Na pomysł spędzenia wakacji we Francji wpadłyśmy z Moniką tuż po maturze. To, że udało nam się go zrealizować dopiero po dwóch latach jest w połowie zawinione przez naszą opieszałość i lenistwo a czasem autentyczny brak czasu, w połowie zaś, przez odwieczny problem studencki - puste kieszenie. Im dłużej czekałyśmy na upragniony wyjazd, tym więcej o Francji wiedziałyśmy i tym bardziej wzrastał nasz "apetyt". W końcu nie pozostało nam nic innego jak kupić zniżkowy bilet Inter Rail i wyruszyć w stronę, skąd w marzeniach dochodził do nas zapach fioletowej lawendy...

Dobry początek
Zmęczone czterodniowym maratonem po Paryżu, docieramy nocnym pociągiem do Albi. Mamy szczęście. Nasi nieocenieni w swej gościnności gospodarze, polsko-francuskie małżeństwo, z którym skontaktowałyśmy się poprzez znajomych jeszcze w Warszawie, czekają na nas na dworcu. Gdyby nie ich ranne poświęcenie (jest godzina siódma, a dla Francuza oznacza to niemal środek nocy) musiałybyśmy, po nocy spędzonej w "pozycji pociągowej", przez godzinę kluczyć uliczkami nieznanego nam miasta, obciążone dwoma plecakami, jednym na plecach, drugim "á la kangur" na brzuchu. (Później drogę tę pokonywałyśmy oczywiście dwa razy dziennie i doszłyśmy nawet do znacznej wprawy w sprincie motywowanym ucieczką pociągu i niechęcią do czekania kilku godzin na następny)
Ten dzień postanowiłyśmy spędzić na leniuchowaniu. "Leniuchowaniu", w porównaniu do dni paryskich, bo z pewnością, nawet przez myśl nam nie przeszło, by go przeleżeć lub, o zgrozo, przespać. Szkoda czasu na odpoczynek. Mimo zmęczenia wciąż czułyśmy w sobie bogate pokłady energii, a przede wszystkim chęć maksymalnego wykorzystania czasu.
Na dobry początek dnia przepyszne śniadanko ze świeżymi bagietkami - prawdziwe delicje po okropnych, zatykających paryskich sandwiczach! Krótka pogawędka o tym, co najlepiej zobaczyć w Albi i okolicach, przegląd przewodników i prospektów, które zgromadzili nasi gospodarze (również zapaleni podróżnicy) i... w drogę... na spacer po Albi.
Samo Albi przeszło nasze najśmielsze oczekiwania, pod każdym niemal względem. Spodziewałyśmy się, że będzie to niewielka prowincjonalna dziura a tu wyrosło przed nami duże, ożywione jak na warunki francuskiego południa, miasteczko, w całości niemal zbudowane z czerwonej cegły. Jak się później miało okazać, cała okolica, łącznie ze stolicą regionu - Tuluzą - zdominowana jest przez czerwono-różowy kolor cegły, co wcale nie odejmuje jej uroku. Choć, przyznaję, po kilkunastu dniach, może się troszkę znudzić.
Nim jednak przyzwyczaiłyśmy się do wszechobecnej czerwieni, połączonej z kolorowymi kwiatami i ciemną zielenią dzikiego wina, romantyczno-sielankowymi zaułkami, dzikimi parkami i kontrastującymi z nimi uporządkowanymi francuskimi ogrodami, z naszych ust nie raz padały "ochy" i "achy" zachwytu. I rzeczywiście: starsza część Albi zasługuje na uwagę wszystkich, nie tylko tych osób, które są spragnione cukierkowych widoków nadających się w sam raz na pocztówki. Poszczycić się może bowiem zabytkiem, przy którym swego ubogiego wystroju powinny wstydzić się tej klasy budowle co Notre-Dame czy Saint Chapelle w Paryżu!
Tym cudem jest miejska katedra pod wezwaniem Świętej Cecylii, której początki sięgają XIII wieku. Jej największym atutem jest szczerze zapierający dech w piersiach, koronkowy chór. Jak dla mnie, miłośniczki gotyku, jest to majstersztyk jedyny w swoim rodzaju. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak finezyjnym zdobnictwem. Na ściankę osłaniającą balkon chóru składają się setki drobniutkich, wycyzelowanych w każdym milimetrze motywów. Spędziłam jeszcze ponad tydzień na intensywnym zwiedzaniu południowej Francji, jednak żaden zabytek nie wywarł na mnie równie silnego wrażenia, nie przyćmił blasku Św. Cecylii. Wręcz przeciwnie. Podczas gdy inni, odwiedzający te same miejsca co ja turyści, nie kryli swego zachwytu w jakimś zamku czy kościele, ja odchodziłam zdegustowana, powtarzając w myślach: "Gdybyście widzieli..."
W okolicach Albi nie brak pięknych miejsc i wartych odwiedzenia zabytków. Cały region poszczycić się może bardzo bogatą i burzliwą historią. To właśnie Dolina Tarnu i niedaleka Langwedocja były ostatnim bastionem ruchu katarskiego, a następnie świadkiem jego krwawego stłumienia. Nazwa sekty albigensów pochodzi właśnie od miasteczka Albi.
Senna i smakowita prowincja
Trzy niewielkie miejscowości, przycupnięte wzdłuż drogi kolejowej łączącej Albi i Tuluzę - Gaillac, Lisle-sur-Tarn i Rabastens, były chyba jedynymi, z odwiedzonych przez nas podczas całego pobytu, które w niczym nie zawiodły naszych oczekiwań. Miałyśmy niesamowite szczęście trafić do największego z nich - Gaillac - w dniu cotygodniowego targu. Tradycyjna czerwień cegły składa się tu na niepowtarzalny klimat, niby podobny do panującego we wszystkich okolicznych miejscowościach, ale jednak nie do końca. Jest tu coś trudnego do uchwycenia i nazwania, czemu nie przeszkadza, a wręcz pomaga brud i bałagan.
Ludzie mieszkają w walących się, wymagających remontu chyba od stuleci domach, ze średniowiecznymi, zżartymi przez korniki belkami sufitowymi, które podziwiać można zaglądając przez otwarte, udekorowane kwiatami w glinianych doniczkach, okna. Po wąskich, brudnych i zabłoconych uliczkach spacerują senne psy, czasem przejdzie jakaś starowinka, albo ktoś przejedzie na rowerze. I to wszystko. Na tym kończy się ruch i pośpiech w tym miasteczku... z wyjątkiem dnia targowego, a my trafiłyśmy właśnie na lokalny targ. A co oznacza bazar na francuskiej prowincji? Na ryneczku i w specjalnych halach rozkładają swe stragany kupcy i miejscowi rolnicy. Raj dla smakoszy: owoce, warzywa, miód, konfitury domowej roboty, ryby, frutti di mare, oliwki w różnych zalewach, a przede wszystkim sery... Dla tego, kto lubi sery, a, niestety, jak każdy Polak, jestem w tej kwestii laikiem, stragany z "fromages" to raj i piekło jednocześnie. Wszystkie tak smakowicie wyglądają, że możliwość wyboru staje się nieznośna. Stresuje nas nasza ignorancka postawa. Wydaje nam się, że mamy przed sobą setki camembertów, a tymczasem każdy z nich nosi inną nazwę, ma inny kształt, subtelnie różni się kolorem, nie mówiąc już o smaku...
Kolejnym regionalnym przysmakiem okazują się być spotykane co krok gofry, które jednak z naszym polskim wyobrażeniem gofra mają niewiele wspólnego. Bardziej przypominają waflowe rurki, które w Polsce zwykło się wypełniać bitą śmietaną z automatu. We Francji nikomu taka profanacja nie przyszłaby do głowy. Spożywać należy je na sucho, w całości lub krusząc na drobne kawałki. I nie dziwne, bo wszelkie dodatki "zaćmiłyby" tylko ich niepowtarzalny smak. Jest w nim coś z miodu i toffi, orzechów i... jeszcze nie wiadomo czego! A wyglądają tak pięknie... Zwłaszcza, gdy robione są na oczach klientów, w maszynce przypominającej lokówkę do włosów, którą okleja się szczelnie ciastem, a następnie przypieka nad ogniem. Wydawałoby się, że zwyczajny wafel, a jednak...
Dość już kulinarnych marzeń, bo jak w takich warunkach zachować figurę Wenus? (No, chyba, że z Willendorfu!)
W Gaillac nie ma żadnych szczególnie godnych polecenia zabytków, gdyż całe miasto jest po prostu jednym wielką atrakcją. Najlepszą formą spędzenia w nim czasu jest kilkugodzinny spacer bez celu po jego malowniczo zaniedbanych uliczkach, zaglądanie przez bramy do zagraconych podwórek i podglądanie sennego trybu życia mieszkańców. Na szczęście, nawet w sezonie, nie ma tu zbyt wielu zagranicznych turystów. Nic więc w tym mieście nie jest robione na siłę, nastawione na komercję. Mieszkańcy przyjmują wszystkich gości ciepło i serdecznie, w sposób naturalny, czyli beztrosko i bez pośpiechu. I w tym cały urok Francuza z południa...
Jeśli ktoś marzy choćby o chwilowym przeniesieniu się w przeszłość, powinien koniecznie odwiedzić Lisle-sur-Tarn. Wąskie uliczki z cegły i pruskiego muru, zabudowania z wystającymi poza parter piętrami, nieliczne samochody. Aż szkoda, że ludzie nie paradują w strojach z epoki. W miasteczku znajduje się bardzo ciekawy kościół w stylu gotyckim, z charakterystyczną dla regionu tuluskiego oktagonalną dzwonnicą, ozdobioną obowiązkowymi maszkaronami, ale o kształcie przypominającym bułki wrocławskie! Widać średniowieczni mieszkańcy Lisle nie byli na tyle zamożni, by wystawić ku Bożej Chwale świątynię tak zdobną jak Notre-Dame de Paris, ale na tyle dumni, by nie zrezygnować z tak popularnego wówczas motywu.
Lisle to dobre miejsce na odpoczynek, przerwę w zabieganiu i chwilkę refleksji nad tym kim jesteśmy, co sobą reprezentujemy i jak przeminiemy. Jak, w porównaniu z dziełami ludzkich rąk i zawartym w nich kunsztem, jesteśmy nietrwali! Inna sprawa - wątpliwe czy nasze polskie miasta zdołają zachować się tak długo jak te niepozorne, zdawałoby się niechlujne domki. Czy ktoś będzie się kiedyś nimi zachwycał!?
Carcassonne
Po czerwonej cegle Doliny Tarnu, kamienna szarość Carcassonne. Tego miasteczka z pewnością nie trzeba reklamować żadnemu miłośnikowi średniowiecza - to nieformalna stolica Pays Cathares. Przebywając w okolicy nie można go ominąć. Warto jednak zaplanować swą wizytę na wczesną wiosnę lub późną jesień, kiedy spokojnej zadumy nad upływającym czasem i burzliwymi dziejami regionu nie zakłócają tłumy turystów.
Większość z nich zapewne nie zdaje sobie sprawy z tego, że to co podziwiają, jedynie w małej części jest oryginalną średniowieczną zabudową. Carcassone najpierw, przez wieki, popadało powoli w ruinę, aż w końcu zapadła decyzja o jego rozbiórce. Uratowano je przed zniszczeniem w połowie XIX wieku, a następnie pieczołowicie odbudowano. Rekonstrukcja została przeprowadzona prawdziwie po mistrzowsku i obecnie, niejeden z gości podziwiających Carcassonne daje się omamić obrazowi, który wita go już na moście podczas przekraczania rzeki Aude.
Panorama Carcassonne, szczególnie nocą, podświetlonego delikatnym złotawym światłem reflektorów, wygląda jak średniowieczne miasto, w które tchnięto życie. O niepowtarzalnym klimacie miejsca, mimo wszelkich zarzutów kiczowatości, niech świadczy fakt, że w 1991r. Kevin Costner uznał właśnie Carcassonne za idealną scenerię planu filmu "Robin Hood - Książę Złodziei". Niech każdy sam rozstrzygnie, czy nie spełniła ona powierzonej mu roli.
Wewnątrz fortyfikacji, Carcassonne może stracić trochę ze swego uroku. Zwłaszcza eksperci w dziedzinie historii mogą poczuć się zawiedzeni. Całkowicie usatysfakcjonowani wyjadą z niego z pewnością bogaci, zagraniczni goście, tłumnie wysypujący się z parkujących przed zwodzonym mostem autokarów. Oprócz dziesiątków sklepików z pamiątkami i miejscowym rękodziełem oraz drogich restauracji kuszących wykwintnym menu, w malowniczej scenerii, dla cierpiących na nadmiar gotówki, ustawiono nawet mini wesołe miasteczko i to, o zgrozo, na przeciwko bramy małego, cichego, wiejskiego cmentarza!
Jednak nawet te, zwykle pogardzane przez prawdziwych podróżników, nieodłączne aspekty znanych miejsc, mają w Carcassonne dużo uroku, a nawet pewnej godności. Pamiątki nie zawsze są kiczowate, a przede wszystkim, jak na taką oprawę, stosunkowo niedrogie. Można zaopatrzyć się niemal we wszystkie wyroby regionalne, od ziół prowansalskich, lawendy i wyposażenia kuchni, po koronki i stylizowane na średniowieczne lub ludowe ubiory. Mnie, szczególnie ten ostatni asortyment przypadł do gustu. Nie mogłam wprost oprzeć się wejściu do pracowni krawieckiej, gdzie na oczach klienta szyto kolorowe spódnice z falbankami, batystowe bluzeczki, pantalony i słodziutkie ubranka dla dzieci. Nie obyło się bez kupienia regionalnej koszulki. Z jej zakupem związany jest zresztą śmieszny i przyjemny dla mojej kieszeni epizod. Wybrałam sobie najdroższą. Przymierzyłam - wymarzona. Chwila wahania, jednak słabość bierze górę nad oszczędnością i rozsądkiem. Już wyjmuję pieniądze z portfela, gdy nagle zauważam na materiale niewielkie ślady rdzy. Pokazuję sprzedawczyni z zapytaniem, czy zejdzie w praniu. Twierdzi, że nie ma powodów do niepokoju. Nieśmiało sugeruję przecenę, wskazując na metkę z zawrotną, w porównaniu z resztą towaru, sumą. Oczy kobiety robią się okrągłe ze zdumienia. Wykrzykuje po wielokroć ze szczerym oburzeniem i komiczną gestykulacją: "C'est trop cher, trop cher! Moiete." (To zbyt drogie, zbyt drogie. Połowa.) Gdyby u nas targowanie było takie przyjemne!
W Carcassonne można jednak nie tylko wydawać pieniądze. Zachwyceni tym miasteczkiem będą także wszyscy amatorzy romantycznych spacerów. Nie zawiodą ich pocztówkowe uliczki i podwórka domów zbudowanych z miodowego piaskowca. Sielsko i anielsko, ale na prawdę ciekawie pod względem estetycznym. Ma się złudne wrażenie, że takie widoki, przynajmniej na chwilę, wygładzają blizny na duszy.
Warto spędzić w Cité Medieval parę godzin włócząc się bez celu, co jakiś czas odpoczywając na kamiennych murach. Aby jednak nie stracić cennego czasu należy uważać, by nie "nabić się w butelkę" pt. Ville Basse. Carcassonne to bowiem nie tylko Cité. Obok, na przeciwległym brzegu rzeki Aude, położone jest zwyczajne miasto. Powstało ono w XIII wieku, kiedy mieszkańcy Cité próbowali odzyskać miasto zajęte przed Szymona de Montfort. To o nim Zbigniew Herbert napisał: "(...) prototyp konkwistadora, fanatyk, któremu hełm ograniczał horyzonty, człowiek twardej ręki, ambitny i energiczny, o wybitnych zdolnościach wodzowskich (...)". Szkoda tylko, że nie miał za grosz tolerancji! Po poniesieniu klęski, katarzy zostali wypędzeni z Carcassonne, choć ostatecznie uzyskali pozwolenie na powrót, pod warunkiem, że wybudują swe miasto poniżej Cité. I tak też się stało. Niestety w Ville Basse nie ma nic godnego zobaczenia. My zaś, starym zwyczajem nie chcąc polegać jedynie na polskim źródle informacji, swe pierwsze kroki po wyjściu z pociągu, skierowałyśmy do Office de Tourisme. Dostałyśmy tam plik planów z podanymi trasami zwiedzania. Obok Cité, dość zachęcająco reklamowano także Ville Basse. Od niego więc rozpoczęłyśmy naszą wycieczkę, a popołudnie zarezerwowałyśmy na Cité.
Jakież jednak było nasze rozgoryczenie, gdy po kilkugodzinnym spacerze po Ville Basse, nie udało nam się zobaczyć nic, na czym, choć przez chwilę można by zawiesić wzrok. Zniechęcone udałyśmy się więc w stronę Cité. A tu okazało się, że mogłyśmy cały ten czas spędzić wśród czystych i przyjemnych zabudowań starego miasta. Co z tego, że nie do końca autentycznych? Przynajmniej cieszących oko!
Cordes-sur-Ciel - Carcassonne w miniaturze
Wszystko co widnieje w zapiskach powyższych pozostaje całkowicie aktualne przy opisie Cordes - popularnego, choć jedynie na regionalną, a nie na europejską skalę, kamiennego miasteczka. Wszystko, z pewnym wyjątkiem. O ile Carcassonne jest sielskie i malownicze, Cordes jest już niestety kiczowate.
Dotarcie do niego wymagało na prawdę znacznych poświęceń z naszej strony. Aby w niedzielę znaleźć się w prowincjonalnym miasteczku, mając za jedyny możliwy środek komunikacji kolej, trzeba mieć dużo samozaparcia i cierpliwości. By zdążyć na jedyne możliwe w niedzielne przedpołudnie połączenie (ach, ta wiecznie świętująca Francja!) musiałyśmy wstać przed godziną szóstą, a następnie zziębnięte i przemoczone, iść przez godzinę na dworzec, przez pogrążone jeszcze w nocnych ciemnościach Albi. 5 minut w cieplutkim pociągu miedzy Albi i Gaillac, a potem godzina czekania na połączenie z Cordes. Wreszcie wysiadamy w Cordes, a tu kolejna niespodzianka. Jest w pół do jedenastej, a cel naszej podróży okazuje się być oddalony od stacji o pięć kilometrów. Maszerujemy więc dzielnie, najpierw po luksusowej asfaltowej szosie, przecinającej sięgające niemal po horyzont pola słoneczników, a następnie pod górę, po kamiennych podejściach i specjalnie w tym celu rozrzuconych stopniach. Gdyby jeszcze droga była pod jakimś względem ciekawa... Tymczasem wszystko co mijamy sprawia ponure wrażenie opuszczenia i martwoty. Przechodzimy przez dwie wioski i nie spotykamy choćby jednej żywej duszy. Nawet bezdomny pies nie wychodzi nam na spotkanie, zza zamkniętych okiennic nie dochodzą żadne oznaki życia.
Podczas takich spacerów człowiek często zaczyna filozofować lub rozmyślać nad swoim ciężkim losem. Dla zapracowanego Polaka spokojne, wręcz nudnawe życie Francuza z południa wydaje się być jakimś rozkosznie błogim snem. Wielokrotnie zastanawiałyśmy się nad źródłami dochodów Francuzów i nie udało nam się dojść do żadnych konstruktywnych wniosków.
Wszelkie urzędy, takie jak poczty czy banki oraz większość sklepów, w tym nawet część spożywczych, są otwarte dla klientów w godzinach od 10 do 12, a następnie od 14 do 18. Niedziela jest oczywiście dniem zupełnie martwym pod względem handlowym a nawet restauracyjnym. Równie feralnym dniem jest poniedziałek, kiedy to większość nie spożywczych sklepów wita swych klientów opuszczonymi roletami. Nie ma co ukrywać, że system taki może bardzo skomplikować życie, szczególnie przyjezdnym. Pewnego dnia stanęłyśmy niemal przed widmem śmierci głodowej, gdy przez kilka kolejnych dni odnosiłyśmy porażki w czasie prób spieniężenia czeków podróżnych. Nigdy bowiem nie udawało nam się dotrzeć do banku przed godziną dwunastą, przedpołudnia spędzałyśmy wszak w pociągach. Zostawały nam jedynie dyżury popołudniowe, ale jak się miało okazać, są one wykorzystywane jedynie do nadrabiania zaległości papierkowych urzędników, zaś o wymianie pieniędzy nie ma mowy.
Cóż więc robią Francuzi podczas przerw w pracy, przed pracą i po pracy? Jedzą, albo przynajmniej myślą o jedzeniu! Posiłek jest celebrowany niczym msza w kościele i świętokradztwem jest jego zakłócenie. Zresztą, jeśli nawet Francuz aktualnie nie je, a ma chwilę wolnego czasu, podejrzewam, że obmyśla hymny na cześć jedzenia. Nigdy nie zapomnę wyjątkowo wyrafinowanych opisów umieszczonych na etykietkach słoiczków z musztardami. A to rozwodzenie się nad subtelnymi różnicami w smaku, wyglądzie i zastosowaniu serów, które dla nas, wszystkie wyglądały jak camemberty! Gdy idziesz we Francji na lokalny targ i kupujesz miejscowy przysmak, a wyglądasz na cudzoziemca i sprzedawca wyczyta z twej twarzy, że nie bardzo wiesz, co z zakupionym towarem można zrobić, bądź pewny, że usłyszysz przynajmniej kilka, wyjątkowo skomplikowanych przepisów. Kuchnia wydaje się być główną rozrywką i zainteresowaniem przeciętnego obywatela.
Samo Cordes, do którego w końcu, po półtoragodzinnym marszu dotarłyśmy, okazało się być skupiskiem kilku wąskich uliczek, do złudzenia przypominających te z Carcassonne. Z jednym, wspomnianym wcześniej, wyjątkiem - sklepiki oferowały jedynie kiczowaty i niechlujnie wykonany towar, za to po cenie godnej kunsztownego rękodzieła i niestety, nic ponadto. Żadnych szczególnych zabytków poza piaskowymi kamieniczkami. "Ładnie", ale bez zachwytów. Dość zwyczajnie, powiedziałabym - nudnawo.
Kosmopolityczna i przemysłowa Tuluza
Podobnie jak wszystkie miejscowości w okolicy, Tuluza nie zachwyci nikogo kto liczy na uporządkowaną zabudowę. Czerwona, jak cała Dolina Tarnu, jednak w porównaniu z malutkimi, malowniczymi miasteczkami na prowincji, Tuluza jest metropolią, a co za tym idzie, miastem pełnym huku, zgiełku i trochę "slumsowej" architektury. Z drugiej strony, jest to chyba jedyne z odwiedzonych przez nas miejsc, które rzeczywiście ŻYJE i to swym naturalnym, codziennym, wielkomiejskim życiem. Po ulicach spacerują robiący sprawunki mieszkańcy, na skwerach zbiera się młodzież licealna i studenci, w porze lunchu wszystkie kawiarnie i sandwicheries są pełne... Dookoła kolorowe neony, reklamy, samochody, ruch... Aż dziw, że komuś, kto na co dzień mieszka w wielkim mieście może się to podobać. Po kilkudniowym leniwym włóczeniu się po spokojnych, wręcz wymarłych uliczkach, szczypta szybkiego pędu codziennego życia może okazać się niezbędna do odzyskania dobrego samopoczucia i powrotu do równowagi.
Zresztą, oprócz chwili uczestnictwa w normalnym wielkomiejskim gwarze, Tuluza właściwie nie ma czym pochwalić się przed turystami. Ze swej strony polecić mogę odwiedzenie usytuowanego w zabudowaniach klasztornych Muzeum Augustynów. Prezentuje ono wyjątkowo bogate i zróżnicowane eksponaty: od romańskiej i gotyckiej rzeźby, przez malarstwo religijne, po przedstawicieli francuskiego i międzynarodowego malarstwa XVIII i XIX wieku. Ostatnia z wymienionych wystaw nie zasługuje, mym skromnym, choć nie fachowym okiem, na szczególną uwagę, w przeciwieństwie do średniowiecznych zbiorów, wśród których bardzo łatwo zapomina się o upływającym czasie. Zaś wszyscy zmęczeni miejskim hałasem i wielością wrażeń, jakie wynosi się z sal ekspozycyjnych, mogą przez chwilę odpocząć w spokojnych krużgankach otaczających patio, w którym urządzono mini ogród botaniczny. Wymarzone miejsce do zrobienia pięknych zdjęć!
Ambialette
Wrażenia z pierwszych pięciu wycieczek mogą złożyć się na dość kiczowate wyobrażenie o Dolinie Tarnu. Byłaby to jednak generalizacja bardzo krzywdząca. Wiele z miejsc, które odwiedziłyśmy, miało w sobie dużo uroku, na którego odkrycie często brakowało nam sił i czasu. Plan naszego tygodniowego pobytu był wypełniony po brzegi. Nie udało nam się odwiedzić wielu miejsc szczególnie godnych uwagi, a znajdujących się w najbliższej okolicy Albi. Nie powiodło się to głównie z przyczyn "technicznych", niezależnych od nas. Szczególnie warte zobaczenia, nie tylko ze względu na wszechobecną w tym regionie malowniczość, ale przede wszystkim naturalność, były miejscowości na tyle małe, że dostać się do nich można było jedynie samochodem. Nie kursowały przez nie publiczne środki transportu. Takimi miejscami były maleńkie wioski, pojedyncze, oddalone od osad, zabytkowe gospodarstwa, zapomniane cmentarze, mosty, wodospady i niezwykłe jaskinie, a przede wszystkim, wznoszące się majestatycznie nad okolicą, na niedostępnych wzgórzach, katarskie warownie.
Dzięki życzliwości naszych gospodarzy udało nam się zobaczyć jedno z takich niedostępnych dla zwykłych, wygodnych turystów, ale za to autentycznych miejsc - klasztor w Ambialet.
Trudno to miejsce opisać, szczególnie siedząc przed prozaicznym ekranem komputera. Nie da się go też przedstawić na zdjęciach. Żadne ujęcie nie będzie wystarczająco plastyczne i... mistyczne. Tak jak zdjęcie spłaszczy prawdziwy obraz, tak opis ubierze go w nieodpowiednie, napuszone słowa.
Przejście przez klasztorną bramę to szok. Na oddalonym od ludzkich osad wzgórzu, przycupnął maleńki klasztor z białego kamienia, z miniaturową kaplicą i warzywnym ogrodem, spokojnym cmentarzykiem z drewnianymi krzyżami. Wszystko ciche i dostojne w swej romańskiej surowości. Kaplicy nie ozdabia żaden fresk, czy też malowidło. Ozdobą jest wpadające przez małe alabastrowe okna, bursztynowe światło, skąpo oświetlające ściany. Nic więcej... jedynie myśli modlących się tu od stuleci, od czasów pierwszych wypraw krzyżowych, mnichów. Zawsze było ich tu tylko kilku, podobnie zresztą jak dzisiaj. Tylko oni i Bóg, a dookoła niemal dzika przyroda i strome stoki wzgórz. Droga, zamykana po zmierzchu brama oraz prosty most - nie ma tu nic zbędnego...
