Przedłużajaca się piękna jesienna pogoda wyraźnie dawała do zrozumienia że coś trzeba zrobić. Musiało to być coś prostego organizacyjnie, by zdążyc przed zmianą pogody, ładnego i przyjemnego, tak jak ona. Na ekstrema przyjdzie czas gdy aura się zbiesi i samo wystawienie nosa ze Świbna będzie aktem wiary.

Mój wybór padł na Archipelag Blekinge okalający Karlskronę. Pomysł był następujący; zapakowane kajaki postawimy na kółka, wciągniemy na prom, a w Karskronie dojdziemy do najblizszego miejsca umożliwiającego wodowanie i w drogę. Po dwóch dniach pertraktacji ze Stena Line okazało sie że pięciometrowe kajaki nie zmieszczą się przez bramki odprawy pieszych i nie bedą mogły popłynąć jako bagaż (bezpłatnie). Nadanie ich na cargo byłoby bezsensownie drogie - bierzemy więc samochód. To podnosi koszty tylko nieznacznie (jeśli nie liczyć mandatu za złe parkowanie w Karlskronie).
Tak więc we wtorek po południu pakujemy kajaki na dach "Polo", szpeje do bagażnika i po pośpiesznych i jak zwykle zbyt obfitych zakupach spożywczych o 21.00 na pokładzie Stena Baltica opuszczamy Gdynię.
Pokrzepieni luksusowym snem na podłodze pomiędzy siedzeniami lotniczymi promu przed 09.00 jesteśmy w centrum Karlskrony. Miasteczko jeszcze śpi. Czekając aż się obudzi, jemy śniadanie na kamieniach pod latarnią morską Stumholmen. Towarzyszy nam stadko wróbli i wrona, która z odległości ok 2. metrów krytycznie ocenia nasze menu. W otwartym w międzyczasie biurze muzeum morskiego pytamy o możliwość zwodowania się z ich pomostu. Zwodować sie można, natomiast samochodu na ich terenie nie możemy zostawić. To przesądza sprawę na korzyść mariny miejskiej. Z informacji turystycznej wynika że głównymi atrakcjami archipelagu są pozostałości po marynarce wojennej, więc my jako zdeklarowani pacyfiści postanawiamy je zignorować i płynąć bez ustalonego planu, zdając sie na mapę, przyrodę i kaprys chwili.
Pomost wybrany przez nas do startu, zacieniony betonowy ponton, nasiąknięty nigdy nie wysychającą rosą i z niepasującą do obrazu ludzką kupą w kącie, okazał sie być jedym nieprzyjemnym miejscem w trakcie całej wycieczki. Ma to też swoje dobre strony, pakowanie kajaków i start odbywaja się nadzwyczaj sprawnie.
Obieramy kierunek wschodni i myszkując dookoła kolejnych wysp i skałek zagłębiamy się w Ostra Fjarden. Na wyspie Pottneholmen zatrzymujemy sie na małe conieco i spacer po jałowcowym zagajniku. Wszędzie sielsko i zielono. Napawamy sie urokiem miejsca Dalej nasza trasa wiedzie poprzez Kyrkfjarden. Mapa nie precyzuje jak są połączone wyspy V. Skallom i Sturko i nadziewamy sie na groblę. Objazd nie jest wielki i nie jest uciążliwszy od naszego normalnego kluczenia więc z przyjemnością nadkładamy trochę drogi.
Pogoda jest piękna. Płynę w cienkiej koszulce, nawet górną część pianki mam zwiniętą w pasie. Woda gładka jak lustro i nadspodziewanie przejżysta. Można obserwować podwodne łąki i obrośnięte morszczynem głazy. Przechodzimy pod mostem na Knarrhsund, i chwilę potem dostrzegamy zatokę z łączką na południowym końcu wyspy Gullo. Wymarzone miejsce na biwak. Do krawędzi trawy można podejść jak do pomostu. Lądowanie i rozpakowywanie kajaków przebiega wiec bardzo sprawnie. Obóz rozbijamy jednak nie na łączce, lecz w zagłębieniu na szczycie granitowego pagórka. Tak by złapać pierwsze poranne promienie słońca.
Rano gdy jeszcze siedzimy przy śniadaniu widzimy trzech kajakarzy płynących na południe Gasefjarden. Są to jedyni kajakarze i jedne z nielicznych widzianych przez nas łodzi. Zwijamy obóz i poprzez Gasefjarden, Yterrosund i Torhamnfjarden docieramy do miejscowości Torhamn. Tu robimy sobie małą przerwę. Rozleniwieni jesiennym słońcem z niechęcią myślimy o rozpakowywaniu kuchenki, a jednocześnie marzy się nam kubek dobrej kawy. No i jakoś tak się zdarza że zostajemy zaproszeni na lunch przez przemiłą autochtonkę i przez godznę dyskutujemy potem o podróżach do Chin i Brazyli, oraz o transbałtyckich i transatlantyckich różnicach kulturowych.
Płyniemy dalej. Bierzemy kurs na Langoren, osadę z trzema stałymi mieszkańcami i błądzimy jakiś czas po rozlewiskach pomiędzy nią i Ungskar, następną osadą, tym razem z 12 mieskańcami. Odkąd przeszliśmy Yterrosund zmienił sie charakter wysp, stały sie bardziej płaskie, pojawiają się trzciny i rozległe obszary płytkiej wody z rozsianymi wielkimi głazami. Woda staje się, jeśli to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej przejżysta i kilka razy widzimy pod kajakami spore ryby a raz nawet nurkującą kaczkę.
Pod koniec dnia docieramy do Stenshamn. Rozbijamy obóz w porciku i idziemy na spacer po sąsiedniej wyspie Utlangan.
Piątkowy poranek wita nas mgłą tak gęstą że nie widać główek portu. Na szczęście około 10. mgła się podnosi i możemy płynąć dalej. Pierwszą część dnia płyniemy wśród najbardziej zewnętrznych skałek na południu archipelagu. Podnosi sie lekki wiatr i od wshodu przychodzi trochę martwej fali, czyniąc wiosłowanie znacznie ciekawszym. Na lunch zatrzymujemy się na wschodnim wybrzeżu Sturko. Uroda obłych granitowych skał z różnokolorowymi grzywami brzozowych i jałowcowych zagajników umyka słowom. Mamy nadzieję że zdjęcia zdołają zapisać chociaż jej część.
Pełni nadzieji na świeżą rybę opływamy Sturko od południa, by tam zajrzeć do rybackiego portu Ekkenaben. Niestety szwedzkich rybaków też rozleniwiło jesienne słońce i żadnej ryby nie mają. Przepływamy jeszcze na sąsiednią wyspę, Tjurko i rozbijamy obóz na jej południowo-wschodnim cyplu, pod lampą nawigacyjną. Miejsce wygląda doskonale. Okazuje się mieć jednak jeden mankament. Nawiedza nas stadko krowiej młodzieży. Niby są to zwierzaki łagodne i niegroźne, ale brykające dookoła namiotu póltonowe kawaki wołowiny budzą pewien niepokój. Na szczęście po jakiejś chwili przestają sie nami interesować i idą bawić sie gdzieś indziej.
Wieczorem inna niemiła niespodzianka. Gaz do kuchenki Coleman'a okazał sie być znacznie mniej wydajny niż niby taki sam Merkill'a. Trzeba zbudować piec. Odpowiednich kamieni w okolicy nie brakuje, zabawiamy sie więc w zdunów i wkrótce ogień buzuje pod kolacją.
No i nadszedł dzień powrotu. Pozostały na ten dzień kawałek poprzez Djupasund do Karlskrony pokonujemy szybko, i ponieważ jest jeszcze wcześnie robimy kajakowy spacer po przedmieściach. Po 17-tej docieramy do znanego nam nieprzyjemnego pomostu. Pakujemy kajaki na samochód i żeby miło zakończyć naszą wyprawę idziemy jeszcze na obiad i pożegnalne piwo.
W niedzielę o 8. rano zjeżdżamy z promu w Gdyni - trochę zmęczeni ale pełni wrażeń i pomysłów na nowe wyprawy.
Więcej zdięć z wycieczki na www.hobbo.netarchiwum









