Dla miłośnika wędrówek górskich najważniejszym celem jest wejście na szczyt, górę, wierzchołek, pik, etc. Temu właśnie celowi często podporządkowuje się całą wyprawę. Wszystko jedno, czy chodzi o Mount Everest, czy o Turbacz: trzeba go zdobyć. Góry to jednak nie tylko szczyty, ale również grzbiety, granie, kotliny, przełęcze.

Przełęcze w przeciwieństwie do kulminacji, z których patrzeć można już tylko w dół i na których stojąc ma się świadomość zakończenia czegoś, odesłania kawałka swojego życia do przeszłości, dają możność spojrzenia nie tylko w dół, ale i w górę. Przełęcz zdaje się mówić: „nie wszystko jeszcze skończone, ruszaj dalej przed tobą szczyt”!
Przełęcz Palenica Jałowiecka (1570 m n.p.m.) - tam gdzie się zaczynają Tatry
Autobus ciasnymi serpentynami wspinał się ku miejscowości Huty. Wokół rozpościerał się zatarty w deszczu pejzaż orawskich wzgórz. Zdążaliśmy do miejsca, w którym geografowie wyznaczyli zachodnią granicę Tatr. Naszym zamiarem było przejście granią w kierunku Tatr Polskich.
Początki trasy nie były łatwe. Uzbrojeni jedynie w mapę turystyczną w skali 1: 50 000, z trudnością odnajdowaliśmy drogę wiodącą ku grani. Zanurzyliśmy się w las dolnego regla. Późnozimowy śnieg szarymi płatami zalegał na łagodnych zboczach. Zbliżał się wieczór. Zmrok w lesie zapadł już znacznie wcześniej i szybko musieliśmy znaleźć miejsce na biwak. Udało nam się oczyścić z kamieni fragment terenu na skraju polany i poganiani nocnym chłodem szybko postawiliśmy namiot. Długi wieczór umilaliśmy sobie gotując na kuchence kolejne herbaty, które trzeba było oczyścić z licznych roślinnych „paprochów”, jako że woda pochodziła z roztopionego w menażce śniegu. Wokół panowała głęboka cisza zimowej tatrzańskiej nocy.
Bladym świtem ruszyliśmy w górę i przed południem wyszliśmy z lasu na śnieżną grań. Łany kosówki otulone były białym płaszczem, a ostre brzytwy skał wieńczyły wspaniałe śnieżne nawisy. O tej porze roku w Tatrach Słowackich panował zakaz wychodzenia ponad górną granicę lasu, ale dysponując odpowiednim zezwoleniem mogliśmy mieć góry tylko dla siebie. Otoczeni ze wszystkich stron pięknymi widokami posuwaliśmy się wolno do przodu, brodząc w obfitym śniegu. Pokonaliśmy kilka żlebów i trawersowaliśmy płaty zlodzonego śniegu. Asekuracja czekanem i radzieckie raki na butach nie dawały poczucia bezpieczeństwa. Przy kolejnym stromym żlebie, z którego osypywał się śnieg, postanowiliśmy zrezygnować i obejść to miejsce poniżej. Zajęło nam to czas do zmierzchu. Rozbiliśmy naszą pałatkę pośród kosodrzewiny za Białą Przełęczą, stopiliśmy potężna porcję śniegu i raczyliśmy się na przemian zupką turystyczną i herbatą. Słońce czerwieniąc się ze wszystkich sił, zapadało za górską grań, było pięknie, chociaż wkrótce niebo zasnuło się chmurami i nie mogliśmy nasycić się widokiem gwiazd.
Ranek zastał nas ponownie na grani, wilgotny namiot nie sprzyjał leniuchowaniu. Pojawiła się mgła, pogoda psuła się, ale stojąc na szczycie Siwego Wierchu (1805 m n.p.m.) udało się nam zrobić kilka zdjęć. Zaczęliśmy zsuwać się po pokrytym lodem zboczu i pokonując skalne zapory oraz tonąc w śniegu zgromadzonym w obniżeniach dotarliśmy do Przełęczy Palenica Jałowiecka (1570 m n.p.m.). Zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek i postanowiliśmy rozbić biwak nad widocznym poniżej Czarnym Bobrowieckim Stawem. Siedząc na przełęczy rozpakowaliśmy paczkę – niespodziankę od naszej koleżanki. Znaleźliśmy w niej suszone owoce i czekoladę – smakowały wybornie. Jakże dobrze znane było nam to odczucie: niedostępny mieszczuchom smak krystalicznej wody, woń gorącej zupki i aromat czekolady łamanej dłońmi zakutymi w puchowe rękawice. Trzeba pobyć parę dni w górach i solidnie się zmęczyć, żeby doświadczyć takich wrażeń.
Jeszcze jedna noc i jeszcze jedno przebudzenie z twarzą przyklejoną do zimnej i mokrej ścianki namiotu. Rankiem pogoda była niezbyt zachęcająca i postanowiliśmy zejść z grani. Schodziliśmy Bobrowiecką Doliną, a następnie Jałowiecką Doliną. Zmarzły śnieg był niezwykle uciążliwy. Na wierzchu twardy, dawał wrażenie solidnego podparcia dla stóp, ale kiedy tylko obciążyło się nogę, podstępnie pękał. Kilka kilometrów męki – krok i upadek w śnieżną dziurę. Idąc, ssaliśmy oderwane od skały lodowe sople, ale tylko na moment oszukaliśmy pragnienie. Znowu las, gałęzie chłostały nas po twarzach. Podświadomie przyspieszyliśmy, niczym konie wyczuwające wodę...
Krótka wycieczka granią tatrzańską skończyła się w Bobrovcu. Wysuszyliśmy przemięknięte buty i popijając grzane piwo czekaliśmy na autobus. Postanowiliśmy przeczekać kiepską pogodę w Liptowskim Mikułaszu, a potem znowu ruszyć w góry.
Przełęcz Tarfala (1553 m n.p.m.) – w krainie Trolli
Wracaliśmy z kilkudniowych pomiarów przeprowadzanych na lodowcach w odległej części masywu górskiego Kebnekaise położonego w północnej części Szwecji, 150 km za kręgiem polarnym. Wspinaliśmy się na krawędź potężnego płaskowyżu, którym mieliśmy dojść do lodowcowej doliny wiodącej ku Przełęczy Tarfala, za którą położone było miejsce naszego zamieszkania – glacjologiczna baza Uniwersytetu Sztokholmskiego. Ostatni dzień przeznaczony na pracę w terenie spędziliśmy w dolinie rzeki Vistasjákka. Zeszliśmy tam specjalnie po to, żeby po blisko miesiącu zobaczyć drzewa i wspaniałą roślinność nadrzecznego krajobrazu. Wysoko w górach, w otoczeniu bazy nie rosło nic poza skąpymi porostami i mchami.
Do przebycia mieliśmy kilkanaście kilometrów po osypujących się okruchach skalnych przykrywających powierzchnię ziemi, gruntach poligonalnych oraz pośród potężnych głazów lodowcowych moren. Postanowiliśmy przejść do bazy w ciągu jednego dnia. Przyczyną pośpiechu była oczekująca na nas sauna (od blisko tygodnia porządnie się nie umyliśmy) oraz topniejące zapasy żywności.
Wędrówka była prawdziwym sprawdzianem dla nóg: fragmenty skał osuwały się po stokach moren i poruszały się niespodziewanie pod naszymi stopami. Idąc oglądaliśmy smętne, szaro-bure, upstrzone białymi plamami lodowców i wiecznych śniegów krajobrazy. Urzekająca była oszczędność przyrody, która dysponując taką niewielką ilością materii potrafiła wyczarować niezwykłe, otoczone wianuszkami głazików wzgórki gruntów poligonalnych, pięknie rzeźbione zbocza górskie, błękitne jęzory lodowców i U-kształtne doliny wypełnione licznymi jeziorkami. Wszystko to przykryte było błękitnym niebem, po którym leniwie snuły się kłębiaste chmury. Cisza i nastrój panujące wokół nasuwały nam na myśl sceny z trylogii „Władcy pierścieni” Tolkiena. Łatwo było sobie wyobrazić ukryte za skałami Krasnoludy i czyhające na wędrowców Trolle.
Coraz bardziej zmęczeni wielogodzinnym marszem wspinaliśmy się na niekończącą liczbę morenowych wzniesień, ze szczytu których widać było następne wzniesienia. Wyczerpał się nam już zapas piosenek, które znaliśmy, a wyschnięte gardła nie ułatwiały rozmowy.
W końcu, grubo po północy stanęliśmy przy kamiennym kopczyku oznaczającym, że dotarliśmy na Przełęcz Tarfala. Daleko w ciemnościach migotały światełka w drewnianych domkach szwedzkich glacjologów. Od bazy oddzielało nas strome, pokryte luźnym rumoszem, zbocze. Niestety baterie w naszych latarkach wyczerpały się i musieliśmy schodzić w ciemnościach. Na pomoc przyszedł nam księżyc, którego jasna tarcza wytoczyła się z poza górskiej grani. Mimo to nie uniknęliśmy kilku potknięć i bolesnych upadków. Po czterdziestu minutach schodzenia, lekko kulejąc weszliśmy do baraku kuchennego w bazie. I tu niespodzianka! Dzień wcześniej rozpoczęły się naukowe warsztaty Szwedzkiego Towarzystwa Geologicznego. Kilkudziesięciu brodatych mężczyzn patrzyło się na nas. Dwóch podrapanych i dyszących facetów, którzy ni stąd ni zowąd, o drugiej w nocy wdarli się, objuczeni plecakami i sprzętem mierniczym, do kuchni. Mieliśmy szczęście, że uroczysta kolacja geologów się przedłużyła i smakowite potrawy znajdowały się jeszcze na stole.
Nasz długi dzień zakończyliśmy na progu sauny, patrząc z zachwytem na białe spirale i fosforyzujące na zielono pasy zorzy polarnej.
Przełęcz Kluchorska (2728 m n.p.m.) – tam gdzie rodzą się lodowce
W potokach deszczu jechaliśmy z Dombaju do Schroniska Północnego skąd, następnego dnia mieliśmy wyruszyć przez góry Kaukazu Centralnego w kierunku słonecznej Abchazji. Naszym środkiem transportu była zdezelowana półciężarówka, która z trudnością jechała po zatarasowanej osypiskami i zwalonymi drzewami drodze. Mimo okropnej pogody humor nam dopisywał: po kilku tygodniach trekingu mieliśmy przed sobą perspektywę błogiego leniuchowania na czarnomorskiej riwierze. Trzęsąc się niemiłosiernie i podskakując na wybojach dotarliśmy do schroniska, a właściwie do tego co z niego pozostało. Chcąc w miarę znośnie przetrwać noc musieliśmy zasłonić puste otwory okienne i wstawić nadpalone drzwi na ich miejsce w futrynie. Leżąc w śpiworach przez dziury w dachu mogliśmy kontemplować wspaniałą kaukaską noc.
Rano przywitały nas słońce i bezchmurne niebo. Z bólem serc zarzucamy ponad 30 kilogramowe plecaki na swoje barki. Pierwsze kilkadziesiąt minut zajęło nam przejście betonową drogą, z której idealnie było widać szczyt Dombaj (4046 m n.p.m.). Wkrótce opuściliśmy drogę i zaczęliśmy podchodzić pod stromy stok prowadzący na krawędź górskiego plateau, którego centrum zajmowało ploso Jeziora Kluchorskiego. Z trudnością łapaliśmy oddechy i bardzo wolno wdrapywaliśmy się na górę przytłoczeni ciężarami plecaków. Zakosy ścieżki zatopione były w łanach kwitnących rododendronów, których uroda sprawiała, że można było znaleźć w miarę rozsądną odpowiedź na pytanie: „dlaczego tak się męczymy?”. Po kolejnej godzinie doszliśmy nad jezioro, częściowo jeszcze zamarznięte. Ponad nim piętrzyły się górskie granie obsypane śniegiem, pośród których rysowało się obniżenie Przełęczy Kłuchorskiej.
Byliśmy pierwszymi trekersami, którzy pojawili się na przełęczy od zeszłego roku (jak się później okazało byliśmy również pierwszymi i ostatnimi zarazem, zagranicznymi turystami, którzy wylegiwali się na plażach w Suchumi w przededniu wojny).
Ustaliliśmy dalszą strategię przejścia na przełęcz. Właściwa trasa biegła ośnieżonymi zboczami dookoła jeziora od strony wschodniej. Było jeszcze krótsze rozwiązanie – przejście grzbietem od zachodu, ale wcześniej trzeba było przebyć rwący, lodowcowy strumień. Podzieliliśmy się na dwa zespoły – gdyby coś się przytrafiło jednemu z nich, drugi ruszy na pomoc – i opuściliśmy brzeg jeziora. Nad głowami wisiały pionowe ściany skalne, z których co chwila odpadały płaty zmarzłego śniegu. Napotkaliśmy wiele wartkich potoków spływających do jeziora. Trawersowaliśmy pola śnieżne o nachyleniu co najmniej 35 wspierając się na czekanach i balansując na śliskiej powierzchni stoku. Z niepokojem patrzyliśmy na chylące się ku zachodowi Słońce. Jeszcze przed zachodem musieliśmy przejść przez przełęcz i znaleźć miejsce na biwak. Przed nami było kolejne niezwykle strome pole śnieżne. Weszliśmy na nie z uwagą. Nagle usłyszeliśmy głuchy trzask i śnieżna pokrywa oderwała się od skał. Cała grupa zaczęła zsuwać się w dół. Polecieli ludzie, potem plecaki i lżejsze części ekwipunku. Spotykaliśmy się kilkadziesiąt metrów niżej. Na szczęście nic się nikomu nie stało. Od zdradliwych skał oddzielała nas gruba warstwa śniegu. Patrzyliśmy rozbawieni (nerwy już puściły) na rozwijający się papier toaletowy, który mknął w naszą stronę. Zebraliśmy się i zaczęliśmy podchodzić w poprzek zbocza do skalnego załomu, za którym powinna być już przełęcz. W tym czasie zmieniła się pogoda. Niebo zasnuło się chmurami, zerwał się wiatr i nie wiadomo skąd wypełzła mgła. Wszyscy byli już zmęczeni i mniej pewniej stawiali kroki. Ktoś znowu osunął się w dół zbocza, ale zahamował czekanem. Dotarliśmy do skał, nieco poniżej na południe zobaczyliśmy przełęcz i drugi zespół wolno podchodzący w jej kierunku. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i wszyscy cali i zdrowi spotkaliśmy się w pobliżu socjalistycznego obelisku ustawionego na przełęczy. Tęsknym wzrokiem patrzyliśmy na abchaską stronę, ale od mandarynkowych sadów oddzielało nas jeszcze kilka dni marszu.
Cuillin Hills – wichrowe góry
Pole biwakowe położone było na rozległej płaskiej powierzchni u wylotu górskiej dolinki. Za plecami mieliśmy wzniesienia szkockich Cuillin zbudowane z ciemnych, wulkanicznych skał, a przed nami rozpościerała się podmokła równina ciągnąca się aż do brzegów Atlantyku. Siedząc w namiotach pakowaliśmy ostatnie elementy ekwipunku, za chwilę mieliśmy wyruszyć w góry.
Wyszedłem przed namiot i położyłem niezbyt ciężki plecak na ziemi przyciskając go dla pewności kilkukilogramowym głazem. Szalejące na szkockiej wyspie Skye wiatry były bardzo gwałtowne. Poprzedniej nocy pod naporem wiatru pękł zrobiony z węglowych włókien szkielet konstrukcji naszego namiotu - kopułki.
Walcząc z wiatrem posuwaliśmy się w kierunku zacisznej dolinki. Wkrótce znaleźliśmy się w otoczeniu czerwonych i czarnych skał wulkanicznych. Pozbawione roślinności granity strzelały w górę wielosetmetrowej wysokości ścianami. Tysiące lat rzeźbotwórczej działalności natury kształtującej twardą skałę wodą, wiatrem i temperaturą doprowadziły do powstania niezwykle plastycznej rzeźby gór Cuillin Hills. Do tego te wysokości! Bezwzględne nie były tak duże, ale wysokości względne zapierały dech w piersiach.
Wędrowaliśmy gęsiego wąską ścieżką wydeptaną w gęstwinie wrzosów zarastających dno doliny. Zbliżało się południe i wiatr trochę przycichł. Przed wspinaczką na przełęcz zrobiliśmy sobie chwilę wytchnienia przy krystalicznie czystym źródle, które wypływając spośród skał tworzyło mały wodospad.
Wspinaczka nie była trudna, ale dość mozolna. Zwietrzałe odłamki granitu odpadały od macierzystych bloków i trzeba było uważać na to żeby nie dostać kamieniem w głowę. Wyszliśmy na skalny taras, z którego prowadziła już prosta droga na przełęcz pod szczytem Sgurr Alasdair (ok. 1003 m n.p.m.) . Po chwili już tam byliśmy i naszym oczom ukazał się piękny widok: ciemne kolosy gór, u stóp których przycupnęły jeziora. Wydawało się, że krajobraz składa się tylko z tych dwóch elementów. Czekaliśmy na zachód słońca. Niebo nad horyzontem rozpaliło się na czerwono, a rozlewiska na przedpolu gór zapaliły się odbitym słonecznym blaskiem. Toń górskich jezior przybrała odcień głębokiego aksamitu i wzmógł się wiatr. Nie pozostało nam nic innego jak zejść i wrócić na pole biwakowe. Po kilku godzinach, chronieni cienką ścianką namiotu, jedliśmy kolejne puszki z fasolką wsłuchując się w dudniące odgłosy wichury.
Przełęcz Maraia (2098 m n.p.m.) – pośród skalnych zamków
Dolomity wiosną były niezwykle piękne. Barwne kwiaty, rześkie powietrze, resztki śniegu zalegające na północnych zboczach gór i pustka. Wszystkie schroniska były jeszcze zamknięte – zwolennicy górskich wędrówek tłumnie pojawiają się dopiero z początkiem lata.
Od kilku dni byliśmy we wschodniej części Dolomitów i przemierzaliśmy górskie szlaki zdążając w kierunku Dolmiti di Sesto zwieńczonego wspaniałymi bryłami Tre Cime di Laváredo (2999 m n.p.m.). Wspinaczka w Dolomitach była niezwykła: na stosunkowo niewielkiej powierzchni rzadko można spotykać takie nagromadzenie form skalnych: zębatych grani, turni, igieł skalnych, szczytów spiczastych i płaskich, gigantycznych ścian, półek oraz przewieszek skalnych. Prawdziwa orgia kształtów wymodelowanych w podatnych na niszczenie i erozję dolomitach. Urodę krajobrazu wzbogacała zmienność pogody. Każdego dnia zaliczaliśmy wszystkie pory roku: góry tonęły w deszczu (czasami ze śniegiem), zasłaniały się woalem mgieł, to znowu objawiały się w pełnej krasie w blasku słońca, żeby za chwilę stać się sceną omiataną porywami wichru i rozświetlaną błyskami piorunów.
Mozolnie wspinaliśmy się szlakiem ku Przełęczy Maraia otwierającej od strony południowej drogę ku skalnym grzebieniom Gruppo Dei Cadini o wysokościach przekraczających 2800 m n.p.m. Przedpołudniową burzę przeczekaliśmy w zacisznym górskim hotelu Cristallo położonym na polanie przy drodze do Misuriny – znanego ośrodka wypoczynkowego. Mieliśmy czas, żeby zastanowić się nad wyborem trasy dalszej wspinaczki i spokojnie przepakować plecaki. Szliśmy wolno wykorzystując piękną pogodę i robiąc zdjęcia.
Górna granica lasu przebiega tu na wysokości 1900-2000 m n.p.m. Powyżej ciągnęły się łagodne stoki porośnięte trawą, na których wypasały się dzikie kozice. Szlak łagodnymi zakosami prowadził do podnóża pionowych ścian Cima Cadini Dei Neve, wyżej zmieniając się w eksponowaną ferratę . Na przełęczy znajdowało się schronisko – o tej porze roku nieczynne. Przysiedliśmy na ławeczce sycąc oczy widokami grani i szczytów bielejących na tle coraz bardziej granatowego nieba i zjadając ostatnie kawałki czekolady. Zatopiliśmy się w ciszy i pustce. Wokół panował bezruch, który przerywały lekkie podmuchy wiatru zapowiadające szaleństwo górskiej burzy. Zarzuciliśmy plecaki i ruszyliśmy na północ. Zatrzymaliśmy się na rozstaju dróg: jedna z nich ginęła w skalistej gardzieli, druga wiodła w przepastny mrok rozległej doliny. Za naszymi plecami nabrzmiewała groza i trzeba było szybko podjąć decyzję, którą z dróg wybrać...