Dwa miesiące w Nowej Zelandii minęły nam jak „z bicza strzelił”. Nie wiadomo kiedy przejechaliśmy obie wyspy dookoła, odwiedzając niesamowicie piękne miejsca. Czasem bardzo europejskie, czasem bardziej egzotyczne..W każdym razie zupełnie inne niż australijskie.
Nasza nowozelandzka przygoda zaczyna się ostatniego dnia stycznia kiedy to przylatujemy do Auckland – największego miasta na Wyspie Północnej. Deszcz towarzyszy nam prawie bez przerwy przez dwa dni zwiedzania miasta. Mimo to dzielnie odwiedzamy lokalne muzea, kolorowy i bardzo żywy port, czy wspinamy się na powulkaniczny stożek Mount Eden. Akurat złożyło się, iż w ten weekend Auckland obchodzi rocznicę założenia miasta, toteż mamy okazję uczestniczyć w wielu atrakcjach z tym związanych – m.in. w radosnej, żywiołowej „Fiesta de Coloures”, która jednocześnie stanowi przedsmak wyprawy do Ameryki Południowej.
Trzeciego dnia pobytu w Aotearoa wypożyczamy samochód. To duże udogodnienie dla nas, a przede wszystkim naszych pleców, które w końcu mogą odetchnąć wolnością od plecaków. Ale nie na długo. Szykujemy się tutaj na kilka długich i krótkich trampingów. W końcu nie ma tu 40-stopniowych upałów, jak w Australii – można trochę połazić!
Na początek kierujemy się ku wschodniemu brzegowi wyspy. Odwiedzamy wiele uroczych zatoczek na półwyspie Coromandel i udajemy się na nasz pierwszy nowozelandzki szlak pieszy z Fletcher Bay do Stony Bay i z powrotem. Ładna pogoda i przepiękne nadmorskie widoki towarzyszą nam przez całe 20 km. Pierwszy rozruch zaliczony. Ale nie osiadamy na laurach i swym wehikułem gnamy dalej do Hot Water Beach. Niby zwykłe plaża, lecz kryje swój gorący sekret. I to dosłownie - pod plażą znajduje się nagrzana przez lawę skała, która grzeje wodę znajdującą się nad nią. Wystarczy wykopać dziurkę w piasku, a woda która się w niej znajduje ma temperaturę 64°C. I Spa gotowe.
Kolejna przechadzka ma miejsce w Broken Hills. Zwiedzając pozostałości po kopalniach złota z końca XIXw. mamy okazję włazić do starych tuneli, chodzić po opuszczonych kopalnianych gruntach i podziwiać leśno-górskie widoki. A do tego przez cały dzień nie spotykamy żywej duszy. Zagnało nas na pustkowie… Niedługo po tej wycieczce na naszej trasie znów pojawiają się kopalnie – najpierw działająca, odkrywkowa kopalnia złota i srebra w Waihi, a następnie zamknięte ręcznie wykopane korytarze, działającej na początku XX wieku kopalni w wąwozie Karangahake.
Dni mijają. Przed dotarciem do stolicy Nowej Zelandii – uroczego, spokojnego Wellington – mamy okazję pokonać 758 schodów wspinając się na latarnię morską ulokowaną na najbardziej wschodnim przylądku wysp Aoteroa (NZ) oraz złożyć wizytę największej w kraju kolonii głuptaków (ponad 17 tys. okazów) na Cape Kidnappers. Ponadto w Palmerston North zanurzamy się w narodowym fanatyzmie i idziemy do muzeum rugby – narodowego sportu Nowej Zelandii i ulubionego sportu Mateusza. I w ten sposób powoli docieramy do Wellington. Intensywny dzień spędzony na bieganiu od jednej lokalnej atrakcji do kolejnej (m.in. „Weta Cave” - warsztatu firmy produkującej i projektującej postaci filmowe i gadżety wykorzystywane w rodzimych a także hollywoodzkich produkcjach, np. we „Władcy Pierścieni”, Parlament, Museum of city and sea, Museum of Olympics oraz Te Papa) kończy się dla nas dopiero o 5.30 nad ranem, kiedy to promem międzywyspowym docieramy na Południową Wyspę NZ.
Południe kraju okazuje się być inne niż jego wyższa partia – jeszcze bardziej górzysta, z jeszcze bardziej krętymi drogami i chłodnymi nocami. Podróżujemy cały czas wschodnim wybrzeżem ku samemu południu, by następnie wracać trasą zachodnią z powrotem na Północną Wyspę. W Blenheim, małej mieścinie uznawanej za centrum winiarskiego zagłębia Marlborough, trafiamy na miejski festiwal „Wine and Food”, gdzie możemy popróbować trochę lokalnych wyrobów. Nie zagrzewamy tu jednak miejsca i trafiamy prosto do Christchurch. Tu dosyć szybko zwiedzamy miasto, by następnie udać się na AMI Stadion, gdzie mamy szansę obejrzeć mecz rugby ligi Super XIV pomiędzy lokalnymi Crusaders i Highlanders. Tocząca się na najwyższym światowym poziomie gra (Super XIV to jedna z najlepszych lig świata) kończy się wynikiem 32:17 dla gospodarzy, a dla nas jest niezłą zabawą i widowiskiem. Jeszcze nie zdążamy ochłonąć po wieczornych sportowych emocjach, a już udajemy się na półwysep Banks, który objeżdżamy kolejnego dnia przemierzając malownicze zatoczki i zielono-złote pagórki.
Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest jezioro Tekapo usytuowane w „Południowych Alpach”, gdzie możemy zapoznać się z zupełnie innym krajobrazem kraju niż dotychczas – jest po prostu magicznie: jezioro otoczone brunatnymi wzniesieniami, a w tle ośnieżone szczyty najwyższego pasma górskiego w NZ. Spędzamy dzień jeżdżąc na rowerach wokół jeziora, aby później udać się na półdniowy spacer pod górę Mt. Cook i jęzor lodowca Tasmana.
Po dotarciu z powrotem nad ocean podziwiamy Moeraki Boulders – okrągłe skały wyrastające niczym żółwie jajka z plaży. I rozpoczynamy poszukiwania pingwinów, które – jak twierdzą miejscowi – tłumnie zamieszkują tutejsze przybrzeżne tereny. Udaje się nam je spotkać dopiero na Półwyspie Otago, uznawanym za najbardziej „ekoturystyczny region” kraju. Rzeczywiście – są tu nie tylko pingwiny, ale też foki, lwy morskie i ogromne albatrosy, by wymienić jedynie kilka gatunków, które mogliśmy oglądać.
Po nacieszeniu oczu widokiem dzikich zwierząt na zupełnej wolności, udajemy się nacieszyć nasze kubki smakowe do Dunedin. W tym pięknym mieście ze szkockimi korzeniami odwiedzamy fabrykę czekolady Cadbury oraz wjeżdżamy na najbardziej stromą ulicę świata. Następnie jadąc widokową Southern Scenic Drive, oglądamy Nugget Point (miejsce występowania fok futerkowych i lwów morskich), wodospady Purakanui Falls i McLean Falls, oraz zatokę Curio, gdzie „rośnie” skamieniały las, a z krzaczastego, stromego brzegu wyglądają pingwiny.
Tak oto docieramy do malowniczego Parku Narodowego Fiordland, gdzie po spędzeniu kilku dni na krótkich wędrówkach nad kilkoma jeziorkami, ruszamy 23 lutego na 4-dniowy, 75-kilometrowy, pieszy szlak (Great Walk): Kepler Track. Podążmy śladami „drużyny pierścienia”, zmagając się ze zmienną pogodą (od ciepłej, słonecznej po zimną deszczową), śpiąc w naszym namiociku, walcząc z myszką która w nocy wgryza się nam do namiotu i podziwiając niesamowite widoki. Po 4 dniach zmęczeni wędrówką, płyniemy na rejs po Milford Sound – jedynym dostępnym asfaltową drogą fiordzie Aoteroa. Następnie oglądamy Mirror Lakes pięknie odbijające w swoim zwierciadle pobliskie góry i ruszamy w dalszą drogę wypędzeni z Fiordlandu przez deszcz. I tak mamy szczęście, że udało się nam obejrzeć Milford Sound przy ładnej pogodzie, gdyż zdarza się to dość rzadko.
Docieramy do Queenstown. Miasto oferuje tu wiele podnoszących poziom adrenaliny we krwi aktywności, jak skok na bungy, czy rafting na rwącej rzece. Nie interesuje nas to jednak za bardzo, więc po kilku przechadzkach po okolicy i zajrzeniu do tutejszych resortów narciarskich Remarkables oraz Coronet Peak (oczywiście zamkniętych o tej porze roku – tutaj jest koniec lata), udajemy się do Wanaka, gdzie wchodzimy w świat iluzji w Puzzling World. Wyjeżdżając stąd zabieramy ze sobą autostopowicza i udajemy się widokową drogą prowadzącą przez przełęcz Haas do miasteczka o tej samej nazwie. Po dotarciu pod najsłynniejsze nowozelandzkie lodowce decydujemy się pójść na zorganizowaną wycieczkę, z którą – z rakami na butach - spacerujemy po lodowcu Franz Josef. Niestety innego sposobu na lodowiec nie ma, chyba, że jest się doświadczonym alpinistą z własnym sprzętem– my nie jesteśmy. Przepiękny lód mieniący się wieloma kolorami oraz tunele i wąwozy lodowe są naprawdę warte zobaczenia.
Dnia następnego oglądamy jedynie od strony doliny jęzor lodowca Fox i udajemy się dalej na północ. Z każdym dniem jest coraz cieplej, gdyż oddalamy się od południowego bieguna – to cieszy, gdyż możemy swobodnie popluskać się w morskiej wodzie i nie martwić się o zbytnie zmarznięcie.
Niespiesznie dojeżdżamy do malutkiej miejscowości Karamea na północno-zachodnim krańcu Południowej Wyspy i udajemy się na eksplorację ukrytych w lasach PN Kahurangi jaskiń oraz potężnych łuków skalnych wydrążonych przez rzeki. Stamtąd udajemy się na najbardziej północny przylądek Południowej Wyspy, gdzie grzejemy się chwilę na złotych plażach Golden Bay i spacerujemy przy najczystszym na świecie źródle słodkiej wody. Na luzie, relaksując się, bez pośpiechu…
Ostatnim na naszej trasie po dolnej wyspie kraju jest PN Abla Tasmana, gdzie spacerujemy przez mroczny las pełen rozrzuconych głazów i brzęczących z każdej strony os. W środku ciemnego gąszczu docieramy do Harwoods Hole – potężnych rozmiarów dziury w ziemi, która gdzieś tam głęboko rozprzestrzenia się na wiele podziemnych korytarzy. Niestety żeby to zobaczyć trzeba być doświadczonym grotołazem. Dlatego dość szybko opuszczamy PN Tasmana, jak i całą Południową Wyspę i płynąc promem przez piękną zatokę Charlotte oraz kanał Tory wracamy na Wyspę Północną. Tutaj zmieniamy klimat i otoczenie, udając się prosto na zachodnie wybrzeże do PN Taranaki, który to jest prawie idealnym kołem (i to nie tylko na mapie, bo linia drzew idzie rzeczywiście po okręgu w stosunku do pól uprawnych). Głównym i jedynym punktem tego parku jest potężny wulkan Taranaki, wyrastający z ziemi po środku równiny. Wygląda zupełnie jak Góra Przeznaczenia z „Władcy Pierścieni”. Cały dzień poświęcamy więc żeby mozolnie się wspiąć na jego szczyt. Jednakże widoki z krateru okazują się warte ciężkiej drogi w zsypujących się spod nóg skałkach. Po jednodniowym odpoczynku (w samochodzie, przemierzając Forgotten World Highway) docieramy pod PN Tongariro. Tutaj kolejnego dnia udajemy się na nasz drugi w Nowej Zelandii ‘Great Walk’. Trzy dni chodzenia pomiędzy stożkami wygasłych jak i czynnych wulkanów. Podziwianie powulkanicznych jeziorek oraz księżycowej scenerii siarkowej ziemi. Walka z wiatrem dochodzącym do 65 km/h podczas wędrówki przez szczyty. Tak nam mija spotkanie z tym jednym z najpiękniejszych miejsc Nowej Zelandii. Prosto z wulkanów podążamy do krainy „śmierdzących jaj”… - taki właśnie zapach towarzyszy geotermalnemu rejonowi Rotorua. Najpierw oglądamy poziome wodospady Huka prące z niesamowitą siłą przez długie zwężenie skalne, następnie zjawiamy się w Orakei-Korako – miejsca z pięknymi krzemionkowymi tarasami, wybuchającymi co chwila gejzerkami oraz geotermalnymi źródełkami. Następnie udajemy się do Wai-O-Tapu gdzie trafiamy zupełnie przypadkowo do bezpłatnego, ukrytego w lesie źródełka gorącej wody (około 60°) w którym się wygrzewamy i odpoczywamy po jeszcze odczuwalnej w mięśniach wędrówce przez wulkany. Następnego dnia przechadzamy się po termalnej wiosce Wai-O-Tapu Wonderland, będącą najbardziej kolorową z całego regionu. Najpierw wybucha przed nami gejzer Lady Knox, a następnie bulgoczą błotka, wody oraz dymią skałki, przybierające przeróżne kolory w zależności od występowania różnych związków chemicznych. Po skończonej przechadzce udajemy się do stolicy regionu – miejscowości Rotorua. Tam maoryska dzielnica Ohinemutu, z rzeźbionymi budynkami mieszkalnymi, domami spotkań czy kościołem robi na nas niesamowite wrażenie. Kolejnym punktem ma być Matamata – miejsce powstania filmowego Hobbitonu - jednakże po nakręceniu „Władcy Pierścieni” większość z chatek została rozebrana, a te które pozostały są na prywatnym terenie.Za ich oglądnięcie właściciel żąda zdecydowanie wygórowanej kwoty, dlatego ruszamy w dalszą drogę zahaczając o Waitomo, gdzie Mateusz eksploruje słynną w całym kraju jaskinię. Zjazd po linie, wspinaczka oraz „Black water rafting”, zajmują parę godzin, lecz są też czasem świetnej zabawy.
Dalej odwiedzamy Hamilton. Pięknie urządzone ogrody botaniczne są jedną z tych atrakcji miasta, które naprawdę trzeba zobaczyć. Ale nie zatrzymujemy się tu na długo, bo już następnego dnia ma się odbyć w Auckland kolejny mecz rugby ligi Super XIV. Jedziemy zatem do Auckland. Na boisku grają lokalni Blues i Brumbies z Australii (Melbourne). Przed głównym widowiskiem, końćzącym się wygraną gospodarzy 39:34, reprezentacja marynarki NZ pokonuje reprezentację marynarki Australii 12:11. Oczywiście przed meczem Nowozelandczycy odtańcują Hakę, czyli tradycyjny taniec, niegdyś wojenny, mający na celu przestraszenie przeciwnika. Po opuszczeniu stadionu udajemy się na północ Auckland – do Northlandu. Niewielki skrawek NZ okazuje się być mało urozmaiconym terenem, jednakże woda w oceanie jest tutaj dużo cieplejsza niż na południu NZ, dlatego też sporo czasu spędzamy na wylegiwaniu się na plażach.
Na najbardziej wysuniętym na północ cyplu Aoteroa mamy okazję pozjeżdżać na deskach z potężnych wydm, przypominających pustynię – tylko widok na horyzoncie morza Tasmana przypomina, że to jest po prostu wieeeelka plaża:) W drodze na południe przejeżdżamy autem po 90 mile Beach – zarejestrowanej jako autostrada (z ograniczeniem prędkości do 100km/h) droga prowadząca po plaży (można nią jechać tylko w czasie odpływu). Wraz ze zbliżającym się powrotem do Auckland przemierzamy jeszcze las pełen najstarszych i najwyższych w NZ drzew Kauri, odwiedzamy kolonię głuptaków (znacznie mniejszą od mieszkającej na Cape Kidnappers), oraz podziwiamy czarne plaże w okolicach cyplu Huia. Ostatnie dni na nowozelandzkim lądzie spędzamy znów w Auckland poprzez couchsurfing z przemiła rodziną, przygotowując się do wylotu do Ameryki Południowej.
Jaka jest ogólnie Nowa Zelandia? Na pewno inna niż Australia. Mniejsza, chłodniejsza, bardziej zielona, pagórkowata i z wielką ilością zakrętów na drogach. Ludzie są tu jednak tak samo mili i uprzejmi. Zawsze chętni do pomocy. Przemierzyliśmy tu w 53 dni 9800 kilometrów i nie spotkaliśmy żadnej gburowatej osóbki. Wręcz przeciwnie. Można powiedzieć, że przychylne usposobienie tubylców, oraz piękne krajobrazy tworzą obraz niesamowitego kraju, otwartego na przybyszów z dalekich krain. Takich jak Polska…
Narodowym sportem jest tutaj rugby – w każdej nawet najmniejszej mieścince jest boisko, klubów jest co nie miara, ludzie dla rozrywki po pracy bawią się w parkach w Touch Rugby (takie uproszczone zasady i prawie bezkontaktowe). Poza tym wszyscy są tutaj bardzo prosportowi. Wiele osób, bez względu na wiek jeździ tu na rowerze, biega, chodzi po górach i utrzymuje fantastyczną kondycję tak długo, jak tylko może.
Pogoda w Nowej Zelandii jest (w lecie) dosyć podobna do naszych polskich warunków. Średnia temperatura to ok. 25°, czasem słońce, czasem deszcz, czasem zimno, czasem ciepło – taki Misz-masz :)
Woda w oceanie jest tutaj niestety dość zimna – no w prawdzie chyba nie aż tak jak w Bałtyku, ale i tak dużo zimniejsza niż w Australii. Nie ma tutaj, tak jak w Australii, darmowych grilli ani pryszniców przy plażach. Po prostu inny kraj.
Podsumowując możemy powiedzieć jedynie – było pięknie, było miło. Teraz czekamy na to jak przyjmie nas Ameryka Południowa. Mamy tylko nadzieję, że będzie równie dobrze jak w Australii i Nowej Zelandii. Na pewno damy znać, jak się u nas sprawy mają.






