Mamy wątpliwości. Ostatecznie Riła to nie Bieszczady, a my nie mamy za sobą jakiś niesamowitych wyczynów wspinaczkowych. Jednak zakład to zakład. Oczywiście nikt nie wierzy, że przedzierając się przez góry na piechotę, dotrzemy nad Morze Czarne szybciej niż reszta ekipy bułgarskimi środkami transportu publicznego. Nam chodzi jednak o zdobycie Musali, królowej Bałkanów, górującej 2925 m nad poziomem morza. Jednego ze szczytów znajdujących się w kornie Europy. Dajemy sobie na to cztery dni.

Dzień 1
Przez większą część trasy do schroniska Rybni Ezera (Rybie Jezioro) prowadzi szosa. Jeżeli nie uda nam się dojść z całym dobytkiem na plecach nawet do tego punktu - zrezygnujemy. Chcąc przechytrzyć samych siebie usiłujemy złapać stopa. Niemożemy zrozumieć, dlaczego Bułgarzy są tak mało uczynni i widząc samotnych turystów w środku gór nie chcą się zatrzymać. W końcu jednak udaje się. Z okna vana wychyla się męska głowa. - Turyści. Cudownie! - kierowca zachęcającym gestem zaprasza nas do środka. Gdy tylko próbujemy wrzucić na tył plecaki, zatrzaskuje nam przed nosem drzwi i odjeżdża z piskiem opon. Bagaż niet! Pozostajemy zdezorientowani, ale przynajmniej zaoszczędziliśmy 5 euro, które kierowca chciał zainkasować za "przysługę". W tej części Europy to popularna możliwość dorobienia "na boku".
Szosa szybko się kończy, a zaczyna uroczy kosodrzewinowy lasek. W lasku strumyczek . Przez strumyczek bajeczny brzozowy mostek. Nie możemy sobie odmówić przyjemności uwiecznienia siebie na fotografii. M. wskakuje na kamień w samym środku strumienia. Traci równowagę i ląduje pupą w wodzie. Aparat porwany przez nurt zmierza w kierunku morza... Morale grupy wyraźnie podupada, bo jak teraz uda nam się udowodnić, że faktycznie zdobyliśmy szósty co do wysokości szczyt w Europie, jedną z najbardziej lubianych przez alpinistów górę?
Błądząc, jakimś cudem udaje nam się dotrzeć w okolice schroniska. Przezornie rozbijajmy namiot 200 m wcześniej nad uroczym jeziorkiem. Ledwo stojący betonowy budynek z dyktą zamiast szyb w oknach nie może wywrzeć pozytywnego wrażenia na turystach. Większa część bułgarskich schronisk została wydzierżawiona prywatnym właścicielom. Ci albo nie umieją, albo nie chcą, albo, co jest najbardziej prawdopodobne, nie stać ich na utrzymanie obiektu w jako takim porządku. Nic zatem dziwnego, że i panie z obsługi nie należą do najsympatyczniejszych. Przyzwyczajeni, że w górskich schroniskach zmęczeni wędrowcy zawsze mogą otrzymać kubek wrzątku, poszukujemy kuchni. Gdy wydaje nam się, że już udało nam się odnaleźć cel, gruba kucharka bez cienia wyjaśnienia zatrzaskuje nam drzwi przed nosem. Nie poddajemy się tak łatwo i szturmujemy pomieszczenie od strony okienka z wydawaniem posiłków. Hot wodę na czaj - czynimy wszelkie wysiłki, żeby tylko jako tako się porozumieć. Żałujemy, że nie zabraliśmy z sobą rozmówek bułgarskich. W końcu otrzymujemy gorącą wodę... prosto z kranu.
Z przerażeniem odkrywany brak zasięgu. Obiecaliśmy dać znać reszcie ekipy jak tylko dojdziemy do pierwszego schroniska. Zasypiamy z nadzieją, że jutro, gdy wejdziemy w wyższe partie gór zasięg się pojawi, a oni nie zdążą jeszcze zorganizować ekipy ratunkowej.
Dzień 2
Zebranie się na odwagę zajmuje mi dobre pół godziny. Przed nami prawie pionowa ściana. Jednak strach ma wielkie oczy, bo okazuje się, że szlak prowadzi trawersem. Jedyny poważny problem zaczyna stanowić rozrzedzające się powietrze. Jesteśmy na wysokości ponad 2300 m n.p.m. Mijamy parę młodych ludzi. Z przyzwyczajenia mówimy "cześć". Zanim dotarło do nas, że odpowiedzieli nam w rodzimym języku minęła dobra chwila. Pędem rzucamy się na dół, goniąc rodaków. Młoda para, spędzająca swój miesiąc miodowy na wędrówce przez Riłę obiecała wysłać smsa o treści "żyjemy i mamy się nie najgorzej" pod wskazany numer.
Po przejściu na drugą stronę gór zaczynamy długą i żmudną wędrówkę po czymś co przypomina bieszczadzkie połoniny. Szlak oznaczony na mapie jako czerwony w rzeczywistości przybiera różne barwy od żółtej poczynając na turkusowej kończąc, jakby w połowie drogi zabrakło czerwonej farby i malowano tym, co akurat było pod pędzlem. Rzeczywistość terenu też nijak ma się do mapy, jedynej jaka w ogóle jest dostępna. Dobrze, że uczyni turyści poustawiali wzdłuż szlaku kopczyki z kamieni, jako oznaczenia trasy. Oddech pomału przyzwyczaja się do wysokości. Wypatrujemy kozic i susłów, nierzadkich w tych okolicach. Szczęście jednak nam nie dopisuje. Już po zmroku docieramy do kolejnego schroniska. Grynczar położony jest w kotle polodowcowym nad pięknym jeziorem. Ponieważ poszukiwania łazienki kończą się niepowodzeniem (otwierając drzwi oznaczone tym symbolem o mało nie wypadłam z drugiego piętra, bo poza nimi nie znajdowało się zupełnie nic), bierzemy orzeźwiająca kąpiel w lodowatym jeziorze przy świetle księżyca. Nad otaczającymi nas szczytami co jakiś czas rozbłyskują błyskawice. Burza jest na tyle daleko, że nie słychać grzmotów. Błyskawice przybierają jednak na sile. Otoczeni ostrymi szczytami nie czujemy się bezpiecznie. Burza zbliża się coraz bliżej. Gotowi do ewentualnej szybkiej ewakuacji do schroniska nie zmrużymy oka przez całą noc.
Dzień 3
Bułgaria jest trzecim po Włoszech i Japonii krajem pod względem ilości źródeł mineralnych. Mieliśmy już okazję się o tym przekonać. Właściwie co chwila na naszej drodze pojawiały się czeszma, obudowane ujęcia wody. Przygotowując się do ostatecznego natarcia na Musalę zabieramy ze schroniska wiec tylko jedno piwo, aby mieć czym uczcić zwycięstwo. Wspinamy się w chmurach uciekając przed goniącym nas deszczem. Powietrze nie dość, że staje się coraz rzadsze to jeszcze jest niemiłosiernie duszno. A źródła jak na złość nie widać. Od mijających nas turystów dowiadujemy się, że do najbliższego ujęcia dzielą nas ponad dwie godziny wspinaczki. Stojąc nad głębokim urwiskiem, przyklejeni do ściany przypominamy sobie o butelce piwa. Butelka wyślizguje mi się z rąk. Możemy już tylko patrzeć jak niknie w czeluściach przepaści. Nie dość, że nie mamy co pić, to nie mamy czym uczcić ewentualnego sukcesu. I tak gdy tylko docieramy do najwyżej położonej w Europie stacji meteorologicznej na samym szczycie Musali, nie jesteśmy w stanie myśleć o niczym innym jak o porządnym odpoczynku. Długa wspinaczka, brak wody, nieprzespana noc i wysokość 2925 m dała nam się mocno we znaki.
Przypominając sobie o zakładzie ruszamy w drogę do jednego z najstarszych i najwyżej usytuowanych schronisk w górach bułgarskich -schroniska Musala (2380 m. n.p.m). Po ubezpieczony łańcuchami szlaku schodzimy ze szczytu po ostrych graniach. Z góry widać budynek schroniska przypominający nowoczesny hotelu. Mamy już przed oczami basen i saunę, restauracje z dobrym jedzeniem i wygodne łóżka. Taka fotomorgana doskonale motywuje do nie łatwej wędrówki. Droga na szczyt od tej strony może jest i krótsza, ale na pewno nie łatwiejsza. Gdyby trzy dni temu ktoś postawił mnie od tej strony i kazał zdobywać szczyt powiedziałabym, że serdecznie dziękuję ale tchórzę. Nowoczesny budynek okazuje się terenem budowy. Nie wygląda na to, żeby miała zostać szybko zakończona. Jak wszystko w Bułgarii... Tradycyjnie rozbijajmy się nad jeziorkiem przed schroniskiem. Właściciel prosi nas, abyśmy przenieśli się na drugą stronę, bo tu może złapać nas górska policja (tym razem nie ma problemu w komunikacji). Okazuje się, że uratował nam życie. Zasypiamy właściwie natychmiast nie słysząc walących obok nas piorunów. Jeden uderzył w miejsce, gdzie początkowo mieliśmy zamiar się rozbić.
Dzień 4
Wyprawę właściwie możemy uznać za zakończoną. Pozostała nam już tylko krótka wędrówka w dół i zjazd bułgarską kolejką linową. Śmiało możemy uznać to za najbardziej dramatyczną część nasze wyprawy. Wagonik, do którego akurat wsiedliśmy ma nieszczelne drzwi i pozostaje szpara. Nie budzi to bynajmniej w nas zaufania. Podskakuje na wszystkich słupach tak, że za każdym razem jestem pewna, że spadamy w dół. Za tą wątpliwą przyjemność płacimy dwa razy tyle ile powinniśmy. I wcale nie chodzi o to, że ceny dla zagranicznych turystów wszędzie są dużo wyższe. Wsiadają do kolejki nie otrzymaliśmy biletów, których jak się okazało wymagano od nas na stacji środkowej, gdzie zatrzymywała się kolejka. I choć ewidentnie widać było, że jako jedyni jedziemy z samej góry, musieliśmy płacić raz jeszcze. Dodawać nie muszę, że i tym razem nie otrzymaliśmy stosownego kwitku.
A nad Morze Czarne dotarliśmy jako pierwsi, wygrywając zakład. Jak to możliwe? Otóż bułgarskie środki transportu publicznego... Ale to już historia na zupełnie inną opowieść.
