Już po przejściu granicy w Kostrzyniu o 8 rano poczuliśmy, że nasza spontaniczna wyprawa będzie ciekawym spotkaniem z wysoko rozwiniętą cywilizacją i kulturą, co dało się odczuć już w czystym, podmiejskim pociągu jadącym do Berlina. Nie ujmując naszym plastikowym ortopedycznym siedzeniom, w tym pociągu odpoczęliśmy po całonocnej jeździe przez Polskę. Wiedzeni instynktem geografa i mając na uwadze rozważania z wykładów i ćwiczeń z geografii regionalnej na temat "istnienia - nieistnienia granic naturalnych", stwierdziliśmy, że krajobraz po drugiej stronie Odry niczym nie różni się od naszego wschodniego. Tworzy całość; pas łąk ciągnie się wzdłuż koryta rzeki, a drzewa rosnące wzdłuż torów delikatnie gną się pod wpływem wiatru. Chociaż człowiek dzieli kontynenty, obszary i państwa na mniejsze części, to przyroda zawsze będzie stanowić jedno królestwo, które płynnie zmienia się w zależności od położenia geograficznego.

Jeśli Berlin jest największym placem budowy w Europie, tak zwaną wielką kopalnią piasku, to Warszawa, mimo że druga w rankingu, jest przy nim małą, osiedlową piaskownicą. Setki dźwigów urozmaicają krajobraz tego ogromnego miasta. Trwa wielka przeprowadzka urzędów i ambasad z Bonn. Wszystkie nowopowstające budynki cechuje ogrom, wręcz gigantyzm, który kojarzył nam się trochę ze stalinowskim rozmachem... Mimo tego, jest pięknym miastem posiadającym wspaniałą bazylikę, czy Uniwersytet Humboldta. Można tu zobaczyć wiele ciekawych obiektów, do których należy Brama Brandenburska, gmach (a raczej gmaszysko) Reichstagu (z dachu którego można podziwiać panoramę miasta) oraz Mur Berliński wraz z muzeum. Z "żelaznej kurtyny" pozostały tylko kilkudziesięciometrowej długości fragmenty, a niektóre z nich są ozdobione graffiti "wołającym" o pozostawienie resztek muru. Na ulicach, w miejscu dawnego muru, ciągnie się pas z czerwonej kostki z wmurowanymi tablicami upamiętniającymi jego zburzenie w 1989 r. Architekci starają się jak mogą, ale różnica w budownictwie wschodniego i zachodniego Berlina jest jeszcze wyraźna. Dodatkową cechą tego 3,5 milionowego miasta jest doskonale rozwinięta sieć komunikacyjna.
My chcieliśmy poznać zachodnie Niemcy stanowiące do niedawna Mekkę dla ludzi ze wschodu. Dostęp do nich był długo pilnie strzeżony...
300 tysięczne Mannheim wraz z leżącym po drugiej (zachodniej) stronie Renu Ludwigshafen tworzy 7 co do wielkości aglomerację w Niemczech. Jest ślicznym, czystym miastem. Znajduje się tu Uniwersytet w zamku - jedyny budynek, który nie został zniszczony w czasie wojny. W centrum stoi piękna wodna wieża - zabytkowy budynek, przed którym wzniesiono dużą fontannę, do której spływa po szerokich stopniach woda. Gromadzi się tu wiele ludzi szukających ochłody w upalne dni. Późnym wieczorem, przy odrobinie szczęścia, można obejrzeć wspaniałe widowisko - fontanny wody, podświetlone barwnym światłem, strzelają wysoko w górę i cicho opadają. Nad Mannheim (jak zresztą nad każdym większym miastem niemieckim) góruje wieża telewizyjna, skąd roztacza się wspaniały widok na leżące w dolinie Renu miasto i na okalające je wzgórza. Centrum miasta to krzyżujące się ze sobą deptaki, będące rajem dla wszystkich lubiących zakupy, zwłaszcza jeśli trafi się na okres wielkich wyprzedaży pod koniec lata. Dba się tu bardzo o rowerzystów. Ścieżki rowerowe (marzenie warszawiaków) są wszędzie, a przed każdym marketem, urzędem, czy szkołą znajdują się stojaki na rowery. Dużo jest tu także... hulajnóg. Nieraz widać całe rodziny poruszające się tych śmiesznych "wynalazkach". Po całodziennych wrażeniach, wieczorem udaliśmy się nad Ren, gdzie przy grillu i piwku odbyło się spotkanie studentów z akademika, w którym mieszkaliśmy. Przegryzaliśmy kiełbaski z Niemcami, popijaliśmy wino z Francuzami, dyskutowaliśmy czy na Wyspach Kanaryjskich są w ogóle jakieś kanarki, ponadto było z kim porozmawiać o bykach, sake, czy fiordach.
Postanowiliśmy jakoś wesoło zainaugurować nasz pobyt na 8,5 południku i kolejny dzień naszej wyprawy spędziliśmy na rozrywce i zabawie w Europaparku. Dzięki biletowi, który kupuje się przy wejściu (41 DM) można korzystać ze wszystkich kolejek, karuzeli itp., przez cały dzień dowolną ilość razy. Kolejną dobę spędziliśmy w pobliskim Heidelbergu, gdzie znajduje się najstarszy niemiecki Uniwersytet, pochodzący z 1386 roku oraz duży zamek, z którym związana jest legenda, mówiąca, iż mieszkająca tam królewna wyskoczyła z okna i w miejscu gdzie upadła pozostał na ziemi ślad jest stopy. Faktycznie, jest tam wgłębienie, które pasowało wielkością do mojego numeru buta 39, ale każda dziewczyna przykładająca stopę do śladu mówiła z satysfakcją "to moja". Na dziedzińcu, w letnie wieczory odbywają się koncerty muzyki klasycznej. Zamek otacza duży, zadbany ogród, z którego roztacza się wspaniały widok na Neckar (dopływ Renu) i winnice na drugim brzegu, wśród których wije się "Droga Filozofów". Ponoć przechadzali się po niej kontemplujący mędrcy.
Jadąc do Niemiec nie przypuszczaliśmy nawet, że zwiedzimy aż tak dużo miejsc. Zawdzięczamy to biletom EuroDomino. Koleje w Niemczech są bardzo drogie (np. połączenie Berlin - Mannheim 150 DM). My kupiliśmy bilet na 5 dni za 503 zł i mogliśmy jeździć przez 5 dowolnie wybranych dni wszystkimi pociągami (nawet szybkim ICE, który rozpędzał się do 250 km/h). Jeden z wieczorów spędziliśmy w pobliskim miasteczku Weinheim, które obchodziło akurat swoje święto. Położone jest one na wzgórzach, toteż liczne są tu strome i kręte uliczki, przy których stoją urocze domki zbudowane z muru pruskiego. Mimo późnej, wieczornej pory na ulicach bawił się tłum ludzi, wszędzie wisiały kolorowe lampki. Każda uliczka zastawiona była straganami ze słodyczami i barami, gdzie tańczono na drewnianych stołach. Jak wiadomo, nasi sąsiedzi to bardzo "imprezowy" naród. Było to dla mnie nowe i nieco przerażające doświadczenie - otaczał nas tłum Niemców (w większości z grupy wiekowej 40 - 60 lat) słusznej postury, głośno śpiewający piosenki z gatunku muzyki podobnego do naszego "disco-polo", przy których niektórzy szczególnie dobrze się bawili i wymachiwali kuflami, rozbryzgując przy tym wokoło piankę. Barmanki uwijały się żywo, a szkło brzęczało z charakterystycznym sobie dźwiękiem.
Mimo krótkiej nocy znaleźliśmy o piątej rano siłę, by pojechać na północ do Kolonii i Bonn. Kolej wiodła wzdłuż Renu, a na wzgórzach po drugiej stronie rzeki stoi wiele małych zameczków, toteż co chwila wydawaliśmy z siebie okrzyk zachwytu, widząc kolejne wieżyczki. Jedna ze skał została nazwana Loreley od imienia kobiety, która rzuciła się z niej w wody rwącego Renu. Jej miłość do pewnego młodzieńca nie była odwzajemniona.
Katedra kolońska zaskoczyła nas swym ogromem i potęgą. Dla miłośników sztuki (a chyba każdy geograf nosi w sercu podziw dla sztuki) to iście mistyczne przeżycie. Jej budowę rozpoczęto w IX wieku i dopiero po 400 letniej przerwie wznowiono. Mimo, że ukończono ją w XIX wieku, całość utrzymana jest w jednym stylu (w moim ukochanym gotyku). Katedra stoi tuż przy wyjściu z dworca, w takim miejscu, że nie można zrobić jej zdjęcia, by prezentowała się w całości. Zawsze jest zasłaniana przez jakiś budynek. Akurat był 15 sierpnia i mieliśmy szczęście, gdyż udało nam się uczestniczyć we mszy na ołtarzu głównym, gdzie na co dzień wstęp mają tylko biskupi i kapłani. W każdym niemieckim kościele, przy wejściu, na szafce stoją ogólnodostępne książeczki z tekstami psalmów, toteż braliśmy czynny udział w nabożeństwie. Później wykupiliśmy rejs po Renie (dostępny już dla wszystkich) i z wody mogliśmy podziwiać wspaniały gmach katedry oraz panoramę miasta hanzeatyckiego.
Kolejna krótka noc, by znaleźć się w odległym o ponad 650 km Hamburgu. Nasze nadzieje na wyspanie się w pociągu rozwiały się, gdy tylko ujrzeliśmy na dworcu tłumy jadące na Expo w Hannowerze leżącym na naszej trasie podróży. Spacer po pięknym, portowym mieście szybko pozwolił nam jednak zapomnieć o zmęczeniu. Leżący nad Łabą Hamburg to przykład kolejnego miasta, gdzie wykorzystane są wszystkie możliwe drogi komunikacji. Jest to największy port w Niemczech, a liczne kanały oplatają całe miasto. Podziwialiśmy statki - towarowe, pasażerskie oraz te à la parowce z Missisipi. Krzyki "nawoływaczy" do rejsów mieszały się z rozmowami w każdym chyba języku świata. Nad naszymi głowami co chwila przelatywał samolot. Ponadto wzdłuż portu biegnie linia metra i szosa. Odnosi się wrażenie, że miasto żyje i cały czas się rozwija, że są tu tysiące ludzi. Na dworcu w Hamburgu po raz pierwszy w tym kraju widzieliśmy żebraków i narkomanów. Takie miasto przyciąga ludzi.
Podróżowaliśmy także na południowy wschód, do Monachium. Po drodze zwiedziliśmy urocze Lindau, leżące na wyspie na Jeziorze Bodeńskim. Niezapomniany był widok Alp wyrastających ze spokojnej tafli jeziora - miejsca, gdzie krzyżują się granice Niemiec, Austrii i Szwajcarii. Zwłaszcza ośnieżone w oddali szczyty, oblane łagodnym, popołudniowym słońcem sprawiały, że wszystko wydawało się spokojne, dobre i szczęśliwe. Z portu wypływały statki wycieczkowe, a i on sam był godny uwagi, gdyż u jego bram stoi latarnia morska i lew bawarski. Na tarasie jednego z domów, przy akompaniamencie fortepianu śpiewała jakaś kobieta, a kilka metrów dalej rosyjski harmoniusz w ludowym stroju prezentował swój talent przechadzającym się po ulicach turystom. Palmy na ulicy sprawiły, że poczuliśmy się jak nad Morzem Śródziemnym. Pełni wrażeń, nasyciwszy oczy wspaniałymi, niezapomnianymi widokami spędziliśmy noc w schronisku w Alpach, a rano udaliśmy się do jednego z najczęściej fotografowanych zamków na świecie, który był wielokrotnie wykorzystywany jako scenografia do bajek Disney'a. Zdjęcia tej budowli dzieci układają jako puzzle, znajduje się on także na okładce niemal każdego kalendarza z zamkami. Został wzniesiony w XIX wieku przez króla Bawarii Ludwika II, który zyskał przydomek Szalony, gdyż nie bacząc na koszty wznosił ogromne pałace. Ten w Neuschwanstein, wzniesiony na szarych, granitowych skałach, wspaniale się prezentował, zwłaszcza z odległego o 300 metrów mostu Marien (zawieszonego niedaleko 70 metrowego wodospadu). Wielki, bajkowy zamek, w tle jezioro Forggensee, a wokół majestatyczne Alpy... W pobliżu znajdują się dwa małe jeziora cyrkowe o krystalicznie czystej wodzie. Kusiły nas bardzo blaskiem przyjemnie chłodnej wody, pod którą widać było gładkie dno, ale musieliśmy przecież zdążyć na pociąg do Monachium. Opuściliśmy więc śliczne Füssen.
Stolica Bawarii, mimo wieczornej pory, przywitała nas 40 stopniowym upałem. Jak się później okazało było to ostatnie słoneczne miejsce w Niemczech. Udaliśmy się do wioski olimpijskiej, aby podziwiać zbudowane na igrzyska w 1972 r. stadiony, boiska i hale sportowe. Niestety nie weszliśmy na basen, gdyż zagapiliśmy się na wielkie koła i strzelnice wesołego miasteczka, które są dziś nieodłącznym elementem dużych, niemieckich miast. Ponadto mogliśmy obejrzeć na żywo popisy młodzieżowych kapel. Duże i głośne wieczorem miasto, w dzień sprawiło wrażenie opustoszałego. Nieliczne grupki turystów przechadzały się leniwie uliczkami, my też dreptaliśmy najczęściej uczęszczanymi szlakami. Zachwycił nas gotycki ratusz z mnóstwem przypór, koronek, rozet i innych ozdób. W samo południe, na wieży ratusza marionetki przedstawiają zaślubiny Wilhelma V z Renatą von Lothringen oraz taniec bednarzy (mogliśmy go obejrzeć w komedii "Wakacje w Europie"), który wykonywany jest regularnie co 7 lat (najbliższy odbędzie się 2005 r.). W starym ratuszu mieści się muzeum zabawek. W Monachium znajduje się największy niemiecki uniwersytet. Mieści się tu także piękna rezydencja Wittelsbachów - dynastii, która najdłużej rządziła krajem, bo od XII do XX w.
Wieczorem wybraliśmy się do Hofbräuhaus, najsłynniejszej monachijskiej piwiarni, będącej zarazem niegdyś ulubionym lokalem Hitlera. Wyglądała jak poczekalnia dworcowa: przy długich, ciężkich, drewnianych stołach siedzieli pochyleni nad litrowymi kuflami mieszkańcy miasta oraz turyści. Na środku sali, na scenie, przygrywała kapela bawarska - roześmiani wąsacze z piórkami wetkniętymi w zielone kapelusze i ubrani w skórzane spodnie. Umilali wieczór niekończącymi się, ludowymi melodiami. Wieczorem wyruszyliśmy do Mannheim, zatrzymując się na chwilę w Stuttgarcie, gdzie mieści się fabryka Mercedesa i Porscha. Późną nocą zmęczeni i szczęśliwi zasypialiśmy w przytulnym, czystym pokoiku na 3 piętrze akademika, wciąż mając w pamięci widok Alp i Jeziora Bodeńskiego. Oprócz niezapomnianych krajobrazów i cudów natury urzekły mnie także elementy tzw. antropogenu - m.in. bardzo wymyślne fontanny. Przybierają one kształty beczek i tub, w których uwięziona jest woda; trójkątnych naczyń, z których woda przelewa się do tych niżej położonych; obracających się w takt niesłyszalnej melodii kamieni, spod których wypływają chłodne strugi; kamiennych kaczek, wieżyczek i wozów, z których sączy się majestatycznie woda, a jej czar podkreśla mała tęcza i unosząca się wokół mgiełka.
Urzekające małe miasteczka, gdzie brakuje turystów pozwalają dostrzec prawdziwe życie Niemców. W każdej, nawet nielicznej osadzie wspaniale dba się o środowisko. Estetyczne, czterokomorowe śmietniki niejako wymuszają segregację śmieci, znajdują się bowiem wszędzie (na dworcach, stacjach metra, na ulicy i w akademikach). To naprawdę dobre rozwiązanie, zapewniające racjonalną oszczędność surowców wtórnych. Nawet jeśli język niemiecki nie jest czyjąś dobrą stroną, bez trudu można się tu porozumieć. Angielski słychać wszędzie, popularny jest również francuski i hiszpański.
Niemcy to atrakcyjny kraj. Jest tu wiele wspaniałych kościołów, zamków, czy kamienic. Mimo, że w czasie wojny ponad 80% kraju zostało zniszczone, to dzięki bogactwu, państwo szybko dźwignęło się z ruiny, a zwłaszcza jego zachodnia część. Odbudowano cenne obiekty i otacza się je obecnie szczególną opieką. Jednak Niemcy to nie tylko zabytki, kościoły i fragmenty murów obronnych, ale także nowoczesna architektura. We Frankfurcie nad Menem o miano najwyższego budynku w kraju rywalizują 3 największe niemieckie banki: Commerzbank, Deutschebank i Dresdnerbank. Wygrywa wielopiętrowy budynek pierwszego z nich. Podświetlone w nocy żółtym światłem budowle wyglądają wręcz nierealnie na tle starówki. Wyraźnie jednak przypominają o potędze gospodarczej Niemiec.