Wydanie internetoweAfryka

Tunezja

Agata MarkowskaTunezja

Marzyłam o tej wyprawie od miesięcy. Nie żadny wypoczynek z biurem podróży, ale prawdziwy wyjazd naukowy "na własną rękę". Badania do pracy magisterskiej. Kraj arabski. Afryka. Pustynia. Tunezja.

Mapa trasy: Tunezja
Mapa trasy

Obarczona przez całą rodzinę bagażem przestróg i porad, zwierzałam się z narastających obaw, spacerując zimnym, jak na czerwiec, Krakowskim Przedmieściem. Żegnałam stolicę na trzy ekscytujące tygodnie.

Tunis, w przeciwieństwie do Warszawy, przywitał nas piękną pogodą. Kontrolę celną, zarówno Mariusz, jak i ja, przeszliśmy bez większych problemów, aczkolwiek tunezyjscy celnicy byli zdziwieni tym, że zamiast voucherów posiadamy wizy.

Jeśli się zna w miarę dobrze język francuski (ewentualnie angielski), posiada prawo jazdy i opanowało się sztukę targowania, to wypożyczenie samochodu za sensowna cenę nie stanowi kłopotu. Mając na uwadze planowane przez nas badania zdecydowaliśmy się na ten właśnie środek transportu.

W stolicy zabawiliśmy jedynie dwie godziny, które poświęciliśmy na posiłek i wyjazd z miasta, i udaliśmy się na południowy - wschód, do Sfaxu, miasta przemysłowego, gdzie króluje wszechobecny "zapach" fosfatów. Nie jest to miejsce godne polecenia turystom. Z wyjątkiem starej Medyny, nie ma tu nic godnego dłuższego pobytu. Przynajmniej tak nam się wtedy wydawało.

Zatrzymaliśmy się w hotelu "Alexander", gdzie w pokoju, oprócz Mariusza, Pana Maćka -naszego opiekuna i mnie, zameldowały się karaluchy wielkości serdecznego palca.

Następnego dnia, po załatwieniu kilku spraw na miejscowym uniwersytecie, ruszyliśmy na południe do Gabes. Miasto to jest oazą, która była tu już zamieszkana od czasów prehistorycznych. Jedną z atrakcji Gabes są gaje palmowe rozciągające się wzdłuż Oued Gabes. My również, jak większość przyjeżdżających tam ludzi, udaliśmy się na spacer po oazie. W oczekiwaniu na turystów kręci się tam mnóstwo dzieci, które, oczywiście za opłatą, dają potrzymać różnego rodzaju gady, płazy czy ptaki. Nie interesowały nas za bardzo, ale za to z przyjemnością wypiliśmy po szklance zimnego, słodkiego, ale orzeźwiającego soku otrzymywanego z palmy daktylowej.

Okolice Gabes, zarówno te porośnięte gajami palmowymi, jak i te pokryte sucholubna roślinnością, przecinają suche koryta rzek okresowych, czyli uedy (zwane inaczej wadi). Spacerując i oglądając niesamowite formy i olbrzymie wyrwy w skałach, łatwo można sobie wyobrazić, z jaką siłą potrafi nimi płynąc woda.

Pomimo, że Gabes obfituje w hotele i hoteliki, nie skorzystaliśmy z żadnego z nich, lecz spaliśmy w przyszpitalnej kaplicy. Było to możliwe dzięki uprzejmości Ojca Dominika, francuskiego księdza - misjonarza, przyjaciela pana Maćka.

Rozpoczęliśmy badania, jednak ciężko skupić się na pracy naukowej, jadąc przez okolice Matmaty. To w tej nieziemskiej, górzystej scenerii kręcono "Gwiezdne Wojny". Już w filmie miejsce to robi niezwykłe wyrażenie, ale "na żywo" zapiera dech w piersi. Większość domostw jest wydrążona w skałach, a tym, że jest to okolica zamieszkała świadczą jedynie samochody i anteny telewizyjne pozostawione na powierzchni.

Pod wieczór, który zapadł błyskawicznie po zachodzie słońca, dojeżdżamy do Douz, nazywanego często "bramą do Sahary". W tym małym miasteczku, położonym na skraju pustyni, na każdym kroku można spotkać grupy turystów, zamieszkujących luksusowe hotele. My wybieramy skromnie wyglądający hotel "Bel Habib". Na pierwszy rzut oka ceny nas przerażają. 10 dinarów od osoby, to prawie jak w Sfaxie, jednakże informacja o tym, że jesteśmy studentami i, oczywiście, targowanie się sprawiają, że za pokój z łazienką i śniadaniem płacimy tylko po 5 dinarów od osoby (około 4$).

Następnego dnia, i przez kilka kolejnych, wstajemy o godzinie piątej rano. Po śniadaniu, na które składa się bagietka, masło, marmolada figowa i miętowa herbata wyjeżdżamy na obszar naszych badań. Tak wczesna pobudka jest niezbędna, jeżeli w czasie prowadzenia pomiarów wydm, jardangów i pobierania próbek nie chcemy się upiec w południowym słońcu. Już około dziesiątej zaczyna być nie do wytrzymania. W południe jest około 43 C w cieniu (tyle pokazuje anemotermometr ukryty pod ubraniami), tylko, że na polu wydmowym cienia jak na lekarstwo. Czujemy się jak w piosence zespołu Bajm: "Pustynia wciąga nas od głowy do pięt, wypala oczy, suszy ciało i krew". Jedyną pomocą są hektolitry wypijanej przez nas wody, oraz perspektywa obfitej kolacji popijanej pysznym, zimnym napojem "Boga Cidre".

W połowie pierwszego tygodnia naszego pobytu, w ramach przerwy na obiad zawitaliśmy do małej miejscowości El Faouar. W czasie konsumowania tradycyjnego zestawu szorby (zupy), brika (smażony w głębokim oleju naleśnik z jajkiem i tuńczykiem), zaczął rozmawiać z nami młody Arab - Mohtar. Zaczął wypytywać, skąd jesteśmy i co robimy, bo na pewno nie jesteśmy zwykłymi turystami. Tak go zainteresowały nasze badania, że następnego dnia postanowił wybrać się na wydmy razem z nami. Przy okazji okazało się, że jest o wiele mniej odporny na upał niż my, gdyż bez popołudniowej sjesty po prostu zasnął na środku pola wydmowego z głową na naszych plecakach.

Mohtar zapałał do nas taką sympatią, że zaproponował nam, po wyjeździe pana Maćka, gościnę u siebie w domu. Z mieszanymi uczuciami, lekkiej obawy i ekscytacji, przyjęliśmy ofertę.

Ale zanim zamieszkaliśmy w domu przy głównej ulicy w El Faouar, pojechaliśmy na wycieczkę na północ od Wielkiego Szottu (Chott El Jerid), razem z panem Maćkiem i Dorrą, doktorantka ze Sfaxu.

Wielki Szott, którego powierzchnia wynosi ok. 6500 km2, znajduje się w centralnej Tunezji i jest największym słonym jeziorem ograniczającym południowe podnóże gór Atlas i północno-wschodnią krawędź Wielkiego Ergu Wschodniego.

Dorra oczekiwała na nas w Tozeur. Aby się tam dostać, musieliśmy przejechać najpierw drogą wzdłuż szottu, a następnie wzdłuż granicy z Algierią. Drogi tunezyjskie, w mojej opinii, są doskonałe. Nawet tymi drugorzędnymi jedzie się komfortowo. Może dlatego, że większość z nich budowali polscy inżynierowie? Droga wzdłuż granicy z Algierią prowadzi w zasadzie przez pas "ziemi niczyjej" i jest nieustannie patrolowana przez tunezyjskie wojsko. Wystarczyło, żebyśmy się zatrzymali na chwilę, aby zebrać róże pustyni lub pobrać próbki piasku, a już zjawiał się oddział w ciężarówce uzbrojony "po zęby", aby sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Kiedy wjechaliśmy z powrotem na terytorium Tunezji, zmierzchało się. W oddali majaczyły tylko gaje palmowe jednej z największych oaz, Gafsy, słynącej w całym świecie z doskonałych daktyli. Nie wszyscy wiedzą, że aby palmy daktylowe dobrze rosły, a ich owoce były słodkie i smaczne, potrzebna jest sól. Dlatego też udają się one doskonale w oazach na obrzeżach Wielkiego Szottu, który jest przecież wysychającym słonym jeziorem.

Nie mieliśmy okazji zwiedzić Tozeur, gdyż do tego niezwykle popularnego wśród turystów, starego i pięknie oświetlonego miasta dotarliśmy po zmroku.

Nazajutrz, już z Dorrą, z która przez pół nocy rozmawiałam przedziwną mieszaniną angielskiego i francuskiego (Ona znała angielski mniej więcej w takim stopniu jak ja francuski), wyruszyliśmy dalej na północ, w kierunku gór.

Zastanawiające jest to, jak Tunezyjczycy są mało mobilni. Dla Dorry wyprawa ze Sfaxu na północ, w góry Jebel En Negueb, była równoznaczna z naszą wyprawa z Polski do Tunezji. Z zaciekawieniem więc, razem z nami odnajdywała skamieniałości i krzemienie w skałach, czy zwiedzała oazy w okolicach Chebika i starej Tamerzy, które to osady zostały prawie doszczętnie spłukane w czasie 22 - dniowych opadów deszczu w 1969 r.

Tamerza ukryta w górach jest największą oazą w tym rejonie i jedyną, do której dociera komunikacja. Na południe od jej ruin znajduje się źródło dostarczające wody ludziom i gajom palmowym, i którego wody tworzą w okolicy "nowej" Tamerzy kilka małych wodospadów będących miejscem odwiedzin wielu turystów.

Ciekawostkę może stanowić fakt, iż w ramach oszczędzania wody, która na większości terytorium Tunezji stanowi towar deficytowy, owe wodospady są na noc "zakręcane". Woda jest odcinana i służy do nawadniania gajów palmowych, a rankiem, przed przyjazdem turystów, z powrotem zasila wodospady.

Ostatnim punktem naszej wspólnej wycieczki był wąwóz Selja, który jest wykorzystywany przez kolej wywożącą urobek z kopalni fosforytów, z których, w większości, zbudowane otaczające go góry. Nie odbiera mu to jednak uroku. Wspaniałe widoki, ciekawe formacje skalne i koryto rzeki je przecinające sprawiają, że spokojny spacer wśród nielicznych kęp zieleni i tunelach wykutych w skałach na potrzeby kolei, należy do bardzo przyjemnych.

Drogę do Kebili, miejsca naszego rozstania z Dorrą i panem Maćkiem, przebyliśmy szosą biegnącą wzdłuż przecinającej Wielki Szott grobli, która stanowi jedna z bardziej atrakcyjnych dróg, gdyż nieczęsto ma się okazję oglądać tak piękne wysady soli, jak właśnie na tym odcinku.

Kiedy nazajutrz rano przybyliśmy do domu Mohtara powitała nas prawie całą jego rodzina (on sam, jego mama, dwóch braci i cztery siostry) w odświętnych strojach. Najmłodsza z siódemki dzieci - Buseina, od razu złapała nas za ręce i wprowadziła do środka. Brakowało tylko głowy rodziny, ojca, którego widzieliśmy raz przez krótką chwilę, i o którym wiedzieliśmy tyle, że jest wojskowym. Jednakże ze sposobu, w jaki wypowiadali się o nim pozostali członkowie rodziny, domyśliliśmy się, iż rządzi on w domu twarda ręką.

Tamtejsza architektura odbiega nieco od naszego tradycyjnego pojęcia domu. Całość, zbudowana na planie kwadratu, otoczona jest murem, na którego dwóch bokach, w kształcie litery "L" umieszczone są pokoje i kuchnia. Większą część domostwa zajmuje podwórko, z niewielkim ogródkiem, umywalką, "ubikacjo-prysznicem" i zagroda dla zwierząt.

Właściwie, to większość życia naszych gospodarzy skupiała się na podwórzu. Tam odmawiali modlitwy, przegotowywali część posiłków, tam spaliśmy, spędzaliśmy wieczorem długie chwile na rozmowach.

Cały tydzień wyglądał podobnie. Pobudka, śniadanie, wyjazd na pola wydmowe w celach badawczych, powrót, sjesta, kolacja, rozmowy, spanie.

Posiłki w domu arabskim są bardzo skomplikowanym rytuałem. Najpierw talerz dostaje głowa rodziny, później najstarszy syn, młodsi synowie i na końcu matka z córkami. My jako goście jedliśmy razem z Mohtarem z jednej miski jako pierwsi. Posiłki odbywają się albo we wspólnym pokoju (obowiązkowo przy telewizji z bogatą ofertą programów z kablówki bądź satelity), albo według statusu: ojciec sam, najstarszy syn sam, młodsi synowie razem, a córki z matką.

Dominacja mężczyzn jest silnie odczuwalna w tym rejonie Tunezji. Zdanie ojca jest niepodważalne, a pod jego nieobecność, siostry mają obowiązek słuchania się braci jak rodziców. Przed sklepami i w kawiarniach spotyka się jedynie mężczyzn, a kobiety wychodzą głównie tylko na zakupy, bądź aby porozmawiać z krewnymi.

Dużo rozmawialiśmy, ja z Zeinab, najstarszą z dziewcząt, a Mariusz z Mohtarem, dzięki czemu głębiej poznaliśmy ich sposób życia. Jeśli chłopak lub narzeczony, to tylko z dalszej rodziny. Samotna podróż kobiety? Nie do pomyślenia. Bardzo odbiegaliśmy od modelu turysty - Europejczyka, jaki mieli okazję oglądać często wśród gości pobliskiego hotelu. Ja nie chodziłam w wyzywających, wydekoltowanych strojach, nie miałam kolczyków w nosie, a Mariusz nie posiadał tatuażu. Byliśmy dla nich mało europejscy.

Ciekawiło ich wszystko o nas, Polsce, naszym życiu, ale jednocześnie chcieli nam jak najwięcej powiedzieć o sobie. Słuchaliśmy razem z nimi arabskiego disco, w którym często pojawiał się wyraz "habibi" (co znaczy najdroższy, najdroższa) i śpiewaliśmy polskie piosenki. Mariusz ambitnie uczył się arabskiego, podczas gdy ja próbowałam rozwijać mój francuski, co było o tyle trudne, ze Zeinab chciała mówić tylko po angielsku, gdyż jej marzeniem jest zostać nauczycielką tego języka.

Dla najmłodszych dziewczynek, Olfe i Buseiny, największą radością było zrobienie mi tradycyjnej henny i ubranie mnie w tamtejszy strój. Nie mam pojęcia, jak one mogą w tym chodzić, gdyż ja już po pięciu minutach siedzenia w zwojach błyszczącego materiału, nie mogłam wytrzymać z gorąca. W kontaktach z najmłodszymi przeszkadzała nam nieco bariera językowa. Ich nieznajomość francuskiego, a nasza arabskiego powodowała, że reszta rodziny doskonale się bawiła obserwując nasze zmagania z Buseiną, która z wielkim przejęciem i narastającym zniecierpliwieniem próbowała nam coś wytłumaczyć.

Okazało się, ze razem z całą rodziną jesteśmy zaproszeni na wesele. Tradycyjna arabska zabawa weselna trwa trzy dni. Pierwszego dnia zabawa odbywa się w domu pana młodego, drugiego w panny młodej, a trzeciego dnia młodzi udają się do wspólnego domu. My mieliśmy gościć w domu panny młodej i bawić się przy tradycyjnej muzyce berberyjskiej.

Po dotarciu na miejsce zostaliśmy zaproszeni na skromny posiłek. Wraz z panem młodym siedzieli jego przyjaciele, a ja czułam się nieco dziwnie, gdyż byłam tam jedyną kobietą. Zabawa odbywała się na podwórzu domu, ku naszemu rozczarowaniu, przy muzyce z płyt i kaset wybieranej przez D.J.'a. Wzbudzaliśmy ogólną sensację. Momentami czuliśmy się jak główna atrakcja wesela, oglądana przez wszystkich gości, a było ich około (?). Byliśmy traktowani, można by rzec, z honorami. Dostaliśmy miejsca na podwyższeniu na poduszkach, abyśmy wszystko dokładnie widzieli, oraz zostaliśmy poczęstowani herbatą, co podobno świadczy o statusie gościa. Z zazdrością obserwowałam tańczące Tunezyjki. Jak one się poruszały... Z tym się chyba trzeba po prostu urodzić. Żadne lekcje tańca nie są w stanie tego nauczyć. Korciło mnie, żeby potańczyć razem z nimi, ale wypadło by to raczej blado. Wśród kolorowego tłumu tańczących dziewcząt i chłopców (oczywiście osobno) ledwo udało nam się odnaleźć postać zawoalowanej panny młodej.

Tydzień w gościnnym El Faouar minął nam szybko. Zakończyliśmy badania i udaliśmy się na zasłużone leniuchowanie na Jerbę, najpopularniejszą wyspę Tunezji.

Zgodnie z poradami przewodnika, udaliśmy się na południowo - wschodnie wybrzeże do miejscowości Aghir, gdzie na kempingu wynajęliśmy bardzo czysty i miły domek, znajdujący się 10 kroków od plaży. Słońce, plaża, palmy, błękit nieba i Morza Śródziemnego, jednym słowem - słodkie lenistwo w gorących promieniach słońca. Jedyną rzeczą, która doprowadzała nas do szału były komary, które uparły się, aby zakłócać nam i tak krótkie godziny snu.

Wróciliśmy do Sfaxu i poznaliśmy tam zupełnie inny arabski świat. Stało się to dzięki Dorze, która zaprosiła nas do siebie do domu.

Już na samym początku dostrzegliśmy wiele różnic dzielących ludzi żyjących na południu Tunezji i w mieście na północy. Po pierwsze, matka Dorry pracowała na Uniwersytecie, podczas gdy jej ojciec przebywał w domu na emeryturze i nikt nie widział w tym niczego niestosownego. W El Faouar byłoby to nie do przyjęcia. Po drugie, w Sfaxie dziewczęta ubierały się tak jak Europejki. Jeśli widzieliśmy kobietę w tradycyjnym czadorze, była ona na ogół w podeszłym wieku. Nie wzbudzał niczyjego zdziwienia fakt, iż mieszane towarzystwo wchodzi do kawiarni na sziszę - fajkę wodną, aczkolwiek w dalszym ciągu dostrzegaliśmy, że mężczyźni raczej spędzają czas osobno a kobiety osobno. Dotyczyło to także nas. Wieczory spędzaliśmy na ogół osobno. Mariusza porywał do swoich przyjaciół starszy brat Dorry - Hasen, a ja odwiedzałam z nią jej koleżanki. Wieczorami, w okolicach starej Medyny, pełnej uroczych zakamarków, kawiarni, muzeów, można było spotkać grupy mężczyzn trzymających się za ręce przytulających, wręczających kwiaty jaśminu. Nikogo nie dziwi ten widok, tak jak w Polsce nikogo nie dziwi widok dwóch dziewcząt całujących się z sobą na powitanie.

Niedaleko od Sfaxu, w El Jem, znajduje się imponujące Koloseum, pamiątka z czasów panowania rzymskiego. Ta olbrzymia budowla budowana w latach 230 - 238 n.e. jest jedyną atrakcją tego raczej sennego miasteczka, ale spacer wśród historycznych ruin, pomimo, że dość kosztowny (że nie wspomnę o cenie za fotografowanie), należał do bardzo przyjemnych. Mogliśmy wejść praktycznie na każdą kondygnację budowli i zajrzeć we wszystkie jej zakamarki.

W tym rejonie Tunezji drogi prowadza przez malownicze zielone gaje oliwne, łąki na których wypasa się bydło, jakże odmienne od widoku pustyni, do którego przywykliśmy. Czuliśmy się tak jakbyśmy jechali przez zupełnie inny kraj.

Jedno się tylko nie zmieniało, niezależnie od tego, czy byliśmy w El Faouar, Sfaxie, Gab?s czy Tunisie. Handlarze. Nawet w tak zeuropeizowanym mieście, noszącym w architekturze ślady francuskiego kolonializmu jakim jest stolica Tunezji maja oni swoje stragany w Medynie i namolnie zachęcają do kupowania najróżniejszych pamiątek. Zauważyliśmy, że ceny nam oferowane, są o wiele niższe od wypisanych na towarach. Okazało się że "Polak to przyjaciel", a ceny ustalane są pod katem "kapitalistycznych krwiożerców z Niemiec czy Anglii".

Na lotnisku mieliśmy pewne obawy, dotyczące wagi, a raczej nadwagi, naszych bagaży zawierających w większości próbki piasku, niezbędne do dalszego prowadzenia badań. Na szczęście martwiliśmy się na zapas, gdyż nasze plecaki po otrzymaniu wdzięcznego, acz zasłużonego miana "horse size lauage" (bagaż końskiego rozmiaru), spokojnie udały się taśmą do samolotu. Większych kłopotów dostarczyła nam wymiana dinarów na dolary. Bardzo niechętnie bowiem pozbywają się Tunezyjczycy dewiz i przy powtórnej wymianie warto mieć przy sobie paszport, bądź też dokument potwierdzający wymianę "w drugą stronę" (z waluty zachodniej na miejscową).

Jeszcze tylko kontrola paszportów z obowiązkowa dyskusją z celnikami na temat zdjęcia w dokumencie, autobus do samolotu... i opuszczamy gościnną Tunezję. Pod nami Morze Śródziemne, Dalmacja, południowe Włochy, meandry rzek, krata pól, schodzimy niżej, w deszczowe chmury. Lądujemy. Wita nas deszcz. Wróciliśmy do domu. Szybko upłynęły nasze trzy tygodnie. Za szybko. Jest jednak rzecz, której żałuję - nie jeździłam na wielbłądzie. Cóż... trzeba będzie wrócić.

Specjalne podziękowania dla firmy POLBAU spółka z o.o. z Opola, za pomoc w zorganizowaniu wyprawy.

Więcej z Afryki