Geozeta nr 5Ameryka Południowa

Peru'98

Jakub KarpPeru

Poszczególnych ziarenek iłu nie da się odróżnić gołym okiem. Mają mniej niż 0,002 mm. Skaleń, piryt, inne minerały. Jedne powszechne, drugie rzadkie, Trudno je dojrzeć w takiej masie. Ziemia jest spękana. Głębokie bruzdy odsłaniają przekrój. Warstwy iłu namywane tu przez lata są teraz widoczne bardzo dobrze. Warstewka nad warstewką. Jaśniejsze i ciemniejsze. Każda nie grubsza niż milimetr, może mniej. Nierówne pęknięcia dzielą ten obszar na niewielkie kawałki. Ił jest żółty i suchy. Tak suchy, że na słońcu krawędzie popodginały się do góry. Od dawna nie ma tu wody, nie ma życia. Jest pustka. Sucha pustka i nic więcej. A przecież nie dalej niż dwieście metrów stąd jest woda, życie i wszystko, dosłownie wszystko żeby ten obszar odmienić. Chłodne wody Oceanu Spokojnego pełne ryb, skorupiaków, słoni morskich - jedne z najżyźniejszych łowisk świata, plaże usiane norkami krabów, a nad tym wszystkim ptaki...

Mapa trasy: Peru'98
Mapa trasy

Lima

Lima ma osiem milionów mieszkańców i kilka dzielnic-miast. Jedną z nich jest Jesús-María. Zamieszkuje ją bogatsza część limańskiej społeczności. O ile można mówić o czymś takim jak limańska społeczność. Bo cóż wspólnego z ludźmi z Jesús-María, czy Miraflores mają ci zza rzeki Rimac? Ich domy są zbudowane z nie wypalonej szarej cegły, nie otynkowane. A i te należą do okazalszych w tej dzielnicy. Na jedną z otaczających gór, po stromym zboczu wspina się najgorsza zabudowa. Jedne nad drugimi piętrzą się kawałki blachy, folii, tektury, połamanych desek, utrącanych cegieł, pękniętych szyb. Im wyżej tym biedniej to wygląda. Tuż pod szczytem, na którym ustawiono wysoki krzyż, konstrukcja domów opiera się wyłącznie na bambusowych drągach i kolorowej folii.

Mieszkańcom Jesús-María kolorowa folia służy jedynie do noszenia zakupów ze sklepu do auta. Ich domy, często z dwoma garażami, są w pastelowych odcieniach jaskrawych kolorów. Co najwyżej dwa piętra, z szerokimi fasadami przeszklonymi nieraz w całości. To co się rzuca w oczy przechodniowi zza płotów, to zieleń. Drzewa liściaste i palmy, ozdobne krzewy, kwiaty pnące i płożące. W donicach, skrzynkach, beczkach, bezpośrednio w ziemi.

Wszystkie domy ogrodzone są wysokimi płotami - przylegające do siebie deski, ale częściej mury - tynkowane i malowane. Płoty zwieńczono zwykle kolczastymi drutami. Dwa lub trzy poziome rzędy poprzedzielane pionowymi kątownikami. Na nich często porcelanowe izolatory i tabliczki z trupią czaszką. To co łączy wszystkich mieszkańców Limy to właśnie te druty. Nie na ulicach lecz na szczytach płotów dochodzi do spotkań twarzą w twarz.

Octavio

Octavio jest właścicielem dużej ciężarówki-lawety. To coś! Można na przykład nająć się do przewozu ładunku. A z tego są pieniądze. Tak właśnie się stało. Octavio dostał dobre zlecenie - ma przewieźć spychacz z jednego miasta do drugiego. Zlecenie jest dobre bo spychacz jest wojskowy, a więc umowa, zapłata i wszystko jest pewne. Nikt Octavia nie oszuka, bo choć nie w ciemię bity, "przekręty" zdarzały mu się już nie raz. Octavio bierze do szoferki swego kumpla Pablita, a na pakę spychacz i rusza w drogę.

Między jednym miastem a drugim w linii prostej jest wszystkiego ze 200 kilometrów i to po asfalcie. Ale ja spotykam Octavia na pustyni, na drodze po której z trudnością pojechałby terenowy samochód, a cóż dopiero ciężarówka ze spychaczem. Droga jest pełna wyrw, dołów, wypłukanych rowów, raz wiedzie przez miękki pył, w którym człowiek zapada się po kostki, innym razem po kamieniach wielkości główki kapusty. Dlaczego on tędy jedzie? - Bo tędy lepiej. I ta odpowiedź musi wystarczyć.

Ale kiedy spotykam Octavia - na pace nie ma spychacza. Gdzie jest? Spadł. Kilkutonowy spychacz spadł. Teraz trzeba jechać do jednostki docelowej po kierowcę, mechanika, i paliwo do spychacza, żeby go ruszyć z miejsca.

W drodze powrotnej, nim wyjechaliśmy z zielonej doliny na pustynię, ciężarówka staje w szczerym polu. Wojskowy mechanik biegnie gdzieś za horyzont po wojskowego kierowcę, który jest w domu na przepustce. Pablito wraz z Octaviem przy pomocy gumowego węża wykradają benzynę z wojskowej beczki wprost do baku ciężarówki. Potem są jeszcze żniwa - cebula, marchew i kilkanaście główek kapusty - biorą wszystko co akurat tu się uprawia. Są zadowoleni. Mają warzywa, benzynę i jeszcze zarobią za przewiezienie spychacza. Potem poważnie pytają czy nie boję się diabłów i duchów. Mówią, że na pustyni żyje wiele diabłów i duchów. Bak, wąż, diabeł - to bywa czasem realne.

Pamiętnik badacza

Czas badań: pierwsza połowa września 1998 roku. Miejsce badań: peruwiańskie miasta - Lima, Arequipa, Pisco. Przedmiot badań: zachowania strażników bankowych w kontakcie z białym turystą. Podmiot badań: strażnik - zwykle ubrany w koszulę khaki z krótkim rękawem, brązowe spodnie zaprasowane w ostry kant, nieco znoszone buty, nienagannie zapastowane i wypolerowane. Czapka z zielonym otokiem jest również koloru brązowego. Na szerokim pasku, przeciągniętym przez szlufki spodni, przymocowana jest kabura z koltem (kaliber nieznany) o dość zużytej rękojeści. Po zewnętrznej stronie kabury w specjalnych szlufkach tkwi sześć naboi (nierzadko kilka szlufek pozostaje pustych). Stosowane metody: przeciągłe spojrzenia. Wyniki: - Reakcja. Biały turysta nawiązuje kontakt wzrokowy ze strażnikiem, co daje dwa rodzaje zachowań: - Reakcja prosta. Biały turysta nie wytrzymuje spojrzenia strażnika i kieruje wzrok w inną stronę. - Reakcja złożona. Biały turysta wytrzymuje spojrzenie strażnika - próba sił trwa dłuższą chwilę - po czym strażnik zwykle (90% badanych przypadków) kiwa uprzejmie głową w geście powitania, często (ok. 50% przypadków) wypowiadając powitalne formuły "dzień dobry"/"dobry wieczór". Uwaga: w omawianym okresie, w miejscu badań stosunek spotkanych osób "nie-białych" do "białych", prowadzący badania szacuje na 95:5. Wnioski: ...

Byłem w Yaunque

Indiańska wieś na wysokość 3800 m n.p.m.. Domy ciągną się po dwóch stronach drogi. Nie widać żadnego hotelu. Nie widać komisariatu policji. Nie widać izby chorych. Jest szkoła - przez okno widać salę - kilka stołów, kilka ławek. Jest sklep. Pewnie odbywa się tu targ w którymś dniu tygodnia. Ale co można sprzedać skoro wszyscy w całej wsi na swych starasowanych poletkach uprawiają to samo. Żeby naprawdę pohandlować trzeba udać się do większego miasteczka. Turyści bywają tu prawie codziennie. Dużo, bardzo dużo turystów. Każdego ranka przejeżdża tędy nawet i dziesięć pełnych autokarów. Są w drodze pomiędzy jednym punktem a drugim. Każdy punkt jest dokładnie opisany i zachwalany w przewodnikach i folderach. O wsi Yaunque trudno się jednak dowiedzieć.

Turyści patrzą zza szyb na dachy chałup pokryte falistym eternitem. Indianie patrzą na autobusy pokryte kurzem i kolorowymi napisami. Czasem któryś z autobusów zatrzyma się na głównym palcu. Turyści wychodzą, żeby "rozprostować kości" i obejrzeć kościół - piekielnie biały w otaczającej szarzyźnie gór i zabudowań.

...To wszystko. Mój autobus tam się nie zatrzymał.

Samotnik

Trzydzieści kilometrów od najbliższej osady i sześćdziesiąt od najbliższego miasta, na środku pustyni, przy drodze używanej rzadziej niż raz w tygodniu, w miejscu z widokiem na Ocean Spokojny, był On. Nie wiem jak miał na imię, skąd pochodził, jak długo tu żył. Nie wiem co tak naprawdę miał na myśli mówiąc, że miasto jest złe. W tym czymś, w czym mieszkał, skleconym z kartonów i folii, miał niewiele. Widziałem rower, stertę ubrań, plastykowy pojemnik z kukurydzą, dwa mniejsze na wodę, biblię i kieszonkową encyklopedię ilustrowaną. To wszystko, co miał. Nie licząc ogrodu.

Źródełko biło gdzieś pod warstwą białego kożucha, który zebrał się na powierzchni wody. Z sadzawki, wykopanej w czarnej ziemi (skąd na tym pustkowiu czarna ziemia?) wybiegał kanalik. Nie głębszy niż na kilka centymetrów. Teraz, kiedy od zbiornika z wodą oddzielała go zastawka z kamienia, na dnie widać było trzy równe wgłębienia. Tak jakby kanalik wykopano palcami, a ziemię usunięto dłonią. Kanalik dalej rozdzielał się na trzy inne, a każdy z nich jeszcze na kilka. Pomiędzy tym rachitycznym systemem irygacyjnym rozciągały się liczące kilka stóp poletka. Ziemniaki, fasola, kukurydza, cytryny, pomidory, trzy bananowce... O samotniku w okolicy mówiono "szalony".

Droga wiedzie przez pustynię, po stokach gór, wzdłuż wybrzeża. Czasem zagląda w doliny. Doliny są głębokie i strome jakby wyorała je wielka woda. Wody w nich jednak niema. Dna są suche, jak reszta całej tej okolicy. Żadnej rośliny, żadnej plamy zieleni. Jest tylko szary - w stu odcieniach, w stu słonecznych odmianach.

Więcej z Ameryki Południowej