Na początek małe wprowadzenie. W podróży byliśmy prawie dwa miesiące. Na miejscu wydatki wyniosły 3000 zł za dwie osoby (noclegi, transport, wyżywienie). Za dolara płaciliśmy 2,20 zł (czerwiec 2008). Bilety lotnicze kosztowały 4100 zł za dwie osoby (Lufthansa z Krakowa z przesiadką w Monachium), choć inne linie, nieco później, oferowały w promocji bilety do Indii za 1700 zł od osoby. Do całkowitych kosztów należy dodać bardzo drogie leki na malarię – Malarone kupione w aptece w Polsce oraz koszty wiz (360 zł za dwie osoby). Całość (za wyjątkiem atrakcyjnych zakupów) zamknęła się w 8000 zł za dwie osoby. Pamiątki, sprzęt turystyczny i ubrania kosztowały nas 2000 zł.
Relacja
W trakcie pobytu w Radżastanie i Dharamsali nie robiłem dokładnych notatek, w związku, z czym, przez ten okres, relacja będzie odtworzona w większości z pamięci. Zacznijmy od początku. Z Rzeszowa wyruszamy ekspresem Intercity za 22 zł od osoby (last minute) do Krakowa, skąd lecimy Lufthansą przez Monachium do Indii. Do Delhi docieramy nad ranem. Na lotnisku jest klimatyzacja i komary. Mimo to postanawiamy na razie nie brać malarone (leku na malarię) tak by dotrwać do przyjazdu w góry. Cena leku jest bardzo wysoka i mamy jej tylko na pewien czas. Przed samym wyjazdem dowiadujemy się, że w Radżastanie jest jedna z największych zapadalności na malarię, chociaż w większości to stan półpustynny. Postanawiamy jednak zaryzykować. Jak się później okazało połowę tabletek przywieźliśmy z powrotem, bo po prostu ich nie zażywaliśmy. Po wyjściu z lotniska odnajdujemy autobus, który jedzie przez Pahargandż (100 rupii za dwie osoby). „Na razie da się przeżyć” to nasze pierwsze wrażenie odnośnie temperatury i wilgotności. Jak dotąd wszystko idzie gładko, ale do czasu. Kierowca wskazuje, gdzie mamy wysiąść i tu zaskoczenie. Nigdzie nie widać budynków, tylko wielki plac budowy, poprzecinany drogami odgrodzonymi blachą, a ulica, którą kazano nam iść, okupowana jest przez wielką rzeszę nędzarzy, żyjących pod kawałkami blachy. Widok przerażający. Zastanawiamy się gdzie my teraz jesteśmy. Ze względu na to, że nie mieliśmy wystarczająco czasu do należytego przygotowania się do tego wyjazdu, nie mamy również dobrego przewodnika. Nakład Indii Pascala się wyczerpał, a Lonely Planet chcieliśmy kupić dopiero na miejscu. I tu wpadliśmy w sidła Hindusów. Zaraz zjawił się „przyjaciel”, który oczywiście bezinteresownie, poinformował nas, że dzielnicy Pahargandż już nie ma. Budują tu metro i cała dzielnica została wyburzona. Nie ma już tanich hoteli w Delhi. Ale on radzi nam, byśmy udali się na widoczny w oddali dworzec, na pierwsze piętro i tam od razu udzielą nam odpowiedzi, gdzie znajduje się najbliższa informacja turystyczna. Ledwo wyszliśmy na górę dworca, a już podchodzi do nas gość i pokazuje na mapie, gdzie znajduje się właściwa informacja turystyczna. Przy okazji pokazuje palcem pobliskie duże i puste pomieszczenie mówiąc, że tu kiedyś była informacja, ale ją zlikwidowali. Wychodzimy z nim przed dworzec. Prowadzi nas wśród setek motorikszy do tej właściwej, która na pewno zawiezie nas tam gdzie trzeba. No, jaki miły gość. Na pożegnanie przyjacielski urzędnik karze nam wejść tylko do tego biura, które zaznaczył i do żadnego innego. Dziękujemy i wsiadamy. Przejazd bajecznie tani - 10 rupii. Wchodzimy do środka. Przyjemna atmosfera, klima, uśmiech, propozycja czegoś do picia. Jeszcze niczego nie podejrzewamy i dowiadujemy się o połączenia i noclegi. Jeżeli chodzi o noclegi to zostajemy poinformowani, że tanie Indie się skończyły. Wszystko niesamowicie podrożało i najtaniej to możemy znaleźć nocleg od 800 rupii w górę i to z trudnością. Co do połączeń kolejowych, o które pytamy to, co chwila okazuje się, że jest ich mało, a tam gdzie są to już dawno nie ma biletów. Ale jest dla nas ratunek. On ma dla nas świetne rozwiązanie. Najlepiej wybrać się samochodem z kierowcą i zwiedzić cały Radżasthan. Gdy w końcu uświadamiamy sobie, że to prywatne biuro i chcą nas wykiwać obsługa przestaje być miła. Próbujemy jeszcze w sąsiednim biurze, ale tu jest jeszcze gorzej. W zasadzie wszystko powtarza się tak jak w poprzednim. Gdy właściciel zaczął mieć nadzieję, że nas już upolował, zjawił się młody Anglik, którego zapytałem o możliwość taniego noclegu. Okazało się, że jadąc z lotniska dojechaliśmy na właściwe miejsce, ale z drugiej strony dzielnicy. Dzielnica tanich hoteli cały czas istnieje i nie ma problemu z tanim noclegiem. Gdy tak próbowałem zamienić z nim tych kilka zdań, zaniepokojona obsługa usiłowała mnie za wszelką cenę odciągnąć. Właściciel wpadł w szał, jakim prawem rozmawiam z jego klientem i nie chciał nas stamtąd wypuścić, cały czas się wydzierając. Był tak bojowo nastawiony, że musieli go uspokajać jego pracownicy. W zasadzie go rozumiem, bo przepadła mu niezła kasa. Oczywiście też chciał nas naciąć na samochód z kierowcą. O ile dobrze pamiętam zwiedzanie najważniejszych atrakcji Radżasthanu miało kosztować 1200 zł (kierowca + samochód). Do tego doszłyby jeszcze dodatkowe koszty noclegów, wyżywienia itd. Oczywiście od początku nie byliśmy zainteresowani. To, co nas spotkało przez te parę godzin zasługuje na oddzielny opis. Podałem tylko duży skrót tego, czym nas ugościli na dzień dobry. Po dojechaniu na Pahargandż znaleźliśmy nocleg w Downtown hotel za 300 rupii (2 osoby za pokój z łazienką), gdzie zatrzymuje się sporo naszych. Pierwszy dzień spędziliśmy na spacerach po dzielnicy, zakupach (200 rupii za buty dla Edyty, które teraz służą jej tylko jako kapcie) i kupowaniu biletów na dalszą podróż. Na pierwszym piętrze dworca kolejowego jest klimatyzowana informacja kolejowa dla turystów, gdzie możemy załatwić wszystkie formalności. Razem z pracownikiem ustalamy nasze priorytety odnośnie podróżowania po Radżastanie. Dzięki jego pomocy mamy bilety na wszystkie interesujące nas trasy (5414 rupii tj. 129 dolarów za dwie osoby). Odpada nam koszmarne nieraz stanie w kolejkach z wpychającymi się Hindusami. Przy głównej ulicy odchodzącej od dworca kupujemy w sklepie z artykułami chemicznymi moskitierę za 130 rupii wraz z dwoma sznurkami za 30 rupii oraz środek na komary za 60 rupii. Warto wymienić tu dolary, bo jest najlepszy kurs.
Następnego dnia wyruszamy do Agry. Stamtąd motorikszą docieramy do hotelu „Kamal” (pokój za 300 rupii). Na dachu jest skromna restauracja hotelowa skąd rozciąga się ładny widok na Tadż Mahal i całe miasto. Wejście do Tadż Mahal jest drogie. Za dwie osoby płacimy 1500 rupii. Do ceny biletu wliczona jest butelka wody, ale trzeba się o nią upomnieć. Na teren świątyni nie można wnieść nawet przewodnika, który trzeba zostawić w przechowalni. Oczywiście nie ma problemu z aparatem i kamerą. Następnego dnia rikszą za 25 rupii jedziemy na dworzec. Z doświadczenia wiemy, że czasami warto zapłacić więcej i spokojnie pojechać motorikszą niż zwyczajną rikszą. Pomimo wcześniej ustalonej ceny, (co jest generalną zasadą) rikszarz próbuje wziąć nas na litość i podbić cenę pokazując jak bardzo się zmęczył. Z reguły dopłacamy, ale jest to nieuczciwe z ich strony. Biorąc jednak pod uwagę ich biedę i ciężką pracę lepiej się nie targować.
Z Agry, spóźnionym o 3 godziny, porannym pociągiem jedziemy do Dżajpuru. Tam mamy problemy ze znalezieniem dobrego i taniego hotelu. W końcu lądujemy w Ever Green Guest House za 300 rupii. Warunki spartańskie. Na stare miasto można dojechać motorikszą za 40 rupii. Z rykszarzami z tego miasta nie będziemy mieli miłych wspomnień. Pytamy miejscowych, jakie są ceny za przejazd. Gdy chcemy taką cenę zaproponować rikszarzowi lub motorykszarzowi to nikt nie chce z nami rozmawiać. Wygląda na to, że mają między sobą jakąś umowę i biały musi swoje zapłacić. Próbujemy iść na nogach, ale jest daleko i w końcu dajemy za wygraną. Zwiedzamy centrum i wracamy do hotelu motorikszą – o dziwo znalazł się jeden uczciwy - za cenę miejscową. Dlatego w nagrodę umawiamy się na dzień następny i za 300 rupii jedziemy do Amber (bardzo się nam podobał, chociaż najlepiej prezentuje się z zewnątrz; wejście 200 rupii od osoby). Po drodze oglądamy jeszcze pałac na wodzie i trzaskamy sobie parę fotek na Słoniu za 50 rupii. W mieście robimy sporo zakupów. Poza sezonem jest tu naprawdę tanio. Oczywiście wszędzie trzeba się targować do upadłego. Kupujemy koszulki po 60 rupii (rekord w Indiach), szale, mały bębenek za 100 rupii (rekord cenowy, ale gość chodził za nami krok w krok przez pół godziny, a my ciągle podawaliśmy cenę 100 rupii. W ten sposób cena spadła z 1000).
Zwiedzamy miasto. Jest okropnie duszno. Ratunkiem jest odkryta przez nas klimatyzowana restauracja, w której jemy wszystkie posiłki (jest chyba tylko jedna więc nie powinno być problemów z jej znalezieniem). Generalnie miasto nie jest zachwycające. Jeżeli nie ma się czasu można sobie spokojnie go odpuścić. Następnie nocnym pociągiem ruszamy do Dżajsalmeru. Większość turystów na nocleg wybiera dolne miasto ponieważ Lonely Planet napisało, że nieszczelne wodociągi niszczą zabytkowe budynki. My jednak postanowiliśmy wesprzeć finansowo mieszkańców wzgórza. Przed sezonem większość hoteli świeci pustkami i można wynegocjować bajecznie niskie ceny. Śpimy w hotelu „Sagar” za 150 !!! rupii. W pokoju było bardzo gorąco, dlatego non stop używaliśmy dwóch wiatraków. Postanowiliśmy dać zarobić właścicielowi zamawiając u niego wycieczkę na pustynię (950 rupii za dwie osoby na pół dnia; nie znaleźliśmy nigdzie niższej ceny) oraz jedząc w jego restauracji. W trakcie wycieczki na pustynię zwiedza się naprawdę fajne wioski i można zrobić świetne zdjęcia. Na wielbłądach jeździliśmy z półtorej godziny. Warto pojechać na taką wycieczkę.
W Dżajsalmerze spędziliśmy kilka dni zwiedzając górne i dolne miasto. Temperatury były jednak zabójcze i dochodziły do 42 stopni. Wszystko przez nagrzane mury miasta. Warto się również wybrać nad jezioro, które trzeba obejść by zrobić zdjęcie całego wzgórza. Następnie nocnym pociągiem jedziemy do Dżodhpuru. Bierzemy motorikszę i szukamy hotelu. Długo nie możemy znaleźć nic ciekawego. W końcu zatrzymujemy się w hotelu położonym niedaleko twierdzy (nie pamiętam nazwy). W pierwszy dzień spacerujemy po mieście, ale nie jesteśmy nim zachwyceni. Za to wzgórze z twierdzą jest imponujące jak również widok miasta z góry. Po drodze na wzgórze zaczepia nas niby przypadkiem właściciel domu położonego przy samym trakcie. Zagaduje skąd jesteśmy, jest miły do bólu i zaprasza do środka. Dziękujemy i odpowiadamy, że nie chcemy za nic płacić. Ależ skąd, on nie chce od nas żadnych pieniędzy tylko chce nam pokazać dom i przedstawić rodzinę. Wszystko z czystej sympatii i zainteresowania nami. Poznajemy całą rodzinę i siadamy w pokoju gościnnym, w którym telewizor jest osłonięty foliowym, zasuwanym na zamek ochraniaczem. Widać ten stary telewizor to dobro luksusowe. Rozmawiamy o rodzinie, Polsce, Indiach, odpoczywamy pod wiatrakiem i odmawiamy czegoś do picia będąc czujnym by nie wyciągnięto od nas później pieniędzy. Właściciel cały czas zaklina się, że nie chce od nas żadnych pieniędzy. Jednak po chwili z niepokojem słucham jego wypowiedzi, które zmierzają do tego by pokazać jak jest im ciężko. Powiedział m.in., że córka jest chora na niezidentyfikowaną chorobę (zawołał córkę i coś nam pokazywał), a na leki trzeba wydawać strasznie dużo pieniędzy i zaczynają się mnożyć podobne opowieści. Niewiadomo, kiedy a już siedzi koło nas jego żona i zaczyna robić Edycie hennę na dłoni. Już wiemy, że po nas. Daliśmy się złapać. Przerywamy szybko przedstawienie i pytamy ile chce za tą hennę. Wzrusza ramionami, robi anielską minę, składa dłonie jak do modlitwy i mówi, że zwykli Hindusi płacą 200 rupii, ale my jako biali (w domyśle z wypasionego kraju) to ile możemy. Dajemy mu kilkadziesiąt rupii ku jego rozczarowaniu i wychodzimy.
Pomimo piekielnego upału dochodzimy do twierdzy. Wstęp jest płatny. Chyba po 200 rupii. Po powrocie z restauracji naszego hotelu robimy świetne zdjęcia twierdzy. Wysoka temperatura odbiera nam jednak chęć zwiedzania. Każde wyjście na zewnątrz kończy się tym, że jesteśmy cali mokrzy i marzymy tylko o prysznicu. Robiąc zakupy na lokalnym targu jesteśmy świadkami nadchodzącego monsunu. Silny wiatr zrywający płócienne dachy niektórych kramów, ogólny rozgardiasz, i spokój trzymającego mnie za ramię Hindusa, który koniecznie chce nam wcisnąć swój towar, stworzył klimat grozy. Baliśmy się, że nie zdążymy wrócić przed deszczem. Biegiem w pierwszych kroplach deszczu wracamy do hotelu. Z dachu hotelu obserwujemy nadejście monsunu i zabawy dzieci, które ślizgają się po płytkach dachowej restauracji w strugach monsunowego deszczu Następnym etapem naszej podróży był Puszkar. Gdy jednak dojechaliśmy do Ajmeru, panujący, nieznośny upał sprawił, że wysiadając z pociągu, bez słowa rozmowy na ten temat, jedynie rzucając porozumiewawcze spojrzenie, postanawiamy oddać resztę biletów (potrącono jedynie niewielki procent) i jak najszybciej uciekać w góry. Po drodze chcemy zahaczyć o Amritsar. Przebijamy się, więc w tym kierunku autobusami i pociągami, co jest utrudnione ze względu na trudności z zakupem biletów.
W Amritsarze spóźniliśmy się z zakupem biletu do Dharamsali. Chcemy, więc kupić bilet najpierw do Pathankot, a stamtąd do Dharamsali, ale jest to niemożliwe, bo właśnie trwa strajk kierowców. Kupujemy, więc bardzo tanie bilety kolejowe do Pathankot. Gdy pociąg przyjechał i zobaczyliśmy ile ludzi na niego czeka i w jaki sposób przygotowują się do wsiadania, zrezygnowaliśmy. Postanowiliśmy pojechać następnego dnia bezpośrednim autobusem do Dharamsali. Oczywiście w międzyczasie zobaczyliśmy złotą świątynię, która nie zrobiła na nas oszołamiającego wrażenia. Nocleg w pokoju o średnim standardzie i cenie znaleźliśmy przez rikszarza (nazwa - hotel turystyczny o ile dobrze pamiętam). Następnego dnia wyjechaliśmy do Dharamsali. Autobus dojeżdża tylko do dolnego miasta. Do McLeod Ganj, czyli tam, gdzie ma siedzibę Dalajlama, trzeba podjechać tanim busikiem (około 10 rupii) lub taksówką. O transporcie busami wtedy nic nie wiedzieliśmy, dlatego wyjechaliśmy do góry taksówką z innymi białymi. Dojeżdża się na mały placyk będący centralnym punktem miasta, z którego odchodzi wiele ulic. Zaglądamy do kilku hoteli, ale nic ciekawe nie znajdujemy. W końcu poddajemy się naleganiom młodego Kaszmirczyka i lądujemy w Pink Hotel położonym nieco na uboczu. Targujemy cenę i mieszkamy za 300 rupii mając do dyspozycji czyściutki pokoik z łazienką, aneksem kuchennym i balkonem. Z restauracji na dachu mamy widok na otaczające góry i położone tarasowo miasto. Wieczorem bardzo blisko słyszymy fajną muzykę i domyślamy się, że odbywa się koncert. Zaglądam do środka, a tam cała sala, głównie białych, śpiewających wraz z zespołem rockowe standardy. Koncert poświęcony był wolnemu Tybetowi. Na następny dzień idziemy do głównej świątyni. Przy wejściu polski akcent. Plansza ze zdjęciami Polaków manifestujących poparcie dla sprawy Tybetu z różnych stron Polski. Uczestniczymy w uroczystościach na placu pomiędzy główną świątynią i skromną siedzibą Dalajlamy. Niestety pomimo prób również w następnym dniu, nie udało się nam zobaczyć Dalajlamy. Zwiedzamy miasto, bierzemy udział w procesji wokół wzgórza, na którym jest siedziba Dalajlamy i najważniejsza świątynia, robimy zakupy, chodzimy na dalsze wycieczki np. do Daramkot, gdzie jest sporo hotelików i mnóstwo białych. Po drodze widzimy panoramę całej McLeod Ganj oraz spotykamy przechodzące przez drogę stado kilkudziesięciu małp. Z McLeod Ganj do dolnego miasta zjeżdżamy busem za 10 rupii od osoby i kupujemy bilety do Pathankot. Niestety dalej autobusem nie możemy dojechać, bo ciągle trwa strajk kierowców. Jedziemy, więc pociągiem do Dżammu i stamtąd chcemy jechać dalej. Ale w Dżammu też trwa strajk, więc mamy problem. I tu zaczyna się dokładny opis.
07.07.2008
Utknęliśmy w Dżammu. Trwający już kilkanaście dni strajk kierowców jest przyczyną braku połączenia do Śrinagaru. Okazuje się na szczęście, że jutro mają podstawić zastępczy autobus. Odjazd o 6 rano spod Tourist Center (5 km od stacji kolejowej oraz autobusowej). Postanowiliśmy dostać się motorikszą (60 rupii po targach) w pobliże jutrzejszego odjazdu naszego autobusu, kupić bilety do Śrinagaru (430 rupii za dwie osoby) i poszukać odpowiedniego hotelu. Wybraliśmy hotel City Top za 350 rupii. Standard pokoju okazuje się niski. Ze względu na napięcia w sieci, telewizor włącza się, kiedy chce, z prysznica leją się małe strużki wody i pełno jest mrówek, z którymi walczę do wieczora systematycznie zmniejszając ich ilość. Jednak najgorsze dopiero miało nadejść. Po chwilowej przerwie w dostawie prądu, okazało się, że są tu też karaluchy, ale jakie!!! Takich jeszcze nigdy nie wydziałem – wielkości naszych kilkunastu. Karaluchy giganty, których była mała rodzinka, ale to wystarczyło, żebym nie mógł ich łatwo zabić ściągniętym z nogi sandałem, a to z prostej przyczyny, że sandał cały czas się od nich odbijał jak od czegoś bardzo sprężystego. Okazało się również, że potrafią poruszać się nawet w takim stanie, że wydawało się to nie możliwe. Po prostu reaktywacja. Od tej nocy sprawdzamy każdy pokój. Edyta śpi pod moskitierą, a ja dyżuruję pół nocy oglądając filmy. Mamy jeszcze małą jaszczurkę. Miasto jest nieciekawe i nie ma sensu tracić na niego czas. Wszędzie pełno wojska, zero turystów i czujemy się tu bardzo nieswojo. Podobno to jedno z najbardziej niebezpiecznych miast w Indiach ze względu na bojówkarzy muzułmańskich.
08.07.2008
Rano wyjechaliśmy z półgodzinnym opóźnieniem i jesteśmy jedynymi białymi. Autobus rewelacja. W bagażniku pół centymetra brudnej mazi, w tylnym oknie dziura wielkości plecaka, brak jednego bocznego okna, siedzenia tak klejące, że ciężko oderwać ręce. Wolimy jednak jechać w takich warunkach niż zostać w Dżammu. Nasze obawy, co do sprawności autobusu, zostały wzmocnione zaraz na początku podróży. Po paru kilometrach pękła opona i mieliśmy pół godziny przerwy. Na szczęście utknęliśmy przed grupą przydrożnych barów, więc mieliśmy czas na śniadanie. Naprawa poszła całkiem sprawnie. W trakcie podróży kierowca – kamikadze nie oszczędzał autobusu na górskich zakrętach. Można było jednak odetchnąć na robionych często postojach. Nastroje współpasażerów były znakomite. W większości byli to turyści w średnim wieku z innych części Indii. Robili zdjęcia, komentowali widoki i niestety przez pół drogi śpiewali. Dla nas to zawodzenie było koszmarem. Ktoś w jakiejś relacji określił to trafnie jako „łamanie kota kołem”. Na miejsce do Śrinagaru dotarliśmy około 19, po dwunastu godzinach podróży. Wjeżdżając na dworzec zostaliśmy dostrzeżeni przez naganiaczy, którzy biegli za naszym autobusem. Rozgorzała zażarta walka. Nikt nie zdołał jeszcze wysiąść, gdy dotarł do nas zwycięzca. Po wyjściu na zewnątrz obserwowaliśmy małe przepychanki i krótką ostrą wymianę zdań zwycięscy z innymi jego kolegami. Pojechaliśmy rikszą do jego house boatu, choć na nogach to bardzo blisko. Do łodzi położonej na rzece idzie się w przeciwną stronę niż do jeziora. Cenę stargowaliśmy z 400 na 200 za noc na dwie osoby. Warunki takie sobie i nie polecamy tego miejsca. Właściciel zaproponował nam wycieczkę po jeziorze Dal. Za przejażdżkę łodzią oraz rikszą po starym mieście, ogrodach i świątyniach chciał dostać 1400 rupii. Na moje sugestie cenowe był nieugięty. Postanowiliśmy wziąć go na przetrzymanie.
09.07.2008
Rano wstaliśmy późno nic nie wspominając o wczorajsze propozycji. Syn właściciela w końcu nie wytrzymał i zapytał nas o plany na dzisiejszy dzień. Odpowiedzieliśmy, że sami sobie wszystko załatwimy. Za chwilę przyszedł jego ojciec z nowiną, że ma dla nas super atrakcyjną cenę. Ja na to, że to już nieaktualne. W końcu poszliśmy mu na rękę i wzięliśmy łódź za 500 rupii na trzy godzinną przejażdżkę po jeziorze. Przy samym jeziorze można taką łódź wytargować za 300 rupii. Przejażdżka warta jest polecenia. Wraca się przez wioskę gdzie zamiast ulic są drogi wodne. Wszyscy poruszają się na łodziach, bez których wyjście do szkoły, sklepu czy gdziekolwiek indziej jest niemożliwe. W zasadzie w Śrinagarze tylko jezioro i położone nad nim wioski są ciekawe. Na resztę szkoda czasu.
Spacerując wzdłuż jeziora znaleźliśmy fajne miejsce na nocleg. Czyściutki hostel z pięknymi pokojami za 300 rupii. Tą perełką jest „Hotel Tufkash”. Przed hostelem jest wypielęgnowany zielony trawniczek z krzesełkami. Wokół cisza. Po prostu sielanka. Położony jest na uboczu, kilka kroków od głównej ścieżki przy jeziorze. Polecamy. Hostele są puste, nie ma turystów, więc jest, w czym wybierać. Z dworca można się tam dostać na nogach lub za niewielką opłatą motorikszą (około 1-1,5 km).
Wyjeżdżając ze Śrinagaru chcieliśmy kupić bilety do Kargilu by stamtąd udać się do wiosek Dha-Hanu. Okazało się to jednak niemożliwe. Według ludzi z obsługi dworca za mało jest chętnych na taką podróż. Były jeszcze dwa miejsca do Lech, więc je kupiliśmy za 1240 rupii (dwie osoby).
10.07.2008
Planowo o 8 rano wyjechaliśmy autobusem super delux (niczym oprócz nazwy i ceny nieróżniącym się od normalnego autobusu) w kierunku Lechu. Przed odjazdem małe zamieszanie. Jedzie z nami kilku „białych” i pewien Szwajcar nie chce zapłacić za umieszczenie bagaży na dachu. Okazało się, że jest to jakaś dodatkowa usługa, o której jesteśmy poinformowani dopiero po jej zakończeniu. Bardzo nieprzyjemny i natarczywy wykonawca tej usługi żąda od nas po 10 rupii od bagażu. Oczywiście pieniądze są śmiesznie małe, ale tutaj chodzi o zasady. Szwajcar postanawia nie płacić i żąda z powrotem swoich bagaży, które umieszcza wewnątrz autobusu. Poszedłem z ciekawości zapytać na dworcu czy opłaty te są stałą praktyką czy samorzutnym pomysłem na dorobienie. Okazało się, że nie ma takiego obowiązku i zapłata za umieszczenie bagażu na dachu jest dobrowolna (najczęściej 5 rupii za bagaż). Dzięki temu nie ugiąłem się mimo bardzo nieprzyjemnie natarczywych nalegań. W końcu pod wpływem nalegań Edyty dałem mu 10 rupii na pożegnanie.
Gdy tak czekaliśmy na odjazd z dworca, na chwilę do autobusu weszła muzułmanka w całości zakryta czadorem. Miała jedynie siateczkę na wysokości oczu. Mała córeczka Szwajcarów wpadła w histerię. Samemu przeszły mi ciarki po plecach. Po drodze piękne widoki. Robimy mnóstwo zdjęć wychylając aparat z autobusu. Cały czas droga wije się zakrętami nad przepaściami, ale jak widać da się przeżyć. Edyta miała swoją teorię bezpieczeństwa. Skoro jechała z nami rodzina Szwajcarów z dwójką małych dzieci w wieku 6-8 lat to jesteśmy bezpieczni. Przecież takim małym dzieciom nic złego stać się nie może. Byłoby to bardzo niesprawiedliwe. Przez całą drogę autobus się trzęsie i na dużych odcinkach drogi nie ma asfaltu. Do Kargil przyjechaliśmy o 18 godzinie. W tej miejscowości jest przerwa w podróży na nocleg. Miasto nie zaskoczyło nas pięknem, ale też nie liczyliśmy na cud. Ceny za nocleg są tu wyśrubowane. Za 300 lub 400 rupii śpi się w prawdziwych norach. Aż dziw, że coś takiego próbują człowiekowi proponować. Nam udało się znaleźć pokój za 400 rupii, z ciepłą wodą i w miarę czystą pościelą. Ogólnie standard pokoju niski, ale ze względu na powyższe do przyjęcia. Najlepszy był recepcjonista z sąsiedniego hotelu. Za pokój, który mi odpowiadał i za który w innych miastach zapłaciłbym 300 rupii tu zażądał 1500 rupii.
11.07.2008
Rano wstajemy o 4 godzinie, bo o 5 mamy odjazd. Na wszelki wypadek pamiętając noc w Dżammu przez większą część nocy nie śpię czuwając by żadne robactwo nie wyszło na łóżko. Przez całą noc mamy zapalone światło, ale szczęście nie było poważniejszych incydentów. Na każdym noclegu, na wszelki wypadek, śpimy pod moskitierą. Czujemy się przez to pewniej. Do odjazdu nie stawiła się rodzinka Szwajcarów. Myśleliśmy, że zaspali, ale jak się później okazało - bo spotkaliśmy ich w klasztorze Hemis - zostali na dwa dni w Kargilu. Plan bezpieczeństwa Edyty zawalił się. Z Kargilu wyjechaliśmy o 5.20. W autobusie było bardzo zimno, a my nie ubraliśmy się odpowiednio. Na pierwszym postoju dostajemy się do naszych plecaków i wyjmujemy polary. Droga do Lechu znowu była bardzo emocjonująca, z przepięknymi widokami. Jeżeli ktoś nie ma czasu na trekking to w czasie takich przejazdów na ogląda się gór za wszystkie czasy. Pomimo tego, że autobus mniej lub bardziej podskakuje a my nie mamy w aparacie stabilizatora obrazów to robimy dużo bardzo ciekawych zdjęć. Staramy się też filmować, ale ze względu na trzęsący się autobus wychodzi nam z tym o wiele gorzej. Na trasie tak jak poprzednio mniej więcej, co 2 godziny postój. W trakcie podróży byliśmy świadkami niecodziennego zdarzenia. Kierownik autobusu tzn. ten, który pilnuje porządku, sprawdza bilety i zabiera „na lewo” pasażerów, w trakcie jazdy najwyraźniej poczuł się źle. Przyszedł, więc na tył autobusu i zwymiotował na tylne schody. Z pewnością nawet do głowy mu nie przyszłoby zatrzymać autobus i dokonać tej czynności na zewnątrz. Ku naszemu przerażeniu wykorzystał tylne schody by przez dłuższą chwilę wymiotować. Po wszystkim wytarł twarz i nic nie mówiąc wrócił na przód autobusu. Na szczęście wszędzie pootwierane były okna. Nie będę się wdawał w szczegóły, bo miał jeszcze kilka takich wpadek, może mniej drastycznych, ale równie nieprzyjemnych. Edyta nie mogła w to wszystko uwierzyć. Trudno komuś takiemu zwrócić uwagę, bo można wysiąść nie z własnej woli po drodze. W celu ostrzeżenia osoba ta jest łatwa do zidentyfikowania – bardzo wysoki, chudy i nosi ciemne okulary. Poza jednym małżeństwem hinduskim z Bangaluru, pozostali nie wykazywali zainteresowania tą sytuacją. Nikt się nawet nie skrzywił.
Po drodze mieliśmy postój w Lamaluru. Czasu było akurat na, tyle, że spokojnie zrobić zdjęcia klasztoru. Do Lechu dotarliśmy około 16. Wjazd do miasta nie sprawia dobrego wrażenia. Myśleliśmy, że Lech to w całości stare miasto, które początkowo jest niewidoczne za wzgórzem. Z Bus Station trzeba iść z kilometr pod górę. Można pójść na nogach lub wziąć taksówkę, bo ryksze tu nie jeżdżą. Nas i dwie Izraelki zwinął z dworca naganiacz za 100 rupii (za 4 osoby). Zanim zdecydowałem się wybrać hotel pochodziłem po mieści próbując znaleźć najlepszą ofertę, ale nic ciekawego nie znalazłem. Do tego zapomniałem o wysokości, na której leży Lech i dostałem niezłej zadyszki tak, że nie mogłem złapać tchu. Cenę za pokój wytargowałem na 300 rupii w hotelu sąsiadującym z tym, do którego zostaliśmy przywiezieni. Pokój w Hetelu Siddhartha określiłbym jako średniego standardu. Dużym minusem jest to, że ciepła woda jest tylko rano oraz dochodzący hałas z głównej ulicy Fort Street (boczna Main Bazar). Plusem jest cena i duży, czysty pokój z tv i łazienką. Z tyłu jest Guest House z pokojami za 300 rupii (ciepła woda cały dzień). Rozglądamy się trochę po mieście. Ceny w Lechu są wyższe niż w pozostałych częściach kraju. Lech stał się komercyjnym miastem z powodu dużej ilości przylatujących tu bogatych turystów.
12.07.2008
W nocy znacznie spadła temperatura tak, że mając otwarte okna zmarzliśmy. Do tego od rana pada z niewielkimi przerwami. Na dokładkę w trakcie podróży do Lechu przeziębiła się Edyta i bierze tabletki. Wszystko to powoduje, że musimy założyć polary i ciepło się ubrać. W aptece kupiłem malutki turystyczny termometr za 30 rupii.
Z hotelu wyruszamy o godzinie 8 rano chcąc dojechać w miarę wcześnie na świąteczne obchody w klasztorze Hemis. Pytając o drogę dowiedzieliśmy się o skrócie, który prowadzi początkowo między domami, a w końcowym odcinku między dwoma wzniesieniami. Na jednym z nich jest charakterystyczna kaplica. Można też iść nieco okrężną drogą omijającą wzgórze. Z naszego hotelu na dworzec idzie się skrótem 15 minut. Podoba nam się ta droga. Na dworcu od razu łapiemy autobus do Hemis za 35 rupii od osoby. W czasie festiwalu jeździ tam mnóstwo autobusów. Do klasztoru docieramy w ciągu godziny. Pod klasztorem pełno kramów i jadłodajni. Wstęp na teren klasztoru jest płatny (30 rupii za osobę). Wewnątrz tłum ludzi. Każdy stara się zdobyć dobre miejsce do fotografowania, ponieważ turystów jest więcej niż miejscowych. Bilet jest droższy, jeżeli chcemy korzystać z balkonów i dachu klasztoru. Uważam, że nie ma takiej potrzeby. Przedstawienie trwało do godziny 13 i odbywało się na placu przed głównym budynkiem klasztoru. Po jego zakończeniu odbywają się modły w klasztorze. Postanowiliśmy przybyć tu jeszcze raz następnego dnia, ponieważ wyczerpała nam się bateria w aparacie. Przez cały dzień padał z przerwami deszcz i było zimno. Po powrocie, z powodu przeziębienia Edyty, siedzimy cały czas w hotelu. Robię tylko wypad po wodę do Dżomsy (7 rupii za litr). Woda jest przegotowana i przefiltrowana. Dżomsa znajduje się w górnej części Main Bazar. Można tam kupić ponadto różne ekologiczne towary.
13.07.2008
W hotelu mamy drobne problemy. Wieczorem zepsuł się telewizor (na szczęście szybko naprawili usterkę), a rano nie możemy doczekać się na ciepłą wodę. O 10 rano jesteśmy z powrotem w Hemis. Dzisiaj jest dużo mniej osób niż wczoraj. Przedstawienie na placu przed klasztorem opóźnia się. Kolejność wydarzeń jest odwrócona w porównaniu z wczorajszym dniem. W pierwszej kolejności odbywają się modlitwy w klasztorze. Mnisi recytując i śpiewając pobożne teksty wykazują bardzo dużą tolerancję w stosunku do natarczywych turystów. Każdy chce, bowiem zrobić jak najlepsze ujęcie filmując lub fotografując. Wydaje się, że mnisi całkowicie nie zważają na turystów, mimo, iż ci wciskają się w każdy kąt sali modlitewnej, a robiąc zdjęcia przyciskają aparaty niemal do twarzy mnichów. Mimo tego mnisi dobrodusznie się uśmiechają. Dopiero później około 13 zaczęło się przedstawienie przed klasztorem. Tego dnia zrobiliśmy jeszcze trochę zdjęć w wiosce Hemis i pojechaliśmy do klasztoru w Tikse. Bilet na autobus kosztuje 20 rupii. Tikse zdecydowanie warto odwiedzić. Kompleks klasztorny położony jest na wzgórzu i robi imponujące wrażenie. Z transportem powrotnym do Lech nie ma problemu. W trakcie podróży gubię dopiero, co kupiony w Lech kapelusz.
14.07.2008
Niestety nie mamy czasu na trekking w górach. Pozostały nam tylko spacery po najbliższych wzniesieniach w Lech, skąd można robić fantastyczne zdjęcia. Na początek niewielkie wzniesienie ze świątynią nad dworcem autobusowym. Po południu poszliśmy na dwa wzniesienie powyżej pałacu. Na jednym z nich są ruiny twierdzy. Na sąsiednim nieco niższym wzniesieniu siedzieliśmy niemal do zachodu słońca. Edyta cały czas źle się czuła z powodu przeziębienia.
15.07.2008
Z hotelu wyszliśmy dopiero po południu. Na dworcu mieliśmy problemy ze znalezieniem autobusu do klasztoru w Szej. Znalezienie właściwego autobusu to niezła łamigłówka. Nie ma żadnych oznaczeń, gdzie dany autobus się zatrzymuje. Miejscowi robią to na wyczucie, ale i oni mieli problemy by nam pomóc. W Szej spędziliśmy godzinę poczym jednym machnięciem ręki złapaliśmy stopa w kierunku Stoku. Młody kierowca nie chciał od nas żadnych pieniędzy. W Ladakhu miało to stać się regułą. Wysiedliśmy przy skrzyżowaniu dróg skąd odchodzą autobusy do Stoku. Natychmiast przesiedliśmy się na autobus, który okazał się nie do końca właściwy. Wysiedliśmy w wiosce Stok, a do pałacu trzeba dostać się innym autobusem. Jakaś kobieta wskazała nam kierunek przez pola. Nie było tam żadnej konkretnej ścieżki, więc szliśmy na wyczucie. W końcu zobaczyliśmy trzech mnichów, którzy widząc, że nie wiemy którędy iść zaczęli machać do nas by podążyć za nimi. Znali tylko kilka słów po angielsku, ale zrozumieliśmy, że myśleli, że chcemy iść do ich świątyni. Na szczęście wskazali nam właściwą drogę do pałacu. Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. Nie mieliśmy za wiele czasu, więc zrobiliśmy jedynie zdjęcia klasztoru z zewnątrz. Wracając udało nam się złapać na stopa pierwszy przejeżdżający samochód. Tym razem była to ciężarówka. Fajnym przeżyciem jest jechanie na pace podziwiając wspaniałe widoki. Wysiedliśmy na tej samej krzyżówce, co poprzednio, przesiadając się od razu na autobus do Lech. Po Ladakhu warto jeździć stopem, bo chętnie zabierają turystów i robią to darmowo. Za to w autobusach trzeba się mieć na baczności, bo często wydają resztę pomniejszając ją o np. 10 rupii. Warto zawsze spytać współpasażerów o koszty biletu. Mieliśmy z tym związaną zabawną sytuację. Chciałem poprosić chłopaka, który pobierał opłatę za przejazd, by wysadził mnie w określonym miejscu. Nie rozumiejąc, o co pytam dostałem w zamian 10 rupii. Okazało się, że chłopak myślał, że domagam się reszty za bilet. Wieczorem, w sklepiku w pobliżu naszego hotelu, zamówiłem koszulkę z wyszywanym napisem za 220 rupii. Umówiłem się z właścicielem, że dostarczy ją do hotelu, gdy skończy wyszywać napis. Przyniósł ją dopiero po 22.
16.07.2008
Rano wstaliśmy bardzo wcześnie, bo już o 4 godzinie. Skrótem dotarliśmy na dworzec i zaraz po 5 wyruszyliśmy w trasę. Autobus kosztował około 1200 rupii za dwie osoby (najtańszy bilet). Niestety autobus nadawał się do tras po mieście, a nie na drogi bez asfaltu. Wydawało się, że pozbawiony jest całkowicie resorów i nawet na asfalcie cały czas podskakiwał. Przez ten autobus był to najcięższy odcinek w całej naszej podróży. Droga w dużej części prowadziła nad przepaściami. W połowie trasy był jeden nocleg. Zatrzymaliśmy się tam około 18. W miarę dobry hotel znaleźliśmy kilkaset metrów od dworca za 300 rupii za pokój. Pokoje czyste, z tv, łazienką. Te noclegi, które oferowano nam przy dworcu były poza cywilizowaną kategorią. Na dworcu poznaliśmy parę fajnych Czechów, nauczycieli z Ostrawy.
17.07.2008
W dalszą podróż wyjechaliśmy o 6 rano i do Manali dotarliśmy o 13. Przez całą podróż źle się czułem. Teraz ja byłem przeziębiony i brałem lekarstwa. W trakcie podróży poznajemy bardzo fajne dziewczyny z Gdańska, tj. Alę i Olę. W Manali znaleźliśmy blisko dworca, razem z dziewczynami, dobry hotel (300 rupii za dwie osoby). Pokój był czysty, z tv i łazienką. W sezonie właściciel bierze podobno za ten pokój 600 rupii.
18.07.2008
Cały dzień czuję się źle i biorę tabletki. Dlatego odpoczywamy w pokoju, oglądamy filmy i wychodzimy tylko na posiłki z dziewczynami z Gdańska. Kupujemy bilety na dalszą podróż.
19.07.2008
Przed 12 godziną opuszczamy hotel zostawiając w recepcji bagaże. Włóczymy się po mieście. Manali jest bardzo brzydkie i lepiej nie tracić czasu na przebywanie tutaj. Jeżeli już musimy to warto jak najszybciej stąd wyjechać. Dziewczyny z Gdańska rano pojechały do Dharamsali. My natomiast o 17 wyruszamy do Delhi. Autobus super delux kosztował 700 rupii za osobę. Autobus był czysty, nowy i wygodny. Mankamentem była całonocna głośna muzyka.
20.07.2008
Do Delhi przyjechaliśmy o 9 rano. W autobusie zostawiam przez nieuwagę kolejny kupiony w Lech za 220 rupii świetny dżinsowy kapelusz. Nieodżałowana strata. W Delhi jest gorąco i duszno. Po chwili człowiek się cały lepi. Na dworcu od razu tłum rikszarzy. Idę do naszego kierowcy spytać o orientacyjną cenę motorikszy na dworzec kolejowy. Za moimi plecami rikszarze krzyczą by kierowca ze mną nie rozmawiał i że oni mi wszystko wytłumaczą. Kierowca na szczęście powiedział nam, że 5 minut dalej jest wejście do metra. Przy metrze jest McDonald, ale bez toalety. Metro jest klimatyzowane, czyste, przestronne i niezatłoczone. Ceny przejazdów są uzależnione od liczby stacji. Dlatego kupując bilet trzeba powiedzieć gdzie chce się jechać. Na dworzec kolejowy jedzie się 3 stacje i bilet kosztuje 7 rupii. Na dworcu idziemy na pierwsze piętro gdzie jest klimatyzowane biuro rezerwacji biletów dla turystów. Kupujemy bilet do Waranasi za około 1200 rupii za dwie osoby. W środku jest dużo białych, którzy nie bardzo chcą się stamtąd ruszyć powodując zdenerwowanie kierownika biura rezerwacji. Trudno się zmusić na wyście z klimatyzowanego pomieszczenia do piekiełka na zewnątrz. Korzystając z klimy, staramy się przebywać tam jak najdłużej, chodząc na zmianę do łazienek w upper class położonych na parterze. Niestety łazienki w upper class w Delhi są beznadziejne. Nie można wziąć prysznicu. W kabinach są tylko kraniki z zimną wodą. Zostawiamy bagaże w przechowalni (20 rupii jeden bagaż za cały dzień). Widzimy jak w środku przechowalni biegają szczury po bagażach. Plecaki trzeba samemu zanieść na półki. Kasę wymieniamy na Pahargandżu ze względu na najwyższy kurs. Dolary wymieniamy po 42.70 rupii. Przy wymianie, jak później się okazało, zarobiliśmy dodatkowo 500 rupii. Nie było już jak naprawić pomyłki. Następnie pojechaliśmy do polskiej ambasady. Najpierw należy jechać na stację Central Secretary skąd motorikszą za 50/60 rupii do samej ambasady. Niestety ze względu na niedzielę, ambasador przebywał na wycieczce w Agrze. Pozostawiony na dyżurze nowy pracownik nie potrafił nam pomóc. Chcieliśmy uzyskać informacje na temat Polaków osiedlonych w Indiach w czasie II wojny światowej.
Następnie pojechaliśmy do Czerwonego Fortu, a później do największego w Delhi meczetu. Do meczetu wchodzi się za darmo, ale robienie zdjęć kosztuje 200 rupii. Obiad jedliśmy w naszej ulubionej, bo klimatyzowanej knajpie na Pahargandżu. Idąc główną ulicą dzielnicy, w połowie drogi od dworca jest duże skrzyżowanie z niezabudowanym placem. Tam na jednej z kamienic, na ostatnich dwóch piętrach są restauracje, z których dolna jest klimatyzowana.. Podróż do Waranasi upłynęła spokojnie. Jechaliśmy z dwoma Francuzkami i niesamowicie oczytanym Bengalczykiem.
21.07.2008
Do Waranasi dotarliśmy o 9 rano. Z dworca rikszą za 50 rupii mieliśmy dotrzeć do hoteli nad Gangesem, ale ze względu na trwające święto, część ulic była zamknięta i musieliśmy wysiąść dużo wcześniej. Edyta została przy plecakach a ja poszedłem szukać hotelu. Po chwili znalazł się „przyjaciel”, który oczywiście chciał mi bardzo pomóc. Chcąc zaoszczędzić trochę czasu zgodziłem się żeby zaprowadził mnie do dobrych i tanich hoteli. Zaprowadził mnie do hotelu Alka, gdzie było pełno białych i wszystkie pokoje były zajęte. Poszliśmy, więc do hotelu Puja przy Lalita Ghat. Najpierw zaproponowano mi pokój za 950 rupii. Nic specjalnego. Zwykły pokój tyle, że z tv i widokiem na Ganges. Później pokazano mi norę za 300 rupii. Gdy powiedziałem, że mam upatrzony pokój za 200 rupii, który jest większy od tego i czystszy, zaprowadził mnie do jeszcze jednego pokoju za 200 rupii, ale czystego, z łazienką i wiatrakiem nad łóżkiem. Zostaliśmy. Na samej górze 6 piętrowego hotelu jest restauracja z fantastycznym widokiem na Waranasi i Ganges. Do końca dnia odpoczywaliśmy w pokoju.
22.07.2008
Wstaliśmy o 5 rano chcąc zobaczyć poranne modlitwy nad Gangesem przy Dasaswamedh Ghat najważniejszym w Waranasi, gdzie pielgrzymi dokonują porannych ablucji. Modlitwy trwają tam przez cały dzień, ale najliczniejsze grono Hindusów modli się rano i wieczorem. Śniadanie jedliśmy na tarasie hotelu Alka, gdzie poznaliśmy Kasię z Wrocławia, która pierwszy raz wybrała się do Azji i to sama. W zderzeniu z panującą tu rzeczywistością doznała małego szoku. Odprowadziliśmy ją na dworzec, bo właśnie wyjeżdżała na Goa. Tam w klimatyzowanej poczekalni dla turystów poznaliśmy Koreankę, która bardzo dobrze znała język polski. Studiowała rok w Poznaniu, a wcześniej uczyła się języka polskiego w Korei. Bardzo fajna dziewczyna. Tego dnia powłóczyliśmy się po starym mieście. Byliśmy również na Manikarnika Ghat, gdzie pali się ciała zmarłych. Nie można tam robić zdjęć chyba, że się uzyska zgodę i zapłaci. Oczywiście zaraz zjawili się pomocnicy, którzy chcieli nam wszystko załatwić. Zaraz za Manikarnika Ghat, widzieliśmy psa, który wyciągnął z wody pokaźny kawał ludzkiego mięsa. Podobno dużo turystów ginie tu bez śladu. Trudno się temu dziwić skoro można szybko kogoś spalić, a resztki wrzucić do wody. Lepiej wieczorami nie chodzić po zaułkach. O 19 godzinie, na Dasaswamedh Ghat uczestniczyliśmy w godzinnej mszy poświęconej bogini Gangesu. Ciekawe przedstawienie. Podobno uroczystości odbywają się codziennie przez miesiąc. Pogoda jak na porę deszczową była całkiem znośna. Jedynie w nocy padał deszcz.
23.07.2008
Dobra pogoda się szybko skończyła. Mieliśmy jechać do Sarmat, ale deszcz padał do godziny 13. Dzień spędziliśmy głównie w naszej restauracji podziwiając widoki rzeki i Waranasi. W tym czasie wyrobiliśmy zdjęcia do wizy za 80 rupii dla 2 osób i kupiliśmy 4 szale z bawełny za 450 rupii. Chcieliśmy w ten sposób podziękować chłopakowi, który pomógł znaleźć nam fotografa. Czas oczekiwania na dworcu autobusowym zszedł nam na pogaduszkach z poznanymi Nepalczykami. Zwykły autobus, którym mieliśmy jechać był przepełniony (bilet 180 rupii). W środku nie było, czym oddychać. Na samą myśl o spędzeniu nocy w takich warunkach robiło się nam niedobrze. Na szczęście okazało się, że za godzinę mamy droższy, ale klimatyzowany autobus do Sonauli (280 rupii), do którego przesiedliśmy się z ulgą. Autobus był na tyle pusty, że można było rozłożyć się na kilku siedzeniach. Z białych oprócz nas jechała parka spod Paryża, starszy Belg i Francuz mieszkający w Los Angeles. Poznali się w Radżastanie i teraz razem podróżowali.
24.07.2008
O 7 rano dotarliśmy do granicy, do której idzie się z dworca kilka minut. Po indyjskiej stronie wypełniamy formularze, za które musimy zapłacić po 50 rupii od osoby. Zacząłem się trochę burzyć i okazało się, że jeśli jestem z ich usług niezadowolony to mogę nie płacić. Dałem mu te 100 rupii, bo Edyta chciała się stamtąd jak najszybciej wydostać. Po stronie nepalskiej za 14 dniową wizę zapłaciliśmy po 25 $ od osoby (trzeba załączyć po 1 zdjęciu). Belg nie miał zdjęcia. Na granicy oświadczył, że przekraczając granicę 20 lat temu zdjęcie nie było wymagane. Celnik na to, że nie ma problemu tylko musi zapłacić 100 rupii. Po przekroczeniu granicy okazało się, że z powodu strajku kierowców od dwóch dni nie ma żadnego autobusu do Katmandu. Zaczęliśmy się zastanawiać, co robić dalej. Francuzi postanowili jechać taksówką. Chcieli zapłacić po 200 rupii od głowy, bo tak pisało w ich przewodniku. Poszli do agencji a gość im zaśpiewał 6000 rupii. Zabawne było oglądać ich miny. Później dowiedzieli się, że 4 km dalej jest dworzec skąd odchodzą autobusy do Katmandu. Już siedzieli wszyscy w rikszach, kiedy spytałem ich czy są pewni tych informacji. Zapytali, więc jeszcze raz rikszarza czy jest pewien, że dzisiaj odjeżdżają autobusy do Katmandu. Ten się roześmiał i zaczął kręcić, więc wszyscy wysiedli. W końcu załapaliśmy się na dżipa do Pokhary za 400 rupii od osoby. Po drodze utknęliśmy na godzinę w jakiejś mieścinie z powodu demonstrujących studentów w ramach solidarności z protestującymi studentami z Pokhary.
Trasa z granicy do Pokhary jest bardzo malownicza. Ładna sceneria za każdym zakrętem. Głównie dzięki malowniczym tarasom ryżowym. Na drodze jest mniejszy ruch samochodowy i ogólnie jest bardziej spokojnie. Nepal od razu podbił nasze serca. O ile Sonauli jest okropne to dalej było już tylko lepiej. W Pokharze zostaliśmy podrzuceni pod fajny hotel (Dharma Inn), w którym dostaliśmy pokój z tv i łazienką za 250 rupii indyjskich (stargowaliśmy z 400). Sielanka skończyła się dość szybko, gdy zobaczyłem pierwszego karalucha. Zanim obudziłem Edytę zabiłem kolejne dwa. Później przez pół nocy czuwałem zabijając łącznie 10 następnych. Okazało się pechowo, że karaluchy są tylko w naszym pokoju. Według zapewnień właściciela wcześniej mieszkali tu przez dłuższy czas Azjaci, którzy bardzo śmiecili.
25.07.2008
Rano zmieniliśmy hotel. Teraz wybierając pokój w pierwszej kolejności dokładnie go oglądamy. Podnosimy łóżka zaglądając we wszystkie zakamarki, odsuwamy meble itd. Wtedy mamy pewność, że ich nie ma. Przenieśliśmy się kilka kroków dalej do godnego polecenia Kiwi Guest House. Czyściutki pokój za 300 rupii nepalskich z tv i łazienką (stargowaliśmy z 400 rupii). Przy naszej ulicy jest kilkanaście hoteli. Nie jest to sezon, więc wszędzie są pustki i można się targować. Zostawiliśmy bagaże i za 200 rupii pojechaliśmy taksówką do skrzyżowania dróg do Sarangkot, fajnej wioski na wzgórzu, skąd roztacza się widok na Pokharę i w sezonie na Annapurnę. Teraz niestety wszystkie góry spowite są chmurami. Idzie się cały czas drogą pod górę. Po drodze zrobiliśmy mieszkańcom sporo ciekawych zdjęć. Ze znalezieniem noclegu nie było najmniejszego problemu. Nocowaliśmy za 300 rupii (bardzo skromny, ale czysty pokój), choć są też prawdziwe nory za 100 rupii. Minusem jest niestety brak ciepłej wody, czego początkowo nie zauważyliśmy. Zaraz za naszym był hotel z gorącą wodą przez całą dobę. Jest sporo sklepików z pamiątkami. Kupiliśmy 4 lepsze szale za 1000 rupii i mniejszy za 250 oraz różne inne pamiątki. Kupując słonie za 320 rupii i Buddę za 180 próbowali nas nabrać, że to wszystko zrobione jest z kości jaka.
Do jeziora zeszliśmy inną drogą. Po drodze trochę się kluczy nim znajdzie się właściwą ścieżkę. Na początku wstąpiliśmy do jedynego tradycyjnego domu w okolicy, który jest wypatrzyliśmy oglądając z góry Pokharę. Właścicielka pozwoliła nam zajrzeć do środka. Dom leży w odosobnieniu pośród pól kukurydzy. Warto go obejrzeć. Następnie szukając właściwej drogi w stronę jeziora przechodziliśmy koło malowniczych tarasów ryżowych i wiosek gdzie zrobiliśmy sporo ciekawych zdjęć. W końcu miejscowi skierowali nas na ścieżkę, która stromo opada w dół. Szliśmy długo po kamiennych schodach pośród zarośli. Było bardzo gorąco. Zmęczeni po 3 godzinach od wyjścia z Sarangkot dotarliśmy do jeziora. Tam przy głównej drodze do Pokhary wstąpiliśmy do fajnej knajpki, przez którą płynie rzeczka. Są tam porobione mostki, wysepki, na których porozstawiano stoliki. Po zjedzeniu lazani i pieroszków mono poszliśmy dalej główną drogą wzdłuż jeziora. Po 15 minutach byliśmy w mieście. Tam w pierwszym napotkanym sklepie przepłaciliśmy za ręcznik szybkoschnący (660 rupii za duży ręcznik) oraz kiepskiej jakości ochraniacz na plecak za 180. Taki sam ręcznik w Katmandu kupimy później za 450. W Pokharze jest mnóstwo sklepów ze sprzętem sportowym i tanimi płytami, ale zakupy sprzętu sportowego lepiej zostawić na Katmandu. Tam jest większy wybór. Wieczorem wymieniłem kasę. Za 1 $ płacili po 66,5 rupii. Pokhara jest bardzo spokojnym miastem. W sezonie jest niewielu turystów i można tu odpocząć. Pełno knajp i sklepów nie pozwala się nudzić.
27.07.2008
Z hotelu wygrzebaliśmy się dopiero o 13. Na głównej drodze pożyczyliśmy dwa rowery na pół dnia za 150 rupii. Pojechaliśmy nad wodospad Devil Falls. Po drodze wstąpiliśmy do napotkanej szkoły by zrobić dzieciakom fajne zdjęcia. Do Devil Falls jest ciężko trafić, bo po drodze nie zauważyliśmy żadnych drogowskazów. Wejście jest pośrodku szeregu straganów ułożonych wzdłuż głównej ulicy zaraz po przekroczeniu mostu. Za wstęp płaci się 20 rupii. W porze deszczowej wygląda to dość efektownie, ale nie należy się nastawiać na wielkie przeżycie. Woda wpada do głębokiego zapadliska, którego końca nie widać, bo tak jest niefortunnie usytuowany punkt widokowy. W przypadku braku czasu można tą atrakcję spokojnie pominąć. Następnie pojechaliśmy na dworzec autobusowy kupić bilety na jutrzejszy wyjazd. Okazało się, że można kupić bilet na normalny autobus za 300 rupii, ale my chcieliśmy jechać turystycznym, a taki można załatwić tylko poprzez biuro turystyczne. Dworzec autobusowy w Pokharze to za dużo powiedziane. Jest tam zdewastowany plac gdzie zatrzymują się autobusy. Trudno czegokolwiek się dowiedzieć. Mieliśmy trudności ze znalezieniem kasy, która znajduje się przy głównej drodze. Ogólnie wygląda to wszystko nieciekawie. Wróciliśmy do naszego hotelu i tam załatwiliśmy bardzo szybko bilety na dzień następny za niewielką dopłatą. To najlepsze rozwiązanie. Cała nasza wycieczka na dworzec nie miała sensu. Bilet kosztował 450 rupii a hotel na pośrednictwie zarobił 50 rupii. Tego dnia nie mieliśmy siły na zakupy sprzętu turystycznego i do wieczora przesiedzieliśmy w pokoju.
28.07.2008
Rano po śniadaniu pojechaliśmy zamówioną przez hotel taksówką za 100 rupii do miejsca skąd odjeżdżały autobusy turystyczne. Na trasie, co chwilę postoje. Autobus zatrzymuje się też w miejscu skąd wyrusza się często na szlak wokół Annapurny. Po drodze fajne widoczki z polami tarasowymi i od czasu do czasu wyłaniającymi się z za chmur ośnieżonymi Himalajami. Przedmieścia Katmandu wyglądają nieciekawie. Trochę to przypomina Indie. Wysadzili nas blisko Thamelu, ale nie dokładnie tam gdzie zazwyczaj zatrzymuje się autobus, ponieważ trwała demonstracja, na której palono opony i droga była zatarasowana. Nieźle to wszystko wyglądało. My z plecakami, a obok palą się opony, rozemocjonowany tłum podskakuje z zaciśniętymi pięściami. Podskoczyłem parę razy razem z nimi dla żartu. Na szczęście dla mnie też potraktowano to jako żart.
Na początku Thamelu rozdzieliliśmy się. Edyta została z plecakami a ja zacząłem rozglądać się za hotelem. Niestety dałem się wkręcić naganiaczowi. Na początek zatrzymaliśmy się w Hotelu Discovery Inn za 350 rupii. Nie polecamy. Mimo zapewnień, że nie ma tu karaluchów, wieczorem po przyjściu z zakupów zabiliśmy 6. Nasza wina, bo nie sprawdziliśmy pokoju. Okazało się, że siedzą wewnątrz łóżka. Tego było za wiele. O 22 poszedłem sam do Annapurna Guest House, który spodobał mi się w czasie porannego szukania hotelu. Gdy powiedzieli mi, że ich oferta jest cały czas aktualna, wróciłem po Edytę. Spakowaliśmy rzeczy łącznie z dwoma karaluchami, które zeszły z plecaka w nowym hotelu i wyprowadziliśmy się nic nie płacąc. Personel kręcił nosem, ale zostaliśmy wypuszczeni. Po targach, czysty, dość przestronny pokój z łazienką i tv w Annapurna Guest House kosztował 400 rupii.
29.07.2008
Rano okazało się, że w naszej łazience nie ma ciepłej wody. Zaproponowano nam, więc taki sam pokój piętro wyżej (III p. 305). Zrobiliśmy sobie dzień zakupów (windstoper za 1500, kijki trekkingowe Camp za 2700 z niemetalowymi końcówkami i dobrej jakości plecaczek za 1200). Oprócz tego kolejny szal za 350, 6 czapek zimowych z polarem w środku za 850 oraz 3 bluzki Edyty za 900. W Katmandu jest dobry kurs dolara (67 rupii). Na naszej uliczce jest punkt, gdzie można tanio dzwonić do Polski (10 rupii za 1 minutę) oraz sklepik z wodą po 10 rupii (nigdzie nie było tak tanio). Woda mineralna najczęściej sprzedawana jest za 15 rupii, ale zdarza się, że na początku wołają po 20.
30.07.2008
Dzisiaj zwiedzamy Katmandu. Co jakiś czas pada niewielki deszcz. Po południu znowu robimy zakupy. Kupujemy dobrej jakości sandały za 1100 rupii i bardzo drogą spódnicę za 1000.
31.07.2008
Dzisiaj jedziemy do Bhaktapuru i Patanu. Jest mały problem z miejscem odjazdu, ponieważ autobusy nie odjeżdżają z dworca. Najlepiej wcześniej zapytać w hotelu o dokładne wskazanie na mapie miejsca odjazdu. Bilet do Bhaktapuru kosztuje 18 rupii. Mimo tego, że to tylko 15 km to jechaliśmy tam 1,5 godziny. Autobus, co chwilę się zatrzymywał i do końca podróży był cały przepełniony. Całe szczęście mieliśmy miejsca przy oknie, ponieważ jedzie się w korku i jest gorąco. Po drodze mijamy bardzo długie kolejki po benzynę, które są nadzorowane przez policję by nie dochodziło do zatargów między kolejkowiczami. Z autobusu wysiedliśmy przy drodze do głównej bramy. Przy wejściu na centralny plac starego miasta – Durban Square płaci się 10 dolarów lub 750 rupii. Opłaca się zapłacić dolarami. My jednak skręciliśmy w jakąś boczną uliczkę i zaczęliśmy zwiedzać stare miasto. Spacerując po różnych uliczkach, zaułkach zrobiliśmy sporo ciekawych zdjęć. W końcu doszliśmy do najładniejszego placu w mieście Taumadhi Square. Następnie doszliśmy do placu Dattatraya. Od tego placu odchodzi główna droga, przy, której znajduję się w jednej ze starych kamienic - mała szkoła. Warto zaglądnąć do znajdującej się na parterze sali lekcyjnej i zrobić uczniom zdjęcia w przerwie zajęć. Następnie zaczęliśmy wąskimi uliczkami przebijać się, do Durban Square. O dziwo nikt nas nie kontrolował i tym sposobem zwiedziliśmy plac za darmo. Zawiedliśmy się jednak tym, co zobaczyliśmy. Uważamy, że plac nie jest na tyle piękny by za niego płacić. Nic szczególnego w porównaniu z Durban Skwer w Patanie. Z Bhaktapuru do Katmandu jechaliśmy 50 min. Tam poszliśmy na dworzec lokalnych autobusów skąd za 12 rupii dostaliśmy się do Patanu. Durban Skwer w Patanie jest naprawdę ładny. Ma kształt prostokąta wypełnionego pięknymi świątyniami. Przy wejściu na plac nie pobierano żadnych opłat.
01.08.2008
Ze stacji autobusowej za 12 rupii od osoby pojechaliśmy do stupy Boudhanath. Za wstęp zapłaciliśmy po 100 rupii. Później okazało się, że można tam wejść za darmo. Należy skręcić w najbliższą od głównego wejścia drogę, patrząc od strony centrum Katmandu. Następnie pasażem handlowym wchodzi się pod samą stupę. Ceny wokół stupy są bardzo wysokie. Do restauracji można tu iść przede wszystkim by zrobić z góry ładne zdjęcie. Z powrotem do centrum Katmandu można dotrzeć łapiąc w pobliżu stupy co chwilę przejeżdżające busy. Po południu robimy dalsze zakupy sprzętu turystycznego na Thamelu. Cały czas się ostro targujemy szukając jak najlepszej jakości towaru i ceny. Niestety pochłania to dużo czasu.
02.08.2008
Rano poszedłem na nogach na dworzec autobusów dalekobieżnych i kupiłem 2 bilety za 1200 rupii, chociaż chcieli mi sprzedać po 750 za jeden. Za 750 rupii można bez chodzenia kupić bilety w hotelu. Wróciłem tą samą drogą. Z Thamelu na dworzec jest bardzo daleko. Lepiej nie robić sobie problemu i kupić droższe bilety w hotelu. Po śniadaniu robimy dalsze zakupy. Przed opuszczeniem hotelu o godzinie 12, bierzemy prysznic, pakujemy wszystko i zostawiamy bagaże by robić…dalsze zakupy. Czasu jest coraz mniej, a my cały czas się targujemy. Do ostatniej chwili walczę z sobą czy kupić ochraniacze z goretexu czy nie. Pędzimy do hotelu i zabieramy wypchane do granic możliwości plecaki. Następnie taksówką na dworzec jedziemy za 110 rupii. Najlepiej wyjść z Thamelu na główną drogę i dopiero tam szukać taksówki. W ten sposób będzie taniej. Autobus mieliśmy o 16.30. Ledwo zdążyliśmy. Do tego zaczęło bardzo padać tak, że wysiadając z taksówki i docierając pod dach dworca byliśmy cali mokrzy. Musiałem jeszcze pójść do okienka po zarezerwowane bilety, bo rano nie miałem wystarczającej ilości gotówki. Wszystko robiliśmy w biegu i deszczu. Ledwo zdążyliśmy do odjeżdżającego autobusu.
03.08.2008
O 7 rano dotarliśmy do granicy w Kakarbhitta. Tam poszliśmy do hotelu dla Hindusów (pokoje masakra) gdzie w restauracji zjedliśmy śniadanie i wzięliśmy prysznic z zimną wodą za 100 rupii (zdzierstwo). Po szybkiej odprawie trzeba przejść pomiędzy granicami przez długi most. Riksza na przejazd po moście kosztuje 10 rupii, chociaż na dzień dobry rzucają podwójną cenę. Płaci się już w rupiach indyjskich. Przy odprawie po stronie indyjskiej zgarnął nas kierowca dżipa i za 50 rupii od głowy dojechaliśmy do dworca autobusowego w Siligiri skąd chcieliśmy jechać do Dardżilingu. Po drodze do Siligiri widać całe połacie uprawianej herbaty. Po dotarciu do Siligiri zmieniliśmy plany. Obawialiśmy się, że nie starczy nam czasu by pojechać na Goa. Dlatego tym samym dżipem dojechaliśmy do New Jaiparingu (po targach wziął dodatkowe 30 rupii, mimo, że i tak jechał w tym kierunku) skąd chcieliśmy pojechać pociągiem do Kalkuty. Kolejka do Dardżilingu nie kursuje w porze deszczowej. Pociąg mieliśmy dopiero wieczorem. Czas wykorzystaliśmy robiąc sobie wycieczkę do ogrodu herbacianego położonego na obrzeżach Siligiri. Motorikszą zgodzili się wziąć nas za 250 rupii, ale postanowiliśmy dać zarobić rikszarzowi. Riksza po targach kosztowała 120 rupii. W jedną stronę jedzie się około godziny. Okazało się, że rikszarz nie wie dokładnie gdzie nas wiezie. Trochę błądziliśmy. Po dojechaniu na miejsce umówiliśmy się na drogę powrotną za godzinę.
04.08.2008
Do Kalkuty przyjechaliśmy około 6 rano. Niestety z dworca, na który przyjechaliśmy nie odjeżdżają pociągi na południe. Mieliśmy problem ze znalezieniem taniego transportu na właściwy dworzec. Motorykszarze nie mają pozwolenia na zabieranie spod dworca. Taksówkarze chcieli po 100-150 rupii. Znaleźliśmy autobus za grosze, ale tak długo stał, że wysiedliśmy z niego. Zmęczeni i z ciężkimi plecakami stargowaliśmy cenę taksówki do 70 rupii. Oprócz nas jechało tą taksówką jeszcze trzy osoby. Na dworcu nie mieli biletów na Goa, bowiem poza sezonem nie ma bezpośrednich połączeń. Zaproponowali nam dojazd do Bombaju, ale nie mieli normalnych biletów. Sprawdzili, że są jednak bilety zarezerwowane dla turystów, ale nie można ich kupić na dworcu tylko należy się udać do oddalonego o 10 min marszu biura turystycznego. W tym celu należy przepłynąć promem przez rzekę, o czym niestety nie wiedzieliśmy. Przeżyłem chwilę grozy, gdy ja zostałem na dworcu z plecakami, a Edyta poszła załatwiać bilety. Miało to trwać z pół godziny, a ja czekałem około 3 godzin i nie wiedziałem, co się dzieje. Bagaży w przechowalni nie mogłem zostawić, bo nie miałem biletu. W końcu byłem na tyle zdesperowany, że zostawiłem wszystko u obcych ludzi, z którymi cały czas rozmawiałem. Gdy już wychodziłem z dworca spotkałem Edytę, która nie wiedząc o promie przeszła do biura naokoło przez most. Na szczęście dla mnie wróciła już promem. Przeprawa promem przez rzekę kosztuje 4 rupie. Bilet do Bombaju za dwie osoby kosztował 1034 rupie. Pociąg mieliśmy o 20.15 dlatego cały dzień włóczyliśmy się po mieście. Byliśmy też pod budynkiem gdzie jest pochowana matka Teresa. Do Bombaju jedzie się 2 noce i 1 dzień. W trakcie podróży starałem się robić zdjęcia ludziom pracującym na polu, stojąc przy otwartych drzwiach wagonu. W Bombaju byliśmy o 5.30 rano.
05.08.2008
Kupiliśmy bilet do Margao na 23.15. Cały dzień lał deszcz, dlatego głównie siedzieliśmy w knajpach. Sporo czasu spędziliśmy z poznaną rano Iwoną z Wrocławia, która od kilku miesięcy podróżuje po krajach regionu. Spotkaliśmy też Floriana z Belgii, którego poznaliśmy w Nepalu. Wyjechaliśmy zgodnie z planem. Na szczęście mamy miejsca na samej górze. Plecaki dajemy pod głowy i organizujemy nasz mały światek.
06.08.2008
Do Margao dotarliśmy około 12 godziny. Znowu zaczęło lać. Motorikszą za 110 rupii docieramy do Calvy, która jest naszym celem podróży na Goa. Wybraliśmy się tam dzięki podpowiedzi Kasi z Wrocławia, którą poznaliśmy w Waranasi. Na szczęście kilka dni wcześniej była na Goa i zrobiła rekonesans gdzie jest najlepiej poza sezonem. Proponowane przez rikszarza hotele nie spełniły naszych oczekiwań. Chodzę w deszczu i szukam noclegu. Warunki w hotelach kiepskie, a ceny rzucają zaporowe. Wreszcie znalazłem odpowiednie lokum. Hotel Star Beach Resort (500 m od morza). Widać go z głównej drogi, choć jest trochę cofnięty w głąb. Prowadzi tam boczna uliczka. Za czysty pokój z łazienką, tv i balkonem oraz dużym basenem do dyspozycji bez targowania zapłaciłem 450 rupii.
07.08.2008
Cały dzień leje z przerwami. Spacerujemy po plaży, robimy zakupy (kupujemy tanio 6 par butów za 1500 rupii, spódnicę 260 rupii, koszulkę 150 rupii) i opychamy się mnóstwem owoców.
08.08.2008
Dzisiaj pada rzadziej. Jak co rano wskakuję do basenu, później spacer po plaży. Z hotelu wychodzimy o 12.30. Wychodząc na główną drogę łapiemy przejeżdżający autobus do Margao (8 rupii od osoby). Tam po 10 min przesiadamy się na autobus do Old Goa (20 rupii osoba). Wysadzają nas przy bazylice. Nie mamy gdzie zostawić plecaków, więc zwiedzamy na zmianę. Po zwiedzaniu na głównej drodze przy bazylice łapiemy autobus do Panadżi (7 rupii osoba). W Panadżi kupujemy od razu bilety do Kolhapur, gdzie chcę zobaczyć dawne polskie osiedle z czasów II wojny światowej tj. Valivade. Mieszkało tam kilka tysięcy Polaków, głównie dzieci i kobiet ewakuowanych z Armią Andersa ze ZSRR. Mieszkała tam przez 5 lat również moja ciotka. Valivade ma teraz inną nazwę, jest przedmieściem Kolhapur. Stara nazwa została tylko na lokalnym dworcu. Ze śladów polskości jest cmentarz.
Z dworca w Panadżi jedziemy motorikszą za 40 rupii (bez targowania 60) do Oravs House. Standard taki sobie. Raczej skromny pokój, ale w miarę czysty, z łazienką, balkonikiem i tv. Koszt bez targowania 400 rupii. Wcześniej ku naszemu zdziwieniu w kilku guest housach był komplet gości, a przecież nie ma sezonu i cały czas leje deszcz. Pomimo fatalnej pogody idziemy na miasto. Zwiedzamy, chodzimy po sklepach, knajpach. Wieczorem olśnienie. Wchodzimy do firmowego sklepu Wranglera. Patrzymy na ceny i niedowierzamy. Spodnie po 70, 80 zł (średnio 1300 rupii). Opanowało nas szaleństwo zakupów. Sprzedawcy tylko nami się zajmowali. Kupujemy 5 par. A oni dają nam następne mówiąc bierzcie, co to dla was. Pomimo tego, że sklep już powinien być zamknięty wszyscy nas obsługują pracując pół godziny dłużej. Nawet wysłali jednego pracownika do swojego krawca by skrócił nam nogawki i obszył oryginalną nitką. Nie byłoby to może takie dziwne gdyby ten krawiec nie mieszkał ponad 20 km od sklepu. Po wyjściu ze sklepu, naprzeciwko, zobaczyliśmy jeszcze czynny sklep Levisa. Dokupiliśmy jeszcze jedną parę. Spodnie kosztowały około 100 zł (około 1900 rupii).
09.08.2008
Nie można było załatwić na rano transportu, dlatego idziemy na nogach z bardzo ciężkimi plecakami. Niestety jest ulewa, bardzo duży wiatr jesteśmy przemoczeni. W ciemności trudno znaleźć właściwą drogę. Przeżywamy mały koszmar. Nigdzie nie widać rikszarza bądź taksówki. Autobus, który miał jechać do Kolhapur o 6.15 odjechał dopiero o 6.45. Najgorsze dopiero miało nadejść. Po godzinie jazdy utknęliśmy w korku. Okazało się, że wskutek opadów monsunowych, woda na tyle przybrała w rzekach, że przelała most na rzece, którym mieliśmy przejechać. Po jakimś czasie kierowca wycofał autobus na dworzec autobusowy w jakiejś dziurze. Niewiadomo, co robić. Deszcz cały czas pada. Nikt nie wie czy woda opadnie czy nie. Gdzieś po dwóch godzinach decydujemy się wrócić do Panadżi i jechać bezpośrednio do Bombaju. W Panadżi nie ma dworca kolejowego dlatego jedzie się do Old Goa. Tam należy wysiąść na głównej drodze i łapać motorikszę na dworzec. Dostaliśmy bilety na pociąg do Bombaju, ale bez miejscówek. Do północy siedzieliśmy w przedziale najniższej klasy. Trzeba dodać, że siedzieliśmy tylko dzięki gościnności hindusów, bo wszystkie miejsca były zajęte. Edyta, co godzinę chodziła do konduktora i pytała czy nie zwolniło się miejsce w sleeper class. Około pierwszej w nocy udało się i dostajemy miejsce na trzecim najwyższym poziomie, który ze względów bezpieczeństwa najlepiej nam odpowiada. Niestety, po stronie Edyty dach był nieszczelny i całą noc walczy z przeciekającą wodą.
10.08.2008
Rano docieramy do Bombaju. Oczywiście cały czas pada. Kupujemy bilety na pociąg do stacji skąd już motorikszą dociera się na lotnisko. Oddajemy bagaże do przechowalni, w której biegają szczury i wyruszamy na miasto. Zwiedzanie, zakupy (bluzki, kolejna para levisów, szale itd.). Cały czas z przerwami leje deszcz. W końcu wybieramy bagaże i jedziemy na lotnisko. Bilet na pociąg kosztuje śmieszne małe pieniądze. Jedzie się niecałą godzinę. Następnie doradzono nam by wyjść na wiadukt, bo stamtąd można taniej złapać motorikszę na lotnisko. Na lotnisku przy wejściu wpuszczają tylko tych, co posiadają bilety. Żeby nie spóźnić się na poranny samolot postanawiamy tam przenocować. Niestety nie można tam wziąć prysznica. Jest tylko zimna woda z kranikami umieszczonymi bardzo nisko. Nie można się też rozłożyć na siedzeniach, bo oparcia nie dają się złożyć. Lepiej też mieć ze sobą jedzenie, bo ceny są tu koszmarne. Rano wylatujemy do Krakowa z przesiadką w Monachium. Po południu jesteśmy w Krakowie. Stamtąd pociągiem dostajemy się na dworzec, skąd ekspresem Intercity (last minute za 22 zł od osoby) docieramy około 22 godziny do Rzeszowa. Wreszcie serdeczne powitanie z naszym dwuletnim synkiem, który zaczął mówić pełnymi zdaniami.