Wydanie internetoweEuropa

Rowerowa podróż do Istambułu - Istambuł 2007

Piotr HerlaInneTurcja
Rowerowa podróż do Istambułu - Istambuł 2007

...Koniec pierwszego dnia. Paweł jechał przede mną. W pewnym momencie straciłem go z oczu i na jednym z rozjazdów nie wiedziałem, którą drogę wybrał. Zdecydowałem się jechać dalej, aż do Frydek-Mistek. Na miejscu dostałem od Pawła Sms-a z zapytaniem gdzie jestem. Nie mogłem odpowiedzieć, bo moja komórka odrzucała każdą próbę wysłania wiadomości. Zastanawiając się co zrobić, zacząłem krążyć ulicami tego liczącego około 60 tysięcy mieszkańców miasta. Zrządzeniem losu, po pewnym czasie natrafiliśmy na siebie na jednej z ulic. Wyjechaliśmy poza miasto i w całkowitych ciemnościach, jedynie z pomocą lampek rowerowych, rozbiliśmy nasze pierwsze obozowisko. Licznik przy rowerze Pawła pokazywał, że przebyliśmy 140 km.

Był to pierwszy (choć nie ostatni) podczas podróży przypadek, gdy zgubiliśmy się nawzajem. Gdy zbliżaliśmy się do Jeziora Szkoderskiego w Albanii było już ciemno. Jednak na ulicach trwała zabawa i muzyka. Wszystko wokół tętniło życiem. Choć jechało się bardzo dobrze, w ciemności nie widzieliśmy dobrze drogi. Mijające nas samochody i motocykle często nie miały włączonego oświetlenia. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że jezioro jest nie po tej stronie po której powinno być według mapy, innymi słowy - jedziemy złą drogą. Zatrzymaliśmy się by znaleźć miejsce na rozbicie namiotu. Właściwej drogi postanowiliśmy poszukać następnego dnia.

Już drugiego dnia podróży spotkał nas bezinteresowny przejaw życzliwości. Otóż w mieście Frenstadt pewna starsza pani, dowiedziawszy się dokąd jedziemy, ofiarowała nam na drogę opakowanie Halsów. Potem poszła jeszcze do sklepu, aby po chwili zjawić się z kolejnym podarunkiem - koszykiem truskawek. Takie gesty od przypadkowo napotkanych ludzi spotykały nas niejednokrotnie. W Turcji byliśmy częstowani kawą, oraz "çay" czyli czarną herbatą serwowaną w charakterystycznych, małych, zaokrąglonych szklaneczkach a Paweł dostał nawet... spory kawałek słonego twarogu.

Kiedy wyjeżdżałem z Polski postanowiłem spróbować jak najwięcej potraw, których u nas się nie podaje. W Czechach, w Breclaviu usilnie starałem się znaleźć restaurację serwującą tradycyjną czeską kuchnię. Niestety, ostatecznie "wylądowaliśmy" tam w wietnamskiej knajpie... Paweł był w pod wrażeniem wypiekanych w Czechach drożdżówek, przede wszystkim tych na słodko. Trudno mu się dziwić, bo rzeczywiście były doskonałe. Będąc w Słowenii jeden z obiadów jedliśmy w przydrożnej restauracji. Miałem ochotę skosztować tamtejszej specjalności - gulaszu z koniny. Niestety, akurat się skończył... Zamiast niego zamówiłem więc porcję lasagne z mięsem a Paweł całą pizzę. Po raz kolejny obca kuchnia zastąpiła miejscowe dania.

Nie mogę jednak narzekać - w czasie całej wyprawy poznałem wiele nowych smaków. W Albanii nazwy w menu przydrożnej restauracji nic nam nie mówiły, a kelner rozmawiał tylko po albańsku. Z pomocą przyszedł nam młody Albańczyk, który pracował w Stanach Zjednoczonych i dzięki temu znał język angielski. Z pomocą "tłumacza", po chwili zastanowienia wybieraliśmy "Biftek", czyli wołowinę. Po raz pierwszy podczas podróży pozwoliliśmy sobie na zakup alkoholu i zamówiliśmy po butelce piwa "Tirana". Po kilkunastu minutach kelner przyniósł nam zamówioną potrawę. Cienko pokrojone, grilowane plastry wołowiny zakrywały niemal cała powierzchnię dużego talerza. Pod nimi leżały frytki i sałatka a z boku spory kleks gęstej śmietany polany oliwą i posypany oliwkami. Zjedliśmy wszystko ze smakiem, popijając zimnym piwem. Dzięki temu posiłkowi rowerowa wspinaczka na przełęcz krabbe, która rozpoczęła się pod koniec dnia przyszła nam łatwiej. Cudowne było też tureckie jedzenie. Już sam wybór ciast i słodyczy był przeogromny, a wszystko smakowało fantastycznie. Trzeba przyznać, że dla kogoś, kto lubi dobrze zjeść, a podróże są nieodłącznie związane są z próbowaniem nowych potraw, Turcja jest prawdziwym rajem.

Podróżowaliśmy przez wspaniałe, różnorodne miejsca. Znane i mniej znane, lub zupełnie anonimowe. Do tych mniej znanych należała na pewno Kostanjevica na Krki. Ta niewielka miejscowość, ze względu na swoje położenie w meandrze rzeki Krki, otoczona jest ze wszystkich stron wodą. Ze swoimi uliczkami przecinającymi historyczną zabudowę i prowadzącymi do niej drewnianymi mostkami jest jednym z najbardziej malowniczych, a jednocześnie "skromnych" miejsc jakie dotąd widziałem.

W podróży zobaczyliśmy aż cztery morza i pokonaliśmy kilka pasm górskich. Przejazd przez Góry Dynarskie w Chorwacji okazał się bardzo przyjemny i niezbyt męczący. Podjazd był całą drogę łagodny a zjazd był po prostu czystą przyjemnością. Towarzyszyły nam zapierające dech w piersiach widoki. Z pierwszym morzem na naszej trasie - Adriatykiem - przywitaliśmy się w miejscowości Pakostane. Choć woda była dosyć zimna wzięliśmy kąpiel jako jedyni z obecnych w okolicy. Pozostali ludzie przechadzając się w wiosennych kurtkach i patrzyli na naszą kąpiel ze zdziwieniem. Powoli krok po kroku wchodziliśmy coraz dalej w morze. Musieliśmy uważać na stopy bo między kamieniami było mnóstwo jerzowców. Plaża w Pakostane podobnie jak wszystkie późniejsze wzdłuż chorwackiego wybrzeża była kamienista i wąska. Droga nad wybrzeżem wiła się jak wąż na boki oraz w górę i w dół. Widok Adriatyku z jednej strony, a ściany Gór Dynarskich z drugiej pozwalały oderwać myśli od kwestii zmęczenia i wysiłku.

Czarnogóra. Na drogach kilku miastach musieliśmy omijać niebezpieczne studzienki kanalizacyjne. Kratownice w nich były ułożone nie w poprzek, lecz wzdłuż ulicy. Łatwo sobie wyobrazić co mogłoby się stać jeśli w taką pułapkę wpadłoby koło rozpędzonego roweru.

Grecja. Droga do Saloników wiodła cały czas lekko z górki, dlatego tego dnia bez forsowania ustanowiliśmy nowy dzienny rekord pokonanego dystansu - 179 kilometrów. W Salonikach odwiedziliśmy port, główny deptak przy morzu i zjedliśmy "pita gyros". Po drodze kupiłem zestaw łatek, gdyż poprzedni, jeszcze w Chorwacji, w całości zużyty został na "reanimację" opony w rowerze Pawła. Dzień kończyliśmy przejazdem przez leżącą na wzgórzu miejscowością Panorama, z której podziwiać można widok na całe Saloniki i Zatoka Salonicką. Grecja szybko pozostała za nami. Pamiętam rzeźbę lwa z Amfipolis oraz miasto Kavala, z położonym na wzgórzu Panagia zamkiem i imponującym akweduktem. Pamiętam także, Porto Lagos - małą miejscowość, w której na środku laguny wybudowana jest urokliwa kapliczka, oraz oferujące posiłki i napoje przydrożne "Kantiny".

Pamiętam, choć to smutne, że w Grecji do grona biednych, rozjechanych na jezdni stworzeń, obok widywanych dotychczas kotów, psów, zajęcy i jeży, mniejszych i większych wężów, jaszczurek, ptaków, oraz mnóstwa innych, dołączyły także żółwie. Jednym z minusów jazdy rowerowej i rzeczą, do której trzeba przywyknąć jest właśnie widok tych wszystkich martwych zwierząt przy jezdni... Pod tym względem najgorzej było jednak w Rumunii. Pobocza tego kraju obfitowały niestety, w straszne ilości martwych psów. Musieliśmy omijać, przez nikogo nie usuwane, makabryczne, wysuszone truchła, lub świeżo porozrywane pozostałości tego, co kiedyś było zwierzęciem.

Po trzech tygodniach pedałowania dotarliśmy do Turcji. Ostatni odcinek przed granicą okazał się autostradą. Byłem zły na Pawła, bo nie pierwszy raz wybrał taką drogę . Na szczęście autostrada była całkowicie pusta! Po drodze do przejścia minęły nas dwa, może trzy samochody. Granicę przekroczyliśmy w Ipsali. Wcześniej jednak musieliśmy chwilę poczekać po greckiej stronie mostu będącego łącznikiem z Turcją. Wynikało to z tego, że pilnujący go żołnierze mieli rozkaz przepuszczania samochodów i motocykli, a nikt im nie wspominał o rowerzystach. Jeden z nich co chwila wykonywał lub otrzymywał telefony. W międzyczasie wyjaśniał nam także, że winne całemu zamieszaniu są tureckie procedury graniczne.

W oczekiwaniu na pozwolenie przekroczenia mostu ucięliśmy sobie z żołnierzami krótką pogawędkę. Byli młodsi od nas. Z jednym rozmawiałem po angielsku, z drugim po niemiecku a z Pawłem - oczywiście po Polsku. Poczęstowali nas czekoladą, a gdy przyszło pozwolenie na przejechanie mostu życzyli nam dobrej drogi. Za mostem, już po Tureckiej stronie kupiliśmy wizę. Kosztuje ona 10 euro, ważna jest przez 1 miesiąc i wydawana od ręki.

Turcja przywitała nas wiatrem wiejącym tak silnie iż trudno było jechać. Jego powiewy rzucały nami na prawo i na lewo. Kilka razy uniknąłem w ostatnim momencie wepchnięcia pod mijający mnie samochód, dwa razy ostro haratałem ramą mojego roweru o barierki. Pobocze (które czasem było, a czasem nie) nie nadawało się do jazdy. W tych warunkach nie mogliśmy kontynuować podróży i zatrzymaliśmy w mieście Silivri. Ponieważ, nie było gdzie rozbić namiotu musieliśmy znaleźć nocleg. Zapytaliśmy o drogę do najtańszego hotelu małego chłopczyka - rowerzystę. Pokazał byśmy podążali za nim i ruszył przed siebie wąskimi uliczkami miasta. Początkowo prowadził nas do droższych hoteli, bo nie rozumiał zbyt dobrze o co nam chodzi. W końcu zaprowadził nas do najtańszego w mieście "otelu" za 9 euro od osoby. Tam przenocowaliśmy.

23 Kwietnia dotarliśmy do celu naszej podróży, ale nie bez przygód. Wjazd do tak ogromnego miasta jak Istambuł był wyczynem dosyć ekstremalnym. Oprócz tego że znowu zgubiliśmy się nawzajem to do centrum miasta wjeżdżaliśmy trzy- a potem czteropasmową drogą! Ostatecznie jednak udało się. Dotarliśmy do punktu docelowego naszej wyprawy.

W drodze powrotnej, w Bułgarii ostatnią większą miejscowością jaką odwiedziliśmy była Warna. Przed wjazdem do niej, by nie jechać po autostradzie skręciliśmy w mniejszą leśną drogę. Po chwili okazało się, że droga ta była czymś w rodzaju domu publicznego. Od czasu do czasu, któraś z ustawionych gęsto przy poboczu, umalowanych pań mówiła do nas coś po bułgarsku...

W Warnie po raz ostatni podczas wyprawy obejrzeliśmy morze. Granicę bułgarsko-rumuńską przepłynęliśmy promem w miejscowości Silistra. W Rumunii po miesiącu wspólnej jazdy rozłączyliśmy się z Pawłem. W Cluj kupiłem brakujące zapięcie, pompkę i narzędzia. Musiałem jeszcze tylko zaopatrzyć się w mapy. Gdy je kupowałem do księgarni weszło dwóch młodych mężczyzn i dziewczyna. Ku mojemu zaskoczeniu zaczęli mówić do mnie po polsku, pytając czy znam tu dobre miejsce na nocleg. Byłem zdziwiony tym ze rozpoznali we mnie rodaka. Ze sprzedawczynią rozmawiałem przecież po angielsku. Po chwili okazało się, że rozpoznali mnie, ponieważ przy rowerze zobaczyli sakwy "Crosso"! Zaprosili mnie na kawę, chętnie się zgodziłem. Okazało się, że dużo podróżują, także na rowerach.

Wychwalaliśmy zalety sakw Crosso potem rozmowa zeszła na rumuńskie kulinaria. Poleciłem im do spróbowania kilka rzeczy , mi: "salata de icra" czyli krem z ikry śledzia - najtańsze "studenckie" jedzenie. Mici - małe, grillowane kiełbaski z mielonej baraniny i wołowiny. Placki "placinta" występujące w różnych odmianach na słono i słodko, podawane z różnymi dodatkami bądź same ("placinta simpla"), a także domową czekoladę "baton de cacao". Po wypiciu Kawy otrzymałem w prezencie krem do rąk, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy każde w swoją stronę. Noc z 2 na 3 maja była potwornie zimna. Pomimo tego, że włożyłem na siebie wszystkie ubrania to nad ranem i tak byłem potwornie zziębnięty. Na namiocie była gruba warstwa szronu. Niewyspany i przeziębiony postanowiłem, że wrócę do domu pociągiem.

Więcej opowieści znajdziecie w sierpniowym numerze bikeBoard'u (7/2007) oraz na jego stronie internetowej.

Niedługo także więcej zdjęć i dziennik podróży na oficjalnej stronie wyprawy www.biketrips.ovh.orgarchiwum

Zdjęcia do artykułu (10)

Austria-Graz-Wzgorze-zamkowe.jpgChorwacja-Adriatyk.jpgChorwacja-Droga.jpgChorwacja-Gory-Dynarskie.jpgChorwacja-Karlovac.jpgGrecja-Saloniki.jpgRumunia-Sybiu.jpgTurcja-naprawa.jpgzChorwacja-Split.jpgzTurcja-Istambul-Blekitny-Meczet.jpg

Więcej z Europy

Litwa

Stefan OstrowskiLitwa

Litwa

Stefan OstrowskiLitwa