"Człowiek miejscowy, niepozorny, bosonogi znawca pisma krajobrazowego, biegły czytelnik jego zagadkowych hieroglifów, staje się przewodnikiem i zbawcą. Nosi w pamięci swoją małą geografię, prywatny obraz otaczającego go świata, wiedzę i sztukę najbardziej cenną - pozwalającą w najgorszej nawałnicy, w największych ciemnościach znaleźć drogę do domu, a tym samym przeżyć." -- "Heban" Ryszard Kapuściński

Te słowa uświadamiają, że każdy człowiek, czy tego chce czy nie, jest w pewnym sensie geografem - jeden lepszym drugi gorszym, w zależności od tego w jaki sposób potrafi rozpoznać i właściwie odczytać symbole oraz znaki otaczających go krajobrazów, rzeczywistości, a także całego świata. Rola geografii w życiu człowieka została w niezwykły sposób podkreślona - jednak nie geografii fizycznej czy społeczno-ekonomicznej, ale tej prywatnej i subiektywnej... po prostu humanistycznej, dotyczącej tej wiedzy, którą posiadamy wszyscy. To rodzaj wiadomości geograficznych, które pozwalają przetrwać we własnym domu, otoczeniu, mieście, kraju... "to prywatny obraz otaczającego nas świata".
Wchodzimy do szerokiej doliny będącej początkiem naszego szlaku na szczyt i niespodziewanie słyszymy urzekające dźwięki. Czarnowłose, małe dziewczynki w podartych i zakurzonych ubraniach, obejmując się i radośnie podskakując, śpiewają... nie jest to jednak jakaś zwyczajna melodia, ale coś naprawdę przepięknego w swojej niesłychanej prostocie. Dwa dziecięce współgrające ze sobą silne głosy, opowiadające zapewne jakąś regionalną historię, wydają się opływać oświetloną przez poranne słońce dolinę, tańczyć między jej urwistymi stokami... wirując wokół nas odbijają się głośnym i dźwięcznym echem od twardych skał, prześlizgują się między budzącą się do życia przyrodą, po czym wpadają niczym czarodziejskie zaklęcia do uszu. Wąska droga wijąca się pośród wielkich głazów, przy rozproszonym i lekko przymglonym oświetleniu i przy tym niecodziennym, świeżym podkładzie muzycznym, wydaje się tętnić swym własnym życiem. Uświadamiamy sobie nagle ogrom szerokiej doliny. Ludowa, zawodząca i jakby nie wyśpiewana do końca pieśń bosonogich dzieci porusza każdy nerw ciała wywołując jakiś pierwotny rodzaj lęku. Orientalne nuty w dzikiej scenerii wywołują pragnienie, aby porzucić swoje dotychczasowe przyzwyczajenia, pragnienia, swój dawny świat i ruszyć za stadem kóz i owiec na wysoko położone łąki górskie, a tam śpiewać i tańczyć niczym beztroski pasterz, który o prawach przyrody wie więcej niż nie jeden naukowiec, gdyż ani on, ani jego przodkowie nigdy nie opuścili tego miejsca. Miejsca, które dla nas stanowi jedynie podstawę kolejnej przygody w życiu, jest zaledwie początkiem trasy wiodącej na jeden z wierzchołków świata, a dla tutejszych plemion jest jakby władcą, który dyktuje swoim poddanym zasady życia i funkcjonowania - tworzy bowiem całą i jak dotąd jedyną znaną im rzeczywistość.
Dolina rzeki Mizane w Atlasie Wysokim, o świcie rok 1999
Miasteczko sprawia wrażenie ponurego, nieciekawego, zaspanego w swej powolnej codzienności. Przypomina osiedle zaniedbanych slumsów, które na pierwszy rzut oka są bezładnie porozrzucanymi i opuszczonymi budynkami, ale wyglądające ukradkiem zza zaułków zaciekawione twarze ich mieszkańców szybko niszczą tę iluzję.
Wchodzimy do pierwszego lepszego i zarazem jedynego pensjonatu w najbliższej okolicy, który okazuje się robotniczym hotelem. Recepcję stanowi obszerny pokój na parterze, w którym nikogo nie ma. Nad głowami rozlega się przejmująco świdrujący dźwięk wiertarek oraz charakterystyczny, metaliczny odgłos odbijającego się od jakiegoś żelastwa młotka. Czekamy. Nadal nikt się nami nie interesuje. Dokoła wypłowiałe ściany, z których płatami schodzi już chyba wiekowa farba. Straszą one widokiem kojarzącym się z zagrzybionym, starym składem narzędzi lub wiejską szopą, o której właściciel już dawno zapomniał lub zamierza ją w najbliższym czasie rozebrać. Na tych ścianach wisi pokaźna liczba landszaftów i kiczów przeróżnego rodzaju, poczynając od plakatów reklamujących kraj, poprzez kalendarze sprzed dziesięciu lat, na których widnieją podobizny piłkarzy lub też całych drużyn rozgrywających mecze. Oprócz tego można dostrzec poszarzałe od kurzu portrety bohaterów narodowych, certyfikaty zaświadczające o wysokim standardzie przybytku, do którego trafiliśmy, ususzone badyle nieznanych roślin oraz ogromny zepsuty zegar, na którego tarczy wyryto religijne szkice oraz zapewne słowa modlitwy. Wprost nad biurkiem, wprawne oko potrafi dostrzec małe, rozmazane plamki, które kiedyś były dokuczliwymi komarami, a teraz są jedynie ich krwawymi pozostałościami. Obok potężnej, bordowej szafy z przekrzywionymi lekko drzwiczkami stoi okrągły stolik, który ktoś przykrył ułożonymi z wielką wyobraźnią, pożółkłymi od starości gazetami - zamiast obrusu fantazyjnie pogniecione papierzyska. W proste tekturowe wazoniki, zdobiące także biurko recepcjonisty, wetknięto sztuczne kwiaty, którym ktoś bezlitośnie poobrywał większość listków. W kącie, na krzywej i odrapanej z lakieru szafce ustawiono telewizor, który wygląda raczej jak muzealny prototyp kineskopu i samej obudowy, niż na sprzęt nadający się do jakiegokolwiek użytku. Pod nogami wyczuwa się dywan, ale gdy popatrzeć w dół, to zielono-popielatą płachtę materiału trudno odróżnić od takiej samej podłogi, która zdaje się falować od tumanów kurzu jakie wzniecamy, gdy przesuwamy po niej stopy. Siadamy na kanapie o monumentalnym rozmiarze, która ze starości zapadła się o dobre sto centymetrów, ale czujemy, że mimo tego można "utonąć" w jej miękkich, seledynowych fałdach. Na prostych, drewnianych taboretach stojących pod wielkim i przysłoniętym żaluzjami oknem ktoś zostawił pęki zardzewiałych kluczy. Odgłosy remontu dochodzące z poziomu pierwszego piętra ustają, otwierają się ciężkie drzwi, a do wnętrza wchodzi, ochlapany od stóp do głów farbą i klejem, właściciel: - "Witajcie w moim domu!" - tylko tyle da się zrozumieć, reszta pozostaje zagadką. To jego rzeczywistość i jego świat. On jest tu panem i gospodarzem...
Gdzieś na Wyżynie Armeńskiej, o poranku rok 2000
Wyruszamy gdzieś przed siebie, bez celu, drogą wijącą się pomiędzy piniami. Cisza i spokój. W powietrzu unosi się zapach podobny trochę do polskiego, słonecznego aromatu wydzielanego przez nagrzany bór iglasty, a jednak nieco inny - znacznie bardziej suchy i w każdej chwili zdający się być gotowy do wybuchnięcia żarem, wystrzeleniem ku niebu tysiącami iskier. Gorący piasek i żwir są królestwem przemykających prawie niezauważalnie burych jaszczurek, które normalnie wylegują się leniwie na kamieniach, a teraz nawet one kryją się przed wszechobecnym upałem. Nienaturalnie ogromne, a jednak tak zwyczajnie i znajomo pracowite mrówki wyglądają na zaskakująco ospałe. Wielkie i jakby wypłowiałe od palącego słońca pająki czają się w krzakach oplątanych gęstwiną pajęczyn o fantazyjnych kształtach - i nie można się oprzeć wrażeniu, że to nieprzerwane tworzenie zwojów mglistych "nici", ma na celu wybudowanie parawanu chroniącego przed bezlitosnymi promieniami. Po nogach smaga i drapie swą sztywnością trawa i osty, pod stopami trzeszczy opadłe igliwie oraz czarne, przejrzałe szyszki rozrzucone po całej okolicy, która chociaż nadmorska wydaje się domagać odrobiny wody - nawet jednej, małej kropli, co mogłoby jakoś ożywić szeleszczący swą suchością krajobraz. Jak na złość, na niebie widać tylko białe obłoczki, które bynajmniej nie zwiastują deszczu, a potwierdzają jedynie słoneczną i gorącą prognozę pogody na najbliższe dni. Zatrzymujemy się obok sosny poprzecinanej długimi bruzdami wykonanymi ręką człowieka... kojarzącymi się z kroplami potu. Spływają nimi świeże strużki pachnącej żywicy. Roztaczają ostrą i aromatyczną woń nie rozpraszaną choćby delikatnym podmuchem wiatru, żadną zbawienną "falą" powietrza mogącą napłynąć znad morza.
Słońce, wspinające się jeszcze do pułapu swych możliwości w tej strefie, prześwieca gwałtownie przez wściekle intensywną jasną zieleń drzew sprawiając, że las wybucha w wyobraźni dodatkowym, ognistym płomieniem... oparami drgającego powietrza, które pojawiają się tak nagle jak znikają i tworzą krótkotrwałe, tajemnicze cienie roślin, wapiennych skał oraz zwierząt - budują świat ulotny, chwiejny, ale i niepowtarzalny. Tej chwili żaden człowiek nie dałby rady zakłócić - nie potrafiłby zniszczyć obrazu powstającego bezpośrednio przed jego oczami, malowanego przez tylko pozornie zagadkowe znaki, procesy, czy właściwości krajobrazu.
W takich okolicznościach nie trudno stracić głowę, zakochać się w świecie, w którym nie jest się intruzem, ale jego pełnoprawną częścią... częścią, która dopełnia obraz, a jednocześnie uczy się rozpoznawać "techniki", dzięki którym został stworzony.
Wybrzeże Morza Śródziemnego, w południe rok 1997
Miejsce tragedii sprzed roku zastajemy skąpane w deszczu i pośród burzowych, nisko zawieszonych chmur, które zdają się nieustannie i złowieszczo wisieć od tego czasu nad miastem. Ponura aura przydaje krajobrazowi przygnębiającej atmosfery, która udziela się wszystkim bez wyjątku. Nawet bawiące się na ulicach dzieci nie wyglądają na beztroskie maluchy, którym do szczęścia wystarcza zabawa w chowanego czy sprzedawanie błotnych pączków rówieśnikom będącym podwórkową klientelą. W każdych oczach czai się smutek, jakaś trudna do zdefiniowania melancholia oraz coś na kształt niemej prośby - daj mi spokój, o nic nie pytaj, co cię to obchodzi i tak nie zrozumiesz... Nikt nie zwraca uwagi na przejezdnych, turystów - dla takich osób nie ma tu miejsca. Z wyraźnym niezadowoleniem ktoś otwiera przed nami drzwi hotelu, nie patrzy w oczy, nie interesuje się skąd, po co, dokąd i dlaczego. Jest zamknięty w sobie, skupiony na własnych myślach, które pozostawiają jednak znaki na twarzy... zmarszczki i bezwiedne grymasy nieszczęścia.
W centrum nie widać już właściwie zniszczeń, ale wystarczy wyjść na przedmieścia, aby ujrzeć poburzone domy, gruzowiska, bezładne składowiska śmieci, szkielety bloków z pustymi dziurami, które w nieodległej przeszłości były pokojami. Tam spały, bawiły się i przyjmowały gości z uśmiechem na ustach kompletne i zdrowe rodziny. Na budynkach, które przetrwały potężne trzęsienie ziemi widać mnóstwo długich pęknięć i wystających drutów, które kiedyś spajały ściany, a teraz oddzielają fragmenty bardziej zniszczone od tych mniej naruszonych. Wgniecione, ogromne kopuły wyglądające jakby wylądowały na nich statki kosmiczne; ułamane fragmenty wież nie usunięte jeszcze do tej pory z ważnych dróg; pokrzywione we wszystkich możliwych kierunkach i utrudniające swobodne poruszanie chodniki... wszystko to nasuwa nieznośne skojarzenia związane z końcem świata.
W okolicach dworca znajdują się rozległe osiedla prostych, szarych baraków, nad którymi wiszą czarne, grube druty doprowadzające energię. Taki obraz natychmiast przywołuje z pamięci widok obozów pracy, a mieszkają tu jedynie ludzie, którzy utracili dach nad głową. Chodzą w piżamach i kapciach. Mówią, że są zadowoleni, że żyje im się dobrze i wygodnie. Wystarczy jednak na nich popatrzeć, wymienić spojrzenia, w których wyrył się chyba na zawsze obraz katastrofy sprzed roku. Powaga, zaciśnięte usta...
"Nie da się zrozumieć tego, co się tu wydarzyło" - mówi miejscowy chłopak, który przeżył trzęsienie ziemi o sile 7,4 stopni w skali Richtera - " jeśli nie znajdziesz się w samym środku, nie czujesz jak ziemia rozpada się pod tobą na kawałki i nie myślisz jedynie o tym, aby ocalić życie."
Nieliczne rodziny żyją na łódkach zacumowanych u wybrzeży zatoki. Twierdzą, że na wodzie jest bezpieczniej jeśli ponownie ziemia się zatrzęsie.
Ci ludzie, dotknięci tragedią, utracili wiarę w subiektywny obraz świata... po co "nosić w pamięci swoją małą geografię", jeśli nie chroni ona w żaden sposób przed tego rodzaju nawałnicą. Jaki jest sens w interpretacji i poznawaniu krajobrazu, skoro bardziej przydałaby się wiedza geologiczna, techniczna - taka, która pozwoliłaby przewidzieć niebezpieczną przyszłość. Ziemia, która w naszej świadomości jest jednym z najbardziej stabilnych, trwałych, niezniszczalnych i zarazem najstarszych elementów obrazu świata nagle zaczyna drżeć...
Izmit, popołudnie rok 2000
Dworzec zasługuje na osobne wspomnienie, odrębny szkic, nową opowieść. Po nocy na nim spędzonej wywołuje w nas mieszane uczucia; zdziwił, mile zaskoczył, rozczarował, przestraszył i napełnił obrzydzeniem... Miejsce jest niespodzianką - na zewnątrz brud, smród, szare pustkowie, gdzieniegdzie surowe i jakby gołe kamienice, góry wszelkiego rodzaju odpadków, zdające się wyrastać prosto spod ziemi lub też tworzyć się pod wpływem niewytłumaczalnych sił przyrody, wałęsające się pośród śmietnisk watahy wychudzonych bezpańskich i zapewne wściekłych psów; a wewnątrz... pasaż handlowy z elegancką bielizną, restauracje i kafejki, punkt informacji turystycznej, zadbane i przestronne toalety, czyste perony, na które wstęp mają jedynie podróżni posiadający wykupione bilety, czerwone ławki przeniesione prosto z jakiegoś miejskiego parku.
Szerokie korytarze są łatwymi do penetracji, specyficznymi ulicami dworca, w które trzeba, można lub pod żadnym pozorem nie należy się zagłębiać, aby nie dostać po głowie. Sam budynek, po jakimś czasie w nim spędzonym, urasta do rangi osobnego miasta - odrębnego, małego światka, w którym można dostrzec najważniejsze organy władzy w postaci sprzątaczek, skorumpowaną władzę wykonawczą kryjącą się w mundurach rzadko spotykanych policjantów oraz całkowicie podporządkowanych specyficznemu systemowi zwykłych obywateli, jakimi są, w tym przypadku, panowie wpuszczający na perony i sprawdzający bilety, kasjerzy, kelnerzy oraz cwaniaczki kierujące życiem najważniejszego chyba placu "miasta", mianowicie poczekalni..., w której przetrwanie jednej nocy należy do bohaterskich wyczynów.
Ludzie oczekujący tutaj na swój pociąg wydają się być emigrantami, którzy właśnie próbują uciec z nieciekawego miasta i rozpocząć nowe życie poza jego obskurnymi granicami. W rzeczywistości są to zwyczajni mieszkańcy, którzy mimo swego bardzo skromnego odzienia i przyzwyczajeń tkwiących chyba jeszcze w poprzednim systemie, chcą żyć jak godni, szczęśliwi i wolni obywatele. Ich drapieżny i zarazem orientalny wzrok skupia się na obcych przybyszach całą swoją, niemożliwą do odparcia mocą... trzeba się poddać, dać się w spokoju obserwować, nie denerwować i nie irytować widząc złośliwe uśmieszki. W końcu, skoro jedni śpią skuleni na ławkach (które przydzieliła im obsługa poczekalni za "nieznaczną" opłatą), to drudzy mogą próbować drzemać na rozłożonych na ziemi karimatach. Ziemia jest chłodna, ciągnie od niej wilgocią i przeciągiem, a od góry atakuje gorące, lepkie i śmierdzące powietrze wydychane z ust podróżnych oraz nieśmiało próbujące przedostać się przez uchylone drzwi.
Lepsze warunki może zapewnić jedynie pieniężna premia dla mężczyzn pilnujących wejścia. To oni dyktują warunki, rządzą, to oni także tworzą wyjątkowy, dworcowy światek - małe państewko poddane kompletnej dyktaturze, której nie boją się jedynie sprzątaczki. One to narzucają terminy mycia podłóg, wymiatania kurzów, usuwania organicznych, szklanych i plastikowych odpadków oraz wyganiania z dworcowych kątów kulących się, bezdomnych lub też chwilowo zabłąkanych w ciemnych korytarzach, ludzi.
Nawet najdziwniejszy system musi stworzyć przynajmniej jakieś pozory zachowania porządku... istnienia świata, w którym chociaż nieliczni czują się dobrze, gdyż posiadają rzadki przywilej tworzenia i kreowania obrazu rzeczywistości tuż u samych jego podstaw.
O stolicy Rumunii, wieczór rok 2000
Kładziemy się zmęczeni przed namiotem zbudowanym naprędce z koców i kilimów, które stają się również naszymi "prześcieradłami" podłożonymi pod śpiwory. Suchą okolicę rozjaśnia swymi syczącymi płomieniami ognisko, które ma zniechęcić potencjalnych gości, jak skorpiony, węże oraz wszelkie robactwo, do odwiedzin. W środku nocy budzi nas męcząca duchota, zawodzący wiatr oraz krążące w około tumany piasku. Znaleźliśmy się całkiem przypadkowo w zasięgu szalejącej pustynnej burzy. Wrażeń, jakie towarzyszą zjawisku, nie da się właściwie opisać - to paniczna ochota ucieczki pomieszana z niezwykłą ekscytacją oraz silnym pragnieniem utrwalenia swych przeżyć w pamięci, na filmie fotograficznym lub na papierze... zasnute gęstą ciemnością niebo, huczące rozszalałe powietrze rzucające we wszystko co stoi na jego drodze mniejszymi i większymi kawałkami skał, kamykami oraz chyba najbardziej drażniącym drobniutkim piaskiem wbijającym się w każdy, nawet najmniejszy nieosłonięty milimetr ciała, pyły wdzierające się w oczy, usta, gardło, zatykające drogi oddechowe...
Lepka i duszna atmosfera potęguje okropne odczucie wysuszenia skóry oraz włosów, a także powoduje irytujące poczucie powolnego stawania się czymś w rodzaju piaskowego bałwana, który zamiast oczu zrobionych z dwóch węgielków posiada załzawione oczodoły z tkwiącymi w nich skalnymi okruchami; zamiast "marchwiowego" nosa stertę chustek higienicznych; buraczane usta zastępuje wysunięty język, który na darmo próbuje wypluć drażniące pyły; niepotrzebną w tym przypadku miotłę imituje śpiwór, który powinien chronić przed piaskiem, a jest właściwie całkowicie zbędnym materiałem przyklejającym się do spoconego ciała; za to stary "bałwani" kapelusz, za radą przewodników, zamienia się na długą i szeroką chustę kupioną jeszcze przed wyprawą, która jako jedyna skutecznie izoluje przed nawet najdrobniejszymi ziarnami piasku. Tego rodzaju tkaniny noszą nomadowie.
To właśnie nomadowie, wieczni tułacze i wędrowcy bez stałego domu, odpowiadają teraz za nasze bezpieczeństwo, stają się nagle wszechwiedzącymi i godnymi całkowitego zaufania opiekunami. Wiedzą jak postępować, by zwyciężyć gwałtowną nawałnicę, nie dać się zastraszyć złowrogiej czerni sklepienia znajdującego się nad ponurą szarością szalejącej pustyni. "Znają pismo krajobrazowe, wiedzą jak odczytać jego hieroglify, a tym samym posiadają sztukę najbardziej cenną - pozwalającą przeżyć".
Burza na Saharze, nocą rok 1999
Trudno jest sobie uświadomić jak ogromna jest nasza planeta, jak mało wiemy o sobie nawzajem, jak odrębni jesteśmy w tych swoich małych państewkach, chociaż wszyscy jesteśmy obywatelami tego samego świata. Dla niektórych Australia jest nieznanym, bardzo egzotycznym krajem, w którym wszyscy chodzą "do góry nogami" i mają Boże Narodzenie w środku lata, a o Polsce wielu nawet nie słyszało, gdyż jest ona małą, niespełna 40 milionową enklawą, odłamkiem Ziemi, do którego przybywają naprawdę nieliczni mieszkańcy wspólnego globu. Każdy z nas widzi przydomowy horyzont świata, porusza się po wąskich i ustalonych ścieżkach, posiada ograniczone i całkowicie ukształtowane metody postrzegania rzeczywistości... ale to można zmienić. Wystarczą nowe doświadczenia oraz pozornie zwyczajne wrażenia wyniesione z jakiejś wędrówki... uczymy się wyrozumiałości, cierpliwości, tolerancji dla innych kultur i religii, rozwijamy umiejętność wnikliwej obserwacji, poznajemy zwyczaje i tradycje pozostałych mieszkańców świata... przez co stajemy się im, a także sobie samym bliżsi. Nawet nie wiedząc kiedy, tworzymy w swej pamięci i świadomości obrazy regionów, krajów, ludzi, miejsc pięknych i przerażających, a te obrazy przybliżają planetę Ziemię o parę tysięcy lat, gdyż rozjaśniają i kształtują następną niewyraźną plamę jaka, w naszym odczuciu, na niej istnieje.
Takie obrazy tworzą jakby nowy kierunek sztuki, opierają się bowiem na subiektywnych wrażeniach... podobnie jak impresjonizm. Z tą tylko różnicą, że ten rodzaj sztuki należy również do nauki - jest podstawą geografii opisowej, humanistycznej... takiej, której uczymy się przez całe życie i co najważniejsze, nie starcza nam czasu, aby nauczyć się jej do końca... w takich przypadkach geografia zwana "powierzchowną nauką o powierzchni Ziemi" zmienia się w kierunek znaczącej sztuki - sztuki, która pozwala przetrwać w otaczającym nas świecie.