Wydanie internetoweAfryka

Brama Afryki - Dona nobis pacem cordium

Krzysztof SkutelaMaroko

Wszystko widzę przez szyby hali, w której się znajduję. Budzę się, moje oczy widzą palmy, wiatr, góry w chmurach, budynki jasnych barw, trzecie oko widzi już Maroko - bramę Afryki. To pomieszczenie, gdzie jestem, to poczekalnia terminalu promowego w Algeciras, w Hiszpanii, na samiutkim południowym krańcu Europy, a my czekamy by przepłynąć na drugą stronę cieśniny gibraltarskiej, do hiszpańskiego jeszcze miasta Ceuta, do Afryki. Dotarłem tu dziś nad ranem po czterodniowej autostopowej włóczędze z Polski. W moim plecaku znajdują się różne przedmioty podróżne, jest też teczka, a w niej cztery kartki...

Mapa trasy: Brama Afryki - Dona nobis pacem cordium
Mapa trasy

Jest rok 1424. Tak jest według kalendarza Islamu. Powiedzmy, że jest sierpień 2003 roku. Miesiąc sierpień określany jest mianem najmniej odpowiedniego miesiąca by zwiedzać Maroko. Między innymi ze względu na tłumy Marokańczyków zamieszkujących Europę, jadących z prezentami w odwiedziny do swej ojczyzny. Rzeczywiście jest to duży problem, szczególnie jednak nie w trakcie przeprawy promowej, lecz w trakcie "przeprawy" autostradą śródziemnomorską przez Hiszpanię. Nie warto się jednak tym faktem zrażać, choć długie korki mogą utrudnić podróż. Z drugiej strony jednak jest to zjawisko niecodzienne, które czasem może wzmagać wspólnotę kierowców z autostopowiczami.

Istnieje kilka wariantów podróży lądem do Maroka. Przejazd autostopem jest jednym z takich sposobów. Z Kudowy Słone moje osobiste szczęście autostopowicza poprowadziło mnie drogami przez Austrię, Lazurowym Wybrzeżem, przez Barcelonę, aż do Algeciras, skąd wypływają promy do Ceuty i Tangeru. Najpopularniejszym jednak wariantem podróży autostopem na półwysep Iberyjski jest przejazd przez południowe Niemcy, skąd można bezpośrednio lub przez Szwajcarię wjechać do Francji, gdzie kierując się na południe docieramy do granicy z Hiszpanią. Czasem na południe Hiszpanii zdarza się jechać z Polski przez Paryż, kraj Basków i Madryt. Przez cieśninę gibraltarską przepływa się z Algeciras do Ceuty lub Tangeru, jedną z trzech linii promowych. Istnieją też połączenia promowe z Tarify do Tangeru, a także z Almerii do Melili. W samym Maroko poruszać się można przede wszystkim autobusami, ale także koleją, taksówkami, busikami, samochodami terenowymi i oczywiście wielbłądami - na pustyni.

Z Beatą, z którą przebyłem ostatni odcinek jazdy, czekamy na pozostałą czwórkę, by wspólnie wypłynąć i zrobić pierwszy krok w Maroko, a potem już dalej, jeździć, obserwować, poznawać, spotykać, rozmawiać, zdobywać, przeżyć, po prostu podróżować. W sumie zatem jest nas osób sześć, z czego tylko trójka osób znała się wcześniej. Cała szóstka spotkała się po raz pierwszy pierwszego dnia wyjazdu. Poznawaliśmy się przez internet i zaufaliśmy sobie, bo na tym, myślę, polega życie - w szczególności życie w drodze. Zaufanie, jeśli się je ma, nie zawodzi.

Kupując od razu, za 35 EURO (38 EURO bez karty Euro26), bilet w obie strony, żegnamy Europę - mamy nadzieję, że wrócimy tu za jakiś czas. W Ceucie łapiemy autobus numer 7 i już jesteśmy na granicy. Pokazujemy paszporty z wizą załatwioną w Ambasadzie Królestwa Maroko w Warszawie, wypełniamy karty wjazdu i wkraczamy w trochę inny świat. Wyrobienie wizy w Warszawie zajęło nam jeden dzień i kosztowało nas 85 PLN, nie stanowiło też większego problemu, choć ułatwieniem mogą być rezerwacje na hotel w Maroko.

Wszędzie powiewają czerwone marokańskie flagi i ich zielone gwiazdy. Szybko łapiemy taxi do Tetouanu - pierwszego naszego przystanku. Pierwsza medina, którą widzimy w naszym krótkim życiu, czyli stara część marokańskiego miasta, wywiera silne wrażenia. Miasto położone jest na wzgórzu. Berberowie, czyli rdzenni mieszkańcy tych terenów, wyparci przez Arabów, przynoszących Islam, schodzą z pobliskich gór Rif by tu handlować. Kobiety z tatuażami - łezkami na brodach, w kapeluszach z pomponami i w strojach trochę kojarzących mi się z Boliwią czy Peru. Targując się w wąskich uliczkach mediny posługują się zarówno językiem arabskim ale i berberyjskim, zupełnie innym od arabskiego. Wielu ludzi rozmawia również w języku francuskim, jako że tereny te były kolonią Francji. Chodzimy krętymi uliczkami i próbujemy przyzwyczaić się do tych wszystkich zapachów, które niesie tu powietrze. Odór gnijących warzyw, owoców, mięsa, głów kozłów leżących na ziemi, zmieszany z przygotowywanymi na uliczkach posiłkami i zapachami tysiąca magicznych przypraw i specyfików. W Tetouanie odwiedzamy marokańskie muzeum prezentujące tutejsze stroje i wystrój wnętrz, a także pierwszy dach na naszej trasie, na którym wiatr wieje i magia przepaja. Widzimy medinę jak wzrasta wraz ze wzgórzem, a zza wzgórza wydobywają się chmury, mgły, dymy, czerwieniejące od poświaty miasta. Księżyc, półksiężyc, góry Rif, wysokie minarety i oczywiście flagi, powiewające gwiazdami w tej przestrzeni.

Opuszczamy Tetouan i udajemy się do Casablanki, mijając Rabat, zwiedzić jeden z niewielu dostępnych dla niemułzułmanów marokański meczet Hassana II?ego. Ogromny, majestatyczny, wytworny, mieszczący 20 tysięcy wiernych, marmurowy meczet robi wrażenie, nie jest jednak nie do pominięcia, tak jak z resztą Casablanca, raczej nowoczesna. W Casablance dochodzi do pierwszego w ciągu naszej podróży zaproszenia nas do domu. Pewien Arab zaprasza nas na "mintee", czyli herbatę ze świeżych liści mięty z dodatkiem mnóstwa cukru. Pijemy, rozmawiamy o poszanowaniu, oglądamy telewizję i jej kilkaset programów z całego świata, w tym polskich, odbieranych przez antenę satelitarną, jedną z wielu w krajobrazie marokańskich miejskich dachów.

Z Casablanki jedziemy do Walidiji, nad Ocean Atlantycki. Wita nas laguna, otoczona plażami i tłumem marokańskich wczasowiczów. Aby dostać się na plażę nad samym oceanem musimy się przeprawić przez lagunę łódkami tamtejszych "flisaków". Tak też czynimy, potem kąpiemy się pośród skał i zieleni roślinności, krabów, ślimaków, rybek. W tych rejonach można też obserwować pelikany, flamingi i inne ptactwo - my jednak ich nie dostrzegliśmy. Ocean nocą popychany księżycem zalewa plażę, więc spać uciekamy na klif. Cali z soli, która unosi się w nadoceanicznym powietrzu, następnego dnia, jak zwykle klekoczącym autobusem, docieramy do Safi, gdzie przesiadamy się do następnego, z firanką czerwoną i frędzlami na przedniej szybie, trochę kojarzącą mi się z Mongolią. W autobusie jedzie z nami kura pod siedzeniem, bagaże są na dachu, choć czasem jeżdżą też tam ludzie, owce czy kozy. Jedziemy do Marakeszu.

Białe miasta są na północy Maroka, Marakesz to już miasto czerwone. Takiego koloru jest budulec i otoczenie dróg w pustkowiach wzgórz, gór, ziemi spalonej, pól piachu i żwiru, kamieni i pojedynczych krzewów. Żółć, pomarańcz, czerwień. Czerwonego koloru są też legendy, że to krew splamiła południe. W Marakeszu odwiedzamy merdesę Ben Youssef, czyli szkołę Koranu i garbarnie, w których, by nie czuć wszechobecnego odoru, oprowadzający wręcza nam gałązki mięty. Większość czasu chodzimy jednak po obszernej medinie pełnej suk, czyli targów w uliczkach, szukając pamiątek, które tu podobno są najtańsze, ale chyba niekoniecznie jest tak w rzeczywistości. Suki z wyrobami drewnianymi, garncarskimi, skórzanymi, z dywanami, warzywami, mięsem, owocami i inne, wciągają wzrok i pochłaniają czas, ale nie można nimi nie pospacerować i nie poczuć tej niepowtarzalnej atmosfery. Atmosfera ta jednak kulminację swą osiąga na centralnym placu mediny Dżemaa?el?Fna, przy którym stoi wysoki meczet Koutoubija. Zgiełk przeogromny, dym z przygotowywanych kuskus?ów i tadżin?ów, stragany z sokami pomarańczowymi, występy kuglarzy, artystów, szaleńców, zaklinaczy węży, małpy na łańcuchach w klatkach, warany, kameleony, żółwie, setki kotów bezpańskich, osły i muły. Ten zgiełk przeszywają, jak to w państwie islamskim, pięć razy dziennie, głośne nawoływania z minaretu do modlitwy. Plac Dżemaa?el?Fna - brama Afryki.

Podczas pobytu w Marakeszu wyskakujemy na dwa dni w Wysoki Atlas by zdobyć najwyższy szczyt Maroka. Wiele rzeczy zostawiamy na przechowanie w hotelu, w którym śpimy na dachu. Jest to najtańsza usługa noclegowa w marokańskich hotelach, a ceny za tą przyjemność wahają się od 10 do 30 dirhamów, czyli od ok. 1 do 3 EURO za osobę. Wysoki Atlas wita nas małym deszczem. Wchodzimy, wchodzimy, mijamy górską mini?wioskę, w której Berberowie sprzedają różności. Kupujemy sobie chusty, w pustynnym stylu wiążemy je na naszych głowach i ruszamy dalej. Gdy dochodzimy w pobliże schroniska na wysokość około 3200 metrów zaczynamy odczuwać wpływ wysokości - płytki oddech, lekki ból głowy, dziwny stan umysłowy. Ja miałem już "zaszczyt" przebywać dwa razy na wysokości około 4000 metrów, reszta grupy jednak nie, ale jest dobrze. Śpimy w namiotach za darmo - tak tu w górach jest - i około 5.30 rano, lepiej się już czując, jesteśmy na szlaku na szczyt. Godzinka bardzo stromego i piarżystego podejścia, potem jeszcze trzy godzinki dosyć strome i jesteśmy na szczycie Toubkal. Z plecaka wyciągam teczkę, a z niej cztery kartki. Zmęczeni, w stanie zmniejszonego dotlenienia mózgu, robimy sobie zdjęcia z napisem DONA NOBIS PACEM CORDIUM - daj nam pokój serc. 4167 metrów i zaczynamy schodzić. Idziemy na dół z przerwą w schronisku, aż do nocy. W Imlil, czyli górskiej wiosce, bazie wypadowej na Toubkal, kolana nam się gną, jak zboże na wietrze. Ponad pół godziny chwytamy (czyli targujemy się) taxi i wracamy do Marakeszu. Ta noc była koszmarem dla mojego żołądka, na szczęście tylko ta jedyna. W górach spotkaliśmy znajomych Adama z wydziału Nauk o Ziemi. W Katowicach nie spotkaliśmy się nigdy, spotkaliśmy się w Maroko na jednej z gór. A co najciekawsze to fakt, że spotykamy ich znowu w hotelu w Marakaszu. Razem na dachu pijemy wino, na które w Maroko, na inne alkohole też, trzeba prawie że polować. Islam zabrania alkoholu i jest on dostępny w bardzo niewielu sklepach. Następnego dnia dwunastka Polaków dzieli się z powrotem na dwie szóstki i kontynuuje wojaże.

Ruszamy na wschód, przez górskie przełęcze i wijąc się ciemną nocą nad przepaściami jak wąż po księżycu, docieramy do Boumalne?du?Dades, tam organizujemy sobie wycieczkę do wąwozu Dades. Boumalne jest spalone Słońcem, otoczone wzgórzami, w dolinie pas soczyście zielonych ogrodów?oaz, w których rosną palmy, uprawia się warzywa, figi, agawy i wiele innych cudów przyrody. Krajobraz kojarzy mi się z Iranem, który znam z filmów. Wąwóz Dades jest już bardziej "górskim" przeżyciem. Docieramy nim na przełęcz, gdzie spotykamy dwóch Berberów Nomadów. Od jednego z nich otrzymujemy zaproszenie na wesele do wioski. Owo zaproszenie wyprzedziło jednak inne - wieczorem idziemy na kuskus do domu Brahima, spotkanego w księgarni w Boumalne. Tak też się dzieje. Spędzamy niesamowity wieczór, pijąc kilka razy "mintee", ubierając się w tutejsze stroje, oglądając dom i zwierzęta, a przede wszystkim poznając i rozmawiając z licznymi członkami rodziny Brahima. W końcu spędzamy w ich domu noc, nasze plecaki spędzają noc w hotelu. Rano na świeżym powietrzu jemy świeży chleb z miodem i z oliwą. Nadchodzi też czas pożegnania z tą wielkoduszną i radosną gościnnością, z której przykład czerpać powinien cały świat. Z Boumalne ruszamy w stronę Tinerhiru.

Z Tinerhiru jedziemy do wąwozu Todra, imponującego swoimi trzystumetrowymi pionowymi ścianami. Śpimy w hotelu na dachu, ze skałami nad głową, u samego wylotu wąwozu, w którym to miejscu zwęża się on do kilkunastu metrów - ściany prawie się łączą. Robimy kilkugodzinną wycieczkę przez ten wspinaczkowy raj i wracamy do Tinerhiru, gdzie szukamy połączenia z Merzougą, czyli bazą wypadową na pustynię.

Z różnych powodów wieczorem znowu przekraczamy progi marokańskiego domu, zaproszeni na herbatę, kuskus, rozmowy i wspólne muzykowanie na bębnach, tym razem u człowieka imieniem Said. On też załatwia nam nocleg w hotelu, w pokoju, za jedyne 10 dirhamów od osoby, co jest najtańszą ofertą w naszej podróży. W końcu rano jedziemy autobusem do Erfoud, a stamtąd samochodem terenowym do naszego hoteliku, niestety nie w samej osadzie Merzouga, lecz gdzieś na pustkowiu, u wyjścia na Erg Chebbi, czyli piaszczysty kawał pustyni, na który chcemy wyruszyć. Ja z Łukaszem dojeżdżam tam na dachu, połykając wiele ziaren piasku, a jeszcze więcej łapiąc w siatkówkę oka. W pewnym momencie także ledwo co się trzymam i nie spadam na kamienie pustyni. Na miejscu wycieczka na wielbłądach okazuje się stosunkowo droga. Płacimy jednak owo 200 dirhamów tylko za przejazd do oazy wieczorem i z powrotem rano. Michał decyduje się jeszcze jeść, czyli płaci 350 dirhamów, Łukasz natomiast decyduje się iść pieszo przez wydmy, czyli nie płaci nic. Nocą spotykamy się z nim nad oazą na najwyższej wydmie i podziwiamy niebo, gdzie widać prawie tyle gwiazd co czarnej materii. Rano po powrocie, ja i Adam, decydujemy się jeszcze raz na wycieczkę na najwyższą wydmę, tym razem pieszo w upale - jest wspaniale.

Z pustyni wracamy trochę jak z kosmosu i jedziemy taksówką pięcioosobową w szóstkę plus kierowca. Jest to normalne w Maroko, tylko że my jedziemy w ten sposób prawie dziesięć godzin z przerwami aż do Fezu na północy kraju. Fez jest jednym z miast królewskich, nie robi na nas jednak specjalnego wrażenia. Temperatura jest dosyć wysoka, a my zwiedzamy medinę, gdzie między innymi znajduje się jedna z największych na świecie działających szkół Koranu. Z Fezem się żegnamy, by pojechać pięknym, klimatyzowanym i czystym pociągiem do Meknes i przesiąść się na taki jak zawsze w Maroku autobus jadący do świętego miasta muzułmanów - Mulaj Idris.

Mulaj Idris był w przeszłości założycielem królewskiej dynastii i świętym według Islamu człowiekiem. Dziś w białym mieście położonym na dwóch wzgórzach znajduje się jego mauzoleum, do którego jednak ci, którzy nie wyznają religii Islamu, wstępu nie mają. Co ciekawe, w miasteczku tym nie ma hoteli i miejsc do spania, a turystów - nie pielgrzymów - tylko się toleruje. My jednak jakoś specjalnie tego nie odczuliśmy. Spaliśmy w znalezionym sposobem pukania domu. Miasto, jak wiele innych marokańskich miast jest pełne portretów króla, tu jednak chyba wisiało ich trochę więcej. W tym czasie też w mieście rozpoczynało się musee, czyli święto jarmarków, śpiewów i tańców. Z miasteczka pieszo wyskoczyliśmy do pobliskiego Volubilis - ruin rzymskiego miasta z II/III w. n. e., wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Kolumny korynckie, piękne mozaiki, łuk triumfalny, resztki bazyliki - dwoma słowami - warto zwiedzić.

Kolejnym punktem na naszej trasie, w którym zatrzymujemy się jest Chechouan. Jest to miasto, w którym domy są niebieskie i ulice sprzątane, miasto w górach Rif, gdzie to co się uprawia w 90 procentach jest kifem, czyli rośliną narkotyczną, marichuanopodobną. Nasiona kifu są też bazą madżunu, czyli owych nasion zmieszanych z miodem, migdałami, serem i innymi bajerami, a także innych pokrętnych tworów. Mglista atmosfera panująca w Chechouanie ogarnia umysł i ducha i molestuje ciągłymi zapytaniami o chęć zakupu lub spróbowania. I ta atmosfera, mimo samego, dosyć urokliwego miasteczka z kazbą, ruiną starego, małego meczetu położonego na wzgórzu nad miastem i mimo oczywiście pięknych gór, jest niestety głównym powodem przebywania tu turystów.

Po dwóch dniach wyjeżdżamy na plażę w Martil nad Morzem Śródziemnym, która okazuje się zabrudzoną i zaludnioną, choć w typowo marokańskim otoczeniu. Przenosimy się więc na plażę w M'diq, pustą w nocy i czystszą, na której śpimy, kąpiemy się i zbieramy muszle. I w ten sposób kończy się nasza podróż, włóczęga i mała misja pokojowa - wszystkim, teraz i na zawsze. Maroko jest bezpiecznym krajem. Turyści są szanowani w Maroko, a o to, co o niebo ważniejsze jest od mienia, czyli o życie należy dbać w Maroko tak jak wszędzie. Podróż po Maroko na pewno napędza myśl, którą popieram, iż świat pomimo wielu ognisk przemocy i wojen jest bezpieczniejszy niż się może wydawać. Po prostu trzeba uważać. W Maroko na przykład na wodę, czyli kupować tylko oryginalną, oznaczoną, dobrze zamkniętą. Polecam wodę Sidi Ali i Ciel. Warto też wziąć ze sobą tabletki do odkażania wody.

Wyjeżdżamy z Maroka. Jest 25 sierpień, czyli moje urodziny, żegnamy się z Afryką. Przepływamy prześwietloną bardzo jasnym i pięknym światłem cieśninę gibraltarską i wkraczamy do Europy. Powoli budzimy się z tego trochę mglistego świata, gdzie perspektywa postrzegania jest już inna od europejskiej. Ja z Katarzyną, w naszej drodze powrotnej ze stacji do stacji, dzięki uprzejmości i łasce kierowców, zamiast od razu przenieść się do domu, odwiedzamy jeszcze Taize we Francji, czyli miejsce modlitw i śpiewów, i spotkań między ludźmi wszystkich kontynentów. Tam odpoczywamy. W końcu przybywamy w miejsce, które nie bez powodu nazywamy domem. Nasza droga jednak się nie kończy - podróż zaczyna się w pokoju serca, niech zatem się skończy pokojem na świecie - podróżujmy tą drogą.

Strona autora: www.krisskutela.prv.pl

Więcej z Afryki