Po wielu tygodniach przygotowań w końcu lądujemy w Uzbekistanie. Trzygodzinną podróż z Moskwy do Taszkentu – stolicy Uzbekistanu – samolotem typu IŁ 62M można chyba zaliczyć do niezwykłych przeżyć tego wyjazdu. Samolot samolotem, ale trzeba przyznać, że podany poczęstunek był naprawdę dobry. Szczęśliwi, z zaskakującym poczuciem ulgi, wysiadamy. Pierwsze wrażenie? Ciepło! Ba, nawet gorąco mimo, że dopiero piąta czy szósta rano. Szybko zaczynamy odczuwać zmęczenie podróżą i trzygodzinną różnicę czasu. Ciekawe co będzie później? Lepiej nie myśleć.

Tak prawdę mówiąc przed wyjazdem niewiele wiedziałam o Uzbekistanie. Literatura podaje szczątkowe informacje na temat tego państwa. Z prasą jest podobnie. Wspomina się zazwyczaj o wysychającym Morzu Aralskim, kilku zabytkach architektury, szalejącym ostatnio nacjonalizmie, teoretycznym powrocie islamu i oczywiście o prezydencie Karimowie.
Miejscowe realia zaskakują
O tym jak nieznany jest Uzbekistan szybko zaczęliśmy się przekonywać. Nieocenioną pomoc w poznaniu tego kraju otrzymaliśmy ze strony Polskiej Ambasady. Jej pracownicy udzielili nam lekcji pod tytułem „Co zrobić, aby przeżyć (zwłaszcza finansowo)”. Uzyskane w ambasadzie cenne wiadomości i rady nakreśliły nam obraz kraju i pomogły jako tako funkcjonować w tym dziwnym, ni to komunistycznym, ni to islamskim państwie.
Do niedawna Uzbekistan był jedną z republik ZSRR. Obecnie wchodzi w skład Wspólnoty Niepodległych Państw i uważany jest za lidera tego. Konstytucja Uzbekistanu mówi, że kraj ten jest demokratyczny, a konkretnie „świecką, demokratyczną republiką prezydencką”. Miejscowa demokracja nie ma jednak chyba nic wspólnego z europejskim rozumieniem tego słowa. Zerwanie z przeszłością nie jest łatwe. Oczywiście widać zmiany: rozwija się handel (zwłaszcza uliczny), istnieje prywatny transport, wszędzie widać reklamy Coca-Coli, czuć też jednak unoszący się nad krajem duch minionej epoki. Wciąż rządzą komuniści. Obecny prezydent jest byłym szefem partii komunistycznej. Kwitnie korupcja i łapówkarstwo, a w państwowych sklepach nie ma nic na półkach.
Uzbekistan jest państwem „policyjnym”, a raczej „milicyjnym” (określenie miejscowe). Nie chodzi bynajmniej o ustrój państwa lecz o liczbę funkcjonariuszy i ich prawa. Milicjantów jest dużo i mogą wszystko. Na ulicy dominuje „drogówka”. Na jednym skrzyżowaniu potrafi stać dziesięciu milicjantów. Również metro ma swoich specjalnych opiekunów, którzy dzielnie pilnują porządku i bezpieczeństwa, legitymując podejrzanych i nie tylko (czego doświadczyliśmy). Jak się dowiedzieliśmy 1/4 mieszkańców ma coś wspólnego z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. Kolory mundurów są typowe: niebieskie, zielone, szare itd. i podobne są w wyglądzie do rosyjskich. Niezwykle oryginalne uniformy przywdziewa czasem wspomniana już „drogówka”. Panowie noszą zwykłe białe koszule i czarne spodnie. Od zwykłego przechodnia można odróżnić takiego funkcjonariusza tylko po tym, że posiada biało-czarną pałkę, którą porusza niczym dyrygent w operze. Wskazuje nią kierowców – nieszczęśników, którzy za chwilę będą musieli zapłacić mandat za jakieś, często fikcyjne, przewinienie. Milicjanci to istni bogowie. Swoją drogą kierowcy też nie są święci. Na drodze panuje prawdziwa wolna amerykanka. Zupełnie jak w jakimś arabskim kraju – dozwolone jest wszystko. Najgorszą jednak wadą kierowców jest to, że na widok pieszego zazwyczaj przyciskają pedał gazu.
Uzbeckie prawo
Zawiera szereg ciekawostek charakteryzujących państwo. Należy ono do surowych. W tym względzie czasem nawet graniczy z absurdem, zwłaszcza jeżeli chodzi o wysokości kar. Chwilami jego drastyczność mrozi krew w żyłach.
Mimo, że kraj nie uznaje turystów indywidualnych (takowym nie wydaje się wiz), to jak się już tam człowiek znajdzie, może czuć się bezpiecznie. A to właśnie za sprawą prawa. Nikt tu raczej nie podnosi ręki na obcokrajowca. Można za to spędzić w więzieniu spory kawałek życia – podobno nawet 25 lat. Skutecznie poradzono sobie także z kradzieżami samochodów. Za takie przewinienie otrzymuje się wyrok śmierci. Za kradzież dekli z kół (fakt udokumentowany) – 10 lat. Można i tak...
Autochtoni
Miejscowa ludność stanowi mieszankę Uzbeków (ok.70%), Rosjan (ok.8%), Kirgizów, Tadżyków, mieszkańców innych europejskich republik b. ZSRR, a także Polaków. Grupy azjatyckie – najliczniejsze – trudno od siebie odróżnić. W większości są śniadzi, niscy, krępi, często skośnoocy i noszą charakterystyczne stroje. Pozostałe grupy to biali, ubierający się w stylu europejskim.
Po rozpadzie ZSRR i usamodzielnieniu się Uzbekistanu pojawiły się w państwie silne tendencje nacjonalistyczne a nawet szowinistyczne. Ożywił się konflikt między rdzennymi mieszkańcami tych terenów, a przyjezdnymi Rosjanami i przedstawicielami innych europejskich republik. Dochodzi nawet do pewnych aktów dyskryminacji wobec tych ostatnich. Dlatego też większość Rosjan opuszcza Uzbekistan. Ci, którzy pozostają borykają się z wieloma trudnościami. Często młodzi Rosjanie mają utrudniony wstęp na wyższe uczelnie. Jeżeli już uda się im dostać do szkoły, to są szykanowani i skreślani z listy studentów. Uzbecy pogardliwie nazywają ich „białymi”. Swoją drogą słowo „Uzbek” w ustach owych „białych” również nie jest niczym chlubnym. Segregacja rasowa przypomina tą z przed wielu lat z Ameryki.
Oprócz fizjonomii, miejscowych wyróżnia także strój. Charakterystycznym elementem ubioru męskiego jest, noszona na czubku głowy, czarna, czworokątna, niewielka czapeczka, ozdobiona białymi haftami. Bardziej wymyślny jest strój kobiecy. Składa się on z długiej, ciemnej, do złudzenia przypominającej koszulę nocną, sukienki, noszonych pod nią, często bardzo zdobnych spodni oraz kwiecistej chusty sprytnie wiązanej na głowie.
Jacy są Uzbecy? Odpowiedź nie jest łatwa. Chyba nie można powiedzieć, że są mili, szczerzy i otwarci. Są oczywiście wyjątki. Przede wszystkim to cwaniacy. Są najlepszymi przyjaciółmi twoich pieniędzy i próbują się do nich dobrać w każdym momencie. Podbijanie ceny czegokolwiek do granic zdrowego rozsądku jest chyba tradycją. Na szczęście w modzie jest targowanie się, dzięki czemu i lepiej na ciebie patrzą, i mniej można stracić.
Uzbecy nie cenią sobie zbyt wysoko walorów estetycznych swojego otoczenia. Zupełnie nie przeszkadzają im walające się wszędzie śmieci, czy wiecznie rozkopane ulice. Opakowanie po każdym zjedzonym batoniku ląduje prosto na chodniku. Podobnie rzecz się ma z plastikowymi butelkami, skórkami od melonów i arbuzów czy niedopałkami. Na nasze (bo raczej nie na swoje) nieszczęście budują rynsztoki, w których to wszystko się gromadzi. Dodam tylko, że średnia temperatura miesięcy letnich wynosi 40-450 C w cieniu, toteż unoszące się zapachy można sobie znakomicie wyobrazić.
2500. urodziny
Spośród miast Uzbekistanu, z których większość świętuje swoje dwutysięczne urodziny, największe wrażenie zrobiła na mnie Buchara, a w szczególności jej stara część. Miasto liczy sobie ponad 2500 lat. Dopiero od lat dwudziestych naszego wieku leży w granicach Uzbekistanu i wciąż częściej można usłyszeć w nim język tadżycki niż uzbecki.
Idąc w kierunku „starówki” mija się tradycyjną dzielnicę mieszkaniową – plątaninę pylastych, rozgrzanych słońcem uliczek, niskie beżowe i kremowe domki bez okien od strony ulicy. Są one zbudowane tradycyjną metodą z gliny oraz słomy i mają niebieskie, metalowe bramy. Cywilizacja wkracza w takie dzielnice ciągnącymi się na powierzchni rurami wodociągowymi i słupami telegraficznymi, ale sposób budowania domów jest wciąż taki jak dawniej. Właściwie nie ma granicy między tą dzielnicą, a właściwym starym miastem. Części te płynnie przechodzą jedna w drugą.
Stare miasto to niezliczone medresy, czyli klasztory, minarety, bazary, twierdza i nieliczne meczety, wszystko z biało-niebieskimi, lśniącymi, ceramicznymi fasadami i błękitnymi kopułami. Urzekły mnie zwłaszcza owe kafelki, układane w najróżniejsze wzory – kwiaty, smoki, figury geometryczne i inne. Chcąc opisać jedną z medres, siłą rzeczy, opisuje się wszystkie pozostałe. Ich założenia architektoniczne są takie same, a różnią się jedynie ornamentyką. Medresa zbudowana jest na planie prostokąta. Jej orientacja jest taka, aby ściana naprzeciwko ściany wejściowej, czyli ściana z wnęką modlitewną zwaną mihrab, była zwrócona w kierunku Mekki. Wszystkie ściany pokryte są mozaikami. Boki budowli stanowią jednopiętrowe budynki z mnisimi celami, a dziedziniec jest zazwyczaj pusty. Nad wejściem do każdej medresy znajduje się werset z Koranu, napisany w języku farsi. W Bucharze znajduje się 12 takich klasztorów. Większość z nich datowana jest na XVII w.
Meczety wyglądają tak samo jak medresy. Różnica jest taka, że na ich dziedzińcu znajduje się studnia, z której woda służy do umycia nóg przed wejściem do meczetu. Jednym z najpiękniejszych meczetów w Bucharze jest zbudowany na początku XVIII w. meczet Bolohauz. Wykonany jest z drewna – nietypowego materiału dla ubogiego w lasy Uzbekistanu. Jego portyk wspiera 20 kolumn, wyciosanych z drzewa orzecha włoskiego, wiązu i topoli. Świeżo odmalowana fasada błyszczy w słońcu różnymi kolorami podobnie jak fasady ceramiczne.
Nieodłącznym elementem architektury są minarety – żółte lub pokryte ceramiką i nie tak wysokie jak tureckie. Nie słychać z nich jednak muezinów nawołujących do modlitwy. Co dziwne, w tym od niedawna islamskim kraju, trudno znaleźć meczety. Jest ich na prawdę niewiele. Niewielu jest także mnichów. Mimo wolności religijnej wszystkie obiekty sakralne stoją puste, a raczej nikt się w nich nie modli. Puste nie są. W wielu klasztorach, w celach, urządzone są sklepiki z pamiątkami. Można w nich kupić wszystko, co tradycyjne: dywany, kilimy, czapeczki, ceramikę, stroje, itp.
Wszystkie medresy są odnawiane. Dla kogo? Dla turystów? Tych jest tylu co kot napłakał. Poza tym w Bucharze warte odwiedzenia są kryte bazary, które oferują sztukę ludową oraz twierdza Arka, z której roztacza się widok na całe miasto. Twierdza ta, zwana „miastem w mieście” zamieszkiwana była przez królów od V w. do roku 1920, kiedy to została zbombardowana przez Armię Czerwoną. Zachowane mury mają prawdopodobnie około 300 lat. Wewnątrz zachowały się nieliczne fragmenty królewskich komnat, w których urządzone są sale wystawowe muzeum. Jednak około 75% powierzchni twierdzy to ruiny.
Współczesna architektura to blokowiska. Szczególnie dobrze można to zaobserwować w Taszkencie. W 1966 r. miasto zostało nawiedzone przez potężne trzęsienie ziemi, które zniszczyło większość tradycyjnej zabudowy. Pozwoliło natomiast rozwijać inwencję twórczą rosyjskich planistów i architektów. Efekty można podziwiać do dziś: budynki – koszmary straszące swoimi fasadami, państwowe gmaszyska, gigantyczne place i prospekty. Wszystko szare, zaniedbane i nieciekawe. Dodatkowo prawie każdy obywatel działa na swoja rękę – zabudowuje sobie balkon lub wymienia okna. Chyba nikt tu nie słyszał o prawie budowlanym, a jeżeli już to i tak go nie respektuje. Większość balkonów grozi zawaleniem. W rezultacie fasady wyglądają jak śmietniki, zbieranina wielu różnych, często nie pasujących do siebie, form i kształtów.
W Uzbekistanie warte zobaczenia jest to co stare, to co stanowi dziedzictwo kulturowe a także przepiękną przyrodę, o której będzie można przeczytać w następnym numerze.