegostwo. Podczas spaceru w kierunku centrum miasta wielokrotnie słyszeliśmy krótkie „No photo”, nawet wtedy, gdy nie kierowaliśmy aparatów w stronę wypowiadających te słowa. Chociaż kilkakrotnie Sudańczycy prosili o zdjęcia uśmiechając się i zachęcająco wskazując na aparat. Tak było m.in. z robotnikami remontującymi ulicę, sprzedawcą męskiej bielizny, kierowcy zabytkowej, na oko 40 letniej Toyoty.

Przemieszczając się spacerkiem wzdłuż przybazarowej ulicy słyszałem kilkakrotnie okrzyki „uadzia” - biali. Pocztą głosową po kilku minutach wiedziało o nas pewnie pół miasta. Turyści bywają tu b. rzadko. Miejscowi handlarze nie są kompletnie na takich kupujących nastawieni. Towary, które oferują mogą zachęcić jedynie miejscowych. Najczęściej owoce o niespotykanych w naszych sklepach soczystych barwach, galabije, bielizna, karty doładowań do telefonów komórkowych. Nie ma tu znanego z Egiptu tandetnego rozpasania wizualnego kiepskiej jakości towarów, naczynia kuchenne.

Coraz bardziej zbliżaliśmy się do nietypowej statui ustawionej na skrzyżowaniu. Był to wielki tygielek, gliniane naczynie używane przez Arabów do parzenia kawy. Wokół rozmieszczono cztery filiżanki, do jednej z nich wlewała się kawa. Miałem okazję pić tak przygotowaną kawę na pustyni niedaleko Hamaty na południu Egiptu. Żadna kawa podawana w najlepszej restauracji nie przypomina tej świeżo palonej, ubijanej w moździerzu z korzeniem imbiru, parzonej na węglu drzewnym w glinianych tygielkach. Może dlatego do dzisiaj nie zachwycam się espresso.

Na innym skrzyżowaniu w oddali majaczył postument z wielką butelką przypominająca Colę. Oglądaliśmy z zainteresowaniem ten mało znany Europejczykom świat, rozluźnieni, rozgrzani promieniami zachodzącego ale jeszcze palącego słońca. Nagle na środku skrzyżowania z piskiem zatrzymała się śnieżnobiała Toyota, z której wypadł wielki czarnoskóry Sudańczyk krzycząc coś w naszą stronę. Nasz przewodnik nie pozostał mu dłużny i za chwilę mogliśmy zobaczyć i usłyszeć typowy popis wschodniego temperamentu. Jedynym zrozumiałym słowem wykrzykiwanym co chwila było „foto”. Kierowca Toyoty wyjął plastikowy kartonik, który na Mohammedzie nie zrobił większego znaczenia, co jeszcze bardziej rozjuszyło rozmówcę. Po chwili wokół nas zebrał się co najmniej stuosobowy ale gęstniejący tłum. Byliśmy otoczeni raczej niechętnie nastawionymi tubylcami, chociaż część z nich patrzyła na nas bardziej z zaciekawieniem niż z niechęcią. Najbardziej wrogo nastawiony był jeden z nich, próbujący wyrwać aparat Mohammedowi. Jak się później okazało, tajny policjant. Dołączyło się też nowe zrozumiałe słowo-passport. No photo+pasport=mamy przerąbane. Chłosty raczej nie będzie ale paka jest prawdopodobna. Na 48 godzin można do wyjaśnienia zatrzymać każdego na całym świecie. Dlaczego miałoby być inaczej w Sudanie. Wprawdzie następnego dnia mamy samolot ale kogo to obchodzi. Tłum wraz z nami zaczął przemieszczać się w kierunku stojącego niedaleko radiowozu. Policjanci byli w niewielkim stopniu zainteresowani pokrzykującym tajniakiem. Sytuacja diametralnie zmieniła się w z chwilą pojawienia się kierowcy Toyoty. Wyciągnięta legitymacja podziałała piorunująco. Jak się okazało był to wysoki rangą wojskowy. Po chwili Mohammed siedział na pace, która z piskiem opon ruszyła z miejsca. Zdążył tylko krzyknąć, żebyśmy jak najszybciej stąd uciekali i zawiadomili załogę statku o incydencie. Na dzisiaj przygód mieliśmy dość. Po kilkunastu minutach byliśmy na statku. W przeciwieństwie do nas Daniel, wspomniany wcześniej Węgier był bardzo rozbawiony całą sytuacją. Zawiadomił znajomego Sudańczyka Ibrahima. Widocznie miał on jeszcze ważniejszą legitymację bo po kilku minutach Mohammed był wolny.

Co było powodem takiego zachowania miejscowych? Strategicznie ważny nie był na pewno wspomniany pomnik z czajnikiem ale to co znajdowało się tuż za nim. Centralny dworzec autobusowy.

Wieczorem podziwialiśmy nabrzeże, na którym zebrały się jak co wieczór tłumy mieszkańców spacerujących wzdłuż promenady, pijących kawę w rozłożonych ad hoc kawiarniach, podziwiających zacumowane statki. A my nie mieliśmy ochoty dołączyć do nich. Ze strachu. Teraz z perspektywy czasu żałuję tej decyzji. Miałbym przecież okazję wypić pyszną kawę, może bliżej poznać Sudańczyków, spojrzeć na nich z innej strony, tak jak pod piramidami mogłem zobaczyć innych Egipcjan.

Wieczorem nad Port Sudan co kilkanaście minut przelatywały dwupłatowce. Pośrednio loty te miały związek z naszą przygodą. Za tydzień do Port Sudan miał zawitać miłościwie panujący od 16 października 1993 prezydent generał Umar Hasan Ahmad al-Baszir. Służby specjalne były szczególnie czujne tym bardziej, że nagrodą za ważne informacje była równowartość 10 dolarów. Samoloty rozpylały na miastem środki owadobójcze. Miliardy much są wyjątkowo namolne w tej części Czarnego Lądu.

Ostatni dzień pobytu był interesujący ale nie tak emocjonujący jak poprzedni. Po śniadaniu, podczas którego snuliśmy tęskne opowieści o polskich specjałach, zostaliśmy załadowani do klimatyzowanych busów. Po pokonaniu kilkudziesięciu kilometrów świetnej jakości drogą w kierunku Chartumu dotarliśmy do Suakin. Po drodze mijaliśmy osiedla domów skleconych z tego co przyniesie wiatr pustyni - kawałków blachy falistej, folii, patyków, ludzi przemieszczających się wzdłuż drogi, czasem dźwigających jakieś pakunki. Od przewodnika dowiedzieliśmy się, że po galabijami zwykle mają wielkie zakrzywione ręcznie wyrabiane sztylety. Czasem na ramionach noszą wielkie miecze. Po prostu taki zwyczaj. Ciekawostką też były często spotykane niezniszczalne ciężarówki Hino, wytrzymujące podobno milion kilometrów.

Największe wrażenie zrobiły na mnie mijane po drodze budowle starej stacji kolejowej. Z oddali wyglądały jak 4 stożkowate namioty o średnicy ok. 4 metrów każdy. Poczekalnia na pustyni raczej nie miałaby racji bytu. Może mieściła się tu po prostu kasa biletowa? Inną ciekawostką są rozłożone na pustyni namioty Beduinów. To najbogatsza i zarazem najbardziej wpływowa grupa etniczna w północno-wschodniej Afryce. Żyją jak kilkaset lat temu, wiodąc koczowniczy tryb życia wędrując po pustyni, hodując wielbłądy, konie i owce. Jednak główne ich zajęcie i źródło olbrzymich dochodów to przemyt. To ich domena w tej części świata, od Syrii po Sudan.

Inna ciekawostką były liczne zielone krzewy, trawa, ślady po rwących potokach na pustyni. Ibrahim (ten, który dzień wcześniej uwolnił Mohammeda) opowiadał, że to ślady po niedawnej wielkiej ulewie. Na egipskim wybrzeżu nigdy czegoś takiego nie widziałem.

Drogowskaz wskazywał, że do Chartumu jest 1200 km, do Darfuru prawdopodobnie ok. 3000. Pytałem Daniela czy nie obawia się rebeliantów podchodzących czasem pod sudańską stolicę i co sądzi na temat sytuacji w tej południowo-zachodniej prowincji. Spojrzał tylko na mnie i zapytał czy obchodzi mnie to co się dzieje w Azerbejdżanie, bo to mniej więcej taka odległość od Polski. Rzeczywiście, po zbiciu termometru znika problem temperatury.

Po około godzinie dotarliśmy do Suakin. Obecnie z tutejszego portu pasażerskiego zlokalizowanego nad morzem odpływają pielgrzymi do Mekki. To miasto zwane kiedyś, już bardzo dawno temu Wenecją Afryki. Od morza prowadzi do niego przesmyk, zakończony kolistą zatoką. W centralnej części znajduje się okrągła wyspa połączona z lądem groblą. Kiedyś wyspę przecinały tętniące życiem wąskie uliczki, przy których kupcy hałaśliwie zachwalali swoje towary, stały meczety gromadzące wiernych , budynki portowe z urzędnikami pobierającymi cło. Oglądając dzisiaj ruiny miasta zbudowanego z bloków wyciosanych z rafy koralowej trudno uwierzyć, że jeszcze 70 lat temu, w latach 30-tych XX wieku był to tętniący życiem najważniejszy port Morza Czerwonego, do którego zawijały statki z całego świata. Niestety, bardziej opłacalna okazała się rozbudowa oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów Port Sudan, niż odbudowa zniszczonego przez trzęsienia ziemi miasta. Dzisiaj można tu zobaczyć jedynie resztki świetności: armaty strzegące wejścia do portu, kolumnady budynków, pokryty patyną herb nad wejściem do kapitanatu portu a właściwie tego co z niego zostało, ruiny składu celnego, meczet. Podczas zwiedzania towarzyszyła nam grupa handlarzy noży. Mieli dwa rodzaje: piękne, wykonane przez lokalnych rzemieślników, jak i plastikowe, prawdopodobnie chińskie. Nawet po zakupie jednego z nich panowie natychmiast od nowa reklamowali towar, tak jakby widzieli nas po raz pierwszy.

Mieliśmy zbyt mało czasu aby nasycić się tym wyjątkowym widokiem, wyobrazić tętniący życiem port z dziesiątkami kupców zachęcających do kupna towarów, marynarzy zwijających żagle, tłumami robotników portowych znoszących towary za statków, karawan wielbłądów ze skarbami z głębi Czarnego Lądu. Podobnie jak nigdy nie ma zbyt wiele czasu podczas zwiedzenia piramid, doliny królów czy świątyni w Luxorze.

Złożyliśmy też szybką wizytę na bazarze w Suakin. Przypomina nieodżałowany bazar na stadionie X-lecia, który z uwagi na klimat też był celem wycieczek z całego świata, nie tylko zza wschodniej granicy. Niewielka część Sudańczyków odnosiła się do nas z sympatią pozwalając na fotografowanie, większość powtarzała sakramentalne „no photo”. Na bazarze był wyraźny podział na strefy wyspecjalizowane w konkretnej ofercie. Była alejka sprzedawców zboża, płodów rolnych (tak soczystych barw nie zobaczycie w polskich sklepach), alejka handlarzy ubrań, alejka krawców, gdzie można było od ręki uszyć piękną galabiję z różnokolorowych materiałów poukładanych w równiuteńkie stosy. Oczywiście kolory są dla kobiet, mężczyźni zawsze wybierają biel. Byłoby chyba nietaktem, gdyby kobieta wyszła ubrana na biało.

Pobyt w Sudanie nieubłaganie zbliżał się do końca. Wracając na łódź zaczepił nas jeszcze handlarz z pięknymi szablami, których cena spadła w ciągu 3 minut z 200 na 100 dolarów, niestety nie akceptował banknotów poniżej 2003r. a tylko takie mieliśmy. Poza tym oceniłem, że nie zmieściłaby się do torby podróżnej. Na pokład samolotu raczej nie pozwoliliby mi jej wnieść pomimo niewątpliwych walorów estetycznych.

Pełni wrażeń po tygodniowym pobycie chyba z radością jechaliśmy na lotnisko. Część odlotów była zdecydowanie nowocześniejsza niż poprzednio poznana. Nie było rozkładu lotów, prawdopodobnie ze względu na znikomą ilość lądowań na tym lotnisku. Jeżeli z Kairu lata jeden samolot na tydzień to raczej nie należy się spodziewać, że z innych stolic afrykańskich częstotliwość jest większa. Na końcu hali znajdował się mały sklepik z lokalnymi pamiątkami. Wybór był nawet niezły ale z uwagi na produkty, z którego były wykonane nie cieszyły się zbyt dużym powodzeniem. Nie wyjdę przecież na ulicę w butach czy nie wyciągnę portfela ze skóry krokodyla. Miałbym też mieszane uczucia grając w szachy z kości słoniowej. Na szczęście były też wyroby neutralne – figurki z hebanu, gustowne maski. Ceny niezbyt wygórowane. Po negocjacjach maska za 30 dolarów czy hebanowa figurka chudego Nubijczyka za 20 stały się dość atrakcyjne cenowo. Wprawdzie podobną maskę widziałem później w podobnym sklepiku w hipermarkecie w Polsce ale mam nadzieję, że moja nie pochodzi z eksportu chińskiego.

Po wylądowaniu samolot z Chartumu szybko ustawiliśmy się w kolejce, otrzymaliśmy też plik dokumentów do wypełnienia. Ale najważniejszym „papierem” była biała taśma samoklejąca długości około 30 centymetrów. Uprzedzono nas, że bez tego skrawka papieru możemy nie wejść na pokład samolotu. Dziwne, bo nie było na niej żadnych oznaczeń. Po odprawieniu bagażu i kontroli paszportowej przeszliśmy do kolejnej salki. Tam czekały nasze, które jak myśleliśmy dawno pojechały do samolotu. Zaczęła się kontrola, podobna do tej po przylocie. Nie wiem, czego mogli szukać ale byli bardziej skrupulatni niż tydzień wcześniej. Podczas przenoszenia bagażu gdzieś mi wypadła TA biała kartka. Pot mnie oblał w obawie przed pozostaniem lotnisku jeszcze tydzień w oczekiwaniu na następny samolot. Chociaż gdybym mógł poświęcić tydzień na zwiedzanie kraju to czemu nie? Na szczęście najważniejszy kawałek papieru odnalazł się. Podniosłem go z namaszczeniem i schowałem do zawieszonego na szyi etui. W sklepie w strefie bezcłowej były poza proszkami do prania dezodoranty Bac. Ostatni raz widziane oho ho…wiele lat temu. Przed wejściem na płytę lotniska rzeczywiście jedyną rzeczą, która interesowała obsługę były białe karteczki. Po kilku minutach trzymali całe bukiety. Do samolotu poszliśmy na piechotę. Jeszcze tylko awantura na pokładzie samolotu sprowokowana przez pasażera lecącego z Chartumu. Ktoś usiadł na jego miejscu a on nie miał zamiaru przesiadać się gdzie indziej. Wprawdzie nie miał żadnego dowodu, że właśnie tu siedział ale obsługa uprosiła osobę, która wepchała się na „nie swoje” miejsce o zajęcie innego fotela. Prawdopodobnie takie awantury zdarzają się nagminnie. Może jednak warto wprowadzić numerowane miejsca. Jeszcze tylko modlitwa kapitana za szczęśliwy lot i oderwaliśmy się od sudańskiej ziemi żeglując w przestworzach do kraju, który do tej pory wydawał nam się dość „dziki” a obecnie urastał do poziomu superdemokratycznego, czystego, przyjaznego państwa. W hotelu zasnąłem podczas rozmowy z kolegą, nie śniąc o niczym.

Cierpię na dziwną przypadłość. Jestem dożywotnio zauroczony każdym krajem w którym do tej pory byłem. Ukrainę kocham na zabój, Egipt jest na następnym miejscu. Może będzie mi dane jeszcze zobaczyć Sudan. „Insza Allah” - Jak Bóg da.

Więcej z Afryki