Wydanie internetoweEuropa

Piramida Europy

Robert RemiszSzwajcaria

20 czerwca 2004 roku wyruszyliśmy do Zermatt, aby zmierzyć się z alpejskim kolosem, jedną z najpiękniejszych gór świata - Matterhornem. Za nim to jednak nastąpiło, śledziliśmy w internecie pogodę, jaka panowała pod Piramidą Europy. Niestety tam wciąż była zima, a Szwajcarzy przeciągali otwarcie schroniska Hornli Hutte. Wyruszyliśmy z Polski i następnego dnia byliśmy już pod Piramidą. Z miasteczka Zermatt, które jest za sprawą Matterhornu jednym z najbardziej znanych kurortów w Europie, ruszyliśmy do schroniska Hornli Hutte na 3260 m. Pogoda była fatalna, ale pod wieczór, gdy dotarliśmy do schroniska, nieśmiało zaczęła się poprawiać.

Mapa trasy: Piramida Europy
Mapa trasy

Świt mnie zaskoczył. Chmury w nocy rozsunęły się jak olbrzymia kotara i zobaczyłem Matternhorn w całej okazałości. Alpy Walijskie położone na styku granic szwajcarskiej i włoskiej budziły się zalewane promieniami wschodzącego słońca. Zapominam o tym, że wyszedłem z ciepłego śpiwora za potrzebą i urzeczony fotografuję to, co ulotne. Później z premedytacją opóźniamy wyjście, bo nagle zlatuje helikopter z 3-osobowym zespołem Czechów, którzy zgubili w ścianie drogę i po przymusowym biwaku wezwali pomoc. Oznajmili nam, że warunki są fatalne, skałę pokrywa lód, a pod zmrożonym śniegiem ugrzęzły poręczówki. Odkładamy wyjście do 12.00 w południe łudząc się, że słońce ułatwi nam zadanie i rozpuści lód oraz nieco śniegu. Niestety nadzieja znowu okazała się matką głupich. Rozpoczęliśmy bardzo długą i żmudną robotę w ścianie, a było co robić. Szliśmy najpopularniejszą drogą, poprowadzoną w kruchej skale pokrytej lodem granią Hornli; jest ona łatwa, ale tylko w letnich warunkach dla tych, którzy potrafią się wspinać i są dobrze przygotowani. Wspinaliśmy się terenem na lewo od grani przez progi skalne, często bombardowane spadającymi kamieniami, tudzież małymi lawinkami śnieżno-kamiennymi. Podzieleni na dwa czwórkowe zespoły, działaliśmy wspólnie. Pierwszy zespół prowadził drogę i zakładał stanowiska asekuracyjne, a drugi wybierał sprzęt ze ściany i przekazywał do przodu. Ubezpieczaliśmy się, bo choć trudności nie przekraczały III stopnia, to jednak lód, który pokrywał skałę zmuszał nas do wspinania się w rakach i do olbrzymiej koncentracji. Działaliśmy wolno, ale skutecznie i z wielką determinacją doszliśmy po 16 godzinach, o 4.00 w nocy, do schronu Solway. Ostatni odcinek prowadzący do schronu był dosyć trudny i nie był ubezpieczony linami, wchodziłem tam jako pierwszy i ciągnąłem linę za sobą, prowadząc zespół, ponieważ pod koniec drogi zespoły przestały współdziałać, aby przyśpieszyć dotarcie do schronu. Nikt mnie nie ubezpieczał, ale czułem się pewnie w skale. Skończyły mi się baterie w czołówce i w niektórych miejscach miałem duże problemy, żeby znaleźć jakieś występy skalne, których mógłbym się złapać, albo użyć jako stopni, aby wspiąć się do góry. W końcu stanąłem w bezpiecznym terenie koło schronu. Położony na 4003 m Solvay Refuge to schron, nazwany tak dla upamiętnienia przemysłowca z Brukseli Ernsta Solvaya, który ufundował jego wybudowanie w 1917 r. Znajdują się tam cztery dwuosobowe łóżka, stół i ławka, jest tam też radiotelefon oraz kibelek.

Następnego dnia o 5.00 rano ruszyliśmy w górę. Odcinek od schronu prawie do samego szczytu był trudny, stromy, droga prowadziła częściowo po skale, a częściowo po śniegu. Często musieliśmy używać liny. Minęły 4 godziny, gdy doszliśmy do miejsca, gdzie wydawało się, że jest to końcowy odcinek wiodący na szczyt. Było tam dość stromo, po ścianie poprowadzone były grube parciane liny, tak grube, że nie dało się w nie wpiąć karabinka. Chwilę później było kilka odcinków niemal pionowych, skała była tam związana i nie leciały kamienie, ale niestety nie była sucha, a miejscami zalodzona. W kopule podszczytowej skończyły się poprowadzone liny i skała, znów było pole zmrożonego śniegu tym razem prowadzące już na szczyt. Wchodziłem powoli do góry prowadząc trzyosobowy zespół, aż w końcu wszedłem na mój upragniony szczyt Matterhorn 4477 m.

Wierzchołek wygląda jak grań o szerokości 1 m, która ciągnie się na jakieś 100 - 200 m. Strona szwajcarska ma spiczaste nawisy śniegu, natomiast włoska jest bardziej skalista. Stoi tam metalowy krzyż. Na szczyt wszyscy dotarliśmy o 11.10, 26 czerwca. Podziwialiśmy przepiękne widoki, jak na dłoni widać było masyw Monte Rosy, Breithorn, Weisshorn, a daleko na horyzoncie rozpoznałem sylwetkę masywu Mont Blanc. Po chwili myśleliśmy już tylko o bardzo długim, męczącym zejściu. Odcinek śnieżny wiodący ze szczytu udało nam się prawie cały pokonać zjeżdżając po linie. Gdzieniegdzie tylko musiałem iść kilka metrów z czekanem w dół, aby zaczepić linę w kolejną kotwę lub pętlę, aby reszta mogła bezpiecznie zjechać. Potem dotarliśmy do kolejnego odcinka śnieżno - skalnego. Zjeżdżałem pierwszy i obawiałem się, że będziemy musieli schodzić na czekanach, jednak udawało mi się odnajdywać kotwy lub spity. Najczęściej znajdowały się one wówczas, gdy kończyła nam się lina (przeciągnięta na pół), czyli co jakieś 25 m. Dalej w dół były już tylko skały, tam też udawało nam się zaczepiać linę w spity i zjeżdżać.

Wieczorem byliśmy znów w schronie Solway i po nocy w nim spędzonej, następnego dnia rano kontynuowaliśmy zejście. Dalszą drogę w dół staraliśmy się pokonywać zjeżdżając po linie, nie zawsze jednak było gdzie ją zaczepić, czasami plątała mi się, zaczepiała o kamienie. Byłem już zmęczony i schodzenie nie szło mi tak szybko. Około godziny 15.00 dotarliśmy do schroniska Hornli Hutte. Zjedliśmy i późnym wieczorem zeszliśmy do Zermatt. Następnego dnia udaliśmy się w drogę powrotną do Polski.

Matterhorn pozostanie w mojej pamięci jako góra wyjątkowa. Widząc ją dawniej pierwszy raz na zdjęciu, zastanawiałem się, czy kiedykolwiek dam radę stanąć na jej wierzchołku. Gdy ujrzałem ją na własne oczy, stojąc u podnóża, tylko utwierdziłem się w swoim przekonaniu. Kiedy znalazłem się już w ścianie i poczułem skałę, zyskałem spokój i pewność, że jeśli tylko pogoda będzie mi sprzyjać już za chwilę spełni się moje marzenie. Spełniło się, czego wszystkim potencjalnym zdobywcom Piramidy życzę.

Więcej o wyprawie na stronie autora: www.wyprawyroberta.republika.plarchiwum

Zdjęcia do artykułu (7)

Slajd1.jpgSlajd2.jpgSlajd3.jpgSlajd4.jpgSlajd5.jpgSlajd6.jpgSlajd7.jpg

Więcej z Europy