Na południe od Mexico City leżą ziemie Indian Zapoteków. Znajdziemy tu zarówno piękne miasta, jak i starożytne ruiny, a także niezwykłą przyrodę. Można też napić się wódki przyprawionej w dość oryginalny sposób.

Do Puebli docieramy autobusem ze stolicy Meksyku. Usytuowana nieco na południe od Mexico City dwuipółmilionowa metropolia, zwana ,,Miastem Aniołów", to czwarta co do wielkości aglomeracja w Meksyku.
Podziemna piramida
Ledwie wysiadamy na dworcu w Puebli, już wsiadamy w kolejny autobus - tym razem do Choluli. Cholula to graniczące z Pueblą satelitarne miasteczko. Znajduje się tu piramida, przysypana ziemią i doskonale udająca zwykłe wzgórze. Na szczycie wzgórza Hiszpanie wznieśli kościółek. Budowniczowie kościółka nie wiedzieli, że pod nogami mają bezcenny zabytek. U stóp piramidy znajdujemy sympatyczną restaurację o nazwie, jakże by inaczej, ,,Piramide". Jemy tam śniadanie. Uderza nas, że kelnerzy są bardzo młodzi - wyglądają na jakieś piętnaście lat. Praca dzieci jest w Meksyku problemem, tym niemniej z taką sytuacją spotykamy się po raz pierwszy. Restauracja pełni też funkcję sklepu z pamiątkami, kartkami i... poczty. Jest skrzynka i można kupić znaczki do Europy. To ważne, bo - jak dotąd - w żadnym mieście nie udało nam się trafić na otwartą pocztę.
Po śniadaniu wspinamy się na szczyt wzgórza i sycimy oczy widokiem na panoramę Choluli, Puebli i okolicznych gór, a w tym także dwóch wulkanów. Z jednego z nich wydobywa się nawet dym. Wulkany te można było kiedyś obserwować również z Mexico City. Obecnie przeszkadza w tym smog. Schodzimy na dół, kupujemy bilety po 33 pesos (ok. 10 zł) i wchodzimy do tunelu, prowadzącego do wnętrza piramidy. Trasa jest dość krótka i trudno się zgubić. Bilet pozwala też na zwiedzenie ruin indiańskiego miasta, leżącego u stóp wzgórza. A potem szukamy przystanku, żeby dojechać do centrum Puebli. Zapędzamy się na peryferia miasteczka. Mija nas jakiś mężczyzna, taksuje wzrokiem i rzuca niechętne: ,,?Americanos?". ,,!No!" - zaprzeczamy niemal jednogłośnie. Meksykanie tak średnio kochają mieszkańców USA...
U aniołów
W Puebli trafiamy na kantor, który jednakże nie skupuje euro. Przyjmuje wyłącznie dolary. Ja mam zarówno europejskie, jak i amerykańskie banknoty. Niestety, pracownikom kantoru nie podoba się jednakże moja studolarówka - jest w jednym miejscu pobazgrana długopisem. Trudno w Meksyku nie dostrzec dużej obawy przed fałszywą walutą. Nawet w banku, zanim ostatecznie przyjmą twoje dolary, najpierw zeskanują twój paszport.
Wchodzimy na sympatyczny deptak, wyglądający jak w Europie. Podziwiamy aniołki na fasadach kamienic - w końcu jesteśmy w ,,Mieście Aniołów"! Dochodzimy do ładnego Zocalo. Rynek jest obsadzony zielenią. Szumią fontanny. Jemy obiad we włoskiej knajpce ,,Vittorio's". Sałatka z pomidorów i mozzarelli to balsam na mój żołądek, protestujący już przeciw meksykańskim plackom z kukurydzy. Po Zocalo kręci się clown. Małpuje ludzi, zaczepia przechodniów. Podchodzi i do nas. Bawimy się świetnie, poza może Iloną, której clown gasi papierosa. Taksówką jedziemy na dworzec autobusowy, gdzie czeka nas zaskoczenie - nie ma już miejsc na najbliższy autobus do Oaxaki. Nauczka na przyszłość, żeby bilety kupować wcześniej. A póki co, musimy dwie godziny poczekać na dworcu. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - w jednej z dworcowych kawiarenek delektujemy się pyszną kawą macciato i czekoladowym ciastkiem.
Miasto na górze
W Oaxace mamy zarezerwowane schronisko przy ulicy Juareza - takie miano nosi większość głównych ulic w meksykańskich miastach. Przed hostelem jesteśmy przed pierwszą w nocy i wita nas zamknięta krata. Właścicieli nie ma. Na szczęście jedna ze stałych mieszkanek sprawdza w papierach, że mamy rezerwację i wpuszcza nas.
W centrum klimatycznego schroniska mieści się wielkie patio z ławeczkami, stoliczkami i hamakami. Po bokach usytuowane są pokoje, a w głębi kuchnia. Rano pojawiają się właściciele - z zawodu muzycy. Ilona płaci za nocleg, a ja idę do pobliskiego sklepu po zakupy na śniadanie. Udaje mi się dostać czarną herbatę, co w Meksyku nie jest wcale takie łatwe - tubylcy z niewiadomych powodów wolą napar z rumianka lub limonki. Obok spożywczaka jest piekarnia. W sklepie nie ma koszyków. Są za to metalowe tace i szczypce. Co kraj, to obyczaj.
Jemy śniadanie w licznym, międzynarodowym towarzystwie. Przeważają Niemki i Czesi. Trzeba było przebyć ocean, żeby pobiesiadować z najbliższymi sąsiadami. Po posiłku idziemy do miasta. Niedaleko Zocalo znajdujemy biuro, w którym - nauczeni doświadczeniem - kupujemy bilety na jutrzejszy autobus do Tuxtli w stanie Chiapas.
Następnie z niejakim trudem znajdujemy przystanek autobusu, jadącego do Monte Alban. Okazuje się, ze mieści się on na dziedzińcu jednego z hoteli. Kupujemy bilet w obie strony za 30 pesos i dojeżdżamy do ruin indiańskiego miasta, usytuowanego na płasko ściętym wierzchołku góry. Jak ci Indianie wyrównali szczyt, nie dysponując spychaczami, koparkami, czy chociażby dynamitem? Wstęp do Monte Alban kosztuje 38 pesos. Widoki są piękne - wokół widać szczyty innych gór.
Niespodzianka w butelce
Wracamy do Oaxaki. Raczymy się kawą i ciastkiem w kawiarni na Zocalo. Trochę irytują nas handlarze, którzy bez przerwy podchodzą do stolika i oferują swoje wyroby. A przy stoliku obok pucybut czyści lakierki, konsumującemu obiad Meksykaninowi.
Niedaleko od Rynku trafiamy na kolejną paradę religijną. My to mamy szczęście do tych parad! Uduchowieni, kierujemy swoje kroki do sklepu spożywczego, by kupić mezcal. Oaxaca to bowiem stolica tej słynnej wódki z agawy. Raczymy się nią w hostelowej kuchni, częstując też przy okazji sympatyczne Niemki. Wkrótce odkrywamy na dnie butelki... robaka. Jednak nie przerywamy konsumpcji - pieniądze zostały wydane, więc brzydzić się można, ale wypić trzeba. Doprawiamy tylko trunek przyprawą, którą znajdujemy w przywiązanym do szyjki butelki woreczku. Kilka dni później z maila od znajomej dowiadujemy się, ze w woreczku znajdował się… usmażony, posolony i sproszkowany robak. Nie jest to byle jaka larwa, lecz zwierzątko, pasożytujące na liściach agawy. Najwyraźniej Meksykanie uważają, że i po śmierci nie należy rozdzielać nierozłącznych za życia istot.
Kolejnego dnia wsiadamy w autobus do Hierva El Aqua. Po jakimś czasie zjeżdżamy z asfaltu i polnym duktem wjeżdżamy do małej wioski. Po drodze biegają tu indory, a domostw strzegą bardzo wysokie żywopłoty z... kaktusów. Za wioską droga robi się wąska i bardzo stroma. Jesteśmy w górach. Droga kilkakrotnie skręca pod kątem prawie 180 stopni. Z jednej strony mamy zbocze, a z drugiej przepaść i bardzo malownicze widoki. Kierowca dużego autobusu z zadziwiającą sprawnością lawiruje i całkiem szybko posuwa się naprzód. Cieszę się, że nie ma tu opadów śniegu, ale serce mi zamiera, kiedy nagle wyprzedza nas colectivo, czyli wieloosobowa taksówka.
Wodna skała
Docieramy do kolejnej malej wioski. Kierowca wita się z miejscowymi, którzy częstują go jedzeniem. Niestety, dla nas nie ma nic za darmo - płacimy po 14 pesos za wstęp do rezerwatu. Trzeba wysiadać. Kierowca informuje nas, że powrót jest za dwie godziny.
Pieszo idziemy przez góry jeszcze jakieś 200 metrów, by dojść na skraj przepaści. Jesteśmy w Hierva El Aqua. Źródełka tworzą tu oczka wodne, a woda spływa prosto w przepaść, rzeźbiąc wapienną skałę w niesamowite wzory. Moczę nogi w oczku wodnym. Wąską ścieżką nad przepaścią przechodzę na wierzchołek sąsiedniej góry, skąd widoki są jeszcze lepsze. Potem przedzieram się przez dżunglę na kolejne zbocze. Raj dla miłośników przyrody!
Po jakiejś godzinie wracamy do zabudowań. Wstępujemy do gospody (małej chatynki) na ,,Coronę". Piwo jest, jak na tę wysokość, bardzo tanie, bo kosztuje tylko 10 pesos. Pytamy starszą Indiankę, która prowadzi gospodę, o skład pieczonych przez nią placków. Zamiast odpowiedzieć, kobieta po prostu nas częstuje. W tym momencie dosiada się starszy mężczyzna, którego biorę za męża właścicielki. Facet jest sympatyczny; zagaduje nas. Częstujemy go piwem. Zdecydowanie odmawia: ,,Po pierwsze jestem anonimowym alkoholikiem, a po drugie jestem kierowcą waszego autobusu".
Wracamy tą samą, kręta i stromą drogą. Przepaści nie robią już na nas takiego wrażenia. Ufamy kierowcy. On też nas chyba polubił, bo w wiosce z płotami z kaktusów zatrzymuje się, żebyśmy mogli zrobić zdjęcia. Potem wysadza nas w Mitli. Są tu kolejne, stosunkowo niewielkie ruiny indiańskiego miasta - wstęp po 30 pesos. Z Mitli kolejnym busem dojeżdżamy do skrzyżowania z droga na Teotitlan, słynnej wioski tkaczy.
Największe drzewo świata
Na skrzyżowaniu bezskutecznie czekamy na jakieś colectivo. Podchodzi do nas starsza Indianka, zagaduje przyjaźnie, niedbałym machnięciem ręki zatrzymuje przejeżdżającego pickupa i każe wskakiwać na pakę. Wóz rusza z kopyta, a pęd powietrza prawie że zrywa nam z głów kapelusze. W centrum wioski pełno manufaktur dywanów, makatek i kilimów. W jednej z manufaktur wisi portret Jana Pawła II. Kawałek dalej w wielkich kadziach gotują się farby.
Kolejnym stopem wracamy do krzyżówki. Łapiemy autobus do El Tule. Obok tutejszego kościółka rośnie ogromny cyprys o ponadpięćdziesięciometrowym obwodzie pnia. Podobno to największa biomasa na świecie. Niebo robi się już szare, wiec szybko robimy zdjęcia i w biegu łapiemy autobus do Oaxaki.
W schroniskowej kuchni przy herbacie i mezcalu rozmawiamy z młodym Włochem. Chłopak pracował w pubie w Dublinie i poznał tam kilku Polaków. Nie ma o nich najlepszego zdania. Jak twierdzi, nasi rodacy po spożyciu alkoholu robili się ,,szaleni". Chętnie byśmy wypytali w czym owo szaleństwo się przejawiało, ale nie ma już czasu. Wsiadamy w dwie taksówki i pomykamy na terminal autobusowy. Czeka nas całonocna podróż do Tuxtli. Na peronie, przed wejściem do pojazdu sprawdza nas ochroniarz. Jedziemy do Chiapas, a tam zdarzały się napady na autobusy. W nocy budzę się kilkakrotnie. Po obu stronach drogi widzę ciemny las. Mimowolnie szukam wzrokiem partyzantów - to w Chiapas 10 lat temu rozpoczęło się słynne powstanie Zapatystów.



