Zaraz po śniadaniu wybraliśmy się do sklepu, by zaopatrzyć się w prowiant na cały dzień. Mając w planach wspinaczkę na najwyższą górę w Wielkiej Brytanii nie mogliśmy iść z pustym plecakiem.

Po zakupach podjechaliśmy do centrum turystycznego przy Achintee, gdzie zaczyna się szlak prowadzący na mierzący 1344 m szczyt Ben Nevis. Nie jesteśmy lekkomyślnymi lekkoduchami, więc najpierw zajrzeliśmy do centrum. Będąc tu po raz pierwszy woleliśmy zasięgnąć przed wspinaczką języka. Dowiedzieć się o warunki, trasę, jej długość i przybliżony czas wspinaczki. Gdy zapytaliśmy o trasę na górę, pani zza lady spojrzała na nas i zapytała z przestrachem w głosie:
- Państwo chcą tam iść teraz?
- Oczywiście.
- W takich strojach?
Ponieważ była ładna pogoda, cieplutko, ubrani byliśmy w szorty i koszulki. Na nogach jeszcze mieliśmy sandały. Nic dziwnego, że się przestraszyła. Uśmiechnęliśmy się do siebie i do pani za ladą.
- Oczywiście, że nie. Mamy zamiar się przebrać. Na razie pytamy o drogę i warunki, jakie panują wyżej.
Kobiecie od razu ulżyło. Udzieliła nam odpowiedzi na nasze pytania. Trochę postraszyła niską temperaturą (na szczycie przewidziane góra +8oC), trudnym szlakiem i masą niebezpieczeństw. Zapytaliśmy o przeciętny czas wyprawy. Dowiedzieliśmy się, że wejście razem z zejściem zajmuje przeciętnie 6 do 8 godzin. Dla nas w sam raz.
Wyszliśmy z budynku centrum i poszli do auta zapakować plecaki i zmienić buty, na bardziej stosowne na taką wyprawę.
By dotrzeć do początku szlaku musieliśmy przejść przez drewniany mostek nad rzeką Nevis. Przy wejściu na most znajdował się stos pustych, nowiutkich plastikowych reklamówek. I afisz, zapraszający do wzięcia tych reklamówek jako worków na odpadki. Cel prosty i szczytny - nie zaśmiecajmy szlaku, zabierajmy nasze śmieci ze sobą. Nam nie trzeba było tego wyjaśniać, bo my zawsze mamy ze sobą jakieś woreczki, na wypadek, gdyby w pobliżu nie było kosza na śmieci. Nie każdy jednak o tym sam pomyśli i ten pomysł z reklamówkami bardzo nam się spodobał. Gdyby i u nas tak zrobić, to może na naszych szlakach turystycznych byłoby mniej papierków po batonach i innych śmieci. O ileż przyjemniej się wędruje, gdy wkoło jest tylko to, co natura stworzyła.
Na szlak wiodły zwykłe tu, a dla mnie wciąż przedziwne, drewniane schody nad ogrodzeniem, wytyczającym granice pastwisk. Byliśmy jednak dopiero u stóp góry i na razie teren ledwie-ledwie się wznosił. Pogoda nam dopisała, pięknie świeciło słońce i było ciepło. Byliśmy pełni radości i energii. Mogliśmy idąc zerknąć jeszcze do otrzymanego z centrum mini-przewodnika z informacjami o Ben Nevis. Zaciekawiła nas nazwa tej góry. Jak wszystko w Szkocji nazwa ta pochodzi z języka celtyckiego, ale jak się dowiedzieliśmy jej geneza nie jest do końca jasna. Celtycka forma nazwy góry Beinn Nimheis bywała łączona z różnymi celtyckimi i irlandzkimi słowami, włącznie z "neamhaise", co znaczy "straszny" i "nimheil", co znaczy "trujacy. Tak, czy owak większość sugerowanych znaczeń ma mroczny, zabójczy charakter. Zresztą, jak głosi wywieszone w centrum turystycznym ostrzeżenie, góra, niby pogański bóg, co roku domaga się ofiar i co roku ginie na niej kilka osób. Oczywiście dotyczy to tych uprawiających wspinaczkę na północnych, stromych stokach. Chociaż, jak się przekonaliśmy kilka godzin później, nieostrożny turysta może życie stracić także idąc trasą turystyczną, na której my postawiliśmy pierwsze kroki.
Masyw Ben Nevis zbudowany jest ze skał reprezentujących łańcuch kaledoński, jaki kiedyś rozciągał się od Skandynawii, przez północną część Brytanii do wschodniej części Ameryki Północnej. Niegdyś musiało to przypominać dzisiejsze Andy, ale przez miliony lat zostało zniszczone przez erozję i rozdzielone rozsuwającymi się kontynentami. Masę góry formuje w zasadzie granit, jednakże górna część i sam szczyt pokrywa czop skał magmowych. Zazwyczaj te dwa rodzaje skał nie występują razem, jednak ich sąsiedztwo można wytłumaczyć zjawiskiem osiadania, które miało miejsce w czasie formowania granitu. Osiadanie Ben Nevis był złożone i przebiegało etapami. Jego wynikiem jest nie tylko szczyt zbudowany z lawy, ale też dwa rodzaje granitu, nazwane zewnętrznym i wewnętrznym (bo jak dwa pierścienie otaczają rdzeń góry). Oba rodzaje granitu różnią się od siebie grubością ziaren kryształów, które w granicie zewnętrznym są większe.
Właśnie latem, gdy szczytu nie pokrywa śnieg, można zaobserwować te wszystkie typy skał w czasie wspinaczki trasą turystyczną, wychodzącą z Achintee. A właśnie był sierpień, pełnia lata i piękna pogoda. Mogliśmy poobserwować.
Gdy zaczęliśmy pomału wspinać się, nie od razu spostrzegliśmy różnicę pomiędzy podłożem. Niższe partie, tak jak dolina, pokrywają połacie traw i wrzosowiska. Jednak tu i ówdzie wystawały nagie skały, a trasa, którą przemierzaliśmy, zbudowana była z olbrzymich głazów, ułożonych niby stopnie potężnych schodów.
Wspinaliśmy się więc po tych stopniach coraz wyżej i wyżej, a słońce i wysiłek powodowały, że robiło mi się coraz goręcej i miałam ochotę coraz bardziej się rozbierać. Wraz z wysokością zaczęła pomału znikać też bujna roślinność. Zaczęły pojawiać się gatunki niskie i wyściełające. Pomału zbliżaliśmy się do małego jeziorka, zwanego Lochan Meall an t-Suidhe. Mogliśmy zauważyć pewne zmiany w otoczeniu. Nawet szlak, którym podążaliśmy, zmienił się. Już nie było kamiennych schodów, ale ścieżka wysypana większymi i mniejszymi kamieniami. Pomiędzy nimi zaczynało się robić wilgotno. I chociaż na mapie istnieje jeden strumień, Red Burn, to tutaj w terenie wydawało się, że strumyków jest znacznie więcej. A właśnie tu, przy przekraczaniu Red Burn, można najlepiej zaobserwować wewnętrzny granit. Od tego też miejsca zaczęło mi się powoli robić chłodno. Po kilku kolejnych krokach zdecydowałam się założyć bluzę. Nogi miałam wciąż rozgrzane marszem, przecież to one najwięcej pracowały. Jacek się jeszcze nie ubierał, to ja jestem zmarzluchem w tej naszej dwuosobowej drużynie.
Nie przypuszczałam wcześniej, że może na tej trasie panować tak duży ruch. Ludzi tyle, co w sobotę w pasażach centrum handlowego. Co chwila ktoś wyprzedzał nas, lub my wyprzedzaliśmy kogoś. W wyższych partiach ciągle wymijaliśmy się z ludźmi, którzy już wracali na dół. Momentami, w węższych miejscach, gdy ktoś szedł wolniej tworzyły się zatory. Ale wszyscy cierpliwie czekali na swoją kolej i wyprzedzali wolniejszych w miejscach, gdzie ścieżka się poszerzała.
Trasa, którą wyściełały coraz mniejsze kamyki, zaczęła wspinać się na szczyt serią wielkich zygzaków. Na dole wciąż świeciło słońce, a my zaczynaliśmy mieć głowy w chmurach. W pewnym momencie przeleciał koło nas samolot. Tak, tu nie ma błędu - byliśmy już na takiej wysokości, że samolot mieliśmy na wysokości naszych głów.
Wkroczyliśmy na czop skal magmowych, pokrywających szczyt. Ścieżka zaczęła się nieznacznie wypłaszczać, wchodząc na niczym się nie wyróżniający teren płaskowyżu. Tutaj grunt pokryty jest strzaskanymi kawałkami lawy, zawierającymi materiał, który został wyrzucony w powietrze w czasie największej aktywności wulkanicznej. Kilka zaledwie metrów w lewo od ścieżki znajdują się szczyty dwóch głębokich żlebów w urwistej ścianie zbocza. Słaba widoczność, trochę nieuwagi i zboczenie z trasy i nieszczęście gotowe. Gdy spojrzałam w dół, ciarki przeszły mi po plecach. I tak nie zobaczyliśmy wszystkiego, bo zbierające się i gęstniejące chmury, nie pozwoliły na dokładne dojrzenie niczego gdzieś dalej. Zrobiło się już całkiem zimno. Postanowiliśmy jednak dotrzeć na sam szczyt i dopiero tam się ubierać.
Gdy w końcu osiągnęliśmy szczyt, zamiast podziwiać, usiedliśmy na stercie kamieni i wyjęliśmy z plecaka ubrania. Dopięliśmy nogawki do spodni, założyli kurtki i od razu zrobiło nam się lepiej. Od razu postanowiliśmy pokrzepić się nieco, bo przez całą drogę na górę nic nie jedliśmy. Jedynie popijaliśmy nieco wody. Po posiłku mogliśmy zacząć się naprawdę cieszyć i napawać wysokością 1344 m. Z jednej strony bujaliśmy w obłokach i to dosłownie, ale z drugiej te właśnie obłoki nie pozwalały na podziwianie dalekich widoków.
Moment spędziliśmy na odczytaniu tabliczek z nazwiskami, tych, dla których góra nie była łaskawa.
Nie było co robić na szczycie zbyt długo, więc wróciliśmy na ścieżkę zdążając w powrotną drogę. Na początku działo się to, czego się obawiałam idąc w górę. Drobne kamyki, nawet żwir, powodowały, że jechało się na nich jak na wrotkach. Nie jest to zbyt miłe uczucie, gdy do płaskiego gruntu jest ponad kilometr wysokości. Udało nam się jakoś jednak dotrzeć do olbrzymich kamiennych schodów. Tamtędy schodziło się o wiele wygodniej.
Powyższy tekst pochodzi z moich wspomnień z wyprawy do Wielkiej Brytanii w sierpniu 2001r.
