Czyli kilka wspomnień z podróży autostopem po krainie Don Quijota. 38 dni w drodze, 8 000 km, ludzie i przestrzeń.

Podróżowanie autostopem jest nieporównywalne z jakimkolwiek innym rodzajem turystyki i to z wielu względów. Po pierwsze wymaga zaangażowania i zdania się na własne siły. W dzisiejszych czasach coraz popularniejsza staje się tendencja do intensywnego poznawania świata tzn. bez względu na koszty ludzie pragną zobaczyć jak najwięcej. Zamiast odpoczynku po codziennym pośpiechu i pracy, otrzymują czas wypełniony do granic możliwości zabytkami, muzeami, restauracjami i pięknem parków narodowych, gdzie na każdym kroku natrafia się na setki podobnych turystów. Tak więc chcąc podróżować autostopem trzeba wyzbyć się przynajmniej części tych atrakcji i być przygotowanym na spędzenie wielu godzin w nieciekawych miejscach gdzieś przy drodze.
Po drugie, jazda "stopem" stwarza możliwość poznania nowych ludzi. Kierowca, który zatrzymuje się dla człowieka machającego ręką nie jest zwykłym osobą. On chce nam bezinteresownie pomóc podwożąc nawet te kilka kilometrów. Jego otwartość stwarza niesamowitą więź pomiędzy pasażerem a kierowcą. W efekcie obie strony dzielą się cząstką swojego życia nie oczekując niczego w zamian, po za rozmową i uśmiechem na pożegnanie. I to jest chyba najważniejsze w dzisiejszym świecie gdzie ludziom wydaje się, że za pieniądze można zdobyć prawie wszystko.
Po trzecie, spotkania z ludźmi sprzyjają poznaniu zwykłego życia w danym regionie. Nierzadko taka podróż kończy się zaproszeniem do domu na posiłek czy pokazaniem najciekawszych miejsc w okolicy, do których nie ma szans dotrzeć turysta z biura podróży.
Latem 1998 roku wybrałem się w podróż autostopem do Hiszpanii. Zamierzałem spędzić półtora miesiąca za 150 USD omijając wszelkie duże miasta i znane ośrodki turystyczne. Moje marzenie zrealizowałem, w podróży byłem 38 dni z czego 28 na terenie Hiszpanii. Aby oddać duch tej podróży pozwolę sobie przytoczyć kilka fragmentów z dziennika, który prowadziłem podczas tego wyjazdu.
Słońce ma się ku horyzontowi, ja zczerpuję złoty płyn z jego skroni. Przyglądam się ludziom, wędruje zagmatwany w wąskie, brukowane uliczki. Pocieszające w ich zaniedbaniu jest to, że balkony przyozdobione są kwiatami. Dobrze się czuje wchłaniając specyficzną atmosferę tego miejsca...
2.VIII. Graus
Hiszpania kojarzy się z kilkoma miejscami znanymi z telewizji czy gazet. Costa Brava, Barcelona, Cordoba to miejsca odwiedzane prawie przez każdego turystę. Oczywiście nie można odmówić im piękna i uroku, wspaniałych zabytków, ale gdy w około trudno znaleźć spokój, gdy każdy widzi w odwiedzającym tylko potencjalnego klienta i gdy częściej spotyka się obcokrajowców niż miejscowych to trudno oprzeć się wrażeniu, iż czegoś brak, coś jest nie tak. Można podróżować dla piękna krajobrazu, dla zwiedzenia zabytków czy muzeów, ale po pewnym czasie wszystko zamazuje się w tyglu pamięci. Gdy zabraknie miejsca dla ludzi, takich zwykłych mieszkańców miast i wiosek, podróż jest tylko obrazem pozbawionym tego najważniejszego elementu. Wystarczy bardzo niewiele, choćby krótka rozmowa... było to gdzieś za EL Campillo może 3 może 5 km, miejscem którego nie ma na mapie. Zmęczenie i przede wszystkim słońce, bezlitosne... Idąc wzdłuż drogi postanowiłem łapać stopa do pierwszej wioski. Jeden samochód, drugi... Jadę. Trochę się zdziwiłem, samochód sportowy, trzy osoby w środku i do tego jeszcze ja z plecakiem. Od słowa do słowa i ... obiad, wino, prysznic, wypad do lasu, przejazd do Albaracin, spacer, knajpa, wymiana adresów, pożegnanie... Nim się zorientowałem minął dzień.
7.VII. Albaracin
Hiszpania to kraj, w którym na przestrzeni wieków starło się wiele kultur. Począwszy od ekspansji rzymskiej jeszcze przed naszą erą przez Maurów, którzy opanowali znaczną część półwyspu na blisko 800 lat, Cyganów i oczywiście samych rdzennych Hiszpanów na czele z legendarnymi rodami konkwistadorów. Znajduje to swoje odzwierciedlenie zarówno w architekturze jak i obyczajach. Takiego bogactwa i różnorodności nie powstydziłby się żaden kraj...
Długo zastanawiałem się, czy odwiedzić teatr i amfiteatr w Merida. Koszt wizyty to blisko połowa moich obecnych zasobów finansowych . Być w Merida i nie widzieć takich ruin rzymskich to po prostu duża strata. Raz się żyje więc kupiłem bilet za 5 dolarów. W kieszeni pozostało mi 6 dolarów w pesetach, 30 franków, 10 marek i ze 3 tysiące kilometrów do Polski. Na szczęście w plecaku mam mały zapas wina i kilka puszek tuńczyka...
...ależ to niesamowite, siedzę na kamiennych schodach wpatrując się w igraszki światła kończącego się dnia. Potężne kamienne kolumny sceny teatru mienią się promieniami zachodzącego słońca, aż trudno uwierzyć że wybudowano go 15 lat przed narodzeniem Chrystusa i że może pomieścić 6000 osób. Snując się kamiennymi korytarzami wśród podniszczonych posągów i przewróconych kolumn przypomniało mi się stare powiedzenie greckie (?) "in vino veritas". Zamiast butelki puchar wina, zamiast spodni i koszuli kawałek luźnego materiału. Pozostawiłbym tylko moje sandały...
Amfiteatr to istny kolos. Pani przy wejściu powiedziała mi że mógł on pomieścić 15 tysięcy osób. Dziwnie się czuję gdy przypomnę sobie, że stadion piłkarski w Pruszkowie mieści ich 8 tysięcy...
Spokojnie wtapiałem się w atmosferę przemierzając scenę amfiteatru gdy pojawiła się okrutna pani z gwizdkiem oznajmiającym zamknięcie bram. Trzy godziny to stanowczo za mało by poczuć czas okolic początków naszej ery. Na szczęście w samym mieście jest również kilka interesujących miejsc. Wśród przeważającej XIX i XX wiecznej architektury można znaleźć ocalałe fragmenty willi rzymskich, świątyni Diany, Forum, doskonale zachowanego mostu z 25 r. p.n.e. i niezwykłych akweduktów o długości 5 km. Fragmenty jednego z nich wyrastają wśród współczesnych bloków, które niewiele się różnią od naszego Ursynowa. Idziesz i na lewo blok, na prawo blok, tu plac zabaw, piaskownica a nieopodal z kupy krzaków wyrasta kamienny łuk na wysokość kilku metrów.
Do późna siedziałem na moście obserwując niesłabnące życie. Ludzi wędrujących na kawę lub na kieliszek wina i na wieczorny posiłek do swych domów. Około 23-ciej ruszyłem za miasto w poszukiwaniu spokojnego miejsca na sen. Noc spędziłem w gaju oliwnym jakieś 5 kilometrów za miastem.
18.VIII. Merida
W upalne niedzielne przedpołudnie wędrowałem po plątaninie stromych, wąskich uliczek starej części Fragi. Gdy nadszedł czas sjesty wspiąłem się na boczną drogę do Maialis położoną ponad miastem. W palącym słońcu stałem już około dwóch godzin. W tym czasie przejechało nie więcej niż pięć samochodów. W końcu pojawił się wolno sunący stary ford. Wewnątrz dwóch potomków Maurów - Arabów, którzy przez blisko 800 lat zajmowali znaczną część Półwyspu Iberyjskiego.
Jadę. Próbuję nawiązać rozmowę ale trudno jest przebić się przez potwornie głośną muzykę arabską. Kierowca mimo że krzyczę mu prawie w ucho wciąż ma ten sam nijaki wyraz twarzy. W końcu powiedział jakieś zdanie w jakimś języku. Na pewno nie był to hiszpański. Jego kolega widząc moje wysiłki powiedział żebym się nie martwił, bo jedziemy w tym samym kierunku. Na tym skończyła się nasza rozmowa. Nie pozostało mi nic innego jak oddać się muzyce i obserwować wolno sunący krajobraz za oknem. Tak dotarliśmy na rozstaje dróg tuż przed Seros gdzie opuściłem moich nowych znajomych.
Skrzyżowanie bocznych dróg okazało się bardzo miłym miejscem gdzie poza wiatrem, półpustynnym krajobrazem, jednym pasterzem owiec i pobliskimi domami nie było wiele więcej, a na pewno już nie przejeżdżających samochodów. Nie wiem ile czasu tam stałem. W pewnym momencie z najbliższego domu wyszedł jakiś gość wyglądający również na potomka Maurów, wsiadł do samochodu i podjechał do mnie, otworzył drzwi, powiedział żebym wsiadał nie pytając nawet dokąd jadę. Okazało się, że mieszkał w pokoju z jednym oknem które wychodziło akurat na skrzyżowanie dróg i po prostu już nie mógł ścierpieć mojego widoku. Była niedziela, on miał samochód i czas, więc postanowił podwieźć mnie do następnej wioski.
4.VIII. Prat de Comte
Wszystko zaczęło się od suszenia mokrych spodni i śpiwora po najgorszej jak dotychczas nocy na tym wyjeździe. A było to tak.
Do Cienci przyjechałem już po zmierzchu. Nie bardzo wiedziałem gdzie szukać noclegu więc ruszyłem nad Rio Jucar. Nad horyzontem dały się zauważyć błyskawice. Burza zbliżała się szybko, nim zdążyłem rozbić namiot już lał deszcz i wiał porywisty wiatr. W efekcie przemoczyłem cały mój dobytek a do tego porządnie się ubłociłem.
Następnego dnia o świcie udałem się do centrum. Tradycyjnie dzień zacząłem od śniadania w parku. Tu też rozłożyłem rzeczy do suszenia, a część uprałem korzystając z pompy.
Czekając aż przeschną poleżałem na ławce, umyłem włosy, wypiłem herbatę, kawę napisałem kartkę do znajomych, znowu napiłem się herbaty i niepostrzeżenie zbliżyło się popołudnie.
Powoli zacząłem zbierać rzeczy i pakować je do plecaka gdy pojawiła się rodzina cyganów: dwie kobiety, trzech mężczyzn i czwórka dzieci, choć tego nie jestem pewien. Zasiedli na ławce nieopodal, jedli kanapki popijając piwem. W pewnym momencie jeden z mężczyzn podszedł do mnie i zaprosił na piwo. Nie odmówiłem i zabrawszy paczkę ciastek przysiadłem się do nich. Dostałem butelkę piwa i tak rozpoczęliśmy popołudnie. Podczas rozmowy o Polsce i losie Cyganów na świecie, zabrakło złotego płynu. Gospodarze natychmiast rzucili hasło wyruszenia na zakupy. Pojechaliśmy starym samochodem, nawet nie wiem jakiej marki, do centrum. Tu kupiliśmy, a właściwie to oni kupili piwo i nawet nie chcieli słyszeć o tym żebym ja dorzucił trochę pieniędzy, bo przecież jestem gościem. Zakupy były dość obfite i zapowiadały długą posiadówę w parku.
Tak też się stało. Kolejne kilka godzin spędziliśmy rozmawiając o wszystkim i o niczym. Gdy wieczór zbliżył się nieuchronnie, wyczerpaniu uległy zapasy napojów i jedzenia. Po krótkiej dyskusji postanowiliśmy pojechać do sklepu po zaopatrzenie. Tym razem kupiliśmy whisky i trochę jedzenia. Wracając do parku przystanęliśmy przy jednej z rozwalających się kamienic. Tu panowie z poważnymi minami zginęli na pięć minut. Jak potem się okazało była to melina gdzie można kupić kokę.
Po powrocie do parku było już ciemno. Zrobiliśmy kolację i wtedy zaczęły się śpiewy. Pierwszy raz w życiu słyszałem cygańskie flamenco, bez akompaniamentu tylko przy rytmie wybijanym dłońmi. Pusty park, kilka latarni i przepiękne głosy niesione upalną nocą w daleką przestrzeń, i ten dziwny taniec...
Rozstaliśmy się około piątej nad ranem. Oni powrócili do swych domów, ja udałem się na pobliską górę gdzie w spokoju mogłem spać przez pół dnia nie niepokojony przez nikogo.
12.VIII. Cuenca
Jak się potoczył dzień? Jestem umyty, uprałem wszystko co tylko było można w pralce! Przygotowuję się do snu w łóżku w czystej i świeżej pościeli. Znowu miałem szczęście i spotkałem wspaniałego człowieka. Sytuacja była dość śmieszna ponieważ kilka stopów wcześniej zabrał mnie facet kochający inaczej i przez całą drogę robił niedwuznaczne propozycje zapraszając do siebie do domu na małe szaleństwo. Musiałem mu dość sugestywnie wytłumaczyć że nie mam ochoty. I tu nagle człowiek, który znowu zaprasza mnie do domu zaledwie po kilku minutach jazdy. Pomyślałem sobie, że to chyba jakiś pechowy dzień i z początku odmówiłem. Zastanowiłem się nad tym trochę i stwierdziłem, że jeśli nie potrafię ufać ludziom to cała ta podróż jest na marne. Zgodziłem się. Dopiero wtedy powiedział mi, że jest księdzem...
22.VIII. Munico
Z Figures ruszyłem piechotą w stronę wybrzeża. Chciałem dojść za miasto i zacząć łapać stopa. Nie uszedłem jednak dalej niż dwa kilometry gdy tuż przy mnie zatrzymał się biały Golf. W środku para młodych ludzi. Spytali się czy nie idę na wybrzeże, bo oni właśnie tam jadą i mogą mnie podwieźć. Nie zastanawiając się wsiadłem choć nie wiedziałem, w które miejsce wybrzeża się udają. Chłopak okazał się Niemcem, który przyjechał na wakacje a ona Hiszpanką również na wakacjach. Dojechaliśmy do Cadaques. Niemca zostawiliśmy tuż przed miastem a sami pojechaliśmy do centrum. Dziewczyna spytała się mnie czy nie jestem złodziejem lub zboczeńcem. Gdy odpowiedziałem negatywnie zaprosiła mnie do maleńkiego pokoiku, który wynajmowała w pobliżu plaży. Noc spędziłem na podłodze obok jej łóżka...
26.VIII.Cadaques
Podróżowanie po Hiszpanii autostopem nie jest rzeczą prostą szczególnie gdy ma się mało czasu. Przejechanie pomiędzy Madrytem a Barceloną po autostradzie graniczy z cudem, również poruszanie się po innych drogach szybkiego ruchu w Hiszpanii jest delikatnie mówiąc trudne. To jest podstawowa różnica pomiędzy innymi krajami Europy, gdzie sytuacja jest odwrotna tzn. łatwiej złapać okazję na stacjach benzynowych przy autostradzie niż na bocznych drogach.
Chcąc poznać ten kraj za "dziękuję" trzeba z góry założyć poruszanie się pomiędzy wioskami drugorzędnymi szlakami komunikacyjnymi. Podróżowanie od wsi do wsi, od miasteczka do miasteczka posiada swój niesamowity urok. Nawet w najmniejszych wioskach bez trudu można znaleźć stare, rozwalające się kościoły, pozostałości jakiegoś zamku, jakąś wieżę. Budowle te w przeważającej większości mocno podniszczone tworzą niepowtarzalną atmosferę. Mieszkańcy niewielkich osad są bardziej gościnni i otwarci na przybyszów niż obywatele wielkich miast, gdzie człowiek jest tylko jednym z tysięcy.
Niejednokrotnie zdarzyło mi się, że kierowcy zapraszali mnie na kawę, pokazywali najciekawsze fragmenty wioski, w której mieszkali lub wręcz zbaczali z trasy tylko po to by dowieźć mnie w jakieś interesujące miejsce. Jest to również doskonała okazja do osłuchania się z językiem. Codziennie trzeba szukać kontaktu, ciągle trzeba rozmawiać z kierowcami, przez cały dzień jest się otoczonym przez obcą mowę. Ludzie widząc, że próbuje się z nimi porozumieć w ich ojczystym języku zupełnie inaczej traktują przybyszów, starają się pomóc, są po prostu bardziej życzliwi.
Na zakończenie chcę jeszcze zachęcić wszystkich do poznania Hiszpanii od strony maleńkich wiosek i miasteczek, i przede wszystkim obcowania ze zwykłymi ludźmi. Oczywiście pełne poznanie nie jest możliwe, ale warto wybrać się w podróż do tego odległego kraju.
Chciałbym podziękować ludziom dzięki którym było możliwe zrealizowanie kolejnego etapu mojej "Podróży na Zachód", wszystkim dzięki którym przejechałem 8 tyięcy kilometrów autostopem i szczęśliwie wróciłem do domu.
