Gdy mówimy o Egipcie pojawia się przed nami obraz piramid, sfinksa, Nilu, pustyni, wielkich faraońskich świątyń i... meczetów. Istnieje tu jednak wciąż żywa historia „mieszcząca się” pomiędzy odejściem faraonów a przybyciem arabskich zwycięzców - to historia Koptów.

Kraj nad Nilem miał wiele etapów w swoich długich dziejach. Nie zawsze, gdy zaczynał się nowy, stary kończył się bezpowrotnie. Dla kilku milionów Egipcjan nigdy nie zakończył się etap chrześcijański - Koptowie stanowią obecnie około 7% ludności egipskiej. Byli tu od tysiącleci. Orali ziemię, siali zboża, zbierali plony i budowali piramidy. Przetrwali czasy panowania Persów, Greków, Rzymian i Turków. Dziś podkreślają z dumą, że są potomkami faraonów.
Początkowo, gdy Arabowie opanowali Egipt w 641roku, słowem Qipt (greckie Aeigyptos) określali wszystkich jego mieszkańców, którzy poza nielicznymi wyjątkami (na przykład Żydami) byli chrześcijanami. Termin Kopt pozostał więc do dzisiaj synonimem egipskiego chrześcijanina. Na pierwszy rzut oka nie różnią się niczym od pozostałej ludności. Patrząc jednak uważnie można dostrzec elementy wyróżniające: mały krzyżyk wytatuowany na nadgarstku lub przegubie dłoni, odsłonięte włosy u kobiet, czasem biżuterię ze specyficznymi symbolami religijnymi. Charakterystyczne jest również imię, odwołujące się wprost do świętego patrona - neutralne, staroegipskie czy cudzoziemskie, nigdy o wyraźnych muzułmańskich konotacjach. Pojawiają się także różnice dotyczące małżeństwa i rodziny. Jak w całym egipskim społeczeństwie pary są zwykle kojarzone przez rodzinę, koniecznie w ramach tego samego wyznania, a małżonkowie są często krewnymi. Koptów obowiązuje monogamia. Uzyskanie rozwodu jest praktycznie niemożliwe. Muzułmanin, przynajmniej teoretycznie, może się rozwieść z żoną bez podania powodu wypowiadając trzykrotnie formułę rozwodową, Kopt dopiero, gdy dowiedzie żonie zdradę, a i wtedy istnieją trudności. Ostatnio kobiety islamskie uzyskały prawa do rozwodu, koptyjskie temu prawu nie podlegają. Jednym z „rozwiązań” staje się zmiana religii. Można by oczywiście podać wiele dalszych wyróżników w stosunku do ludności muzułmańskiej, pozostaje jednak pytanie: Co ich odróżnia od innych wyznań chrześcijańskich?
Za założyciela swojego kościoła Koptowie uważają św. Marka, który miał przybyć do Egiptu około roku 40. Jednak faktyczny rozdział z resztą chrześcijaństwa nastąpił w 451roku, po soborze w Chalcedonie, kiedy to Koptów uznano za monofizytów, czyli wyznawców jednej, bosko-ludzkiej natury Chrystusa. Oficjalnie potępiono tę naukę jako heretycką, a jako obowiązujący dogmat przyjęto naukę dyofizycką, zgodnie z którą Jezus ma dwie oddzielne natury - boską i ludzką. W rzeczywistości sprawa dotyczyła bardziej polityki niż religii. Nienawidzący swych bizantyńskich panów mieszkańcy Egiptu, przynajmniej w ten sposób, chcieli wykazać się duchem buntu. Dziś, ten kościół o obrządku wschodnim jest najbliższy cerkwi prawosławnej. Posiada swego niezależnego patriarchę, bogatą obrzędowość będącą rezultatem częściowej izolacji i własny język liturgii - arabski i częściowo koptyjski.
Poszukiwanie różnic teologicznych, czy doktrynalnych nie było jednak moim celem. Z racji wcześniejszego wykształcenia zajęłam się tropieniem materialnych pozostałości kultury i ich znaczeniem dla dzisiejszej społeczności. Pragnę podzielić się spostrzeżeniami z podróży do miejsc szczególnie ważnych historycznie. Stary Kair, Wadi an-Natrun, Suhag, Naqlun – to tylko niektóre miejsca koptyjskiego Egiptu. Jest ich dużo więcej, od Aleksandrii aż po Asuan, gdzie wciąż jeszcze można zwiedzić imponujące ruiny opuszczonego klasztoru św. Symeona przypominające fortecę. Nad Morzem Czerwonym istnieją dwa monastery św. Pawła i św. Antoniego sięgające samych początków ruchu monastycznego.
Stary Kair
Spotkanie z przeszłością zaczynam od Starego Kairu. Tutaj dwa tysiące lat temu stała rzymska twierdza, a obok niej funkcjonowało nieduże miasto Babilon. Wędrujemy schodami kilka metrów w dół. Wąskie przejście i jesteśmy w dzielnicy koptyjskiej. Uliczki są niewielkie, wybrukowane, przeznaczone tylko dla pieszych. Mijam sklep z biżuterią i tandetnymi wyrobami dla turystów, kobiety handlujące dewocjonaliami i wszelkimi różnościami. Przy skrzyżowaniu pod murem siedzi stary człowiek z psem. Sprzedaje plastikowe krzyżyki za jednego funta. Można go zobaczyć zawsze w tym samym miejscu - jest niczym stały, niezmienny element dzielnicy.
Kościoły z zewnątrz nie sprawiają zbyt imponującego wrażenia. Wejścia do nich znajdują się poniżej poziomu obecnej ulicy. Wnętrza mogą rozczarować osoby przywykłe do naszego bogatego zdobnictwa obiektów sakralnych, mają jednak własną niepowtarzalną atmosferę. Budowle zdają się mówić wiele o ludziach, którzy je wznosili, na przykład o ich światopoglądzie; mroczne wnętrza, małe powierzchnie, niezwykła prostota dekoracji, stare ikony o schematycznych rysunkach, drewniane inkrustowane ikonostasy. Nic tu nie przytłacza. Człowiek zyskuje właściwe proporcje w stosunku do budowli, nie jest jak w naszej kulturze „małą mrówką przygniecioną przez potęgę kamienia”. Jest gościem, który może tu bezpiecznie odpocząć, a raczej mógłby odpocząć, gdyby nie trwające w Egipcie nieustanne renowacje zabytkowych obiektów. Najpierw gruntownie się je burzy, a później ktoś próbuje wszystko poskładać. Przed Muzeum Koptyjskim, w kościołach i meczetach stoją przez wiele miesięcy rusztowania. Postęp w pracach jest niemal niewidoczny. Dziwne, że nikt nie wpadł jeszcze na pomysł przebudowania piramidy Cheopsa... Od zakłócania wewnętrznej harmonii miejsca są jeszcze zastępy turystów „oświecanych” przez usłużnych, egipskich przewodników. Tłumaczą im głośno, dlaczego kolumna ma kształt kolumny, krzyż krzyża i inne tym podobne mądrości, zupełnie jakby oprowadzali wycieczki Marsjan. Swój wkład w dzieło psucia oryginalnego stylu mają też sami właściciele, czy raczej, jak można by ich określić, zarządzający. W miejsce starych pociemniałych ikon umieszcza się coraz częściej nowe, których kiczowatość i ostre barwy „biją po oczach”. Jednak Koptom, przynajmniej raz w tygodniu (w niedzielę), wydają się nie przeszkadzać drobne niedogodności.
naczna część społeczeństwa Koptów należy do elity intelektualnej: są nauczycielami, pisarzami, urzędnikami, administratorami, politykami. Inni posiadają własne małe sklepiki i warsztaty. Część ludności uprawia od pokoleń ziemię. W Kairze istnieje też dzielnica biedoty utrzymującej się ze zbierania i sortowania śmieci. Żyją właściwie na wielkim śmietniku, gdzie już małe dzieci przyuczają się do „zawodu” śmieciarza. Wszystkich jednak „łączy” niedziela... nie jest tylko kolejnym, świątecznym dniem (oficjalnie wolny od pracy jest piątek, w urzędach także sobota). Półmrok, zapach kadzidła i podniosłe śpiewy częściowo w starym, zapomnianym już języku wypełniają Koptom niedzielny poranek. Liturgia trwa zwykle od 2 do 3 godzin. Później następują spotkania rodzin i znajomych, rozmowy z duchownymi, pouczenia i wspólne posiłki. Ludzie gromadzą się często niedaleko kościoła, jak w Starym Kairze, lub w specjalnie wyznaczonej sali w klasztorze. Patrzyłam na ludzi siedzących byle gdzie - na murku, na ziemi - pijących herbatę i odwijających przygotowane wcześniej kanapki. Przed nabożeństwem nie mogą nic jeść, wobec tego pierwszy posiłek dnia wypada dopiero koło południa. Bardzo często się pości, nie tylko na Boże Narodzenie i Wielkanoc, ale wszystkie większe święta są poprzedzane okresami postu. Nie spożywa się mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego takich jak jajka, mleko, czy ser. W sumie ilość dni postnych w roku wynosi około 200. Ważny jest jednak nie tylko sam posiłek, ale także czas spędzony z bliskimi i przyjaciółmi. Iluż znajomych można obgadać, ile wad im wytknąć; swoiste forum dyskusyjne i wymiana poglądów w społeczeństwie, do którego nie dotarła jeszcze moda na anonimowość i obojętność. Wyraźnie widać, że tworzą jakby fragment większej całości i chyba właśnie to poczucie pewnej wspólnoty umacnia ich w niełatwych przecież czasach.
W Starym Kairze można znaleźć jeszcze wiele godnych obejrzenia miejsc, jak kościół al-Mu’allaqa (czyli zawieszony) zbudowany nad starą bramą rzymską, czy Muzeum Koptyjskie. Moją uwagę przyciągnął jednak klasztor żeński Mari Girgis (św. Jerzego), bynajmniej nie ze względów architektonicznych. Przychodzący tutaj mają zwykle jakąś prośbę do świętego. Piszą ją na karteczce i umieszczają przed obrazem. W małej, ciemnej niszy leżącej kilka metrów poniżej poziomu gruntu wciąż wiszą łańcuchy i kajdany, które nosił patron klasztoru podczas zgotowanych mu przez władze rzymskie tortur. Ich założenie lub dotknięcie podobno leczy z choroby. Chętnych, jak zauważyłam, nie brakuje.
Wadi an Natrun
Każda niezorganizowana podróż zawiera w sobie elementy niespodzianki i wielką dawkę improwizacji. Tak też było z moją pierwszą wyprawą do Wadi an-Natrun. Wiedziałyśmy, że chcemy zwiedzić klasztory i gdzie powinnyśmy wysiąść z autobusu.
Jedziemy więc autostradą przez pustynię w kierunku Aleksandrii. Mniej więcej w połowie drogi leży Wadi an-Natrun, dolina gdzie przed wiekami wydobywano minerał potrzebny do balsamowania zwłok - natron. Obecnie pozostała tylko nazwa. W IV i V wieku powstało tu największe skupisko klasztorów zamieszkanych przez ogromną liczbę mnichów. Dziś, z ponad pięćdziesięciu zachowały się tylko cztery. Nie łatwo do nich dotrzeć. Są oddalone od siebie o kilkanaście kilometrów, rozrzucone jak samotne wyspy, których nie łączy żadna publiczna komunikacja ułatwiająca turystom życie. Siedzimy na odkrytej przyczepce starego, wynajętego samochodu razem z kilkoma Koptami. Podróżujemy od klasztoru do klasztoru - pierwszym jest Dair al- Baramus czyli rzymski, następnym Dair al-Auba Bišwi. Widoczne już z daleka, wyglądają jak fatamorgana wśród piasków pustyni. Zwiedzanie odbywa się w pośpiechu. Kierowca upomina nas, że przekraczamy czas przeznaczony na zwiedzanie. (Wiadomo, że pociągnie to za sobą poważne konsekwencje finansowe). Typowa zabudowa we wszechobecnych odcieniach beżu, z licznymi mniejszymi i większymi kopułami, przez swoją prostotę i odmienność, robi duże wrażenie na osobach przywykłych do innego rodzaju budownictwa. Ta prostota zaprzecza teorii o wschodnich gustach i przepychu. Jeszcze bardziej malowniczy jest Dair as-Suryani – klasztor Syryjczyków. Choć znaleźć tu można budynki z różnych epok nie psują one swoistej harmonii, wręcz przeciwnie, tworzą właściwą sobie całość. Unikatem jest główny kościół ozdobiony pięknymi malowidłami sięgającymi VII wieku, pieczołowicie odsłanianymi spod tynku i restaurowanymi kiedyś przez Holendrów. Oczywiście pozytywne wrażenie robi tylko na tych, którzy lubią przytłumione światło oraz wpółzatarte i noszące ślady upływu czasu dzieła nieznanych mistrzów.
Jednak największą sławą cieszy się klasztor św. Makarego (Dair Maqariyus). Pełnił często funkcję rezydencji, schronienia i pochówku dla patriarchów. Otoczony drzewami owocowymi i ogrodami jest pewnego rodzaju specjalistycznym gospodarstwem rolnym, ale także siedliskiem duchowej i teologicznej myśli koptyjskiej. Żyjący tu zakonnicy (jest ich ponad 100) publikują artykuły i mają duży wpływ na poglądy funkcjonujące w Kościele - są jego elitą. Jeden z naszych współtowarzyszy podróży, młody agrotechnik, który już wcześniej pomógł nam zdobyć transport tłumaczy jak dostać się do św. Makarego. „Wpycha” nas do właściwego busika i jedzie z nami. Gdy wysiadamy odprowadza nas do drogi wiodącej prosto do klasztoru. Żegna się i wtedy dopiero pojmujemy, że nie ma w planach wizyty w monasterze, a musi wracać na farmę. Nadkłada ponad dwadzieścia kilometrów drogi i wydaje pieniądze na przejazd w trosce, abyśmy się nie zgubiły. Zastanawiające, czy ktoś w Polsce, nie dysponując własnym autem chciałby jechać do następnego miasta albo wsi po to, by pokazać wędrowcowi miejsce, którego szuka? Zatrzymuje jeszcze nadjeżdżający samochód i poleca nas opiece podróżujących współwyznawców. Dopiero wtedy uznaje swoją misję za zakończoną. Do klasztoru nie zostajemy wpuszczeni, mimo że podwożący nas mężczyźni nie są pielgrzymami. Mają tu do załatwienia sprawy służbowe. Jakie? Udzielają wymijającej odpowiedzi. Muszą być dzisiaj w jeszcze jednym monasterze, nowym ośrodku założonym w latach 60-tych niedaleko al-Hatat Tiba – Mari Girgis. Czy z nimi pojedziemy? Chętnie. Klasztor jest nowoczesny, krzyżujące się alejki są zacienione konstrukcjami z pnącą się winoroślą, wzdłuż nich stoi rząd małych białych, podobnych do siebie domków. Zamiast cel, jak przywykliśmy, każdy mnich ma tu własny domek o niewielkiej powierzchni, w którym spędza większość czasu na samotnych modlitwach i medytacjach. Są też zabudowania przeznaczone specjalnie dla gości - wielka jadalnia, w której pożywiają się pielgrzymi i ludzie biedni. Przed nami pojawiają się chleb, ser i oliwki – poczęstunek dla nowo przybyłych. Gdy koleżanka wstaje od stołu, aby zrobić zdjęcie, jej nakrycie zostaje natychmiast zabrane przez usługujących - widocznie oznacza to, że skończyła jeść. Tutaj nie istnieje inny powód, dla którego można przerwać poczęstunek, będący przecież darem od stwórcy. Zajmuje się nami młody zakonnik i nie bardzo wie jak prowadzić rozmowę. Bez ustanku pyta, czy może jeszcze w czymś usłużyć. Dyskutujemy na temat ekumenizmu. Chcemy wiedzieć co sądzi o innych wyznaniach. Jego odpowiedź jest bardzo wyważona: „Wszyscy jesteśmy chrześcijanami, modlę się, abyśmy znów stanowili w przyszłości jeden Kościół”. Zastanawiamy się, na ile jest to podyktowane względami gościnności...
Pogłębiana przez wieki niechęć różnych odłamów chrześcijaństwa wciąż istnieje. Paradoksalnie, kościół koptyjski stracił największą liczbę swoich członków nie na rzecz islamu, ale innych wyznań chrześcijańskich – protestantyzmu i katolicyzmu. Misje kierowane z Europy nie były i nie są adresowane do muzułmanów, głównie z powodu specyfiki tej religii, jak i obawy przed wywołaniem poważnych konfliktów. Pozostają więc Koptowie. Im nie trzeba wszystkiego tłumaczyć od podstaw, a muzułmańskiej większości ta sprawa nie dotyka bezpośrednio i tym samym drażni minimalnie. Istniało i istnieje wiele powodów zmiany wyznania: prestiż, lepsza posada w brytyjskiej administracji, kiedyś chęć naśladowania Zachodu, czy nadzieja na materialną poprawę swego losu aktualnie. Szacuje się, że w Egipcie żyje dzisiaj około 130 tysięcy katolików i około 100 tysięcy protestantów. Kościół koptyjski nie może prowadzić akcji misyjnych, pozostaje mu więc obrona „własnych pozycji”. W tej sytuacji wiara przestaje być prywatną sprawą każdego człowieka, a staje się obowiązkiem nakładanym przez społeczność. Z żalem żegnamy Mari Girgis, w którego alejkach można znaleźć spokój i zadumę. Powrót do hałaśliwego i zatłoczonego Kairu to jak powrót do innego świata.
Kiedy kilka miesięcy później odwiedziłam Wadi an-Natrun. Miałam nadzieję obejrzeć wszystko na spokojnie, bez pośpiechu. Jeszcze w Kairze wynajęliśmy samochód na cały dzień, aby uniknąć kłopotów z komunikacją. Spotkał mnie jednak zawód. Była niedziela. Choć Egipcjanie należą do narodów wyjątkowo niechętnych podróżom, miejsca pielgrzymkowe w dni świąteczne bardziej przypominają bazar, niż wypełnione powagą i skupieniem świątynie. Ludzie wchodzą, wychodzą, rozmawiają, ktoś przyjeżdża, ktoś odjeżdża. W tłumie nie można wprawdzie wielu rzeczy dokładnie obejrzeć, można jednak poczynić pewne obserwacje socjologiczne. Wielką rolę w religijności koptyjskiej przywiązuje się do fizycznej obecności w „świętych miejscach” o dużym prestiżu. Wierni bardzo często dotykają i całują obrazy, malowidła na ścianie, zasłonę oddzielającą ołtarz, czy nawet próg w kościele. Szczególną adoracją cieszą się gablotki z relikwiami świętych, mogą oni przecież pomóc w trudnej sprawie, czy chorobie. Dotknięcie czegoś co miało jakąkolwiek styczność ze świętym żyjącym kilkaset lat temu, tym bardziej jego relikwii, choćby przez oddzielające szkło porusza wyobraźnię i jest celem samym w sobie. Część znajomych w Polsce z niesmakiem kręci głową na wzmiankę o tego rodzaju praktykach. Mnie przychodzi jednak na myśl inne skojarzenie. W naszej kulturze przedmiotami uwielbienia stają się piłka z autografem znanego sportowca, stary grzebień Elvisa Presleya, czy sukienka księżnej Diany, żeby nie wymieniać dalszych przykładów. Jakoś mało osób to gorszy. Dla Kopta obiektem adoracji może być cela, w której żył pobożny eremita, kolumna, której dotknął itp. Są to tylko drobne różnice w wyborze idola odróżniające nasze kultury...
Suhag
Kolejnym etapem w poszukiwaniu śladów historii jest Suhag. Podróżujemy klimatyzowanym pociągiem. Wysiadamy na dworcu. To niebezpieczny, owiany złą sławą region Górnego Egiptu. Już wcześniej znajomi żartowali, abyśmy spisali testamenty przed wyjazdem. Chcemy od razu zorganizować powrót. Brakuje biletów na wybrany przez nas pociąg. Następny jest bardzo późno i kosztuje dużo więcej, ale nie mamy wyboru.
Do klasztoru przybywamy taksówką. Opuszczony przed wiekami popada w ruinę. Pozostał tylko kościół i zewnętrzny mur okalający dziedziniec. Natychmiast otacza nas gromada dzieci - dziesiątki małych rączek z wytatuowanymi krzyżykami. Powodują niesamowity jazgot, nie można się od nich uwolnić, każde coś mówi, pyta o imię lub chce wyciągnąć jakiś drobny prezent. Dowiadujemy się, że za godzinę będą miały lekcję, więc może wtedy uda nam się spokojnie pozwiedzać.
Ten najstarszy egipski klasztor o pięknych malowidłach został zbudowany w V wieku przez opata Szenutego. Potocznie zwany Dair al-Abyad, czyli biały (od koloru zewnętrznych ścian) formą i kształtem nawiązuje do świątyń faraońskich. Wśród bloków muru można znaleźć napisy hieroglificzne i reliefy z sylwetkami bogów. Pochodzą one z dużo starszych budowli zniszczonych przez czas lub też rozebranych. Fragmenty dawno minionej przeszłości wpleciono po prostu w inną rzeczywistość - wokół nas morze ruin świadczące o minionej potędze klasztoru.
Warto też wspomnieć o samym Szenutem. Był wybitną osobistością tamtych czasów. W ciągu swego długiego życia (118 lat) wywarł ogromny wpływ na poglądy panujące w ówczesnym społeczeństwie. Łączył żelazną, niemal wojskową, dyscyplinę z pracą pisarza i fanatyzmem religijnym. Nie wahał się stosować ostrych kar dla niezdyscyplinowanych mnichów i drastycznych metod nawracania pogan. Uczynił koptyjski językiem literackim.
Zastanawiamy się właśnie jak dostać się do następnego monasteru, znanego pod nazwą Czerwony (Dair al-Ahmar), gdy pod bramą pojawiają się dwa samochody i uzbrojony oddział żołnierzy. Jeden z oficerów pyta o naszą koleżankę. Zmęczona upałem i natręctwem dzieci odeszła kilkadziesiąt metrów od klasztoru. Nie musimy już martwić się o transport. Dają nam do zrozumienia, że jesteśmy głównym i jedynym powodem ich wizyty. Podróżujemy więc z eskortą, kilkunastu żołnierzy i dwóch oficerów na troje turystów. Żołnierze dobrze się bawią, a my czujemy się jak więźniowie. Zaczynamy jednak dostrzegać dobre strony sytuacji – oszczędzamy na transporcie. Posiadanie prywatnej, bezpłatnej ochrony, o którą się zresztą nie prosiło ma jeszcze wiele zalet. Odkryliśmy je później. Pozostałości Czerwonego Klasztoru nie robią zbyt imponującego wrażenia. To ruiny ukryte wśród zabudowań wioski. Mielibyśmy spore trudności, aby je znaleźć, gdyby nie usłużność egipskiej armii. Stary oficer niecierpliwi się. Ile czasu można oglądać kościół? Pytają dokąd chcemy jechać. Proponują dworzec, my powrót do Białego Klasztoru. W „Białym” rzeczywiście można swobodniej odetchnąć odkąd dzieci poszły na lekcje. Zgromadzone na placu słuchają nauczyciela nie spuszczając przy tym z nas wzroku. Oglądamy bardziej szczegółowo odsłonięte, imponujące pozostałości zabudowań klasztornych i czujemy niemal na plecach oddech naszej eskorty. Towarzyszą nam wszędzie. Rozmawiamy z mnichem, próbujemy dowiedzieć się, gdzie teraz żyją bracia, skoro nie w opuszczonych ruinach. Ilu ich jest, czy przybywają tu wierni? Wiadomo przecież, że Koptowie odwiedzają tylko miejsca „tętniące życiem”, prestiżowe, w których wciąż słyszy się śpiewy i modlitwy, a nie zaniedbane i opuszczone, choćby miały nawet 1500 lat. Młodszy oficer, życzliwy i o wiele cierpliwszy od swego przełożonego, pełni rolę tłumacza. Starszy wykazuje wzrastające zniecierpliwienie graniczące z irytacją. Po dłuższej wymianie zdań, którą ktoś mógłby nawet nazwać kłótnią nasza ochrona odjeżdża dając do zrozumienia, że zostajemy sami, z dala od miasta, w szczerym polu i bez środków lokomocji. Nareszcie „wolni”! Wolność była jednak niestety pozorna. Gdy dochodzimy do bramy zatrzymują nas tutejsi strażnicy. Ubrani w galabije, uzbrojeni w stare strzelby wyglądają raczej śmiesznie niż groźnie. Nie możemy wyjść. Musimy czekać na naszą eskortę. Pojawiają się po jakiejś godzinie. Starszy oficer zdążył się już przebrać w cywilne ubranie, chyba skończył służbę, a my psujemy mu plany na popołudniowy wypoczynek. Do odjazdu pociągu zostało kilka godzin. Co mamy robić z resztą czasu? Zawsze spokojny młodszy oficer radzi zakupy. Odwieziono nas jednak na dworzec i w asyście żołnierzy posadzono na specjalnie w tym celu przyniesionych krzesłach. Siedzimy więc grzecznie na peronie. Obok nas stoi tajniak z krótkofalówką – człowiek w średnim wieku, w galabiji, z obfitym brzuszkiem. Żołnierze znikają. Żartujemy między sobą, że pośpieszyliśmy się z zakupem biletów. Pewnie znaleźliby nam miejsce we wcześniejszym pociągu, choćby i mieli kogoś wyrzucić. Ochroniarz towarzyszy nam nawet do toalety i czeka pod drzwiami. Nudzimy się i postanawiamy zwiedzić miasto. Gdy przechodzimy szybko przez ulicę tajniak biegnie za nami. Z powodu tuszy nie może nadążyć. Nie odstępuje nas na krok. Zauważamy, że podczas zakupów sprzedawcy nie podają nam zawyżonych cen, jak to zwykle bywało. W restauracji staruszek czyszczący buty nawet nie ośmiela się zaproponować swoich usług. Chłopak proszący o bakszysz szybko znika widząc surowe spojrzenie naszego ochroniarza. Siedzimy nie nagabywani przez nikogo. Sytuacja jak na Egipt niezwykła. Nasz opiekun nie jest zbyt rozmowny, nie chce też przyjąć proponowanej herbaty. Obserwujemy miasto i ludzi. Nigdzie nie widać wrogości, raczej zdziwienie jakbyśmy spadli z księżyca. Właściciel restauracyjki koniecznie chce sobie zrobić z nami zdjęcie. Wysyła syna po aparat fotograficzny. Widocznie nie często mają tu atrakcję w postaci cudzoziemców. Wreszcie przyjeżdża pociąg - punktualnie. Ochroniarz odprowadza nas do wagonu i sprawdza, czy usiedliśmy na właściwych miejscach.
Czy były to przejawy przesadnej troski, czy uzasadnione obawy? Zastanawiamy się jak wygląda tu normalne życie. Znamy je bardziej z opowieści i relacji prasowych. Trzy miesiące przed naszą „wycieczką”, w Sylwestra 1999/2000, w jednej z wiosek pod Suhag miały miejsce krwawe zamieszki. Zginęło 21 osób, w tym 20 Koptów. Wiele domów i sklepów spalono. W biednych i pozbawionych dochodów z turystyki regionach Górnego Egiptu, gdzie odsetek chrześcijan w niektórych miejscach (Asyut, Suhag) sięga jednej trzeciej, wciąż trwają konflikty na tle religijnym. Jest to nadal główny obszar działania ekstremistów islamskich. Pomimo, że od jakiegoś czasu ustały zamachy na cudzoziemców i tym samym Egipt został uznany za spokojny kraj, sytuacja daleka jest od normalizacji. Wrogość istnieje jakby w utajeniu i co jakiś czas wybucha na nowo. Nawet drobny incydent, jak choćby zatarg na bazarze (Sylwester 1999/2000) może przekształcić się w poważny problem. Porównując jednak sytuację z lat 80-tych i początku 90-tych można zauważyć dużą poprawę w kierunku stabilizacji. Ale czy na długo?...
Naqlun
Oaza Fajum, niegdyś „ogród faraonów”, wygląda wiosną jak spełnienie marzeń zabłąkanego w pustyni wędrowca: gaje wysokich palm, łany zbóż, kwitnące drzewka, pasące się leniwie bydło o długich rogach... prawdziwa sielanka. Wszystko jest tu wyjątkowe – zieleń o niespotykanej intensywności, niezmącona tafla wielkiego jeziora Karun i ostry zapach kwiatów. My jednak podążamy znów na pustynię, do klasztoru św. Gabriela w Naqlun. Choć znany jest polskim archeologom, od lat niełatwo do niego trafić. Długie poszukiwania zorientowanej osoby i pojazdu udającego się w wybranym przez nas kierunku zostają wreszcie uwieńczone sukcesem. Znajdujemy się wewnątrz niewielkiej metalowej przyczepki. Obok mnie siedzi matka z małym dzieckiem na rękach - brudnym i gęsto pokrytym ospą. Jego drobna twarz najbardziej podoba się gromadzie much, które z uporem poszukiwaczy studiują każdy centymetr tej oszpeconej twarzyczki.
Przybywamy do klasztoru. Dziś szczególny dzień, zaczęła się koptyjska Wielkanoc. Jednak mnisi zdają się o tym nie pamiętać. Siedzą spokojnie na ławie pod murem. Przybywa tu jeszcze jakaś rodzina, ale jej obecność niespecjalnie rzuca się w oczy. Zabudowania są bardzo proste, pochodzą z czasów ostatniego wieku i współczesnych. Wyjątek to ozdobiony malowidłami i tekstami koptyjskimi kościół sięgający początkami głębokiego średniowiecza. Tu wreszcie udaje mi się odnaleźć idealny spokój izolowanego miejsca. Mnisi częstują nas herbatą i ciasteczkami. Są bardzo życzliwi. Jeden z nich mówi trochę po polsku. Słyszymy „banienka” i „bani” zamiast panienka i pani. Od kilkunastu lat trwają w klasztorze prace restauracyjne i dokumentacyjne, a obok niego wykopaliska prowadzone przez polskich archeologów. Gdy je zaczynano był tu tylko jeden zakonnik (podobno obdarzony dużą charyzmą). Potrafił leczyć choroby i odprawiać egzorcyzmy. Dziś jest ich już kilku. Można się zastanawiać, czy to polskie wykopaliska, czy też sława pierwszego mieszkańca klasztoru przyciągnęły następnych.
Otaczające klasztor wzgórza kryją tajemnice – setki eremów. Wykute w skale niewielkie pomieszczenia sprzed wieków nie robią takiego wrażenia jak wielkie starożytne świątynie. W każdym mieszkał jakiś człowiek tocząc przez wiele lat samotną walkę z pokusami tego świata. Także dzisiaj, w ojczyźnie monastycyzmu, jak przed wiekami, wiele osób decyduje się na trudy życia pustelniczego. Czy wynika to z wiary, czy może z chęci ucieczki od „ciężarów i wymogów” cywilizacji? W społeczeństwie egipskim pod koniec XX wieku dał się zauważyć silny zwrot w kierunku religijności, zarówno wśród muzułmanów jak i chrześcijan. Pewien wpływ na wybór tej właśnie drogi przez młodych mężczyzn ma fakt, że patriarcha musi pochodzić spośród mnichów. Nie tylko zresztą jest to droga dla młodych osób. Zarówno duchownym jak i zakonnikiem można zostać w każdym wieku. Mogą oni wstępować w związki małżeńskie i nie kończą kilkuletniego seminarium, jak ma to miejsce w katolicyzmie. Przechodzą jedynie krótkie przeszkolenie, które też obowiązuje ich rodziny. Wszyscy muszą w przyszłości zachować odpowiedni wizerunek, stąd konieczność pouczeń. Warunki wstąpienia zarówno do klasztoru męskiego jak i żeńskiego uległy zaostrzeniu w ciągu ostatnich lat. Przyjmowane są jedynie osoby z wykształceniem wyższym, mimo to nie brakuje chętnych. Kandydaci, którzy odnieśli sukces na studiach, czy później w pracy zawodowej są bardzo dobrze widziani. Porzucenie świetnie prosperującej kariery świadczy o sile ich powołania. Szczególnie dużo chętnych istnieje wśród kobiet! Jeszcze do niedawna kościół i tradycja wyznaczały im miejsce tylko w rodzinie lub w zamkniętym klasztorze. Dziś, chociaż ten pogląd jest wciąż popularny, pojawiają się zgromadzenia aktywne - siostry zajmują się chorymi, dziećmi, ludźmi starszymi, mają bezpośredni kontakt z resztą społeczności. Taki rodzaj służby jest nierzadko jedyną alternatywą dla narzuconego przez rodzinę małżeństwa, napotyka jednak ciągle na opór konserwatywnej części kleru i świeckich.
Obserwując społeczność koptyjską i ślady jej przeszłości nie sposób nie zastanawiać się nad przyszłością. Nie najlepsza sytuacja gospodarcza i wrogość ze strony ekstremistów islamskich sprawiły, że wiele osób nie widząc nadziei na poprawę swego losu wyemigrowało. Duże skupiska Koptów powstały w USA, Kanadzie, Australii i Europie Zachodniej. Tworzą silną grupę potrafiącą wywierać nacisk na przywódców politycznych. Niemal każda większa koptyjska rodzina w Egipcie ma kogoś za granicą. Coraz lepszy transport i komunikacja powodują otwieranie się tej licznej, choć zamkniętej społeczności na świat. Z drugiej strony nowości w sferze duchowej są przyjmowane z pewną rezerwą. Panuje kult autorytetów i tradycji. Przyszłość zawiera się jednak w nadziei, że pewnego dnia różnice religijne przestaną być powodem wrogości. Koptowie raczej dotrwają do tego momentu... przetrwali przecież ponad tysiąc lat w otaczającym ich „morzu islamu”. Widać czas nie jest ich wrogiem...
