Wydanie internetoweAmeryka Północna

W Świecie Drugim i Pół

Krzysztof UlanowskiGwatemalaMeksyk
W Świecie Drugim i Pół

Przed wyjazdem z Meksyku do Gwatemali chyba wszyscy jesteśmy lekko podenerwowani. W końcu jedziemy za granicę! W dodatku do kraju, który znam wyłącznie z medialnego przekazu z lat 80 ubiegłego wieku. Był to wtedy prawicowy, wyjątkowo brutalny reżim wojskowy.

Mapa trasy: W Świecie Drugim i Pół
Mapa trasy

Budzimy się w naszym pensjonacie w Palenque, w stanie Chiapas o godz. 4.45 rano. Przez moment się zastanawiam, czy zakładać moją nową koszulkę z wolnościowymi hasłami indiańskiej, lewicowej partyzantki Zapatystów. W końcu macham ręką i T-shirt wkładam. Najwyżej nie przepuszczą mnie przez granicę.

Łodzią do ruin

Idziemy na ulicę 5 Maja, gdzie według dość niepewnych wskazówek tubylców być może znajduje się przystanek autobusów, odjeżdżających w stronę gwatemalskiej granicy. Bingo! Stoi busik. Płacimy po 100 pesos (około 30 zł). Odjazd był przewidziany o 6.00, ale wyruszamy wcześniej - w pojeździe jest już komplet pasażerów. Drogę na granicę przesypiam. W wiosce Frontera Corozol nad graniczną rzeką Usumacinta wysiadamy przed drewnianą wiatą.

Pod zadaszeniem znajduje się informacja turystyczna i kasy biletowe. Kilka metrów dalej jest przystań. Motorowe łodzie (lanchas) wolno obsługiwać jedynie miejscowym Indianom lakondańskim, blisko spokrewnionym z Majami.

Jest nas pięcioro, czyli... o jedną osobę za dużo. Niestety, musimy wynająć większą łódź, która kosztuje aż 900 pesos (około 300 zł). Płyniemy w dół rzeki. Lądujemy u wrót ruin Yaxchilan, dawnego miasta Majów. Ruiny rozsiane są w Puszczy Lakondańskiej, co bynajmniej nie oznacza, że za wstęp nie trzeba zapłacić. Bilet kosztuje 38 pesos (około 12 zł), czyli tyle, ile wstęp do większości zabytków w Meksyku. Jest też księga pamiątkowa, do której się wpisujemy. I tu zaskoczenie.

Jest jeszcze bardzo wcześnie, ale przed nami już weszła jakaś grupa turystów. Polacy z Łodzi! To zawsze cieszy, bo w Meksyku nieczęsto spotyka się polskich podróżników. Wchodzimy do dżungli, która gada i śpiewa do nas. Przechodzimy przez ciemny labirynt - inaczej nie da się dostać do miasta. Na szczęście labirynt jest dość krótki. Przed wyjściem ,,atakują" nas nietoperze. Część dziewczyn piszczy.

Na Gran Plaza (Rynku) rozdzielamy się. My z Anią spotykamy część wspomnianej wyżej polskiej grupy - akurat same dziewczyny. Rozmawiamy przez chwilę. Łodzianie podróżują po Meksyku wynajętym samochodem. Chwalą sobie ten sposób poruszania się, paliwo jest w Meksyku tanie.

W tym czasie reszta naszej grupy zatrzymuje się koło pozostałej części ekipy z Łodzi - samych facetów. Nasze dziewczyny rozmawiają pomiędzy sobą po polsku. Tamci reagują porozumiewawczymi spojrzeniami i palcami przykładanymi do ust. Reakcja, jak na Meksyk, co najmniej dziwna. Może jacyś uprzednio spotkani rodacy ich skrzywdzili?

Małpy biegną na rękach

Po pożegnaniu łodzianek, wchodzimy na wysoką górę, na której Majowie wznieśli tzw. ,,Akropol". Wspinamy się budowlę i nagle wysoko ponad nami, w koronach drzew widzimy poruszające się za pomocą rąk wielkie, czarne małpy. Niestety, zwierzęta zlewają się z tłem i są za szybkie jak na nasze fotograficzne umiejętności. Pocieszamy się zabawą w Tarzana, huśtając się na zdrewniałych lianach.

A potem wracamy do naszej łódki, a następnie na naszą przystań. W tej samej kasie płacimy 550 pesos i tą samą łodzią, z tym samym sternikiem płyniemy w górę rzeki do miejscowości Bethel - już w Gwatemali. Indianin odprowadza nas aż do centrum wioski, gdzie w prowizorycznej budzie mieści się jednocześnie odprawa paszportowa, informacja turystyczna i dworzec autobusowy.

Pogranicznik wbija mi stempel do paszportu i wcale nie czepia się mojego ,,wolnościowego" T-shirta. Może dlatego, że boi się, iż ja mu z kolei zwrócę uwagę, że jego koszula jest wymięta i niezbyt czysta?

Podchodzą do nas ruchome kantory wymiany walut. Cinkciarze, bo o nich mowa, płacą za amerykańskiego dolara po siedem gwatemalskich quetzales, a za sto meksykańskich pesos - 70 quetzales. Euro nie chcą. Informują nas za to uprzejmie, że trzeba przesunąć zegarki o godzinę do przodu. Dobrze, że Gwatemala, podobnie jak większość Ameryki Łacińskiej, jest hiszpańskojęzyczna. Nie trzeba się uczyć nowego języka! Ale i tak na początku dość trudno nam zrozumieć wymowę tubylców.

Przez długi czas nie mogę też zapamiętać śmiesznej dla mnie nazwy miejscowej waluty, więc dla uproszczenia nazywam je... śmiesznymi właśnie. Nazwa ta przyjmuje się w naszej ekipie. Po odprawie, wymianie pieniędzy i zakupie biletu do miasta Flores (60 śmiesznych, czyli około 30 zł), pozostaje nam trochę czasu do odjazdu autobusu. Rozglądamy się po wiosce. Tak sobie właśnie wyobrażałem Trzeci Świat. Na pierwszy rzut oka widać, że kraj jest biedniejszy od Meksyku. Trzymające się na słowo honoru chatynki. Biegające ptactwo. Zwalający z nóg upał.

Widzimy kilka bud, opatrzonych napisami ,,restaurante". Wchodzimy do jednej z nich. Nie mają ani piwa, ani kawy, ani nawet coli. Idziemy do drugiej. Zamawiamy kawę rozpuszczalną. Podają nam wrzątek w filiżankach, a do tego kawę rozpuszczalną w słoiku.

W autobusie jak kurczaki

Ledwie zaczynamy pić gorący napój, kiedy wbiega tubylec. To kierowca naszego autobusu. Informuje, że zaraz odjazd. Pomagam mu pakować nasze plecaki na dach. Nasz wóz to typowy "chicken bus", mały pojazd, do którego pasażerowie upychani są jak kurczaki do klatek na farmie koncentracyjnej.

I wszyscy, zarówno Biali, jak i miedzianoskórzy pozwalają się poupychać. Tylko dwóch Izraelitów w ostatnim rzędzie protestuje przeciwko dokwaterowaniu dodatkowych pasażerów. Protestują na tyle stanowczo, że kierowca odpuszcza. Cóż, to w końcu asertywni wojownicy z frontowego kraju.

Pędzimy przez półtorej godziny po wyboistej, gruntowej drodze. Mijamy jakąś wioskę z blachy falistej. Zatrzymujemy się w kolejnej. ,,Cinco minutos" (,,Pięć minut") - mówi kierowca. Jest zatem czas na rozprostowanie nóg i sprawunki. Kupuję w sklepiku miejscowe piwo ,,Gallo" po 10 śmiesznych (około pięć złotych). Drogo.

Za to busik robi się luźniejszy, bo część pasażerów wysiada. Bileter zaprasza mnie na przednie siedzenie. Luksus, zwłaszcza, że wreszcie zaczyna się asfalt! Obowiązuje sześćdziesiątka, ale kierowca pomyka setką. Po drodze, podobnie zresztą jak i w Meksyku, widzę dużo kościołów protestanckich - ewangelickich, adwentystycznych, a nawet mormońskich. Dużo też młodych Indianek na motocyklach.

A na rejestracjach samochodów wytłoczone napisy ,,Ameryka Środkowa". Chyba możemy im trochę tego poczucia jedności pozazdrościć, my mieszkańcy Europy Środkowej, z naszą martwą de facto Grupą Wyszehradzką

Flores, stolica północnej prowincji Peten, to urocze, turystyczne miasteczko, usytuowane na wyspie na wielkim jeziorze. Do miasta wjeżdża się mostem z bliźniaczej miejscowości Santa Elena. Wysiadamy zaraz za mostem i w tej samej chwili dobiega do nas pośrednik z lokalnego biura podróży. My już jednak widzimy drogowskaz do hostelu ,,Los Amigos" (,,Przyjaciele").

Schronisko okazuje się klimatyczne i istotnie przyjazne. Prowadzi je dwóch Białych. Jeden wygląda jak Jim Morrison, a drugi, Holender Hieronim, robi wrażenie non stop napalonego gandzią. Na ścianie wisi plakat z Che Guevarą. Najwyraźniej reżim w Gwatemali już nie taki prawicowy jak w latach 80. I już nie taki reżim.

Martwe skorpiony

Hieronim inkasuje od nas po 25 śmiesznych za nocleg (doprawdy, śmieszna suma) i wskazuje nam miejsca do spania. Moje łóżko okazuje się już jednak zajęte przez Niemkę, która - rzecz jasna - protestuje. Hieronim wskazuje zatem inne legowisko. Za chwilę napada na mnie z krzykiem jakaś grubaska, Amerykanka, jak myślę w pierwszej chwili. Hieronim wskazuje mi więc trzecie łóżko, tym razem na szczęście wolne.

Holender prowadzi też kantor wymiany walut, niestety, nie przyjmuje euro. Informuje jednak, że europejską walutę przyjmują w pobliskiej (jak wszystko we Flores) kawiarence internetowej. Euro kosztuje tam osiem śmiesznych.

Trafiamy na restaurację ,,Princess de Maya" (,,Księżniczka Majów"). Za spaghetti z czosnkiem, wyciskany sok pomarańczowy i kawę płacę 50 śmiesznych. Kelner myli się na naszą niekorzyść. W ruch więc idą długopisy; a my szybko przypominamy sobie pisemne mnożenie i dodawanie.

Gdy wracamy z restauracji, po raz pierwszy w Ameryce Łacińskiej zaskakuje nas wreszcie prawdziwie tropikalna ulewa. Do tej pory mieliśmy szczęście; deszcz padał zawsze w nocy, albo kiedy siedzieliśmy w autobusie. Chowamy się do jakiegoś sklepu z ciuchami i pamiątkami. Ulewa przechodzi po pół godzinie.

W schronisku pijemy lokalne piwo ,,Brahva". Pierwszą butelkę kupuję u indiańskiej pracownicy i płacę 15 śmiesznych. Drugą flaszkę sprzedaje mi już ,,Jim Morrison". I wtedy cena w cudowny sposób spada do 10 śmiesznych. Tymczasem domniemana Amerykanka okazuje się Izraelitką. W dodatku rozumie kilka polskich słów. Jej babcia była z Polski. Następnego dnia rano biegniemy na przystanek autobusów, odjeżdżających do ruin indiańskiego miasta Tikal. Autobus się spóźnia, ale nie martwi nas to. Przystanek znajduje się przy kawiarnianym ogródku, a my nie zdążyliśmy zjeść śniadania. Pijemy więc przynajmniej kawę (pięć śmiesznych).

Przyjeżdża wreszcie autobus. Bilet w obie strony kosztuje 50 śmiesznych. Tyle samo wstęp do parku narodowego. Kiedy na skraju dżungli stoimy w ogonku do kasy biletowej, widzę na ziemi wyjątkowo wielkiego, martwego pająka. Obok leżą dwa chude skorpiony. Równie martwe. Na zwłokach liczne mrówki. Żywe.

Piramidy w zielonym oceanie

Przed ruinami miasta kilka ulokowało się stoisk z jedzeniem i piciem. Indianka z małą córeczką sprzedają ręcznie wyciskany sok z pomarańczy. Kawałek dalej na ziemi usiadł spory sęp. Pozwala nam podejść dość blisko, zanim decyduje się odlecieć.

Droga przez dżunglę pełna jest pełzających, ogromnych gąsienic. Nieustannie patrzymy więc pod nogi, zamiast obserwować korony drzew, po których skaczą duże, czarne małpy. W zaroślach biegają wyrośnięte ptaki, przypominające indory. Przemykają też dziwne, bezogoniaste ssaki wielkości psów. Jaguarów nie zauważamy. Na szczęście.

Pojedyncze ruiny napotykamy co kilkadziesiąt, a nawet kilkaset metrów. Dżungla jest wykarczowana tylko na Gran Plaza, gdzie stoją dwie wielkie piramidy. Miasto jest bardzo obszerne, więc ani się obejrzeliśmy, kiedy wybija godzina obiadu. Wychodzimy z dżungli i idziemy do jadłodajni ,,Tikal". Potrawa z warzyw o nazwie ,,Vegetariano" kosztuje tu 35 śmiesznych, a kawa z mlekiem - sześć.

Wracamy do lasu i już pod sam koniec zwiedzania znajdujemy jeszcze jedną, niesamowicie wysoką piramidę. Wspinamy się na samą górę po czymś pośrednim pomiędzy schodami a drabiną. Podziwiamy bezkresną, przypominającą zielony ocean dżunglę. Ponad wierzchołki drzew wystają czubki najwyższych, pojedynczych piramid. Wychodzimy z dżungli. Jak zwykle jestem wykończony upałem i wilgotnym powietrzem. Za cztery śmieszne kupuję od indiańskiej dziewczynki szklankę kruszonego lodu, nasączonego sokiem z limonki. Przynosi ulgę.

Wracamy do Flores. Znajdujemy kolejny sklep z ciuchami i pamiątkami. Ania kupuje śliczną spódniczkę Majów, a ja T-shirt z wizerunkiem ssaka, tym razem takiego z bardzo długim ogonem. Płacę 50 śmiesznych. Na kolację idziemy do naszej ,,Księżniczki Majów". Kiedy chcemy płacić, kelner bez pytania przynosi nam nie tylko rachunek, ale jednocześnie kartę dań i kalkulator. Ma szczęście, bo tym razem myli się na swoją niekorzyść.

Zatrzymuje nas wojsko

Z Anią i Iloną idziemy do Santa Eleny, sprawdzić o której godzinie rano odjeżdżają autobusy do Bethel. Zaraz za mostem wkraczamy w inny świat. Biegnąca przez Santa Elenę ulica jest ciemna i zaśmiecona. Nie ma też chodnika. Nie wygląda zbyt bezpiecznie. Ania jest doświadczoną podróżniczką; zjeździła m.in. Peru, Zambię i Malawi. Pytam jej, czy jej zdaniem jesteśmy już w Trzecim Świecie. Ania po namyśle zaprzecza. ,,W Drugim i Pół?" - dociekam. ,,To już prędzej".

Po pół godzinie docieramy do dworca. Uzyskujemy tam sprzeczne informacje. Według mężczyzny, który sam nas zaczepia, mamy busik o godzinie 8.00. Ale lekko zawiany facet nie budzi naszego zaufania. Z kolei panienka z okienka twierdzi, że autobus odjeżdża o 6.00. Trzeba więc znów wstać przed 5.00...

Rano docieramy na dworzec przed 6.00 i kupujemy bilety do Bethel po 35 śmiesznych. Autobus odjeżdża o czasie. Po drodze dwa razy zatrzymuje nas wojsko. Żołdacy coś mówią szybko i niewyraźnie, a na skutek tej przemowy wszyscy gwatemalscy mężczyźni wysiadają. My zostajemy w wozie, bo przecież nic nie rozumiemy.

,,Co ci żołnierze im robią?" - pyta Dorota, która ma gorszy widok z okna niż my. ,,Biją kolbami" - pozwalam sobie na ryzykowny, jak na Gwatemalę, żart. ,,Kolbami kukurydzy, oczywiście" - dodaje Ania. Dowcip nie do końca surrealistyczny - kukurydza to podstawowe zboże w Ameryce Łacińskiej.

W końcu szczęśliwie dojeżdżamy do granicy. Idziemy do ,,naszej" restauracji na piwo ,,Gallo" i kawę. Po lokalu biega zwierzątko z bardzo długim ogonem - kropka w kropkę, jak to na mojej nowej koszulce.

Wioska abstynentów

Przechodzimy odprawę i idziemy na przystań. Na brzegu rzeki stoi autobus z uczniami… z Polski. Młodzi ludzie są na wymianie szkolnej w USA. Teraz jadą na wycieczkę do Belize. Do brzegu dopływa lancha, pilotowana przez nastoletniego Indianina. Przeprawa kosztuje nas 350 śmiesznych.

Na meksykańskim brzegu od razu ,,napada" na nas horda taksówkarzy. Z tego, co mówią, początkowo rozumiemy, że chcą nas za 60 pesos zawieźć do Palenque. Potem, po dłuższej dyskusji okazuje się, że za 60 zawiozą nas na pobliski dworzec, a do Palenque to nas mogą zabrać za... tysiąc. Dziękujemy im grzecznie i decydujemy się poczekać półtorej godziny na colectivo - rodzaj wieloosobowej taksówki.

Póki co, idziemy z Anią na poszukiwanie piwa. Ku naszemu zdziwieniu bursztynowego króla napojów chłodzących nie ma w żadnym ze sklepików. Mamy pecha; wioska okazuje się abstynencka i sprzedaż piwa jest w niej zakazana. Na szczęście zakaz nie obejmuje restauracji, na którą po długich poszukiwaniach w końcu trafiamy.

Kiedy pijemy, przyjeżdża colectivo. Płacimy po 60 pesos od osoby i w drogę! Na trasie łapie nas ulewa. Przytomny kierowca każe ściągnąć plecaki z dachu i upchnąć je w środku. W Palenque spotykamy Czechów - znajomych z hostelu w Oaxace. Mówią, że jadą do Gwatemali.

Spotykamy też polską rodzinę, która wraca akurat z Jukatanu, dokąd my się właśnie wybieramy. Polacy narzekają na jukatańskie ceny - spali w hotelu po 250 pesos. Faktycznie, niepokojąco drogo. Na razie kupujemy bilety do Meridy, kolonialnego miasta na Jukatanie. Płacimy po 287 pesos. A potem autobusem przez noc.

Zdjęcia do artykułu (4)

Tikal.jpgYaxchilan.jpgliany.jpgsep.jpg

Więcej z Ameryki Północnej