Playa del Carmen na Jukatanie to typowy kurort dla zamożnych Amerykanów. Ładny, ale drogi. Ma jednak jedną podstawową zaletę - można stąd wypłynąć na nurkowanie w Morzu Karaibskim. A nurkowanie w tym miejscu oznacza możliwość podziwiania koralowców, wielkich żółwi i bajecznie kolorowych ryb.

Do Playa del Carmen docieramy autobusem z położonego nieopodal Tulum. Pierwsze kroki kierujemy do hotelu, który polecił nam Jesus, pośrednik turystyczny z Tulum. Niby wszystko się zgadza, bo pokój kosztuje 500 pesos (ok. 160 zł), jednak w środku są tylko trzy pojedyncze łóżka do spania, a my potrzebujemy ich pięć. Na szczęście po drodze zauważamy "Urban Hostel". Schronisko okazuje się bardzo sympatyczne, pokoje przypominają kajuty na statku, w holu jest bajecznie kolorowa umywalka, a nocleg kosztuje tam akurat po 100 pesos (ok. 30 zł).
Gorszy widok
Zamerykanizowany Jukatan okazuje się więc dla nas nie aż tak bardzo drogi, jak się tego obawialiśmy, tym bardziej, że znajdujemy też miłą knajpkę na rogu ulicy Szóstej i Dziesiątej. Piwo ,,Corona" kosztuje tam 18 pesos (6 zł), sok z arbuzów, pomarańczy i ananasów o nazwie ,,Playa" (plaża) - również 18, a ensalada (sałatka) Vegetariana - 35 (11 zł). Posileni, dość szybko znajdujemy bazę nurkową, gdzie nurkowanie kosztuje 66 dolarów - taniej niż myśleliśmy. Bazę prowadzi Teksańczyk, ale jeżeli ktoś ma większe zaufanie do Europejczyków - nie ma problemu; kilka przecznic dalej podwodne wojaże oferuje Włoch. Ceny podobne. My ostatecznie zdecydowaliśmy się na Amerykanina.
Nurkowanie dopiero następnego dnia, więc do wieczora mamy czas wolny na powałęsanie się po miejscowości i zakupy. Turystyczna część Playa del Carmen, gdzie mieszkamy, jest ładna, pełna Białych i dwujęzyczna. I droga. Są za to ścieżki rowerowe. W sklepiku prowadzonym przez wyjątkowo wygadanego, anglojęzycznego sprzedawcę Luisa kupuję bluzę indiańską za 150 pesos (50 zł). Luis pierwotnie chciał za nią 200, ,,specjalnie dla mnie" jednakże obniżył cenę. Warto dodać, że podobna bluza w małej wiosce w stanie Chiapas kosztowała 100 pesos.
Wieczorem pływamy w Morzu Karaibskim. Woda jest tu równie ciepła i słona, jak na campingu ,,Papaya Playa", gdzie byliśmy zaledwie dzień wcześniej. Jednak widok z morza gorszy; zamiast palmowych gajów jakieś średnio urodziwe budynki. No, trudno.
Koziołek z sąsiadami
Rano, kiedy reszta naszej grupy jeszcze śpi, idziemy z Anią do bazy. Płacimy kartą. Zakładamy pianki, które baza oferuje wraz ze sprzętem w cenie nurkowania. Wypływamy na morze motorową łodzią z meksykańską załogą. Po angielsku mówi nasz dive master, długowłosy, smagły Luis z Mexico City. Wraz z nami płynie też dwoje młodych Niemców z Magdeburga, z byłej NRD. Jest w tym jakiś dowcip losu - lecieć na koniec świata, żeby zanurkować z najbliższymi sąsiadami!
Zatrzymujemy się na pełnym morzu, ale nie aż tak daleko - brzeg jest dobrze widoczny. Jesteśmy w miejscu, zwanym Tourtugas. Zakładamy sprzęt. Dive master robi krótki briefing. Szybko przypomina nam znaki podwodne. Potem każe zrobić przewrót do tyłu. Waham się ułamek sekundy - nie wchodziłem jeszcze do wody z łodzi. Ale nie ma wyjścia. Robię koziołka i ląduję w wodzie. Dive master daje znak do zanurzenia. Schodzimy powoli na 18 metrów. Pierwszy raz w życiu jestem tak głęboko. Ale woda jest przejrzysta, więc nie mam klaustrofobii. Widzę pojedyncze koralowce i bajecznie kolorowe ryby. I wielkiego żółwia. Reszta grupy widzi więcej gadów. Jan z Magdeburga będzie twierdził potem, że naliczył ich aż pięć. Mnie widok w dużej mierze przesłaniają… bąbelki - mam problem z uspokojeniem oddechu.
Tymczasem płyniemy za naszym przewodnikiem tuż ponad dnem. Stosunkowo szybko kończy mi się powietrze - schodzę poniżej bezpiecznej rezerwy 50 barów. Dive master wypuszcza bojkę i każe nam się wynurzyć. Mnie, bo mam za mało powietrza, a Ani, bo jest moją nurkową buddy (partnerką). Podajemy członkom załogi na łodzi nasze pasy balastowe, jackety (kamizelki) z butlami i płetwy. Chwilę pływamy jeszcze na powierzchni, a potem wchodzimy na pokład. Meksykanie częstują nas wodą mineralną. A za kilka minut wynurzają się Niemcy z przewodnikiem.
Woda mnie nie chce
Płyniemy na plażę. Pół godziny odpoczynku. Decyduję się popływać normalnie - w kąpielówkach. Prąd niesie mnie wzdłuż skalistego wybrzeża. Wreszcie piasek. Wychodzę i wracam plażą, ostrożnie omijając skały i ostre liście roślin. Łódź akurat powoli odpływa. Doganiam ją i płyniemy na kolejne miejsce - Barracudę. Tym razem schodzimy tylko na 12 metrów, więc biorę mój nowy aparat do zdjęć podwodnych. Przy poprzednim nurkowaniu wolałem nie ryzykować - aparat wytrzymuje ciśnienie wody do 15 metrów. Lądujemy na piaseczku u podnóża kamienistej skarpy. Rafa? Jeżeli nawet, to uboga. Koralowców tu dużo mniej niż w Morzu Czerwonym. Wpływamy do niewielkiej jaskinki. Potem posuwamy się wzdłuż skarpy. Przewodnik pokazuje nam rybę, udającą skałę. Gdzieś tak w połowie nurkowania czuję, że mnie wyrzuca na powierzchnię. To mój stary problem, jeszcze z czasów kursu nurkowego, kiedy mieliśmy praktyki w Jeziorze Budzisławskim we wschodniej Wielkopolsce. Dive master powie mi potem, że płynąłem za bardzo na skos do góry, ale mnie się wydaje, że dostałem też trochę za mało balastu - zaledwie 8 kilo.
W każdym razie na razie rzucam przez aparat oddechowy grubymi przekleństwami i usilnie próbuję zejść na samo dno, a tymczasem moja grupa znika gdzieś w odmętach. Na szczęście po krótkim czasie wracają po mnie. Znów jako pierwszy schodzę do 50 barów, więc wychodzimy z Anią na powierzchnię. I znów długo nie musimy czekać na pozostałych. Niemcy chwalą się, że widzieli langustę.
Dar od Indianki
Wracamy do Playa del Carmen. Zanosimy sprzęt do bazy i znów otacza nas klimat turystycznego kurortu. Na deptaku widzimy stragan, prowadzony przez starszą Indiankę. Może jest okazja kupić coś taniej? ,,Po ile koszulki?" - pytamy. ,,Po dwieście". Znów bez problemów udaje się zbić cenę do 150. Ręcznej roboty odzież jest ze stanu Chiapas. Znamy tamtejsze ceny, więc wiemy, że kobieta i tak ma zysk. Widzę barwne opaski na rękę. W Chiapas kosztowały po 2,5 peso za sztukę, ale w Playa del Carmen najczęściej sprzedają je po dychę. ,,Ile?" - pytam więc ostrożnie. ,,Jak dla was, za darmo" - uśmiecha się Indianka. Dziękujemy pięknie i bierzemy dla Ani jedną opaskę.
Nasza grupa bawi tymczasem na wyspie Cozumel - bardzo turystycznej i bardzo amerykańskiej. Można jednak u jej wybrzeży popływać w łodzi z przezroczystym dnem i chociaż w ten sposób, nie mając uprawnień nurkowych, podziwiać podwodną faunę. Dziewczyny chciały na wyspie zostać dłużej, ale organizatorka rejsów ostrzegła ich, że nadchodzi burza. Cóż, w końcu w tym rejonie świata mamy właśnie okres huraganów, które z reguły nie oszczędzają i Jukatanu. My mieliśmy szczęście, bo - tuż po naszym powrocie do Europy - następujące po sobie kilka wichur pozabijało ludzi właśnie w tych regionach, w których byliśmy.
Polowanie na tequilę
Tymczasem my z Anią próbujemy kupić dobrą i najlepiej nie za drogą tequilę. Tubylec kieruje nas do supermercado (supermarketu) sieci ,,Chedraui" - dość daleko poza ,,centro turistico". Powracamy zatem do prawdziwego Meksyku. Bladych twarzy robi się o wiele mniej; znów wokół dominują ciemnoskórzy. Po jakichś 20 minutach marszu docieramy do ,,Chedraui". Niesamowite, mają tu identyczne supermarkety jak w Europie! No, może klienci bardziej opaleni, a owoce na stoiskach większe i bardziej egzotyczne. Kupuję dwie tequile, polecane przez większość zapytanych Meksykanów. Jednym z polecających jest pracownik supermarketu, który z własnej inicjatywy podchodzi do nas, by służyć radą. Już wiem, że w Polsce będzie mi brakować tych życzliwych ludzi.
Tequile kosztują po 90 i 120 pesos. Problem pojawia się przy płaceniu. Kasowy czytnik nie uznaje naszych kart. Na szczęście okazuje się, że na zapleczu można płacić Visą. Ale jak ktoś miałby wyłącznie Maestro - miałby problem.
Fala rzuca na skały
Następnego dnia rano większość grupy jedzie do Cancun, skąd mamy odlot. My z Anią idziemy jeszcze na plażę. Zbliżają się deszczowe chmury. Trudno wejść do wody; duże fale rzucają mnie na przybrzeżne skały. W końcu udaje mi się zanurkować z maską, ale woda jest zmącona i nic nie widać. Już w deszczu wracamy do schroniska.
Autobusów do Cancun odjeżdża wiele. Kupujemy najtańsze bilety - po 32 pesos. Cancun to turystyczne, komercyjne miasto, które stosunkowo niedawno w błyskawicznym tempie wyrosło na gołej ziemi. Może dlatego nie jest zbyt ciekawe. Znajdujemy jednak fajną kawiarenkę przy jakimś hostelu, gdzie przy filiżance dobrego espresso spędzamy jedne z ostatnich chwil na gościnnej ziemi meksykańskiej.
Autobus do portu lotniczego kosztuje 15 pesos. Na lotnisku po szybkiej odprawie zwiedzamy sklepy bezcłowe. Są dobrze zaopatrzone. Niestety, nie możemy zrobić zakupów, bo formalnie mamy przed sobą ,,lot krajowy". Do Mexico City, gdzie czeka nas przesiadka, lecimy bowiem lokalną linią. W samolocie stewardesa częstuje mnie tequilą z sokiem pomarańczowym. Połączenie wydaje się śmiałe, ale drink wcale dobry. Na lotnisku w Mexico City robimy wreszcie duże zakupy w sklepach bezcłowych. Również i tu lepiej jednak mieć kartę Visa niż Maestro.
Do Europy wracamy, niestety, samolotem Air France. Niestety, bo po raz wtóry jesteśmy narażeni na towarzystwo nieuprzejmych stewardes. Z jedną z nich wchodzę w konflikt. Kobieta rozwozi obiadokolację. ,,Kurczak, czy wołowina?" - pyta. ,,Jestem wegetarianinem, więc może coś bez mięsa..." ,,Kurczak, czy wołowina?" ,,Coś bez mięsa. Może bagietki, może ciastko" - pokazuję na wózek z jadłem. ,,Kurczak, czy wołowina?" ,,Nic!" - puszczają mi nerwy. Sam sobie biorę kilka bagietek i buteleczkę wina, a Ania dzieli się ze mną masłem i serem.
Morze świateł
Nadciąga noc. Idziemy z Anią do pokładowej ,,kuchni" po sok i wtedy właśnie widzimy przez iluminator Nowy Orlean. Z wysokości 10 kilometrów miasto wygląda jak morze świateł. Jakby w ogóle nie było tam powodzi...
Budzę się o 5.30 czasu meksykańskiego. Ale że zbliżamy się już do brzegów Europy, więc jest godzina 12.30. Nadszedł najkrótszy dzień w moim życiu! Pod nami francuska Bretania. Na co dzień w sumie region dość mi obojętny, ale w tym momencie czuję, że wróciłem do domu. Lądujemy w Paryżu. Na lotnisku Charles de Gaulle wśród obsługi przeważają ciemnoskórzy, dzięki czemu czuję się swojsko. Wysoki Murzyn niespodziewanie zatrzymuje Dorotę. Powstaje wątpliwość, czy hamak może stanowić bagaż podręczny. Po kilku stresujących dla Doroty minutach okazuje się, że może.
Lot do Warszawy to już spacerek, a i francuskie stewardesy o wiele milsze. Lądujemy późnym wieczorem i przeżywamy kolejną przygodę, bo jeden z pasażerów myli swoją torbę z torbą Ani. Dziwne, gdyż mężczyzna nie leci z Meksyku, a na torbie wyraźnie jest napisane: ,,Sklep bezcłowy, Mexico City". Na szczęście zarówno zguba, jak i sprawca zamieszania odnajdują się w kolejce po bagaż.
Sny o Meksyku
Wychodzimy przed budynek lotniska. Jak zimno! Miejską komunikacją próbuję dotrzeć na Tarchomin, gdzie jestem umówiony z internetowymi znajomymi. Kilkoro współpasażerów doradza gdzie i jak się przesiąść. Przy okazji starsza kobieta pyta, na kogo będę głosował. ,,Przeciwko Kaczyńskiemu" - odpowiadam. ,,A ja na niego! - dobitnie deklaruje niewiasta. - Dość już rządów Żydów i liberałów!" Witamy w Polsce.
Wysiadam na Tarchominie. W trawie przemyka jakiś dziwny ssak. Podobny do lisa, ale z innym ogonem. Jenot? Tej nocy śni mi się, że chodzę po kolorowych, pięknych miastach. Te niesamowite sny będą wracać jeszcze długo.




