Wydanie internetoweEuropa

Dzień w Paryżu

Wilhelm KarudFrancja

W Croissy-sur-Seine zaczyna świtać. Z jesiennych oparów nad Sekwaną wyłaniają się kontury wysepki, widzę już nawet cumującą przy jej brzegu ukwieconą barkę. Pewnie ktoś w niej mieszka bo to modne od pewnego czasu. A w dodatku takie miejsce. Już półtora wieku temu łodziami przypływała tu paryska bohema. Artyści pakowali sztalugi, szkicowniki oraz kajety i chwytali za wiosła. Rejs zakolami rzeki trwał parę godzin a teraz z centrum stolicy na Wyspę Impresjonistów można dotrzeć w ciągu kilkunastu minut. Przedsiębiorcza żona pewnego szkutnika urządziła tu kiedyś restaurację, rozsławiła swą kuchnię i atmosferę kameralnego zakątka. Jej gośćmi byli m.in. Monet, Degas, Pissarro, Maupassant a nade wszystko Renoir. Nigdzie indziej nie spotkałem tylu pięknych dziewcząt do pozowania – zwierzył się kiedyś malujący puszyste niewiasty artysta.

Z szybkiej kolejki RER wysiadam na stacji Auber i już po minucie stoję przed frontem gmachu Opery, tuż przy drugim filarze z prawej. Dawno miałem chęć przyjrzeć się z bliska replice jednego z rzeźbiarskich arcydzieł Jean-Baptiste’a Carpeaux. Oryginał La Danse (Taniec) widziałem kiedyś w Luwrze a inną kopię na parterze Muzeum d’Orsay. Gwar sporej grupy japońskich gimnazjalistów i hałas klaksonów nie pozwalają się skupić. Dopiero po chwili ogarniam wzrokiem i kontempluję całość. Mimo, że to kopia, należy ją oglądać w miejscu, dla którego dzieło było zaprojektowane. Sto czterdzieści lat temu artysta komponował je jako niezależny od fasady obraz. Umiejętnie przeszedł od półplastycznego reliefu do niemal pełnej rzeźby. Trzeba kunsztu i miesięcy trudu by z wielkiej bryły twardego materiału wyczarować scenkę pełną lekkości i ujmującego czaru.

Zanim udam się w stronę Sekwany kwadrans spędzam na Bulwarze Kapucynów. Spaceruję zarówno w kierunku La Madeleine, jak i Bulwaru Haussmanna. Obserwuję gorączkę przedświątecznych przygotowań. Otwarte wciąż restauracyjne ogródki przystraja się igliwiem, pojawiają się sztucznie oszronione choinki, srebrne łańcuchy, lampki, krasnale i szyszki. Nad głównym wejściem do Galeries Lafayette wyspecjalizowana firma montuje świetlne girlandy. W jednym z zaułków pachnie pieczonymi kasztanami, obok kucharz rozprowadza figowy dżem na wielkim naleśniku crepes a grupka włoskiej młodzieży siada na rowery wzięte przed momentem z samoobsługowej wypożyczalni. Za 3.30 euro funduję sobie drugie śniadanie - pachnący naleśnik z syropem klonowym - a kubek mandarynkowego soku dostaję gratis. W sklepie z drogimi torebkami rosyjskojęzyczne klientki odbierają elegancko zapakowane zakupy. Dwoje bukinistów rozkłada na długiej desce szkice starego Paryża a środkiem Bulwaru na sygnale pędzi kilka samochodów żandarmerii.

Do Łuku Carrousel dochodzę wąskimi uliczkami staromiejskiego centrum w ciągu paru minut. W listopadzie mniej tu tłumów ale kolejki do Luwru prawie tak samo długie, jak w szczycie sezonu turystycznego. Mniej znany łuk triumfalny jest imitacją podobnej budowli wzniesionej w Rzymie ku czci Septymiusza Sewera. Ten , którego wykwintną architekturę właśnie podziwiam, wzniesiono 200 lat temu czcząc zwycięstwa Napoleona z 1805 roku. Różowy marmur kolumn, pastelowe płaskorzeźby, turkus, czerwień i złoto innych elementów zapamiętam na długo. Krótki pobyt pod łukiem i w położonym tuż obok Ogrodzie Tuileries będę pamiętał także z innych powodów. Fotografując jeden z licznych tu posagów w obiektywie aparatu widzę nagle chmarę ptactwa. Tysiące stworzeń wielkości szpaka nadlatuje od strony Muzeum d”Orsay i całe to towarzystwo siada na trawnikach liczącego 450 lat ogrodu. Ptaki przez chwilę szukają czegoś w trawie a następnie okupują korony drzew od strony rzeki. To jemiołuszki – przybysze z dalekiej północy, którzy takimi stadami do europejskiego interioru przylatują średnio co 10 lat. Jestem prawie pewien, że podobną inwazję choć raz obserwowała Katarzyna Medycejska, na której polecenie sadzono tu pierwsze drzewa.

Przecinam Quai des Tuileries i przez Pont Royal przechodzę na lewy brzeg Sekwany. Zbliża się południe i robi się całkiem ciepło. Mijając kolejne już dzisiaj stylowo obudowane ujęcie wody postanawiam się napić. Nie wiem, czy to woda źródlana, czy kranówka? Smakuje całkiem zwyczajnie a o urok miejsca dbają cztery kariatydy podtrzymujące żeliwną kopułę nad zdrojem. Idąc w górę rzeki mijam kolejne zamieszkałe barki a po prawej stronie ulicy okazały gmach Instytutu Francuskiego. W pierwszych zamierzeniach uczelnia miała pomieścić 60 studentów ale półtora wieku później Napoleon kazał przenieść do niej niemal wszystkie francuskie Akademie. W westybulu tej barokowo – klasycystycznej budowli znajduje się grób kardynała Mazarina, fundatora obiektu. Stąd do Luwru warto przejść malowniczym Pont des Arts. Żelazny most po wojennych zniszczeniach zrekonstruowano na podstawie planu pierwowzoru z 1804 roku. Ja podążam inną marszrutą wstępując na chwilę do założonej w 1766 roku restauracji Laperoze. Mimo południowej przerwy udaje mi się obejrzeć utrzymane w pierwotnym stylu wnętrza a nawet piwniczkę z winami. Otaczają mnie marmury, szlachetna tapicerka koloru amarantowego, autentyczna sztuka malarska i bogato dekorowane stropy. Szef zmiany częstuje mnie lampką wina i pokrótce tłumaczy menu. Czego tu nie ma. Już za 34 euro można zjeść kaczą wątróbkę z ostrym sosem kardamonowym i piernikowym chlebkiem. Odrobinę tańsze są ślimaki ze szpinakiem w sosie z solonego masła, czosnku i pietruszki. Dużo więcej natomiast – nawet 125 euro od osoby - trzeba wydać na zestawy specjalne podawane w kameralnych pomieszczeniach.

Cały chrześcijański świat celebruje Rok Świętego Pawła z Tarsu proklamowany przez Papieża w czerwcu tego roku. Na dziedzińcu katedry Notre Dame oglądam billboard ilustrujący trasy czterech pielgrzymek Apostoła Narodów. Wewnątrz świątyni, już podczas mszy południowej, dostrzegam kilka wizerunków Świętego i modlących się pod nimi turystów. Przybyli tu z całego globu, jednoczą się w modlitwie, wielu przystępuje do Komunii Świętej. Podczas przekazywania sobie znaku pokoju niektórzy dłuższą chwilę chodzą wzdłuż ławek chcąc pozdrowić jak największe grono współwyznawców. Podniosły nastrój, w jakim żegnam jedną z najwspanialszych katedr świata burzy po chwili prozaiczna scenka. Najpierw wydaje mi się, że to przedłużenie pasma ludzkiej życzliwości ale jest inaczej. Śliczna, śniadolica dziewczyna, dwa kroki przede mną podnosi z bruku złotą obrączkę i ze skromnym uśmiechem podaje mi ją mówiąc, że to pewnie moja zguba. Za moment wciska mi ją siłą i oddala się na kilka kroków. Zaraz potem jednak wraca i prosi mnie, zakłopotanego sytuacją, o kilka euro znaleźnego. Niestety, takie samo zdarzenie spotka mnie jeszcze potem na Place Vendôme i pod polskim kościołem.

Na Pont D’Arcole od strony hotelu De Ville na sygnale wjeżdża kilka policyjnych busów i pojazdy innych służb porządkowych. Kolumna zatrzymuje się na prawym pasie ruchu i uzbrojeni funkcjonariusze z potężnymi tarczami zajmują cały chodnik. Nie widzę paniki wśród licznych przechodniów ale podświadomie oddalam się w kierunku Tour Saint-Jacques. Parę chwil spędzam pod byłą dzwonnicą romańskiego kościoła Św. Jakuba. Ufundowana przez cech rzeźników i odbudowana w stylu późnego gotyku służyła jako miejsce zbiórki pątników zmierzających do Santiago de Compostela. Dziś na 52 m wysoka budowla zachwyca wyszukaną gotycką ornamentyką. Smukłe okna, gzymsy, wnęki, posągi, iglice i wieżyczki oraz wieńcząca całość figura patrona. Ulubione miejsce spotkań paryskich stowarzyszeń turystycznych i wdzięczny obiekt do fotografowania.

Wzmożona aktywność sił porządkowych wyjaśnia się na Rue de Rivoli, do której od północy nadciąga hałaśliwy tłum demonstrantów. To głównie czarni imigranci z Afryki Równikowej protestujący przeciw majowej ustawie ograniczającej ich prawa. Niosą kilka transparentów oraz flagi Kamerunu, Senegalu, Mali a także Francji i Unii Europejskiej. Na czele liczącego parę setek barwnego ludzkiego potoku idzie młody Afrykańczyk z rytualnym bębnem. Wali w niego butelką z coca-colą i tańczy. Towarzyszy mu imigrant z tubą wykrzykujący w stronę protestujących krótkie hasła w języku francuskim. Demonstranci natychmiast odpowiadają a ja mam wrażenie jakbym uczestniczył w jakimś ludowym egzotycznym obrzędzie. Fotografuję grupkę afrykańskich kobiet i kręcę krótki film. Za chwilę tłum znika w Rue de la Couteliere a policja automatycznie tamuje ruch w jej kierunku. Idę w stronę Centrum Pompidou.

Kropi słaby deszcz i robi się ślisko więc pomagam starszej pani wyjść z obniżenia przed Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Następny kwadrans spędzam z nią w kościele Św. Marii, tuż obok kolorowych fontann Centrum. Trafiamy na przygotowania do koncertu. Cały listopad w świątyni występują kameralne zespoły muzyczne z Francji i sąsiednich krajów. W programie utwory, Bacha, Szopena, Liszta, Szostakowicza, Griega i innych kompozytorów muzyki klasycznej. Tuż przy kościelnym murze zauważam maleńką galerię Talmart i zaglądam do środka. Trwa akurat wystawa prac fotograficznych Pascala Colrata, po której oprowadza mnie przyjaciel artysty. Oglądam kilkanaście prac ilustrujących przywracanie do użytku zniszczonych przedmiotów, ponowne sadzenie uschniętych drzew i ociekające krwią noże. Ojciec artysty został zamordowany i motyw narzędzia zbrodni powtarza się w pracach syna. Cała wystawa poświęcona jest jednak więziom psychologicznym łączącym europejskie nacje i można ją oglądać do 6 grudnia. Zanim wstąpię gdzieś na spóźniony lunch biegnę jeszcze raz na Rue de Rivoli. Nie mogę pominąć pomnika Gasparda II de Coligny, którego tragiczną biografię czytałem parę lat temu. Przywódca hugenotów z okresu wojen religijnych był jedną z najbardziej poszukiwanych osób w Noc Św. Bartłomieja. Pojmanego admirała bito wielokrotnie, żywego wyrzucono przez okno aż w końcu obcięto mu głowę. Idąc wzdłuż potężnego kompleksu budynków Luwru mijam Le Louvre des Antiquaries mieszczące dziesiątki galerii, wystaw okazjonalnych i zbiory sztuki azjatyckiej. Na Place Colette przyglądam się ruchom pędzla skulonej pod platanem malarki i znowu słyszę ujadanie sygnałów policyjnych samochodów. Głodnieję.

W małej kafejce La Fontaine Moliere nie ma tłoku. Zamawiam espresso, kanapkę z serem, mufinkę, lampkę czerwonego gamay touraine 2005 i robię krótkie notatki. Jestem u zbiegu Rue de Richelieu oraz Rue Villedo i przez okno widzę okazały pomnik z siedzącą w fotelu postacią Moliera. Stąd mistrz ciętego pióra wygląda jak sędziwy starzec a przecież żył jedynie 51 lat. Największy francuski komediopisarz zmarł w 1673 roku na scenie (był też aktorem i dyrektorem teatru) podczas wystawiania sztuki „Chory z urojenia”. Jego prochy spoczywają na cmentarzu Pere Lachaise. Wychodząc z lokalu płacę 7.40 euro mając pełną świadomość, że za te pieniądze mogę kupić jutro całe 3 butelki kultowego beaujolais nouveau. Tradycyjnie winiarze przywozili je do Paryża w połowie listopada, sprzedając wprost na ulicy. Ten handel przerodził się z czasem w spontaniczny festyn i w 1985 roku datę święta ustalono na trzeci czwartek listopada. Jutro w ciągu kilku godzin 50 mln butelek młodego wina musi trafić na czas do 150 krajów świata. Ja napiję się go w podparyskim Croissy-sur-Seine a moi znajomi obiecali serwować wino z tradycyjnym specjałem francuskiego wędliniarstwa, kiełbaskami saucisson sec.

Przed polskim kościołem p.w. Wniebowzięcia NMP kilku naszych rodaków z piwkiem, a jakże, przestępuje z nogi na nogę czekając na kogoś. Może na Godota? Obok wiekowych kolumn barokowej świątyni przybywa niedopałków z marlboro. Śmiem jednak wątpić, czy panowie należą do klientów La Crypte Polska, restauracji ulokowanej w podziemiach kościoła. Na porcję pierogów trzeba tu wydać 7 euro a na placki ziemniaczane z gulaszem i surówką aż 16. W świątyni zastaję kilkoro modlących się w skupieniu wiernych i przez chwilę oglądam wnętrze. Zatrzymuję się przed popiersiem Słowackiego, czytam napisy na tablicach poświęconych ofiarom obu wojen światowych, Katynia i powojennych zrywów wolnościowych. Msze odbywają się tutaj dwa razy dziennie a w niedziele wielokrotnie. Najłatwiej trafić do kościoła idąc od Placu Zgody (Concorde), przed La Madeleine skręcając w prawo w Rue St Honoire. Stąd tylko 2 minuty drogi. Ja przyszedłem od Place Vendôme mijając sklepiki przy Rue Cambon z zegarkami za 117 880 euro i torebkami damskimi za 1570. Nie udało mi się podejść pod dom, w którym w 1849 r zmarł Szopen – Place Vendôme 12. Z podwórka kamienicy wyjeżdżały właśnie opancerzone półciężarówki a trzymający ręce na kaburach konwojenci bacznie przyglądali się przechodniom.

Aby zdążyć na degustację absyntu zamówioną u stóp Wzgórza Montmartre na godzinę 18.30 schodzę do metra na stacji Madeleine. Mam godzinę by dotrzeć do Place Blanche i zakwaterować się w pobliskim, stylowym hoteliku Royal Fromentaine. Chcę jeszcze zrobić drobne zakupy w detalicznych sklepikach Rue Lepic, podładować kilka baterii i skontaktować się ze znajomymi. Późnym wieczorem chcemy się spotkać przy serowym fondue w Restaurant Chartier na Rue du Fauborg Montmartre 7.

Coś na kilkanaście minut zakłóciło funkcjonowanie metra i nie miałem czasu na zakupy. Za to siedzę już teraz w westybulu mojego hotelu i patrzę, jak mętnieje zawartość podanej mi przed momentem szklaneczki. Z kranika fontanki kapie do niej lodowata woda po drodze rozpuszczając kostkę cukru ułożoną na ażurowej łyżeczce. W mającym często ponad 70% alkoholu gorzkim trunku nie można rozpuścić cukru więc pomaga w tym specjalne instrumentarium. Już 150 lat temu wypraktykowali to bywalcy knajpek Montmartru. Zielona lub Nikczemna Wróżka, tak w okresie Belle Epoque nazywano likier piołunowy, popularna była wśród paryskiej cyganerii. Pijali ją wielcy artyści impresjonizmu a wielu z nich, jak Degas, poświęcili jej malarskie dzieła. Potem, podejrzewając absynt o powodowanie spustoszeń w ludzkim organizmie, całkiem go zakazano. Dziś, wolny od szkodliwych składników, wraca do łask. Szklanka pod drugim kranikiem należy do kanadyjskiej turystki, mojej rówieśniczki. Wylosowaliśmy się podczas integracyjnej prezentacji przed degustacją. Jaki świat jest mały. Pradziadek Karen pochodził z Podola a ona sama urodziła się w Ontario całkiem blisko miejsca, gdzie na świat przyszła moja mama. Zaraz dzwonię do paryskich przyjaciół by podczas kolacji z fondue zaplanowano dodatkowy widelczyk.

Kiedyś słyszałem gdzieś, że w jeden dzień w Paryżu nic się nie zobaczy. U schyłku dnia wiem, że to nieprawda. Nie tylko widziałem sporo ale mogłem też wiele powąchać, posmakować, posłuchać i dotknąć.

Zdjęcia do artykułu (6)

crepes.jpgfontaine.jpglafayette.jpgmoliere.jpgprotest.jpgwindow.jpg