No i stało się... Z Warszawy wyruszyliśmy 08.09.05 o godzinie 12.00. Moment ten był zwieńczeniem żmudnych przygotowań, które poprzedzały dzień wyjazdu. Skupiało się to na organizowaniu awaryjnego spania w postaci namiotu, śpiworów, które gdzieś się rozpierzchły w ostatnich czasach, filmów do aparatu, ładowarek, przystosowanych do gniazdka samochodowego, kąpielówek, zestawów do nurkowania, zestawu map kraju docelowego a także krajów tranzytowych i, co chyba najważniejsze, sprawdzeniu i napawie podzespołów samochodu którym zamierzaliśmy podróżować.

Temperatura, towarzysząca nam podczas przygotowań, niczym nie odbiegała od tej w dniu wyjazdu a ta z kolei była równa tej nad brzegiem Adriatyku, w kierunku którego zmierzaliśmy.
Do granicy ze Słowacją (Chyżne) dojechaliśmy po zmroku. Jak to na granicy w górach bywa: cisza, spokój, sprawdzanie paszportów, naklejanie winietek na autostrady, szybkie badanie rynku cen w sklepach z alkoholem - eee.... przecież jedziemy w rejony winem i bimbrem płynące - ruszyliśmy. Słowację przejechaliśmy bardzo szybko - dobre drogi, żadnych korków, droga prosta i klarowna. Na granicy z Węgrami zapytali tylko gdzie jedziemy a po uzyskaniu odpowiedzi nawet nie zaglądali do bagażnika.
Węgry - piękny kraj, oczywiście gdy zwiedza się go za dnia. W Budapeszcie byliśmy o godzinie pierwszej w nocy. Miasto bardzo monumentalne - coś w stylu naszego Placu Konstytucji. Ja, jako dosyć już zmęczony podróżą kierowca, nie za bardzo byłem widokami zainteresowany. Trema, jaka mi towarzyszyła, przed zgubieniem wytyczonej trasy przejazdu (wiele się naczytałem o tym jak turyści gubili się na parę godzin w tym mieście chcąc tylko odpowiednio je przejechać) sprawiło iż myślałem tylko o tym czy jedziemy dobrze czy źle.
Stolicę Węgier przemknęliśmy bez żadnego postoju. Biorąc pod uwagę pozostałą drogę do pokonania a także moje zmęczenie fizyczne ( byłem jedynym kierowcą na pokładzie) na nocleg zatrzymaliśmy się 30 km za Budapesztem, na stacji benzynowej. Jak na Forda KA przystało spało nam się nie najgorzej. Rano szybka kawka z termosu, kanapeczki, wzrok okolicznych klientów stacji, dalej ruszyliśmy w drogę.
Dopiero za dnia ujrzeliśmy piękno Węgier - piękne krajobrazy pokryte winnicami, lasami i zacisznymi miasteczkami. Do granicy Chorwackiej jechaliśmy 2 godziny. Po przekroczeniu cieszyliśmy się ze jedną nogą jesteśmy już w kraju docelowym. Był nawet postój w barze, kawka, ciastko, pierwszy kontakt z ludźmi...
Musze w tym miejscu nadmienić iż tycząc trasę przejazdu do punktu docelowego jakim miał być Dubrownik, doszedłem do wniosku iż ze względów poznawczych a także czysto ekonomicznych, droga, która osiągniemy cel, będzie wiodła przez kraj jeszcze nie tak dawno objęty działaniami wojennymi - Bośnię i Hercegowinę - co właśnie czyniliśmy.
Na granicy spokojnie - rutynowa kontrola, kilka wymownych spojrzeń, pytania odnośnie celu podróży - jechać... nie trzeba było dwa razy powtarzać. Pokonując kraj w pierwszej fazie kierowaliśmy się na Sarajewo a następnie pokonując Góry Dynarskie na Mostar i Metkowič.
Kraj piękny, dziewiczy, posiadający wspaniałe walory naturalne, jednak prowadzone w latach 90-tych działania wojenne odcisnęły do dnia dzisiejszego swoje ślady. Wszędzie popalone domy, popalone całe osiedla i wioski, wraki samochodów, samochody wożące jednostki wojsk pokojowych a także, co chyba najgorsze, wszędzie widniejące znaki "miny". Do tamtej pory nie wiedziałem iż jest to jeden z ważniejszych problemów kraju odbudowującego się po wojnie. Podczas przejazdu bywały momenty, że przy drodze stało więcej znaków informujących o polach minowych niż samych znaków drogowych. A i oczywiście mają też dodatkowo znak drogowy, przestrzegający przed tym ażeby nie chodzić do lasu za potrzebą gdyż grozi to utratą kończyny i/lub życia - smutne ale prawdziwe.
Góry pokonywaliśmy ostrożnie - droga kręta i spadki ostre. Nadmienić należy iż policji dużo na drogach więc miejscowa ludność porusza się raczej wolno, zgodnie z przepisami.
Do granicy z Chorwacją dojechaliśmy ok. 20.30 a do samego wybrzeża jakieś 1,5h później. Tam też znaleźliśmy szybko pierwszą lepsza kwaterkę i przeczekaliśmy do rana. Pierwszy ranek w Chorwacji zaskoczył nas bardzo. Tyle się naczytałem o wspaniałych warunkach pogodowych, długim sezonie turystycznym itp., itd. A tu masz ci los, wyglądam przez okno i widzę błyskające się niebo. Poza tym już nic nie widzę, bo tak pada...
Podróż drogą szybkiego ruchu, wzdłuż chorwackiej linii brzegowej, pokonywaliśmy mozolnie ledwo co widząc przez zapadaną szybę samochodu. Coś jednak zaobserwowaliśmy. Okazało się iż im bardziej na zachód (w głąb morza) tym mniej chmur i więcej słońca. Było to zjawisko meteorologiczne, polegające na tym iż chmury burzowo-deszczowe kłębiły się głównie na granicy lądu i morza (duża wysokości linii brzegowej n.p.m.) omijając półwyspy i wyspy.
Owa obserwacja miała dla naszej podróży ogromne znaczenie. Chęć pogoni za opalającymi promieniami słońca a także pragnienie wygrzania pośladków, zmotywowała nas do zmiany kierunku jazdy z kierunku na Dubrownik w kierunku słońca i bezchmurnego nieba. Półwysep Pelješac wydawał się najlepszą okazją do ucieczki przed burzą a rozciągająca się u jego końca wyspa Korčula ugruntowywała nas w przekonaniu iż jest to możliwe.
Półwysep powitał nasz przepięknymi murami dawnej fortecy obronnej w mieście Ston (mury duże i długie, wznoszące się wysoko w góry wyglądające niczym Mur Chiński). Dalsza część półwyspu to przepiękny górzysty teren, poprzeplatany tarasami gdzie uprawiane jest wino (znany obszar skąd eksportowane jest wino na cały świat).
Pierwszy postój, kiedy to właśnie deszcz przestał padać i chwilami zza chmur przebijało pierwsze dla naszych oczu słońce, uczyniliśmy w wiosce rybackiej o nazwie Trstenik, usytuowanej w zacisznej zatoczce, otoczonej wysokimi górami. Miejsce obecnie przystosowane dla potrzeb turystyki kwalifikowanej (nurkowanie, połów ryb), posiadające niedużą lecz ekskluzywną bazę noclegową a także port dla zaplecza technicznego. Nie było to jednak dobre miejsce dla nas. Brak dużej ilości kawiarni, barów, pubów a także wysokie ceny za nocleg szybko zbiły nas z tropu. Szybka kawka, ciasteczko i ruszyliśmy dalej.
Dotarliśmy do miasta Orebič gdzie czekała na nas przeprawa promowa na wyspę Korčula. Po 35 minutach byliśmy po drugiej stronie Pelješkiego przesmyku, przemierzając nowo zdobyte tereny w poszukiwaniu słonecznych plaż. Kierując się mapą zjechaliśmy z głównej drogi, wiodącej przez wyspę, w kierunku małej wioski o nazwie Pupnatska Luka. W miarę naszego zbliżania do niej trasa coraz bardziej nadawał się dla samochodu terenowego - asfalt szybko się skończył, droga stała się wyboista, kręta i niebezpieczna. I tym razem samochód spisał się na medal. Najbardziej bałem się złapania gumy, gdyż kamienie formujące drogę były ostre i twarde. Doświadczył tego tłumik który co i raz miał z nimi kontakt. Sama wioska okazała się opustoszała gdzie chcąc w niej pozostać trzeba codziennie pokonywać w/w drogę celem dotarcia do najbliższego sklepu z czymkolwiek. Pstryknęliśmy kilka zdjęć, zmoczyliśmy nogi w zatoce i ruszyliśmy w kierunku miasta, utworzonego wokół drugiego co do głębokości portu na Adriatyku - Vela Luka, usytuowanego na końcu kiszkowatej zatoki, wdzierającej się w wyspę.
Kwaterę znaleźliśmy bez większych problemów ( koniec sezonu), przy samym wejściu do portu. Miejsce było strategiczne gdyż miałem teraz wgląd na wszystkie statki wchodzące i wychodzące z portu. Samo miasto, o charakterze miasta portowego, podzielone na trzy części: zabytkową starówkę, strefę przemysłową i turystyczną utworzoną z hoteli i budynków oferujących apartamenty i pokoje do wynajęcia.
Od rana gwar jak na bazarze. To miasto Vela Luka obudziło się do życia. Cały czas słychać jakiś krzyczących miedzy sobą ludzi, dzieci idące do szkoły, warkot silników spalinowych i łoskot dobiegający z miejscowej stoczni. Jest pięknie, niebo bez chmurki no i te oślepiające bliki słoneczne, odbijające się w portowej toni.
Po raz pierwszy zachwyciłem się turkusowym błękitem i oszałamiającą przezroczystością wód Adriatyku kiedy po raz pierwszy ujrzałem ją w wiosce Trstenik, lecz prawdziwie doświadczyłem tego podczas nurkowania, ale wszystko po kolei...
Do centrum miasta, obfitującego w sklepiki, kawiarenki, stragany, parczki no i oczywiście przystań jachtową, dzielił nas jedynie 15min spacerek. W porcie do wyboru wycieczka na bezludną wyspę z knajpą i wycieczka na bezludna wyspę bez knajpy. Pierwszego dnia płyniemy na bezludną wyspę bez żadnej dodatkowej infrastruktury o nazwie Osjak. Chcemy wreszcie być sami, nie słyszeć i nie widzieć nikogo. Łódka wioząca nas na wyspę pyrkocze niczym silnik od traktora. Dodatkowo w tylnej części zawiewa spalinami tak, że zbiera się na wymioty. Nic to, widoki są tak oszałamiające iż przyćmiewają wszelkie niedogodności podróży.
Wyspa, patrząc z lotu ptaka, w kształcie serca, porośnięta sosną. W całości wybrzeże skaliste, ani grama piaszczystej plaży. Bez karimat i kocy nie ma co się tam pokazywać. Jednak to co najbardziej urzekające to niesamowite ilości cykad , buszujących w konarach drzew. Dźwięki, które z siebie wydobywają, są tak dobitne i jednostajne, że wprowadzają człowieka w pewnego rodzaju trans, a jedyna od niego ucieczka to schowanie głowy pod wodę.
Świat wodny wokół wyspy był zupełnie nowym odkryciem. A stało się to za sprawą bardzo przejrzystej wody. Widać było różne gatunki ryb, zwierzęta wyglądające jak ślimaki wodne bez muszli, jeżowce, a raz nawet widziałem ośmiornice. I co z tego że wszystko bardzo ładnie widać jak podpłynąć i z bliska obejrzeć nie można... Woda w tym rejonie jest tak zasolona że zanurzenie się 1m pod wodę całym ciałem nie należy do łatwych. Każdy, kto chce nurkować głębiej, przed wejściem do wody obwiesza się żelastwem aby swoim ciężarem zrównoważyć siłę wyporu. Niestety owych ciężarków nie miałem...
I tak delektując się promieniami zachodzącego słońca i wsłuchując się w transowe brzmienia cykad, wprowadzających nasze ciała w pełną ekstazę, wyczekiwaliśmy skorupki która miała nas przetransportować do portu. Kapitan przypłynął po nas punktualnie. Po drodze wysadziliśmy na plaży przy hotelu jakiś płynących z nami turystów, którzy podobnie jak my wszędzie się rozglądali i komentowali między sobą wszystko co widzą. Czuliśmy się już swojo.
Port oblewany promieniami zachodzącego słońca wyglądał wspaniale. W tym miejscu chciałem nadmienić iż zaletą tamtejszych portów jest to że nie czuć w nich mączki rybnej a woda jest przejrzysta. Usadziliśmy się w pizzerii na tarasie w samym centrum miasta, tak aby mieć pełny wgląd na sytuację. W menu owoce morza, ryby, pizza, sałatki i różne dodatki - jednym słowem wybór. Podczas naszego pobytu zastanawialiśmy się tylko czasami gdy podawana pizza, gdzie podstawowym składnikiem była oliwka, miała ich na sobie tylko trzy... Bardzo dziwne gdyż region ten słynie z uprawy i przetwórstwa oliwek. Więcej zastrzeżeń nie było.
Noc w Vela Luka jest piękna. Idąc do domu pozostawialiśmy gwar miasta, patrząc jak maleją postacie przechadzające się promenadą. Nie słychać już było linek obijających się na wietrze o maszty jachtów a światła latarni zaczęły zlewać się w jedna całość ukazując jak daleko miasto wdziera się swoimi granicami w głąb lądu.
Rankiem, dnia następnego, chcąc wzbogacić naszą wiedzę o regionie, postanowiliśmy popłynąć na drugą z bezludnych wysp. W porcie, ze względu na to iż wyspa jest bardziej wysunięta w morze, jednostka która miała nas tam zabrać była dużo większa od tej z dnia poprzedniego. Gdy wszystkie miejsca siedzące już się zapełniły a także dosiadła się ekipa obsługi baru na wyspie - ruszyliśmy.
W czasie podróży znów śmierdziało ropą i spalinami ale to chyba normalne na tym akwenie... Wyspa Proizd posiada trzy skaliste plaże. Tylko jedną z nich, największą, budowały niedużej wielkości otoczaki (kamienie bez ostrych kantów) co pozwalało, przy użyciu karimat i kocy, na w miarę wygodne poleżenie. Dodatkową atrakcją był bar gdzie serwowano zimne napoje (piwko :), rybę i warzywa z grilla, zaopatrzony w odpowiednie urządzenia sanitarne (pomyśleli w tym miejscu nawet o niepełnosprawnych). Na wyspie dzień jak co dzień: kąpiele słoneczne, wodne, wsłuchiwanie się w transowe dźwięki cykad no i oczywiście piękne ciała rozproszone po wyspie...
I tak dni na wyspie Korčula płynęły swoim rytmem, płynęliśmy to na jedną bezludna wyspę, to na drugą, chodziliśmy na plaże wyspy na której mieszkaliśmy - ogólnie mówiąc leniwie i bosko.
Dzień w którym postanowiliśmy przerwać ten stan nastąpił gdy rano okazało się iż słońce schowało się za chmury i z opalania nici. Nasza reakcja była natychmiastowa - zwiedzamy wyspę. Długo nie czekając zapakowaliśmy plecaki i wyruszyliśmy pieszo na drugą jej stronę. Szliśmy szosą ( na wyspie nie ma wytyczonych pieszych szlaków turystycznych). Droga wiodła przez wysokie wzniesienia co przy warunkach temperaturowych nieźle dało nam się we znaki. W czasie marszu mijaliśmy lasy sosnowe, gaje oliwne i winnice. Gdzieniegdzie widać było domy mieszkalne lub domki gospodarcze gdzie ludność wyspy przechowywała sprzęty niezbędne do uprawy poszczególnych roślin. Po drugiej stronie dotarliśmy do kempingu który był już prawie opustoszały. Gdzieniegdzie widać było jakiś namiocik lub mała przyczepkę.
Wczesnym popołudniem wróciliśmy do domu, opatrzyliśmy poobcierane nogi i kontynuując wsiedliśmy w samochód. Miejscowość Blato napotkaliśmy na swojej drodze, jadąc przez sam środek wyspy. Miasto położone pomiędzy trzema wzgórzami. Dużo krętych uliczek, zjazdów podjazdów, parczków, ławeczek, przepełnione gwarem miejscowej ludności. Echo w mieście jest tak duże iż będąc na krańcach miasta na jednym ze wzgórz cały czas dobrze słychać dzieci grające w piłkę na szkolnym boisku w centrum miasta - niesamowite wrażenie.
Pozostawiając Blato w dolinie przedarliśmy się przez góry w kierunku mekki nurkowania - miejscowości Brna. Po drodze mijaliśmy różne małe zatoczki a także usytuowane na skarpach nad brzegiem domy, oferujące pokoje z przepięknym widokiem na morze. Do domu wróciliśmy po zmroku.
Kontynuując nasze zwiedzanie, dnia następnego spakowaliśmy manatki aby przenieść się na antypody wyspy Korčula i osiąść w niewielkim miasteczku portowym o nazwie Lumbarda. Była to idealna baza wypadowa dla zwiedzania stolicy wyspy Korčula o tejże samej nazwie. Dodatkową dość ważna informacja jest fakt iż w tym mieście jest jedyna piaszczysta ( z prawdziwego zdarzenia) plaża na wyspie, posiadająca łagodne zejście do morza wysypane piaskiem - idealne miejsce dla matek z małymi dziećmi.
Miasto Korčula usytuowane nad brzegiem na wzgórzu, otoczone murami obronnymi wiele razy odpierało ataki najeźdźców. Jedna z ważniejszych informacji o mieście jest taka iż jest to rodzinne miasto jednego z ważniejszych odkrywców naszego świata - Marco Polo. Dodatkowo miasto posiada głęboki port do którego witają statki pasażerskie, cumując u jego wrót.
Dni następne zaczęły przynosić zmienna pogodę. W nocy padał deszcz, w ciągu dnia nie zawsze było słońce, wieczory zaczynały być wietrzne a przez to chłodniejsze. Był to ogólnie rozpoznawany przez nas znak - trzeba ruszać dalej aby osiągnąć zamierzony cel wyprawy.
Droga nie była daleka lecz ze względu na liczne zjazdy, podjazdy, zakręty no i oczywiście przeprawę promową zajęła nam ponad pół dnia. Nasz plan ogólnie zakładał coby nie mieszkać w Dubrowniku a jedynie go zwiedzać. Postanowiliśmy pojechać za (na południe) i poszukać dogodnego lokum na nocleg. Tym sposobem dotarliśmy do miasta Cavtat. Poszukiwanie kwater nie było łatwe - miasto położone nad zatoką z której bezpośrednio wyłaniają się wysokie góry. Chodząc od domu do domu w poszukiwaniu taniego noclegu, wymagało to od nas nie lada kondycji którą prawie w całości utraciliśmy wygrzewając się w słońcu na plażach. Udało się, znaleźliśmy coś odpowiadającego naszym wymaganiom z pięknym widokiem na zatokę i okalające ją góry.
Cavtat to miasteczko ciche, spokojne, bez dyskotek, bez dużego ruchu w porcie, stosunkowo drogie dla egzystencji. Jednak nas urzekła jego historia, sięgająca swym zasięgiem czasów Imperium Rzymskiego. W czasach rzymskich miasto było dobrze rozwiniętym ośrodkiem i ważnym morsko-handlowym oknem na świat. Prawdopodobnie w IV w. Epiduarum, bo tak brzmiała pierwotna nazwa miasta, uległo poważnym zniszczeniom podczas trzęsienia ziemi i częściowo zapadło się w morze, próbując jednak dalej funkcjonować. W 614 r. Epiduarum zdobyli i zburzyli Awarowie i Słowanie a ocalali mieszkańcy schronili się w pobliskich lasach i na okolicznych wysepkach.
Dubrownik zwiedzaliśmy dnia następnego. Już na samym początku zadziwia jego potęga w postaci murów obronnych, szczelnie otaczających całe miasto. Mury występują także w porcie gdzie aby wysiąść ze statku i dostać się do miasta należało pokonać odpowiedni labirynt.
Niewielką wysepkę o nazwie Laus co oznacza mniej więcej tyle co stromy brzeg dosiedlili (wyspa była już wcześniej zasiedlona) uciekinierzy po wspomnianym wcześniej najeździe na Epidaurum. Pewnym jest iż wyspa w IX w. Posiadała wysoce zorganizowaną całość miejską z wybudowanym systemem murów obronnych. Wytrzymała bowiem piętnastotysięczne oblężenie Saracenów gdzie w obronie miasta pomagała bizantyjska flota. Od VII do XII w. Miasto rozwijało się pod dominacją cesarstwa bizantyjskiego. W tym czasie na lądzie naprzeciw osady Ragusa, jak w tamtym okresie ją nazywano, rozwija się chorwacka osada, którą najprawdopodobniej za sprawą pobliskiego lasu, składającego się ze śródziemnomorskich dębów zaczęto nazwać Dubrownikiem. Z czasem więzy pomiędzy dwiema sąsiednimi osadami stawały się coraz silniejsze (coraz częściej dochodziło do mieszania się genotypu chorwackiej i romańskiej ludności). Cieśnina pomiędzy wysepką i lądem, za sprawą osadów niesionych przez Neretwę stawała się w X i XI w. Coraz płytsza, by pod koniec XI w. Całkowicie zaniknąć. W miejscu gdzie wyspa połączyła się z lądem dzisiaj biegnie najszersza i najsławniejsza dubrownicka ulica - Placa. Ostatecznie w XII w. Obie osady całkowicie się zasymilowały, otaczając się jednolitym murem tworząc jednolity system miejski.
Travirka A.: Dubrownik miasto kultury i sztuki,Gorenjski Tisk, Kranj, Slovenija, 2002 r.
Podczas zwiedzania, wyczerpani słońcem świecącym prosto na nasze głowy, zaszyliśmy się w zacienionej uliczce w barze o wdzięcznej nazwie "Carpe Diem" gdzie sącząc espresso pisaliśmy kartki do znajomych. W czasie zwiedzania poza okolicznymi kościołami zaliczyliśmy także miejskie oceanarium, gdzie w akwariach przedstawiono faunę i florę wód Adriatyku. Późnym popołudniem, głodni i wyczerpani, "dowlekliśmy" się do ulicy która prawie w całości wypełniona była stolikami restauracyi. Naprawdę było w czym wybierać. Posiłek był słuszny, regenerujący nasze akumulatory na potrzeby wieczornych i nocnych obserwacji miasta. Po zmroku urzekły nas ulice, oświetlone różnymi kolorami lamp - zielone, pomarańczowe, żółte i białe tworzące niezapomniane kompozycje. Dodatkowo efekt potęgowały ulice, które "wyślizgane" przez turystów odbijały, niczym wielkie lustra, wszelakie światło tworząc lustrzane efekty. Na sam koniec gdy słońca dawno już nie było a upał zelżał pozostawiliśmy sobie bieganie po sklepach w poszukiwaniu pamiątek i ciekawostek.
Ostatni dzień przed wyjazdem przeznaczyliśmy na przygotowywania do podróży powrotnej. Oczywiście nie omieszkaliśmy obejrzeć hotelowej plaży, położonej nieopodal naszej kwatery. Sama plaża to ściana skalna gdzie na poszczególnych jej półkach wylano beton aby można było się wygodnie wylegiwac. Miejsce to zachwyciło bogactwem życia w wodzie. Było tu najwięcej ryb jakie kiedykolwiek widziałem. Całe ławice przepływały obok mnie i widziałem jak poszczególne osobniki patrzą się na mnie, zaspokajając swą ciekawość.
Wieczorem ostatni raz wybraliśmy się na promenadę aby jeszcze raz ujrzeć zachód słońca nad Adriatykiem, gdzie na horyzoncie było widać wspaniałą i prawie nigdy nie zdobytą Perłę Adriatyku - Dubrownik.
