Wydanie internetoweAzja

Wyprawa Silk Road'2009

Paweł ChudzickiRosjaUzbekistanKazachstanKirgistanTadżykistan

No i wreszcie uffffff!!! Udało sie zapakować Vitarę! Jest wszystko, co potrzeba (tak nam sie wydaje) i wszystko co niepotrzebne – kilka części w razie gdyby auto miało odmawiać posłuszeństwa, osiem plastikowych kanistrów prosto z allegro 3 zl za sztukę, weszły nawet rozkładane krzesła turystyczne... Żegnamy się z naszymi kochanymi Katowicami, nie przypuszczając nawet, że aż na tak długo.

Pierwszy nocleg przy drodze jeszcze w Polsce, następne już w trasie na Litwie. Tutaj postój na kilka dłuższych chwil w Wilnie, zwiedzanie “Ostrej Bramy”, następnie Łotwa i Estonia, gdzie próbujemy odnaleźć widmo panoszącego się kryzysu – ale patrząc na drogi jak na zachodzie, tłumy rosyjskich turystów w Tallinie, jakoś nie możemy go dostrzec. Trochę mieszają się nam pory dnia, stolicę zwiedzamy o drugiej w nocy przy dziennym świetle – to dzięki “białym nocom”, na które mamy okazje trafić. Po kilku dniach wreszcie forsujemy „żelazną kurtynę”, 21 godzin na granicy daje nam do zrozumienia, że zaraz wyjedziemy z przyjemnej i łatwej Europy a znajdziemy sie w świecie już nie tak banalnym i prostym.

ROSJA

Jeszcze tego samego dnia docieramy do Petersburga, który od razu powala nas swoim ogromem i pięknem. Szybko rewidujemy naszą hierarchię w kategorii „najwspanialsza europejska metropolia”, od razu na czoło wysuwa się “Miasto Piotrowe”. Spędzamy tu kilka dni (w tym jeden w Ermitażu), nocując u Anny i Georga z Couchsurfing w blokowisku w sypialnej dzielnicy miasta, w której wielka płyta ciągnie się kilometrami, aż po horyzont.

Stare miasto jest olbrzymie i robi niesamowite „wielkomiejskie” wrażenie. Nie ma tu małych, wąziutkich uliczek, są za to szerokie ulice, prospekty po pięć pasów w jedną stronę. Cała zabudowa ze względu na to, że pochodzi głównie z jednego okresu robi wrażenie bardzo harmonijnej, nie jest też tak „wymuskana” jak w niejednym Europejskim mieście.

Po obejrzeniu Aurory, która jest naszym ostatnim obowiązkowym punktem, kierujemy sie na południe. Krótki odpoczynek w Moskwie u znajomej, obowiązkowe odwiedziny u “wiecznie żywego” Lenina oraz zwiedzanie Soboru Wasyla i w drogę na południowy wschód! Śpimy na “autostajankach”, czyli parkingach strzeżonych, głównie w samochodzie i przy samochodzie, bardzo przydaje się duża miska kupiona w ruskim markecie, która służy nam za wannę. Coś rzeczywiście jest na rzeczy, jeśli chodzi o włamy do samochodów, bo w europejskiej części Rosji nie widzimy żadnych aut parkujących gdzieś na poboczach. Autostajanki otoczone są głównie wysokim murem, drutami kolczastymi, często wewnątrz biegają psy tak, że w ogóle strach wyjść z auta. Szybko docieramy do Samary, gdzie obżeramy się w lokalnej sieci fastfoodów “Pan Kartofel”, którego specjałem jest duży ziemniak zapieczony w folii, z różnymi dodatkami w środku - pycha. Jeszcze tego samego dnia na wieczór meldujemy się na granicy z Kazachstanem.

KAZACHSTAN

Na granicy mordercza biurokracja, oprócz tego wyciąganie wszystkich rzeczy z auta, robienie policyjnych zdjęć naszych fizjonomii no i oczywiście odpowiadanie na przedziwne pytania w stylu do Kazachstanu? Turystycznie? Ale po co? Pomimo że nie było prawie żadnej kolejki cztery godziny załatwiania murowane i tak już będzie prawie na wszystkich następnych granicach.

Drogi jak na razie w świetnym stanie, mnóstwo nowego asfaltu, wszędzie praca wre, wielu "gastarbeiterów" z całej Azji i Kaukazu. Jakoś Kazachstan nie chce za grosz pasować do wizerunku z “Borata”. Nie mamy też żadnych problemów z milicją, są bardzo grzeczni, nie wyciągają od nas kasy, nawet jak ewidentnie przekraczamy prędkość, to pokazując moje zdjęcie w mundurze zawsze wymigujemy się a to odblaskową koszulką a to kolorowym breloczkiem. Zdarza się, że milicjanci jakoś nie mogą dać wiary mojej brodzie i jej braku na zdjęciu w paszporcie, sprawdzają wtedy namacalnie czy nie mam sztucznej :)

Docieramy do stolicy regionu zachodniego miasta Atyrau, gdzie dokonujemy obowiązkowej rejestracji w centrali byłej KGB, podając za miejsce przebywania pierwszy przyuważony hotel czterogwiazdkowy w centrum miasta – nie możemy do kwestionariusza przecież wpisać prawdziwego adresu: Vitara kolor niebieski, namiot kolor khaki.

W mieście przejeżdżamy most na rzece Ural, na którym znajduje sie symboliczna granica Europa-Azja. Wreszcie jesteśmy więc w Azji i mamy już tylko kilkaset kilometrów przez step, żeby wjechać na właściwy Jedwabny Szlak.

UZBEKISTAN

Niestety granica „rabotajet” tylko w określonych godzinach, przyjeżdżamy na 15 minut przed jej zamknięciem, więc nikt nas nie chce już przepuścić. A tu jutro Agi urodziny! Miały być spędzone w jakimś urokliwym miejscu na Jedwabnym Szlaku, w romantycznej scenerii „tysiąca i jednej nocy”, w przyjemnej orientalnej karawansjerze. Nic z tego! Rano znowu cztery godziny na tym malutkim przejściu, mimo że za każdym razem po otwarciu paszportu Agi mnóstwo wesołości, życzenia urodzinowe i w ogóle „ocień charaszo”. Po stronie Uzbeckiej jeszcze opłata zdrowotna “one dolar” i już wjeżdżamy na „Jedwabny Szlak”. Jesteśmy w republice o dźwięcznej nazwie Karakalpakstan. Przez pierwsze trzysta kilometrów nie ma nic tylko piach i jedna nitka zrujnowanego albo zasypanego piachem asfaltu.

Tak, to już początek pustyni Kyzył Kum, więc po przyjeździe do Chiwy – pierwszego miasta na naszym szlaku karawan Vitara wygląda jak po „oesie” na Rajdzie Faraonów, czego się nie dotkniemy jest w piachu i pyle. W starej Chiwie zakochujemy się z miejsca – urocze miasto muzeum na wolnym powietrzu, pełne meczetów, medres, mauzoleów. Czujemy się tu jak w scenografii do “Baśni tysiąca i jednej nocy” albo co najmniej o Ali-Babie i Aladynie. Można tu godzinami spacerować pośród wąskich uliczek, ciemnych zaułków, wczuwając sie w niepowtarzalny klimat tego miejsca.

Po kilku dniach opuszczamy Chiwę i jadąc Jedwabnym Szlakiem skrajem Pustyni Kyzył Kum na wschód, docieramy do Buchary. Drogi są coraz gorsze, momentami brakuje asfaltu i pomimo, że jedziemy główną “krajówką” E 40 to czasami jest tylko szutr, no i oczywiście klasyczna tarka. Po drodze zatrzymuje nas kilkakrotnie milicja, zawsze są jednak nastawieni bardzo przyjaźnie, nie wyłudzają pieniędzy, czasami damy im jakiś suvenir z naszego zestawu np. kolorowy breloczek, który w Uzbekistanie ma duże wzięcie ;) i to wszystko. Wygląda na to, że bardziej chcą sobie pogadać i pochwalić się swoimi kolorowymi pałkami milicyjnymi, którymi machają we wszystkie strony, co powoduje, że w nocy takie zatrzymanie przez czwórkę milicjantów wygląda bardziej na wygłupy trupy cyrkowej :)

Następnego dnia jedziemy do Samarkandy – ostatniego ale i najważniejszego punktu na naszym „Jedwabnym Szlaku” w Uzbekistanie. Miasto swą potęgę budowało od VI do XIII wieku, by w XIV stać się stolicą państwa Timura – potężnym centrum ekonomiczno kulturalnym, najznakomitszym w całej środkowej Azji.

Ponieważ nasza wiza Uzbecka kończy się, z Samarkandy jedziemy prosto na granicę z Tadżykistanem – meldujemy się na niej w ostatni dzień trwania naszych wiz. Tu znowu standardowo cztery godzinki, tony papierów i oczom naszym ukazuje się momentalnie inny krajobraz.

TADŻYKISTAN

To najprawdziwsza prawda – dziewięćdziesiąt pięć procent powierzchni Tadżykistanu to góry. Od razu po wjeździe do tego kraju ukazują nam sie w oddali szczyty, na razie niewysokie, niepozorne. Jedziemy jeszcze po w miarę równym asfalcie, jesteśmy zadowoleni i błogo nieświadomi tego co ma nas spotkać jeszcze tego samego dnia i dalej, w całym kraju.

No cóż, pierwsze kilkadziesiąt kilometrów wygląda bardzo obiecująco, ale już po dwóch godzinach zaczyna się to, co tygryski lubią najbardziej – brak asfaltu i dróg. I tak już będzie prawie cały czas w tym kraju. Poruszając sie główną „międzynarodową” drogą szybko weryfikujemy nasze plany, do stolicy dziś nie zajedziemy, jutro też nie, w sumie to przestajemy planować. Z każdym kilometrem nabieramy wysokości i coraz to większych obaw czy zdążymy przejechać i zobaczyć to co najciekawsze w Tadżykistanie.

Przed wysoką przełęczą Anzab okazuję sie że Chińczycy całe dnie pracują przy budowie tunelu i jest on przejezdny tylko od późna wieczór do świtu. Nie udaje nam sie wstrzelić w te godziny. Jedziemy więc poprowadzonym objazdem czyli wspinamy się w pyle i kamieniach na 3370 m n.p.m., gdzie po kilku godzinach jazdy oddychamy już zimnym powietrzem i myjemy się w górskim strumieniu w lodowatej wodzie. Ta kąpiel jest powodem lekkiego uszczerbku na naszym zdrowiu – ale co tam, jakoś trzeba sie zaaklimatyzować :)

W stolicy obieramy kierunek południowy – Afganistan. Mamy wizy, plan podróży po północy tego kraju z główną atrakcją kolorowym Mazar E-Sharif. Żadnych złych newsów odnośnie sytuacji w Afganistanie nie słyszeliśmy, aczkolwiek dochodzą nas głosy że z racji zbliżających sie wyborów, może robić sie „gorąco” w całym kraju. Na granice docieramy po całodziennej podróży. Jeszcze przed granicą wysoki rangą milicjant registrujący nas jowialnie upomina się o jakiś „podarok”. Szybki przegląd naszego zestawu do rozdawnictwa uświadamia nam, że bardzo niepotrzebna jest niewygodna poduszka samochodowa pod plecy, której nie stosujemy, gdyż przynosi tylko odwrotny efekt. Gdy milicjant zobaczył co niosę w rekach dla niego, ucieszył sie z daleka jak dziecko – kakij balszoj podarok! Spasiba bolszoje, sciastliwa!

Niestety na samej granicy nie było już zbytnio "sciastliwa". Niczego nie podejrzewając odprawiamy się po stronie tadżyckiej. Zaniepokoiło nas tylko oficjalne pismo z poprzedniego dnia, żeby odradzać wjazd do Afganistanu obywatelom spoza WNP z powodu wzmożonej aktywności Talibów w tym rejonie. Wjechaliśmy już na stronę Afgańską, po czym spotykamy dwójkę Polaków, plecakowiczów Michała i Ewelinę, którzy po jednym dniu pobytu wyjeżdżają z tego kraju. Na świeżo opowiadają nam, że w pierwszej przygranicznej wiosce w nocy była strzelanina, Talibowie zaatakowali posterunki policji i nie wolno żadnemu przyjezdnemu samemu poruszać się po wiosce i drogach. Pogranicznik afgański dodaje do tego, że droga do pierwszego miasta Kunduz jest od obiadu zamknięta. Wojsko i policja nie puszcza nikogo, gdyż nie ma wystarczających sił na ochronę drogi - a do obiadu jazda odbywa się również na własne ryzyko. Po takich informacjach wystarcza nam tylko rzut oka na nasza Vitarę, która jakoś nie chce przypominać lokalnych wehikułów i wtapiać sie w afgański motoryzacyjny pejzaż. Decyzja jest jedna - zawracamy. Zajęło nam to prawie cały dzień bo akurat będąc pomiędzy posterunkami granicznymi zaczęła sie dłuuuuuga przerwa obiadowa, ale jest nam wszystko jedno, wiemy że decyzji nie zmienimy. Tak więc zmiana planów, z powrotem wracamy się do Duszanbe skąd będziemy kontynuowali podróż dalej na wschód w stronę wytyczonych jeszcze przed wyjazdem celów – Doliny Wakhan i Pamir Highway.

Jadąc dalej na wschód docieramy do rzeki Panj – granicy z Afganistanem i od tej pory jedziemy w górę jej biegu w stronę miasta Khorog - wrót do doliny Wakhanu.

Miasto okazuje się małą dziurą z obowiązkowym pomnikiem Lenina w centralnym miejscu i jeszcze jedną, ostatnią stacją paliw z prawdziwego zdarzenia – bo dalej juz tylko paliwo z butelek. Tankujemy więc wszystkie kanistry, gazu tu już „niet” a i paliwo droższe, im dalej w odludzia, tym bardziej jest towarem deficytowym. Z tego miejsca zaczyna się słynna Pamir Highway, na której jest stary asfalt i jedzie sie nią dosyć komfortowo. My wybieramy jednak podrzędną drogę przez dolinę Wakhan czyli podobno najciekawszy i najbardziej malowniczy kilkuset kilometrowy odcinek w Tadżykistanie.

Dolina Wakhan to chyba najpiękniejsza jaką udało nam się do tej pory zobaczyć, ale również chyba najbardziej posępna i księżycowa. Momentami jest bardzo szeroka a olbrzymie nagie góry wyrastające zarówno po stronie afgańskiej jak i tadżyckiej powodują skojarzenia z jakimś kosmicznym szlakiem olbrzymów. W Afganistanie, po drugiej stronie rzeki rozpościera sie pasmo Hindukusz, czyli dosłownie „Zabić Hindusa” a przed nami najwyższy jego szczyt oraz całego kraju, siedmio i pół tysięczny Nawszak.

Jadąc dalej na wschód mijamy jeszcze kilka wiosek, oglądamy ruiny fortów oraz wiele miejscu kultu Ismailitów, niewielkiego odłamu Islamu, którego wyznawcy żyją w Indiach, USA i Tadżykistanie. Stawiają oni przy drogach i w górach pięknie udekorowane olbrzymimi rogami górskich kozłów ołtarze. Za punktem kontrolnym w Kargusz droga zaczyna się piąć mocno w górę, kamienie i dziury na szutrowej drodze stają się coraz większe, jedziemy przełęczą na wysokości 4340 m n.p.m. Nasza prędkość spada czasami do kilkunastu kilometrów na godzinę, zamiera praktycznie ruch kołowy, w ciągu całego dnia mijamy się tylko kilkakrotnie z jedną starą Ładą Nivą. Kierowca jej masakruję maszynę prując z zawrotną prędkością nad przepaściami ale co chwile zatrzymują się, cała rodzina wysiada z auta i robią mały „remontik”. Po czwartej takiej mijance raz oni nas, raz my ich wydaje się nam, że jedziemy z nimi tak od Polski i że zaraz ktoś kogoś będzie pchał albo holował.

Jak tylko sie da, korzystamy w osadach z gar kuchni oraz wiejskich gospód, żeby poznać jak najwięcej lokalnych specjałów. Czasami mamy jednak dość. Nad jednym z jezior w strasznych podmuchach wiatru gotujemy sobie spagetti wygrzebane z zapasów z Polski, mając już troszkę dość baraniny pod wszelakimi postaciami. Tak nam zasmakowało, że teraz nasze krajowe zapasy szybką będą topnieć – czasami stanowią fajną odskocznie od baranich wyrobów. Śniadań zaś, składających sie z lepioszki, mlecznej czakki oraz max słodkiej herbaty nie zastąpią nigdy.

Nasza wiza tadżycka kończy się dramatycznie szybko. Wjeżdżamy więc teraz już definitywnie na Pamir Highway i jedziemy nią na wschód w stronę Kirgizji. Robimy przystanek w ostatnim w Tadżykistanie miasteczku Murghab, gdzie można już zaobserwować żyjących wielu napływowych Kirgizów. Jesteśmy cali zapyleni i spoceni po ostatnich off roadach, szukamy więc publicznej bani. Kluczymy trochę, pytamy milicjantów i w końcu jest! Tak, ale zamknięta. Cóż, nasza nieśmiertelna miska posłuży nam jako wanna również dzisiaj. Opuszczamy więc szybko miasteczko i jedziemy dalej „Pamirską Szosą” by po kilku godzinach osiągnąć najwyższy punkt na całej trasie – przełęcz Akbajtal. Na 4650 m n.p.m. Vitarka troszkę sapie i jest coraz głośniejsza. Jest już wyraźnie chłodniej a nasz GPS nie wiedzieć czemu wskazuje jeszcze większą wysokość, niż napisy na oznaczeniach przy drodze.

Na noc docieramy do osady nad pięknym jeziorem Karakol, jednym z najwyżej położonych słodkich jezior w Pamirze ( 3915 m n.p.m.). O kąpieli nie może być jednak mowy, temperatury są niezbyt sprzyjające. Postanawiamy, że jednak tym razem umyjemy się porządnie w bani – a co tam musi gdzieś być! W osadzie zatrzymuje się też wielu rowerzystów, których często spotykamy w Pamirze; Ze Szwajcarii, z Francji, z Niemiec. Jadą na dwóch kółkach z Europy przez Azję Centralną i nie raz dalej do Chin czy Mongolii. Szacun! Następnego dnia po paru godzinach meldujemy się na granicy z Kirgizją na pięknie położonej przełęczy Torugart (4280 m n.p.m.). Samo przejście to kilka baraków, ale za to w przepięknej scenerii.

KIRGIZJA

W pierwszym Kirgiskim mieście Sary-Tasz uzupełniamy zapasy paliwa, już tańszego niż w Tadżykistanie i podziwiamy piękną panoramę Piku Lenina najwyższego szczytu Pamiru. Podobnie jak w Tadżykistanie cały kraj to góry ale jednak inne; krajobrazy alpejskie, mnóstwo zieleni no i Kirgizi mieszkający w swych jurtach, poruszający sie głównie konno. Pogoda również się zmienia, dopadają nas pierwsze ulewy które rozmywają dopiero co utwardzane przez Chińczyków drogi. Obozy rozbijamy na pastwiskach, dzisiejszy przed miastem Osz nad krystalicznie czystą rzeczką. Pomimo niezbyt wysokich temperatur rano nabrawszy do miski wody z górskiej rzeki po godzinie na słońcu jest ona prawie gorąca, możemy się więc dokładnie wraz autem umyć ze skalnego tadżyckiego pyłu, który jest wszędzie.

Rano Vitarka nie chce odpalić a próby przepchnięcia jej przez pastwisko spełzają na niczym. Dopiero z pomocą gromady dzieci wychodzi odpalenie na pych, co bardzo raduje zarówno młodych pastuszków jak i nas.

Stolica nie wydaje sie być dość interesująca, może poza wielkim śmiesznym muzeum w stylu socreal, w którym całe piętro jest poświęcone rewolucji i jej wodzowi. Wieczorem w centrum miasta gromadzą sie tłumy miejscowych, żeby podziwiać wspaniale podświetlone fontanny – odrobina kiczu wśród wielkich post radzieckich prospektów. Przynajmniej w mieście jest duża publiczna bania, z której to często korzystamy, noclegi zaś podobne jak zawsze spędzamy na poboczach dróg pod miastem.

Z Biszkeku obieramy kierunek dalej na wschód nad jedną z głównych atrakcji Kirgizji – nad olbrzymie jezioro Issyk Kul. Słyszeliśmy, że jest ono bardzo malownicze zarówno od północy jak i od południa. Zapuszczamy się więc na obydwa przeciwległe brzegi. Północny okazuje się być okupowany przez nielicznych turystów z Rosji i Kazachstanu za to z ładnymi plażami, południowy zaś bez jakiejkolwiek infrastruktury turystycznej bardzo przyjemny i spokojny. Widoki nad jeziorem, jak z pocztówek wzięte – z nad tafli jeziora w oddali wyrastają całe masywy ośnieżonych szczytów. Znak ze zbliżamy sie do kolejnego azjatyckiego pasma Tien Szan.

Jako bazę na wypad w Tien Szan przyjmujemy miasteczko Karakol, gdzie liczymy na liczne atrakcje z racji zbliżającego się głównego święta państwowego - Dnia Niepodległości. W międzyczasie z Karakol udajemy sie na kolejną przygodę off roadową do położonej wysoko w górach osady Altyn Araszan.

Jest już po sezonie więc o żadnych „tłumach” nie ma mowy. Kilku plecakowiczów szykujących się do wyjścia w góry, to wszystko. Zostajemy tu na parę dni, postanawiamy że Aga odpocznie w namiocie a ja udam się na treking do górskiego jeziora Ala-Kol. Pogoda jest piękna, widoki fantastyczne.

W dzień temperatura zbliżyła się po raz kolejny do zera wiec znów raczymy się kąpielami w gorących źródłach które ostatni raz podczas tej podróży dane nam jest spotkać. W nocy przetaczają się burze, całą noc wiatr smaga niemiłosiernie namiot w strugach deszczu, parę razy myśleliśmy że odfruniemy wraz z nim. Nazajutrz cała droga tonie w błotnistych kałużach a wszystkie kamienie i głazy zrobiły sie wstrętnie śliskie. Z ledwością udaje sie nam pokonać drogę w dół, z napędami i reduktorem, Aga cały czas musi mnie pilotować przed wozem oraz sprawdzać kijem głębokość rozlewisk. Nie obyło się oczywiście bez gięcia blachy, tym razem drzwi nie będą sie już domykały :) Cóż, na te błotko przydałoby się inne ogumienie.

KAZACHSTAN

Po opuszczeniu Karakol kierujemy się na granice z Kazachstanem, gdyż nasza wiza kirgiska ważna jest tylko jeszcze jeden dzień. Tym razem przekroczenie idzie jak z płatka, nikomu nie chce się kopać w naszym aucie w deszcz i ziąb. Cóż, jak dwa miesiące temu wjeżdżaliśmy do krainy Borata pogoda była nieco odmienna.

Nieopodal granicy znajduje się największa atrakcja kraju, słynny Kanion Czeryn. Po zjechaniu z głównej drogi i dziesięciu kilometrach tarki oczom naszym ukazuje się drugi co do wielkości na świecie kanion. Z góry robi niesamowite wrażenie, olbrzymiej wyrwy w płaskim kamienistym krajobrazie, z niezliczoną ilością fantastycznych formacji skalnych w najdziwniejszych kształtach. Robimy sobie piesze wycieczki w dół kanionu, z powodu porywistego wiatru gotujemy Spaghetti w aucie i troszkę przypalamy jeden z foteli :)

Mamy za to farta jeśli chodzi o noclegi. Jako jedyny z CF odpisał nam bardzo sympatyczny Sergiej, który udostępnia nam swoje mieszkanie w centrum miasta na cztery dni, sam się ewakuując do pobliskiej rodziny. Zagląda tylko do nas czasami na pogawędki i dopełnianie nam lodówki. Po tych kilku dniach rozleniwiamy się maksymalnie, codziennie ciepła woda, jedzonko europejskie, kablówka, internet... Już prawie zapomnieliśmy jakiego koloru jest nasz namiot.

W ostatni dzień okazuje się jednak, że trzeba się zebrać w sobie i otrząsnąć z letargu. W urzędzie emigracyjnym nie przedłużają nam wiz i szybko w trybie expresowym musimy załatwić powrotną rosyjską wizę, gdyż na opuszczenie Kazachstanu zostało na tylko dwa dni – tyle jest jeszcze ważna nasza kazachska wiza. Musimy odpuścić sobie zachodnie rubieże kraju, może innym razem, teraz mamy 48 godzin, żeby najkrótszą drogą czyli tysiąc kilometrów na północ wydostać sie z kraju. Na początku wydaje się to dość łatwe, ale trochę kluczymy na stepie szukając rysunków na skalnych z VIII wieku - bardzo rzadkich przedstawień Buddy i Sziwy w tym rejonie Azji. Znajdują się one niedaleko olbrzymiego jeziora Balkash, które obumiera podobnie jak jezioro Aralskie - jego sąsiad z zachodu kraju. Ostatni stukilometrowy odcinek do Semipałatyńska niedaleko rosyjskiej granicy jest makabryczny. Zostało nam jeszcze tylko parę godzin a tu międzynarodowa droga głównej kategorii wygląda, jakby testy nuklearne miały miejsce na drodze a nie na poligonie pod Semipałatyńskiem. W mieście wpadamy jeszcze na chwile do muzeum by poznać radioaktywną historię tego miejsca, jest to jednak dość przygnębiające więc czym prędzej podążamy w stronę granicy.

Na rogatkach państwa jesteśmy pod wieczór, tempo przekraczania daje nam do myślenia czy wyrobimy się w naszym terminie do północy. Tu znów papierologia, każdy dokument celny auta trzeba ręcznie wypisać w trzech i juz za chwilę jesteśmy w „Imperium”.

ROSJA

Po krótkim przeglądzie naszej sytuacji pobytowo – wizowej dochodzimy do wniosku, że skoro wielki brat tyle zażądał od nas za wizę i dał nam całomiesięczną, spróbujemy ją w całości wykorzystać i pojedziemy jeszcze na miesiąc na Syberię. Pogoda nie jest najgorsza (o tym że zaraz drastycznie sie zmieni nie mieliśmy jeszcze pojęcia). Obieramy śmiały kierunek który jeszcze w Polsce jakiś czas temu chodził mi po głowie – autonomiczna Republika Tuwy we wschodniej Syberii. Dzieli nas od niej jednak szmat drogi, jeśli nie będziemy się już zapuszczać na większe off roady i auto się nam nie rozsypie to damy radę.

Podczas którejś nocy rozbijamy namiot w lesie na polance mimo że staramy się unikać wjeżdżania głębiej w tajgę. Wszystko fajnie, nawet wieczorem nie ma mrozu, robimy na gazie jedną z ostatnich zupek chińskich i popijamy wyjątkowo dobrą kazachską herbatą. W nocy Aga wychodzi za potrzebą i wraca cała rozhisteryzowana. Zobaczyła jakieś błyszczące się w kniei oczy. Cholera, dużo nasłuchaliśmy się tu o niedźwiedziach blisko podchodzących do chałup, jednego widzieliśmy też – co prawda jako atrakcja przy wioskowej knajpce, ale widok jego ciągle rozdziawionej paszczy mamy cały czas przed oczami. Nie możemy zasnąć, co chwilę wystawiamy głowę z namiotu nasłuchując i sprawdzając czy ślepia dalej są- są i przemieszczają sie w różne miejsca. Podepta namiot z nami czy zajmie się Vitarka? Po dłuższej chwili cały rozdygotany –wygadam na zewnątrz i widzę już kilka par ślepi! Tego juz za wiele, zaplam latarkę i ufff, słyszę tętent spłoszonych koni. Rano okazuje się że rozbiliśmy namiot niedaleko rzeki, do której schodzą się napoić niepilnowane przez nikogo konie.

Po którejś nocy gdy rano było -4 stopnie i woda pozamarzała w kubkach, trochę nam miny zrzedły zwłaszcza, że mamy tylko jeden pożyczony profesjonalny śpiwór a reszta to straszne badziewia – i śpiąc nawet w trzech zwykłych śpiworach i pełnym ubraniu też jest kiepsko. Postanawiamy wiec wypróbować w tej części Azji jak się sprawdza CF i logujemy sie na nim w każdym mieście, przez które przejeżdżamy załatwiając noclegi na dwa trzy dni naprzód. Okazuje się, że tu w Rosji to świetna sprawa, odzew mamy bardzo duży, ludzie są chłonni przybyszów zza „żelaznej” więc na początek w Krasnojarsku nad Jenisejem śpimy u Leny, ciągle sie budząc z nieprzyzwyczajenia do pokojowych temperatur:) Z miasta ruszamy na ostatni tysiąc kilometrowy odcinek przez Republikę Chakasji z całkiem ładną stolica Abakanem do Republiki Tuwy. Tu już prawdziwa Syberia, jak okiem sięgnąć tylko Tajga. Olbrzymie limby syberyjskie i pustka wokół. W Tuwie przy drogach jest mnóstwo kurhanów, dziwnych kamiennych kręgów; większych, mniejszych, szamanizm miesza się tu z buddyzmem. Przed samą stolica Tuwy Kyzyłem trzeba przejechać przez niewysokie przełęcze na około 2000 m n.p.m. I tu już dopada nas prawdziwa zima. Najpierw wali deszcz ze śniegiem potem juz sam śnieg i wszystko jest w moment zasypane. I tak po dwóch tygodniach od wjazdu na Syberie docieramy do miejsca przeznaczenia – stolicy Autonomicznej Republiki Tuwy – symbolicznego centrum Azji – Kyzyłu.

Tu jest już całkiem inny świat – niby Rosja – ale mało co już ma z nią wspólnego. Ruskich prawie w ogóle, Tuwińczycy to już prawie Mongołowie, język również całkiem inny i nie wszyscy po Rusku „gawariat”. Miasto jest dość zakręcone, jest tu m.in. dom szamana, w którym można wykupić usługę odstraszania złych duchów, odnajdywania zaginionych przedmiotów albo oczyszczania domu ze złych duchów po trefnych gościach. W centrum koło pomnika Lenina stoi wielki młyn modlitewny a buddyjska świątynia sąsiaduje z mini parkiem pamięci z czołgiem na piedestale i popiersiami zasłużonych „tankistów”.

Pod miastem bardzo malowniczo wyglądają buddyjskie stupy na tle olbrzymich blokowisk z wielkiej płyty. W centrum miasta nad rzeką jest obelisk potwierdzający, że znajdujesz sie w samym centrum Azji – ale podobno w innych miasteczkach rejonu te są takie same :)

Dobra, czas wracać! Z naszej miesięcznej wizy rosyjskiej zostało jeszcze jakieś dziesięć dni a przed nami około 8000 km do Katowic. W drodze powrotnej śpimy już co chwilę u ludzi z CF, jest już cały czas bardzo zimno, staramy się nie patrzeć nawet w kierunku naszego zwiniętego namiotu. Korzystając z gościnności Leny spędzamy drugą noc u niej w domu w Krasnojarsku, gdzie chcąc niechcąc muszę z jej ojcem wypić połówkę rozgoworywając o życiu na wschodzie i na zachodzie. Żeby podróż nie była męcząca i monotonna, jedziemy na zachód wybierając co ciekawsze miejsca w Syberii wschodniej później w zachodniej no i w końcu w Rosji centralnej.

Po zwiedzeniu Tomska jedziemy do Omska gdzie znowu po jednej zimnej nocy w namiocie korzystamy z zaproszenia ludzi z CS tym razem od Maxa i jego żony. Niestety jak to tu często bywa – ciepłej wody niet – właśnie odkluczyli. Cóż umyjemy się u następnych gospodarzy. Nie jest to jednak takie oczywiste bo już po opuszczeniu Syberii W Jaketynburgu, następnym mieście gdzie bukujemy sie u Olessi i Cedrica też ciepłej wody niet.

Z Jeketynburga jedziemy dalej na Zachód do Iżewska miasta w którym żyje bohater zarówno Związku Radzieckiego jak i obecnej Rosji - Kałasznikow. W centrum stoi olbrzymi kompleks muzealno-wystawienniczy im. Kałasznikowa, gość ma tam swój odlew z brązu ale jego słynne muzeum jest akurat zamknięte, bo to poniedziałek. Trudno, nie odpuszczę, śpimy znów w namiocie pod miastem, żeby rano stawić się punktualnie o godzinie otwarcia muzeum poświęconemu temu najbardziej rozpoznawalnemu radzieckiemu przedmiotowi „powszechnego użytku”. Spędzamy tu całe godziny, Aga juz nie może i wyciąga mnie stamtąd siłą. Wewnątrz jest mnóstwo atrakcji typu: jak to towariszcz Kałasznikow miał trudne dzieciństwo, jak niezawodnym w każdych warunkach atmosferycznych jest jego „wynalazek” i jak różni się wersja bułgarska AK od Chińskiej. Za 10 rubli czyli za złotówkę można pod okiem wojskowego nauczyć się rozkładać i składać AK 47.

Z Iżewska jadąc w stronę ojczyzny wjeżdżamy do Tatarstanu, republiki gdzie muzułmanizm jest powszechnym wyznaniem co wydaję sie rzeczą dość dziwną jak na Rosję centralną. W stolicy Tatarstanu Kazaniu w centrum jest piękny Kreml, podobno drugi po Moskwie, ze wspaniałym meczetem z białego marmuru wybudowanym parę lat temu. Naprzeciwko meczetu jest stadion miejski na którym właśnie trwa mecz w rozgrywkach Ligi Mistrzów, Rubin Kazań podejmuje Inter Mediolan. Pierwszą połowę słyszymy zwiedzając Kreml na drugą jedziemy do naszych hostów z CF Mansura i jego żony Faridy i z nimi kibicujemy lokalnej drużynie podczas drugiej połowy.

Po opuszczeniu Tatarstanu, przemierzając kolejne tysiące kilometrów na zachód, zatrzymujemy sie jeszcze u Julii we Władymirze będąc już dwudziestymi piątymi jej gośćmi z CS w te wakacje, następnie nocujemy w mieście Orzeł u Aleny już niedaleko granicy Ukraińskiej.

UKRAINA i powrót

Następnego dnia przekraczamy całkiem sprawnie granicę i obieramy kierunek na Kijów. Potem jeszcze tylko ostatnia noc w namiocie pod Lwowem – trochę nerwowa gdyż auto zaczyna wydawać dziwne dźwięki a tu już zostało tak niewiele do domu. Odpukać nic sie nie rozsypuje i jeszcze tego samego dnia zatankowawszy do pełna tańszym ukraińskim paliwem przekraczamy granicę nie mogąc sie nadziwić uprzejmości polskich celników, cóż widać że tu już szengen, bo standardy obsługi podróżnych jakby z innej planety w porównaniu z Azja Centralną. Jeszcze tylko parę godzin i już pełną piersią oddychamy, Katowice! Aż głupio sie przyznać, wkładam plecak żeby zanieść go do mieszkania – mam go pierwszy raz na plecach od... trzech miesięcy, ostatnio go miałem na sobie w tym samym miejscu jak schodziłem na dół żeby wepchać go do auta. Trochę nas samochód rozleniwił, ale jesteśmy szczęśliwi, że po przejechaniu 25147 kilometrów nasza Vitarka bezpiecznie wróciła z nami do domu.

Więcej informacji o wyprawie na stronie www.travelagulpawel.yoyo.pl

Więcej z Azji