Uznawany za kolebkę międzynarodowego terroryzmu Iran jest w rzeczywistości krajem bezpiecznym i przyjaznym. Szereg łancuchów górskich, jakimi przyroda obdarzyła starożytną Persje i brak turystów sprawia, iż jest to doskonałe miejsce dla ludzi znudzonych naszymi zatłoczonymi górskimi szlakami.

Wreszcie jesteśmy w Teheranie. Po przeszło 50 godzinach podróży wysiadamy z nagrzanego w pustynnym słońcu autokaru. Nowe miasto, nowy kraj, nowy kontynent. Czuję się trochę niepewnie. W zasadzie mógłby to być nawet Mars. Wszystko jest mi tu równie obce. Wyjmujemy mapę i po chwili otoczeni jesteśmy przez tłum taksówkarzy. Dla nich także jesteśmy czymś niezwykłym. Czterech bladych Europejczyków to perspektywa niezłego zarobku. Jeden z nich łapie za plecaki i zaprasza do swojego samochodu. Wspólnie z innymi szukamy na mapie hotelu. Pozostaje jeszcze kwestia ceny. Taksówkarz proponuje 3.000 riali - dosyć tanio. Wiedząc jednak, że w Iranie obowiązuje druga waluta - tuman (wart 10 riali) upewniamy się jeszcze kilka razy, czy aby na pewno chodzi mu o riale. Wsiadamy więc do samochodu. Plecaki lądują w otwartym bagażniku przywiązane sznurkiem. Słyszeliśmy wcześniej o kierowcach w krajach azjatyckich, jednak to co przeżyliśmy podczas przejazdu z dworca do hotelu przeszło nasze wszelkie oczekiwania. Absolutny brak zasad ruchu drogowego! Światła na skrzyżowaniach migają jednocześnie wszystkimi kolorami. Gdyby działały i tak nikt by nie zwrócił na nie uwagi. Ciągły hałas klaksonów, motory jadące pod prąd, samochody skręcające z lewego pasa w prawo. Nasz kierowca nie zdradza żadnego zdenerwowania, my więc też się uspokajamy i ufamy w jego doświadczenie. Tylko dlaczego on tak krąży? Na mapie trasa wydawała się niezbyt długa i skomplikowana. Wreszcie dojeżdżamy do hotelu. Płacimy. I tu sprawdzają się nasze przewidywania. Kierowca żąda 3.000 tumanów! - to ponad 6 dolarów. Za drogo jak na irańską taksówkę. Proponujemy 5.000 riali. Mało. 10.000. 15.000? Po kilku minutach wokół nas zbiera się tłum Irańczyków popierających taksówkarza w jego żądaniach. "Come to the police!" - krzyczy taksówkarz. Z policją chyba nie wygramy. "Negocjacje" kończą się na 25.000 riali. Jesteśmy wkurzeni. Mam ochotę przyłożyć Irańczykowi, który jeszcze krzyczy koło mnie. Pierwsza godzina i już daliśmy się naciąć.
Wchodzimy do hotelu. I tu kolejna niespodzianka. Jedna noc kosztuje 45.000 riali, czyli 9 dolarów. Gdzie te tanie hotele po 1-2 dolary, o których słyszeliśmy przed wyjazdem? Na szczęście kilkaset metrów dalej znajdujemynocleg za 10.000 riali. Wchodzimy do pokoju i zrezygnowani rzucamy się na łóżka. Pierwszy dzień, a ja mam już dosyć tego miasta. Z za okien dobiega hałas samochodów jadących po sześciopasmowej jezdni. Irańczyk jak sobie nie zatrąbi, to jest chory.
Wieczorem postanawiamy wreszcie wyjść z pokoju. Spotykamy naszych hotelowych sąsiadów. To mieszkańcy Azerbejdżanu i innych byłych republik radzieckich, którzy przyjechali tu na handel. Wynoszą właśnie z pokojów towar i ładują do autobusu. Wszystkie luki bagażowe i połowa autobusu są pełne. Znane nam z warszawskich targowisk pasiaste torby lądują na dachu. Gdy dowiadują się, że jesteśmy Polakami, wspominają mecz, który ich drużyna niedawno przegrała z naszą. Jednak wcale nie zamierzają nas bić. Jeden z nich rozpoczyna rozmowę. Dziwne, ale ten potencjalny bywalec Stadionu X-lecia wydaje mi się teraz bardzo bliski. W Warszawie nigdy bym z nim nie zagadał. Tłumaczy gdzie wymienić pieniądze, jaki jest kurs czarnorynkowy dolara, gdzie jest tania restauracja. Szkoda, że już wyjeżdżają.
Polecona nam restauracja znajduje się w piwnicy budynku po drugiej stronie ulicy. Jest późno więc ruch samochodowy jest nieduży. Wreszcie możemy przejść bezpiecznie przez jezdnię. Wewnątrz panuje duchota, wilgotne ubrania kleją się do skóry. Zamawiamy chelo-kebab - jak się okaże potem, główne danie podczas wyjazdu. Kelner przynosi jedzenie, stawia przed nami też Zam-Zam - irańską podróbkę Coca-coli. Nie zamawialiśmy jej, czujemy kolejną próbę oszustwa. Uśmiechnięty właściciel restauracji uspokaja nas. Napój jest za darmo. Miły Irańczyk??? Nie jest tu chyba jednak tak źle. Opuszczamy lokal późnym wieczorem po odbyciu interesującej rozmowy z szefem. Jesteśmy bogatsi o kolejne informacje o Teheranie. Humory też zdecydowanie lepsze. Wracamy do hotelu i idziemy spać. Po umywalce przebiega karaluch.
O 6-tej rano jest już gorąco. Za oknami setki trąbiących samochodów. Nie da się spać, więc leżę i rozmyślam. Ciekawe, co przyniesie dzisiejszy dzień na Marsie. Na śniadanie idziemy do znanej już nam restauracji. Zjadamy chelo-kebab i wychodzimy na miasto. Mijani Teherańczycy oglądają się za nami z zaciekawieniem. Rzucamy okiem na gazety wystawione w pobliskim kiosku. Na pierwszej stronie każdej z nich twarz powieszonego człowieka - mordercy 9 kobiet. Idziemy przez dzielnicę handlową. Sklepiki na każdej z poprzecznych uliczek specjalizują się w sprzedaży podobnych towarów. Mijamy ulicę lampową, metalową, meblową. Zatrzymujemy się na aparatowej. Na witrynach Nikony, Canony, Minolty. Może nie te najnowsze modele, ale i tak przecież dobre. Ceny niestety nie są okazyjne. W każdym sklepie można jednak wymienić dolary na riale. Średni kurs czarnorynkowy wynosi 4700 riali za dolca. W bankach dają 3000. Nie wiadomo dlaczego wyższą cenę uzyskuje się za banknoty o większych nominałach.
Wychodzimy na Plac Chomeiniego. Ze ściany bloku ogromne surowe oblicze wodza rewolucji przypomina nam, że jesteśmy tylko nędznymi przedstawicielami zgniłego imperialistycznego zachodu. Nieśmiało podchodzimy do budki telefonicznej. W ambasadzie Iranu w Warszawie dostaliśmy numer do Irańskiej Federacji Alpinistycznej. Trzeba się zająć realizacją naszego podstawowego celu - zdobycia Mt. Demavendu - najwyższego szczytu Iranu. Jeden z zaciekawionych Irańczyków po angielsku pyta, czy nie potrzebujemy pomocy. Pokazujemy mu kartkę z numerem telefonu. Kupujemy kartę telefoniczną (z procesorem!) i tłumaczymy, czego chcemy się dowiedzieć od Federacji. Po pięciu minutach wokół nas kłębi się tłum ok. 100 osób. Są wśród nich też milicjanci, żołnierze i oczywiście strażnicy rewolucji. Wszyscy z otwartymi z zaciekawienia ustami. Nie możemy powstrzymać się od śmiechu. Irańczyk umawia nas na 14-tą w siedzibie Federacji. Pamiętając wczorajszą historię z taksówką postanawiamy pójść pieszo. Mapa, którą się posługujemy nie posiada skali. Po drodze kilka razy kupujemy Zam-Zam. Jeden ze sprzedawców krzycząc coś do nas pokazuje palcem na brudne skarpetki wystające z jego sandałów. Inni też mają skarpetki. My nie. Chyba zachowaliśmy się nieprzyzwoicie.
Do Federacji docieramy po ponad godzinie. Spodziewaliśmy się miłego przyjęcia, jakie powinni zgotować sobie ludzie kochający góry. Sądziliśmy, że będziemy mogli zorganizować wspólną wyprawę. Potraktowani zostaliśmy jednak jak potencjalni klienci, z których można zedrzeć kasę. Gdy przedstawiliśmy nasze zamierzenia, poinformowano nas, że dojazd pod szczyt ma kosztować 120 dolarów, wejście zajmie 10 dni, a przewodnik będzie nas kosztował 40 dolarów za dzień. Cena nie do przyjęcia. Zawiedzeni wychodzimy z siedziby Federacji. Postanawiamy sami spróbować wspinaczki. Mamy odbity artykuł z "Taternika" sprzed ok. 20 lat. Wiemy więc, że należy zacząć z miejscowości Reine. Idziemy na dworzec autobusowy sprawdzić godziny odjazdów. Autobus do Reine odjeżdża o 7-mej rano, bilet kosztuje niewiele ponad dolara. Wracając do hotelu znowu zaczepia nas przypadkowy Irańczyk. Opowiadamy mu o przygodzie z taksówką. Okazuje się, że wystarczyło wezwać milicję, a kierowca od razu przystałby na naszą cenę.
Wchodzimy do naszej restauracji. Szef śpi na rozstawionych krzesłach naprzeciwko wentylatora, kelner leży na dywanie. Mają chyba sjestę. Robimy zakupy w sklepie obok hotelu: kilka bułek i owoce. Szczególnie przypada nam do gustu melon. W hotelu zjadamy puszki przywiezione z Polski. Wieczorem na kolację oczywiście chelo-kebab. Jutro trzeba wcześnie wstać. Próbujemy zasnąć pomimo wieczornego upału.
Góry Elburs
Autobus jedzie krętą górską drogą. Po prawej stronie przepaść, po lewej sypiące się zbocze skalne, na drodze masa kamieni, które spadają chyba co chwilę. Żeby tylko któryś nie trafił w nasz autobus. Podziwiamy widoki: wokół nas góry o wysokości ok. 3000 m. Żadnych lasów, tylko drobne krzewy charakterystyczne dla suchego gorącego klimatu. Co jakiś czas na którymś ze wzgórz dostrzegamy kawałek płotu z drutem kolczastym, wieżyczkę obserwacyjną z wartownikiem. Wreszcie za kolejnym zakrętem pojawia się ON - wulkan Mt. Demavend - 5604 metry nad poziom morza (według Irańczyków 5671). Króluje nad pozostałymi szczytami, które teraz wydają nam się pagóreczkami. Widok ten niemalże rzuca nas na kolana. Już nie pamiętamy o taksówkarzu i naciągaczach z Federacji. Jesteśmy teraz tylko my i Góra. Wysiadamy w Reine, koło schroniska, niestety pustego. Dwóch wspinaczy, którzy je kiedyś prowadzili, zginęło dwa lata temu podczas śnieżycy. Szybko znajduje się jednak "pomocnik". Oferuje dojazd samochodem do bazy wypadowej. Po raz kolejny jednak zniechęca nas ceną. Czy oni myślą, że mamy fundusze, jak wyprawa w Himalaje? Idziem pieszo, chociaż nie znamy nawet przybliżonej odległości, kierunku. Po przejściu kilku kilometrów zatrzymuje się przejeżdżający obok samochód. Dwóch miejscowych proponuje podwiezienie za 10.000 riali. Nie jest to dużo, ale próbujemy się targować. Staje na 5.000. Jedziemy zwykłym osobowym samochodem w 6 chłopa plus plecaki. Jakieś 10 kilometrów. Kierowca obiecał do pierwszej bazy. Wysadza nas jednak wcześniej - przy ulach. Pokazuje ręką kierunek do bazy i odjeżdża. Jesteśmy oszołomieni widokiem szczytu, nic nas nie jest z stanie teraz rozdrażnić. Robimy kilka zdjęć na pamiątkę, zakładamy plecaki i idziemy do bazy. Upał zaczyna dawać się we znaki, woda się skończyła. Nie mieliśmy jej zresztą wiele. Sądziliśmy, że nie będzie z nią problemów na zaśnieżonej górze. Spodziewanych strumieni jednak nie widać. Co więcej, wyglądające z daleka jak śnieg białe plamy okazują się być jaśniejszymi skałami. Nieliczne zgrupowania śniegu firnowego są odległe o kilka kilometrów w pionie. Plecaki stają się coraz cięższe. Za nami warkot motoru. Nadjeżdża Mercedes bus, uśmiechnięty pasażer zaprasza nas do środka. Dziękujemy i idziemy dalej. Zdziwiony Irańczyk ponawia zaproszenie. Tłumaczymy, że nie możemy sobie pozwolić na kolejny wydatek. Zaskoczenie na jego twarzy narasta - Jak to? My ludzie gór nie bierzemy od siebie pieniędzy! - odpowiada. Teraz to my jesteśmy zaskoczeni. Po chwili jedziemy samochodem wypełnionym członkami irańskiego teamu wspinaczkowego. Pytają nas o Jerzego Kukuczkę, Wandę Rutkiewicz. Nie wiedzą, że nie żyją. Po 45 minutach jazdy jesteśmy w pierwszej bazie - 2850 m n.p.m. Znajduje się tu mały meczet z przyległą izbą mieszkalną oraz kilka namiotów pasterskich. Dosyć dużo ludzi. Jest piątek, czyli koniec irańskiego weekendu. Wspinacze wracają do domów po dwudniowym wypadzie. Rzucamy się na wodę wypływającą z metalowej rury do koryta dla owiec. Siedzący obok chłopiec zgarnia od nas po 1000 riali za napełnienie butelki. Jak się potem okazuje bezpodstawnie, bo woda nie jest jego. Ale niech ma, cwaniak.
Przy meczecie atmosfera inna niż w mieście. Wszyscy bardziej przyjacielsko do nas nastawieni. Pytają skąd jesteśmy. Wyraz Poland nie jest wszystkim znany. Dopiero gdy używamy irańskiej nazwy "Lachestan" uśmiechają się jeszcze radośniej. Dlaczego tak lubią Polaków? Rozmawiamy z tymi, którzy byli na szczycie. Udzielają nam rad. Jest wcześnie, więc postanawiamy iść jeszcze dziś do drugiej bazy na 4310 m n.p.m. Olewamy aklimatyzację! Zapał dodaje nam sił. Po drodze zaczepiają nas wszyscy schodzący. Skąd ich tylu? Z każdym zdobytym metrem w pionie słabniemy. Zmrok zastaje nas w drodze. Szlak nie jest wcale oznaczony. Idzie się właściwie na azymut, a my nie znamy dokładnego kierunku. Zaczynamy myśleć o rozbiciu biwaku, gdy nagle dostrzegamy łopoczącą w mroku flagę - to druga baza. Jesteśmy ledwo żywi. W bazie kamienny schron z blaszanym dachem i kilka namiotów. Wchodzimy do pierwszego z nich. Na twarzy jednego z siedzących maluje się zdziwienie. Okazuje się, że to jeden z członków federacji, z którym rozmawialiśmy dzień wcześniej. Zaskoczyliśmy go szybkim samodzielnym dotarciem tutaj. Uzgadniamy cenę za rozstawienie namiotów i idziemy spać. Ze snu jednak nici, łeb boli jak diabli. Taka jest cena naszej beztroski. Dzisiaj rano byliśmy jeszcze na 1600 m n.p.m., teraz na ponad 4300. W końcu zasypiam. Sen nie jest jednak głęboki i trzęsę się z zimna.
Rano budzimy się czując ciepłe promienie słońca. Wychodzę przed namiot i sięgam po butelkę z wodą. Ku mojemu zdziwieniu woda jest zamarznięta. Podchodzę do rury, z której jeszcze wieczorem czerpaliśmy wodę. Nic nie leci. Do namiotów podchodzi zarośnięty Irańczyk. "Hello mister!" - wita się ze mną. To miejscowy szerp. Za 20-30 dolarów wniesie plecak, zaprowadzi na szczyt. Przygląda się z zaciekawieniem naszym namiotom. Pytam go o wodę. Okazuje się, że popłynie dopiero wtedy, gdy słońce dostatecznie ogrzeje leżące wyżej płaty śniegu, czyli dopiero koło południa. Nie najlepiej, bo jedzenie, które wzięliśmy wymaga dodania wody. Nie będziemy jeść chińskich zupek na sucho.
Podziwiam okolicę. Szczyty, na które wczoraj patrzyłem z dołu, dzisiaj oglądam z góry. Niebo bardziej niebieskie. Niecałe 100 metrów spaceru, i już czuję lekkie zmęczenie. Wszystko przez wysokość i rozrzedzone powietrze. Po jedenastej zaczyna ciurkać woda, więc bierzemy się za gotowanie jedzenia. "Mister" przygląda się naszym kuchenkom, plecakom, kurtkom. Opowiada o Czechach, którzy byli dwa tygodnie przed nami. Próbowali wejść na szczyt, wycofali się jednak na 5 tysiącach.
Postanawiamy dla aklimatyzacji zrobić wypad kilkaset metrów wyżej. Wychodzimy po południu. Idzie się dosyć ciężko. Trudności technicznych raczej nie ma. We znaki daje się wysokość, a także luźne kamienie, po których idziemy. Z każdym krokiem obsuwamy się kilka-kilkanaście centymetrów. Zastygła 10.000 lat temu lawa przybrała fantazyjne kształty. Odsłonięte żebro ukazuje nam profil dokumentujący wiele wybuchów wulkanu. Dochodzimy do wysokości ok. 4700-4800 m n.p.m. Po godzinnym odpoczynku wracamy na dół. Znacznie łatwiej schodzi się po rumoszu skalnym, trochę jak po ruchomych schodach. Dochodzimy do wniosku, że na górę należy wchodzić żebrami, schodzić natomiast należy wypełnionymi przez kamienie żlebami.
W bazie zostajemy zaproszeni do namiotu Federacji. Przez wakacje mieszka tam dwóch studentów politechniki - wspinaczy, którzy opiekują się bazą. Częstują nas herbatą. Informujemy ich o naszych planach zdobycia góry następnego dnia. Udzielają kolejnych rad. Okazuje się, że należy wystartować jak najwcześniej, najlepiej jeszcze po ciemku. Gorące promienie słońca powodują powstawanie oparów siarki pod szczytem. Dają nam czosnek, który podobno łagodzi działanie siarki. Do wieczora opowiadamy o polskich i irańskich górach. Nie mają ochoty rozmawiać na tematy społeczno-polityczne. O dziesiątej idziemy spać. Głowa na szczęście już mniej boli.
Szczyt
O 2-giej rano budzik stawia nas na nogi. Na dworze jeszcze ciemno. Mamy tylko jedną latarkę, więc trochę trudno przygotować posiłek. Grzebiemy się. Ale i tak możemy wyjść dopiero o świcie. Pakujemy do małych plecaków wodę z glukozą, trochę jedzenia, glukokardiamid, ciepłe ubranie i wychodzimy. Wschodzącego słońca niestety nie widać. Zasłania je jeden z garbów Demavendu. Dochodzimy do miejsca, gdzie dzień wcześniej skończyliśmy rekonesans. Do szczytu jeszcze ponad 800 metrów w pionie. Coraz więcej obsuwających się kamieni. Bywa tak, że zjeżdżamy poniżej miejsca, z którego stawialiśmy krok, "urobek" jest więc ujemny. Docieramy w końcu na jakieś 5000 metrów. Zza przewyższenia wyłania się nie widziane wcześniej "Siarkowe Wzgórze". Nad żółtą skałą unoszą się żółte obłoki - pozostałość aktywności wulkanu. Dostajemy się w jeden z nich. Gryzący gaz nie pozwala oddychać, krztusimy się. Wyciągamy czosnek, obieramy i wkładamy do nosa. Trochę lepiej. Jesteśmy już nieźle zmęczeni. Krótki odpoczynek trzeba robić co 10 kroków. Dyszę jak miech kowalski. A może by tak wrócić? Nie, ambicja nie pozwala. Jesteśmy tu, więc musimy zdobyć szczyt. Już nie idziemy w grupie. Każdy ma swoje tempo. Rozciągamy się na przestrzeni kilkuset metrów. Siarka staje się coraz bardziej dokuczliwa. Widzę przed sobą wąski żleb i postanawiam nim przejść. Żleb nie jest wentylowany i gazy siarkowe nie mają ujścia. Zaczynam się potwornie dusić. Jedyne co mi pozostaje to jak najszybciej z niego wybiec. Po 30 krokach biegiem wydostaję się na świeże powietrze. Wysiłek ogromny, więc padam zmęczony na ziemię. Ostrzegam jeszcze Krzyśka, który chce powtórzyć moją trasę. Do szczytu jeszcze jakieś 200 metrów w pionie. Jesteśmy tak blisko, że nie można już rezygnować. Kamyczki, po których idziemy stają się drobniejsze i jaśniejsze. Już widać szczyt. Widok ten dodaje nam sił. Wymieniam czosnek w nosie i wlokę się dalej. Mija jakieś pół godziny, może godzina. Podnoszę spuszczoną głowę. To szczyt! Uradowany wdrapuję się na skałkę, po chwili przychodzi Krzysiek. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia. Szczyt Demavendu to klasyczny krater. Można go obejść wokoło, nie mamy jednak siły. Gdzieś w dole widzimy góry otaczające wulkan. Od północnej strony nawet ośnieżone. Niebo jest ciemnogranatowe. Pomimo, że to nie Mount Everest, wiem już co znaczy być "na dachu świata". Siarka jednak nie pozwala o sobie zapomnieć. Kilkaset metrów od szczytu dwie postacie - Maciek i Daniel. Będą tu za jakieś pół godziny. Nie dam rady tyle czekać. Robi mi się mdło od oparów. Na tej wysokości w ogóle nie odpoczywam więc decydujemy się na zejście. Mijamy chłopaków, którzy też są ledwo żywi. Umawiamy się w bazie. Zaczynam zjeżdżać razem z kamieniami. Chcę się szybciej wydostać z "Siarkowego Wzgórza". Mylę drogę i wychodzę wprost na płat zlodzonego śniegu, który z dołu wyglądał na znacznie mniejszy. Teraz jest ogromy. Wchodzę na niego i od razu się przewracam, jest zbyt śliski, by po nim iść. Jeśli zjadę, to się zabiję. Muszę więc wrócić i przejść do sąsiedniego żlebu. Nie schodzę, tylko zjeżdżam wraz z osuwającymi się kamieniami. Szybko tracę wysokość. W dole widzę jasny punkt. To słońce odbija się w blaszanym dachu schronu. Jestem coraz niżej. Po pół godzinie zaczynam dostrzegać sylwetki ludzi kręcących się w bazie. Po chwili widzę, że stoją zgrupowani w jednym miejscu. Oglądają mnie przez lornetkę. Boją się o nas, czy co? Wreszcie docieram do namiotów. Padam zmęczony. Wejście zajęło nam ponad 5 godzin, zszedłem w dwie.
Podchodzą do mnie Irańczycy. Okazuje się, że jest to ekipa Telewizji Irańskiej, która przyjechała kręcić film o wulkanie. Oczywiście zostałem sfilmowany leżący bez sił na ziemi. Ciekawe jaki dodali komentarz? "Zachodni imperialista leżący u stóp irańskiej góry". Zapraszają mnie na herbatę. Nie mówią prawie w ogóle po angielsku, więc sobie za dużo nie pogadamy. Po jakimś czasie wracają chłopaki. Filmowcy proszą, byśmy pokręcili się trochę przy namiotach, dają lornetkę, przez którą mamy obserwować górę i filmują. Pojawia się "Mister" zawiedzony trochę, że zdobyliśmy szczyt bez jego pomocy. Wieczorem uroczysta kolacja w namiocie Federacji i pożegnanie.
Schodzimy do pierwszej bazy. Żal tak szybko rozstawać się z górą. Postanawiamy tu zanocować. Ku naszemu zdziwieniu w izbie przy meczecie spotykamy ekipę geologów: dwoje Amerykanów i trzech Irańczyków. Przyjechali prowadzić badania wulkanu. Znajdujemy pękniętą piłkę, postanawiamy więc rozegrać międzynarodowy mecz. Bramki robimy z kijków teleskopowych. Mecz kończy się zwycięstwem ekipy rdzennie polskiej. "Mister" z politowaniem kiwa głową.
Słońce powoli skrywa się za Demavendem. My myślimy już o kolejnym celu wyprawy - trzecim co do wysokości szczycie Iranu - Alam-Kuh.






