Czternaście kondygnacji w dół, a zaraz potem po schodach w górę z worem na plecach w to same miejsce. Jak tylko mogę najszybciej, do utraty tchu, do zawrotów w głowie i znowu na dół i tak kilkanaście razy dziennie, do znudzenia. Czasami dozorca lub któryś z sąsiadów widzi, jak leje się ze mnie pot i gdy nasze oczy się krzyżują to chyba wiem, co w danej chwili myśli: - Ten facet ma chyba nie po kolei w głowie!!!

I. ACONCAGUA - rozprawa z Kamiennym Wartownikiem
Wyprawa rozpoczęła się od problemów z odprawą bagażu na warszawskim Okęciu. Pani z linii lotniczych KLM, nie mająca pojęcia o alpinizmie i wyprawach tego typu, kwestionuje umocowanie czekana przy moim plecaku. Nie wdaję się z nią w dłuższą dyskusję, bo domyślam się, że to nie ma sensu. Tacy ludzie są po prostu nie reformowalni. Opuszczam jej punkt pracy i przenoszę się do jej koleżanki po fachu do stanowiska obok. Bagaż przechodzi bez problemów.
31.01.2005 o godzinie 7.00 rano wylatuję do Ameryki Południowej. Czeka mnie międzylądowanie w Amsterdamie, na Antylach Holenderskich gdzie zalewa mnie fala gorącego powietrza, następnie w Limie, by wreszcie po prawie 30 godzinach dotrzeć do Santiago. Stolica Chile to wielka metropolia, która nie robi na mnie wrażenia. Odnoszę wrażenie, że panuje tu chaos architektoniczny. Zaskakuje olbrzymia ilość żółtych autobusów, podążających głównymi arteriami miasta. Santiago jest wielkie, głośne, ale trzeba przyznać, że bardzo bezpieczne i czyste. Żar leje się z nieba, ale tu jest w końcu środek lata.
Wieczorem wsiadam w autokar jadący do Mendozy w Argentynie i następnego dnia rano docieram na tamtejszy dworzec autobusowy. Mendoza trochę bardziej podoba mi się niż Santiago. Miasto podzielone jest na kwartały, wzdłuż ulic jest dużo drzew. Mam wrażenie, jakby wszystkie ulice były identyczne, łatwo się tu zgubić. Obserwuję też ludzi - Argentyńczycy są bardziej europejscy, natomiast w Chile ludzie wydawali mi się jacyś mali, grubi i niezbyt urodziwi.
Dwa dni spędzone w tym prawie milionowym mieście wypełnia mi załatwianie formalności związanych z akcją górską. Na zasadach partnerskich połączeni jesteśmy w większą grupę, by sprawniej załatwić pozwolenia uprawniające do wejścia do Parku Narodowego Aconcagua oraz na szczyt. Permit można załatwić od ręki. Należy wypełnić odpowiednie formularze i uiścić opłatę w wysokości 200 dolarów amerykańskich. Dokonujemy zakupu żywności na działalność górską. Zrobiłem błąd nie zaopatrując się w żywność w Polsce. Ceny są porównywalne, ale jakość jedzenia zdecydowanie przemawia za naszym krajem. Jest tylko jeden rodzaj mięsnych konserw w tzw. "pancernych", ciężkich puszkach. W smaku są obrzydliwe, ale o tym przekonałem się dopiero podczas akcji górskiej. Natomiast tuńczyk w puszce jest godny polecenia, tak jak i owoce kandyzowane w puszkach. Zebrane przeze mnie informacje przed wyjazdem z Polski, że nie wolno wwieźć żywności do Chile, jak i Argentyny, okazały się bardzo przesadzone.
Z Mendozy pojechaliśmy do Puente del Inca. Wynajęliśmy muły u szefa agencji trekkingowej Fernando Grajalesa potocznie zwanego "Chicken". Łącząc się na tym etapie w większą grupę można zaoszczędzić sporo pieniędzy. Pozostawiliśmy w depozytach część zbędnych podczas działania w górach rzeczy. Przepakowaliśmy się oddając niektóre rzeczy na grzbiety mułów i w ten sposób byliśmy przygotowani do dwudniowego trekkingu do bazy Plaza de Mulas pod Aconcagua.
Ruszyliśmy następnego dnia z samego rana. Najpierw Grajales zabrał nas furgonetką do wejścia do Parku Narodowego Aconcagua na wysokości 2.800 m., skąd rozpoczęliśmy trekking. Doliną Horcones idzie się około 35 kilometrów. Dystans ten pokonuje się w dwa dni. Większość późniejszych zdobywców Kamiennego Wartownika - tubylcy tak zwą Cerro Aconcagua o wysokości 6.962 m. - po 4 godzinach marszu dociera do miejsca na biwak zwanego Confluencia na wysokości 3.300 m., by tam pozostać na noc. My jednak poszliśmy wyżej by następnego dnia mieć krótszy odcinek do bazy Plaza de Mulas na wysokości 4.300 m. Trekking wbrew pozorom nie należy do łatwych. Trzeba nieść ze sobą namiot, śpiwór oraz sprzęt do gotowania, ponieważ odległość jest na tyle duża, że pokonanie jej w jeden dzień jest praktycznie niemożliwe. Z nieba lał się żar, wiał silny wiatr prosto w twarz unosząc w powietrzu pył i drobinki piasku, a sceneria doliny z każdym kolejnym krokiem przypominała pustynno-księżycową. Po drodze leżały zdechłe muły, a woda zdatna do picia była tylko w jednym miejscu.
Po dotarciu do bazy Plaza de Mulas na wysokości 4.300 m poddałem się badaniom lekarskim. Czułem się wybornie i wyniki też takie były: saturacja 91%, ciśnienie 80/120, natomiast puls 79.
Nazajutrz spacerowałem w pobliżu bazy. Przypatrywałem się górze, z którą miałem walczyć od jutra na dobre i na złe. Zadawałem sobie w myślach pytanie, czy Kamienny Wartownik puści mnie? Uzgodniliśmy plan działania i wieczorem przygotowaliśmy depozyt, który następnego dnia wynieśliśmy na Nido de Condores na wysokość 5.380 m. Szliśmy osobno. Nasz plan zakładał, że ominiemy obóz I (Plaza de Canada 4.910 m.) z dwóch powodów: zbyt niskiego położenia oraz braku wody, śniegu, czy też lodu do stopienia. Zakładałem, że wejście z bazy Plaza de Mulas 4.300 m. od razu do obozu II na przełęczy Nido de Condores 5.380 m. zajmie mi około 6 godzin. Miło się rozczarowałem, ponieważ czułem się na tyle dobrze, że odcinek ten pokonałem w 3,5 godziny. Tego samego dnia znów byłem na dole w bazie.
Taką górę jak Aconcagua o wysokości prawie 7.000 m należy zdobywać nie spiesząc się. By wejście było bezpieczne atak szczytowy nie powinien odbywać się wcześniej niż po 10 dniach od rozpoczęcia akcji górskiej. Dlatego po wyniesieniu depozytu, kolejnego dnia odpoczywaliśmy w bazie. Okres aklimatyzacyjny jest bardzo ważny. Nie można się spieszyć, choć czasami, zwłaszcza, gdy pogoda się utrzymuje, jest to bardzo kuszące. Bałem się jej załamania, a co za tym idzie braku okazji powalczenia z Kamiennym Wartownikiem, ale z drugiej strony próba zbyt szybkiego wejścia mogła się zakończyć porażką, albo wejściem w kiepskim stylu. Nie chciałem schodzić ze szczytu półprzytomny, nie chciałem wyglądać jak pobita pod Moskwą armia Napoleona, albo Wermacht wycofujący się z pod Stalingradu.
Po dwóch dniach restu założyliśmy nasz obóz I na przełęczy Nido de Condores 5.380 m. Po nocy w nim spędzonej wynieśliśmy depozyt na wysokość 6.050 m w miejsce gdzie planowaliśmy rozbić obóz II. Pogoda dalej nam sprzyjała. Spędziliśmy jeszcze jedną noc na Nido de Condores i zeszliśmy na odpoczynek do bazy Plaza de Mulas 4.300 m. Starannie przygotowaliśmy wszystko, co było nam niezbędne do ostatecznej rozprawy z Kamiennym Wartownikiem i po dwóch dniach restu rozpoczęliśmy ostateczną rozgrywkę.
14.02.2005 z bazy Plaza de Mulas doszliśmy na przełęcz Nido de Condores 5.380 m. Spędziliśmy w naszym obozie I noc, po czym namiot przenieśliśmy powyżej schronu Berlin 5.800 m. w miejsce naszego obozu II na 6.050 m. Rozbiliśmy go w osłoniętym z dwóch stron od wiatru miejscu, dzięki czemu dość komfortowo spędziliśmy noc.
16.02.2005 wczesnym rankiem w namiocie mieliśmy -10 stopni C. Szron sypał się na nas przy każdym niemal najmniejszym ruchu. Rozpoczęliśmy gotowanie nie wychodząc ze śpiworów. Było tak zimno, że przekładałem wyjście na atak szczytowy z godziny 7.00 na 8.00, a potem z 8.00 na 9.00. Nie kupiłem przed wyjazdem porządnych, puchowych łapawic, więc obawiałem się o palce, zwłaszcza, że porywisty wiatr wzmagał zimno. Kiedy wreszcie rozpocząłem rozprawę z Kamiennym Wartownikiem, była godzina 9.00 rano. Jeszcze przez kolejne dwie godziny kostniały mi palce u rąk i traciłem w nich czucie. Dopiero, gdy wszedłem w strefę słońca i wiatr nieco zelżał, zrobiło mi się cieplej. Włączyłem sobie muzykę, by przyjemniej mi się wchodziło na wymarzoną górę. W słuchawkach pobrzmiewał The Exploited - "Was it Me", Iggy Pop, a na koniec New Model Army. Z mocną muzą miałem niesamowitego powera. Punk rock dyktował mi rytm, tempo podejścia. Szybkie mordercze kroki zapierające dech w piersi. Powyżej ostatniego rozpadającego się schronu Independencia 6.370 m., podejście wywłaszczyło się i szedłem trawersem. Wzmógł się wiatr utrudniając oddychanie. Trochę zwolniłem, ale dość równo doszedłem do żlebu. Napiłem się, zjadłem dwa batony, chwilę odsapnąłem i wykonałem ten ostatni tygrysi skok. Po niespełna 5 godzinach od rozpoczęcia decydującej rozprawy z górą - byłem na szczycie Kamiennego Wartownika. Aconcagua szczyt moich marzeń, czy stanie się szczytem moich marzeń???
Miałem wrażenie, że ucichł wiatr i zrobiło się ciepło. Cały czas świeciło słońce i była niesamowita przejrzystość powietrza. Wykonałem serie fotografii, nacieszyłem się widokiem i rozpocząłem zejście. Zajęło mi 1,5 godziny, by znaleźć się w namiocie na 6.050 m. Topiłem śnieg. Napełniłem termos herbatą dla partnera, który jeszcze schodził ze szczytu. Dotarł późno, dlatego spędziliśmy jeszcze jedną noc w naszym obozie II.
Następnego dnia likwidując nasze obozy zeszliśmy wraz z całym sprzętem do bazy na Plaza de Mulas 4.300 m. Niestety spotkała nas przykra wiadomość. W samej bazie jak i wokół niej nie było już wody zdatnej do picia. Wyschło ostatnie źródełko. Piliśmy 1,5 litrową coca-colę za 10 dolarów butelka.
Rano z bazy Plaza de Mulas 4.300 m rozpoczęliśmy zejście doliną Horcones. Po 6,5 godzinach doszedłem do wejścia do Parku Narodowego Aconcagua. Tego samego dnia odebraliśmy depozyty i rozlokowaliśmy się w hoteliku w osadzie Penitentes. Wieczorem w pobliskiej knajpie, wśród roztańczonych Indian, popijaliśmy wino.
Następnego dnia wróciliśmy do Santiago, które powitało nas słońcem i upałem. W ramach zwiedzania Chile pojechałem nad Pacyfik, który szczerze mówiąc rozczarował mnie. Plaża Raniaka polecana przez Chilijczyków jest zatłoczona i pełno na niej śmieci. Krajobraz jest monotonny, pozbawiony dzikich plaż. Odnosi się wrażenie, że każdy skrawek musi być zagospodarowany.
Za to knajpy w Chile, zwłaszcza jedna, w której przypadkowo trafiłem na mistrza tango Sergio Cristi Zelaya i jego uczniów - to jest coś! Pod fachowym okiem mistrza uczniowie poruszają się fantastycznie. Jakby byli tylko do tego stworzeni, płyną po parkiecie w rytm muzyki. Nie można od nich oderwać oczu. Zatańczyłem oczywiście z jedną z "uczennic" - miała około 40 lat, wspaniale się poruszała, choć muszę przyznać, że początek wychodził nam nieporadnie. Jednak z każdym następnym taktem było już lepiej. Przy kolejnej piosence było już naprawdę dobrze. Na koniec usłyszałem pochwałę z ust mistrza, że jak na Gringo to bardzo dobrze tańczę. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo widząc jak tańczyły inne pary, jestem pewien, że pochwała była dana na wyrost.
II. WULKANY EKWADORU - czyli deszczowa stabilizacja.
23.02.2005 rano opuściliśmy hotel Indiana w Santiago de Chile i udaliśmy się na lotnisko. Przelot do Ekwadoru odbywał się trochę "na okrągło" z międzylądowaniem w stolicy Kolumbii Bogocie, po czym liniami Avianca leciałem do stolicy Ekwadoru Quito. Kolumbijski przewoźnik ma tylko jedna zaletę - można przewozić do 64 kg bagażu, natomiast cateringu podczas lotu nie było praktycznie żadnego. Lecąc z Bogaty do Quito nie dostałem nawet łyka wody, nie starczyło dla wszystkich pasażerów
Ecuador to po hiszpańsku równik. Ponieważ kraj leżący w zachodniej części Ameryki Południowej leży po obu stronach równika, prawdopodobnie tak został przez Hiszpanów nazwany.
Wieczorem wylądowaliśmy w Quito. Miasto bardzo mnie przygnębiło. Kontrast pomiędzy Argentyną i Chile a resztą Ameryki Płd jest olbrzymi - i o tym wiedziałem - jednak nie spodziewałem się takiej biedy. Złodziejstwo i rozbój są w Ekwadorze powszechne, z drugiej strony trudno się dziwić, gdy ludziom nie starcza na jedzenie. Zwiedzanie stolicy Ekwadoru zostawiamy na koniec wyprawy, tuż przed powrotem do Warszawy. Tego samego dnia wieczorem pojechaliśmy autobusem do kurortu Banos.
Pierwsze wrażenie z pobytu w Ekwadorze miałem dziwne. Choć nigdy nie byłem w kraju Fidela Castro, to nie mogę się powstrzymać przed stwierdzeniem, że jest tu jak na Kubie. Za dnia lepiej widać okolicę - jak pisałem Banos to takie Zakopane Ekwadoru, tyle że góry wokół miasta porośnięte są dżunglą, a nad nimi i miasteczkiem góruje wielki aktywny wulkan Tungurahua o wysokości 5.016 m. Miasteczko ma swój urok - są tu gorące źródła, jest kilka basenów. Ludzie nie wyglądają na tak bardzo ubogich, ale kontrasty i tak pozostają. Po pierwszej nocy spędzonej w Banos wyprowadzamy się z hotelu, w którym spaliśmy. Właściciel wciąż zakręcał ciepłą wodę, nie mogliśmy się wykąpać i wypucować brudnych górskich mundurków przed kolejnym "łojeniem".
Dalsze trzy dni spędziłem w Banos. Do naszej trójki miała dolecieć z Polski kolejna trójka wraz ze sprzętem potrzebnym do wspinaczki na pokryte lodowcami wulkany Cotopaxi i Chimborazo. Zaczynamy mieć ostro pod górę, koledzy nie dolecieli, a my bez potrzebnego szpeju nie mamy szans na wulkany. Pozostawało nam wynajęcie za grubą forsę podstawowego sprzętu na czas wspinaczki. Jest to kosztowne, a pogoda stabilna jak chyba nigdzie na świecie. Praktycznie non stop pada deszcz, a wszystko wokół tonie we mgle. Chodzę po obrzeżach miasta i robię fotografie Indianom. Coś nieprawdopodobnego - nagle po południu chmury rozsunęły się i wyszło słońce. Widziałem erupcję wulkanu Tungurahua, który wznosi się nad Banos. Wulkan ten jest aktywny, ma 5.016 m wysokości i bez maski nie da się na niego wejść, a przez moment miałem na to ochotę. Tyle tylko, że nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że muszę mieć maskę gazową.
Pogoda znowu się popsuła, zaczął padać deszcz, dodatkowo otrzymaliśmy wieści z agencji trekkingowej: Cotopaxi jest podobno nieźle zmrożone, by wejść na szczyt trzeba pokonać 300-metrowy odcinek w lodzie, o nachyleniu 45 stopni, praktycznie bez odpoczynku, natomiast na Chimborazo podobno lecą kamienie, jest mix lodu i śniegu, warunki ekstremalne. We trójkę robimy krótką naradę, co z tym fantem robić? Pogoda oczywiście bardziej stabilna niż na wyspach brytyjskich, wciąż deszcz i mgły. Z tego względu działalność w górach przesunęliśmy o trzy dni i zdecydowaliśmy się na poznanie uroków dżungli.
01.03.2005 wieczorem, po prawie trzech dniach i dwóch koszmarnych nocach przebywania w dżungli, znów jesteśmy w Banos. Z dżungli wróciłem mocno pogryziony, jak już ktoś kiedyś napisał - przebywanie w niej jest przyjemne przez pierwszą godzinę, bo podziwia się to, czego miniaturkę ma się w doniczkach w palmiarni, i przez ostatnią godzinę, gdy się to przeklęte miejsce opuszcza. Owady, zwłaszcza pająki, są przynajmniej kilka razy większe niż w naszym kraju, moskity gryzą namiętnie i nasze komary przy nich wydają się być niezauważalne, insekty są olbrzymie, więc chaszcze dżungli przemierza się z sercem w gardle. Jest tak wilgotno, że nic nie schnie, ciężko się oddycha parnym gęstym powietrzem. Przedzieranie się przez dżunglę jest wbrew wszystkiemu bardzo męczące - momentami brodzi się w ciekach wodnych po pas w wodzie, po kostki w błocie podchodzi się ostro pod górę, by za chwilę ze wzgórka schodzić w dół. Cóż, pierwszy i ostatni raz z własnej i nieprzymuszonej woli byłem w dżungli! Ale były też ciekawe miejsca. Miałem okazję zobaczyć indiańską wioskę Curi Huarmi, gdzie przyglądałem się jak młoda Indianka robi miseczki z gliny i naszyjniki z roślin, no i wygrałem konkurs strzelania z bambusowej rury zatrutymi strzałami. Później rwącą rzeką płynąłem kanu wraz z Edwinem - miejscowym Indianinem, który jest tam przewodnikiem. Byłem również nad wodospadem w dżungli i podziwiałem ze wzgórza zapadający nad dżunglą zmierzch - momentalnie robi się ciemno, jest dosłownie chwila na zrobienie fot.
Powoli zaczęła mnie ta sytuacja denerwować. Od kilku dni nie robiliśmy nic związanego z działaniem w górach, tylko jedliśmy coraz więcej kurczaków z rożna, frytek, ryżu, sałatek, koktajli z owoców i popijaliśmy piwo. W Ekwadorze zaczyna się już jesień, w Banos zrobiło się zimno - a może to mały szok po tej gorącej dżungli? Oczywiście stabilnie padał deszcz. Przyglądałem się pocztówkom, na których widnieje Cotopaxi i Chimborazo w słońcu i coraz częściej zadawałem sobie pytanie, czy to możliwe by w tym kraju była słoneczna pogoda?
Postanowiliśmy, że koniec z czekaniem na to, co niemożliwe, że trzeba atakować Cotopaxi w tą wyjątkowo stabilną ekwadorską pogodę. Stwierdziliśmy, że odpowiednio zaaklimatyzowaliśmy się już do panujących w tym kraju warunków atmosferycznych.
05.03.2005 przybywamy do Parku Narodowego Cotopaxi, płacąc za wstęp do niego po 10 dolarów. Podeszliśmy do schroniska, z którego atakuje się ten czynny wulkan. Mamy różne zdania na temat prowadzenia akcji górskiej, więc się rozdzielamy i ustalamy, że spotkamy się w Riobambie. Głęboko wierzę, że złoję ten aktywny wulkan.
07.03.2005 wystartowałem ze schroniska o 2.00 w nocy. Szło mi się bardzo dobrze. Po około 2 godzinach pozostałem w ścianie sam. Dopiero zaczynały się trudności. Przewodnicy ekwadorscy oszukują klientów, ponieważ zupełnie nie przygotowanych, bez aklimatyzacji prowadzą w ścianę, by w miejscu gdzie zaczynają się trudności oznajmić im, że warunki są na tyle ciężkie, że trzeba zawrócić. Do tego momentu - a jest to wysokość 5.300 m. - wydeptana jest ścieżka. Kawałek dalej rozpoczyna się około 300-metrowe lodowe podejście o nachyleniu około 45 stopni. Jest mordercze, ale przeszedłem je właściwie bez odpoczynku, dwa razy przystanąłem na kilka głębszych wdechów. To już jest poważne lodowe przejście. Szło mi się wyśmienicie i choć widoczność była na 10-20 metrów i padał drobny śnieg, widząc jak szybko pokonuję wysokość byłem pewny, że wejdę na szczyt. Zastanawiałem się nawet, jak zrobię sobie tam fotę. Dotarłem na około 80-100 metrów pod szczyt. Od pewnego czasu czuć było wyziewy aktywnego wulkanu, ale dało się wytrzymać. Wiatr wiał mi w plecy i cały czas mniej lub bardziej padał śnieg. W kopule podszczytowej ujrzałem olbrzymią szczelinę, o której wiedziałem, że jest. Niestety - drabina, po której można było ją pokonać, bezwładnie wisiała w jej otchłani zawieszona w głębi szczeliny na śnieżnym mostku. Z pół minuty oglądałem ją, kierując się w lewą stronę, by znaleźć dogodne przejście. Nagle zmienił się wiatr i wyziewy z czynnego krateru opadły na mnie gęstą chmurą. Myślałem, że tego nie przeżyję. Wymiotowałem z twarzą w śniegu. Oczy wychodziły mi na wierzch. Odwróciłem się na brzuch i zacząłem zjeżdżać w dół hamując czekanem. Po jakiś 60-80 metrach mogłem wreszcie złapać trochę tlenu w płuca. Jak pijany wycofywałem się w dół. Jeszcze 20 minut wcześniej byłem pewny, że szczyt będzie mój, czułem się wyśmienicie, teraz walczyłem o życie! Okropnie bolały mnie płuca, z nosa leciała krew. Strasznie kręciło mi się w głowie. Powoli schodziłem w dół, aż do momentu, gdzie zaczynał się lodowy odcinek ściany o nachyleniu 45 stopni. Długo przed nim odpoczywałem, wypijając całą zawartość termosu. Dosyć sprawnie go przeszedłem, choć bałem się, że zlecę - zęby raków ledwo wbijały się w lód. Kosztowało mnie to sporo siły, ale wyszedłem w bezpieczne pole, po którym droga do schroniska stała otworem.
W schronisku spędziłem dwie doby. Zastanawiałem się nad zostaniem na trzecią, jednak była mała grupa amerykanów z przewodnikiem ekwadorskim. Około 1 godziny drogi poniżej schroniska jest parking, a z niego jest ponad 20-30 km bitą drogą do najbliższej asfaltowej drogi, na której jest jakiś ruch. Pogadałem z amerykanami, czy mają może jedno wolne miejsce i czy mógłbym się z nimi zabrać do asfaltowej drogi. Powiedzieli, że nie ma problemu i będzie to kosztować 10 dolców. Ucieszyłem się, bo nie chciałem spędzać kolejnej nocy w zimnym schronisku. Jedzenie też mi się kończyło. Choć byłem bardzo zmęczony, postanowiłem z nimi zjechać, by poszukać jakiegoś hotelu na dole. Mieli lekkie plecaki, więc schodzili trochę szybciej. Gdy dotarłem do parkingu, wszyscy siedzieli w samochodzie spakowani. Zatrąbili i jeden z amerykanów wychylił się i pokazał mi fuck'a, po czym śmiejąc się odjechali. To był ostatni samochód tego dnia.
Nie miałem siły podchodzić do schroniska. Postanowiłem schodzić w dół, czekając do rana na jakiś nowy samochód. To była koszmarna noc. Nie miałem co pić, nie miałem namiotu, tylko śpiwór. Bałem się, że mnie coś ukąsi i głupio zginę. Dostałem jakiejś schizy od zmęczenia, bo siadałem na plecaku i tępo rozglądałem się wokoło. Wydawało mi się, że wszędzie są skorpiony, wielkie pająki z dżungli i sam nie wiem, co jeszcze, i że mogą mnie ukąsić. Jak zaczynało mi być zimno to szedłem by się rozgrzać. Tak dotrwałem do rana. Do góry jechały jepy z potencjalnymi zdobywcami Cotopaxi. Wiedziałem, że będą wracać. Pierwszego, który wracał, zatrzymałem. Dałem 15 dolców i zawiózł mnie do cywilizacji. Stamtąd pojechałem do Riobamby do chłopaków.
Spałem z 12 godzin, doszedłem trochę do siebie. Z jednej strony byłem wściekły, że coś takiego mnie spotkało, z drugiej mogłem winić siebie, że nie miałem ze sobą maski gazowej. Ta bezmyślność skończyła się tym, że wejście na wulkan przeszło mi obok przysłowiowego nosa i nie wiadomo, czy kiedyś będę miał szansę to wejście powtórzyć? Następnego dnia wraz z kolegami wspólnie pojechaliśmy pod kolejny wulkan - Chimborazo. To miał być udany finisz naszej działalności w górach na tej wyprawie, ale tak wyobrażaliśmy to sobie zanim pojawiliśmy się w Ekwadorze. Pogoda oczywiście w żaden sposób nie zawodzi w tym kraju. Deszcz i mgła. Weszliśmy na ponad 5.000 m. do wysuniętego schroniska. Od tygodnia nikt nawet nie próbował iść w górę, wokół panowała zadymka śnieżna. Pamiętam powiedziałem, że to jakiś koszmar. Patrzyliśmy na siebie i na to, co działo się za oknem schroniska i jeszcze tego samego dnia zjechaliśmy na dół do Riobamby. Następnego dnia oddaliśmy wypożyczony sprzęt i wraz z dwiema poznanymi Holenderkami pojechaliśmy zwiedzać Ekwador. Z wulkanami i chodzeniem po górach tego deszczowego kraju pożegnaliśmy się na dobre.
Najpierw pojechaliśmy do miasta Cuenca na południu Ekwadoru. W przewodniku przeczytaliśmy, że to trzecie co do wielkości miasto jest jednym z najładniejszych w kraju położonym po dwóch stronach równika. Przechadzając się po Cuenca najbardziej podobało się nam picie chilijskiego wina, samo miasto raczej nie.
Rozczarowała nas także pobliska forteca w wiosce Ingapirca. Jest to najlepiej zachowany inkaski zabytek na terenie Ekwadoru, wzniesiony tą samą techniką (gładzony kamień bez zaprawy), którą Inkowie stosowali w Peru. Jednak wątpię, czy można porównywać zabytki Peru i Ekwadoru, Machu Picchu z Ingapirca?
10 godzin jazdy autobusem na północ i wróciliśmy do Quito. Stolica Ekwadoru to druga, po La Paz w Boliwii, najwyżej położona stolica świata. Leży ona na wysokości 2.850 m., w odległości zaledwie 22 km od równika, w ogromnej dolinie pomiędzy górami. Podobno w pogodne dni widać ośnieżone wulkany, tylko pytanie ile takich dni w roku jest? Oczywiście nie chciałem być złośliwy, rozumiem, że nie można narzekać na wyjątkowo stabilną pogodę w okolicach równika. Najstarsza część Quito ma oryginalny charakter i zwłaszcza nocą wyglądała naprawdę ładnie. Było jednak niebezpiecznie i naprawdę uważałem, by nie zostać okradzionym, lub potraktowanym jeszcze gorzej.
Na dwa dni udaliśmy się nad Pacyfik. Ostatnie chwile w Ekwadorze spędzaliśmy w sympatycznym kurorcie Atacama, zamiast w górach. Nad oceanem było parno, duszno i gorąco, woda miała 30 stopni ciepła i była bardzo słona. Można topić się na zmianę w słońcu i w wodzie, zajadać pysznymi smażonymi rybami i owocami morza w sosie cytrynowo-pomidorowym. Tak też robiliśmy, bo koniec wyprawy zbliżał się wielkimi krokami.
15.03.2005 w południe wylądowaliśmy na Okęciu w Warszawie. Przelot ze stolicy Ekwadoru i 5 godzin oczekiwania w Amsterdamie, zajął w sumie 18 godzin. Na zakończenie mojej wyprawy ANDY' 2005 W KRAINIE KONDORÓW linie lotnicze KLM ufundowały mi specjalną nagrodę - zgubiono mi czekan oraz zniszczono plecak. Poza tym warszawskie Okęcie przywitało nas śniegiem, choć za sześć dni ma być pierwszy dzień wiosny.
Więcej informacji na stronie autora www.wyprawyroberta.republika.plarchiwum
