26.04.2004 (poniedziałek) - w Ammanie udaremniono zamach chemiczny przygotowywany przez al-Qaidę, mogło zginąć 80 tys. ludzi.
27.04.2004 (wtorek) - budynek misji ONZ w Damaszku płonie po ataku terrorystycznym.
28.04.2004 (środa) dwaj Palestyńczycy dokonują samobójczego ataku na izraelski autobus w Strefie Gazy...
30.04.2004 (piątek) - w takich okolicznościach wyruszamy na Bliski Wschód "Śladami Krzyżowców"...

Zaczęło się całkiem niewinnie... Pomysł rzucony przy piwie - wyjazd stopem do Damaszku - Sebastian potraktował poważnie. Kupujemy przewodnik po Bliskim Wschodzie, firma spedycyjna obiecała transport tirem do Stambułu i tak "egzotyczna" idea stała się możliwa do zrealizowania.
Ponad 900 lat temu tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci wyruszyło by wyzwolić Jerozolimę. Jedni walczyli za wiarę, innych popchnęła tam chciwość, jeszcze inni szli dla przygody... powodów było zapewne tyle, co uczestników. Założyli tam państwa, stworzyli specyficzną kulturę, wybudowali zamki... ile z tych czasów przetrwało do dziś? To właśnie chcieliśmy sprawdzić. Ustalamy trasę - "Śladami Krzyżowców" - Turcja, Syria, Liban, jak się uda Jordania i Izrael.
Już sam początek pokazał, że łatwo nie będzie. Na "dzień dobry" naszej wyprawy firma spedycyjna odmówiła nam obiecanego transportu do Stambułu. Pozostaje plan B - brat Seby zawozi nas do Przemyśla. Stąd do Suczawy (Rumunia) ma być autobus PKS-u, a jest... "przemytnicza" rumuńska Scania, załadowana towarem do połowy. Dzięki temu majdanowi pierwsze 6,5 godziny spędzamy na polskiej granicy. Z Suczawy autobusem do Bukaresztu, dalej pociągiem do Sofii. Czekając na autobus zwiedzamy stolicę Bułgarii (nieplanowany postój, więc SMS do Polski - wyślijcie nam, co tu można zwiedzić), potem do Turcji i tak po 72 godzinach podróży lądujemy na gigantycznym dworcu autobusowym w Stambule (dawnym Konstantynopolu).
Widząc wielkość Stambułu dziś, nie trudno wyobrazić sobie jak wielka musiała być stolica Bizancjum już 900 lat temu i jakie wrażenie musiała wywołać na przybywających tu z zacofanej Europy (nic więc dziwnego, że czwartą krucjatę skierowano właśnie tu). Jak prawie wszystkie wielkie krucjaty i nasza zaczyna się tutaj... Niesamowite stare miasto, olśniewające meczety... nas jednak najbardziej interesują mury miejskie. Kiedyś nie do zdobycia, dziś są jedynie miejscem schadzek lokalnych meneli. Kilkunastometrowe, liczące 6 i pół kilometra mury wzmocnione były przez 96 wież oraz fosę - nawet teraz dają pokaz potęgi, jaką musiało być w swych czasach Bizancjum. Dopełnieniem atmosfery jest nocleg na dachu hotelu z widokiem na Bosfor (3$ od łebka). Pstrykamy fotki wszystkiemu, walcząc jednocześnie z "naciągaczami", z których, każdy mówi po polsku "dzień dobry", a co drugi w Polsce ma dziewczynę lub chociaż przyjaciela.
Stambuł jak każde wielkie miasto, żyje własnym życiem. Tu po raz pierwszy daje się nam we znaki brak przewodnika po Turcji, wybieramy nienajlepszą opcję podróży dalej... Przepływamy Bosfor i koleją opuszczamy miasto - kierunek Iznik (Nicea) - dawna stolica Turcji i jednocześnie pierwsze oblegane przez krzyżowców miasto.
Kiepskie miejsce oraz padający deszcz zniechęcają nas do łapania stopa - morale opada - wyprawa w założeniu miała głównie poruszać się stopem, a tu... autobus. Po jego opuszczeniu jednak łapiemy okazję - zagadujemy kierowcę, opowiadamy o nas, choć on z angielskiego zna zaledwie kilka słów. Tu poznajemy jedyne, a zarazem najbardziej przydatne tureckie słowo "dziękuję", którym "płacimy" za każde następne podwiezienie.
Iznik - niewielka miejscowość nad jeziorem Askaniańskim. Docieramy tu dość późno, pozostaje nam znaleźć miejsce do spania... Ruiny murów miejskich (tych obleganych przez krzyżowców) - zwłaszcza baszta, a w zasadzie to, co po z niej zostało, okazuje się być idealna. To, czy można w niej spać jest wielce wątpliwe, więc staramy się być cicho. Przejmujący wiatr i deszcz, a w szczególności bliskość domów i bogata historia miejsca sprawiają, że noc należy do ciekawszych na wyprawie.
Rano wstajemy wcześnie. Pierwszym udanym etapem tego dnia jest ucieczka przed grupą dziewczyn składających nam oferty matrymonialne. Następnie zwiedzamy Iznik - bramy miasta, rzymski amfiteatr, zielony meczet... łapiemy kolejnego stopa.
I zaczyna się zabawa... Cel to Kapadocja. Kierujemy się na Konye... ale zatrzymane przez nas auto jedzie do Ankary! (300 km w drugą stronę). Chwila zastanowienia - może być... Śmiejemy się - żaden plan do tej pory nie przetrwał dłużej jak 2 godziny. Ankara - szybkie przesiadki z busa do busa i na wylotówce łapiemy dalej... Auta mogą jechać wszędzie. Do Kapadocji mamy ponad 300 km, a pierwszy załapany TIR jedzie właśnie tam!!! - trafiło się nam jak ślepej kurze ziarno. Prawie 670 km stopem w 12 godzin, bez wydania, ani grosza - chyba niezły wynik.
Kraina jest jak z księżyca, niestety jak cała Turcja ma wielką wadę - jest droga. Przesiadamy się z auta do auta, zwiedzamy co się da - podziemne miasta, skalne domy, wchodzimy do każdej dziury. "Krzyżowcowego" tu jednak niewiele (choć zajęta była przez nich już w 1097 roku), ale być w Turcji i jej nie widzieć? W Ugrupie podczas zwiedzania kamiennego miasta spotykamy się ze spontaniczna gościnnością - kolacja, muzyka i śpiewy, wino, a co najważniejsze darmowy nocleg. Sceneria jak z bajki "Flintstonowie" z widokiem na księżycową Kapadocję - tego nie da się opisać... no, ale do tematu wyjazdu czas wrócić. Łapiemy TIR'a do Adany. Śmiać się nam chce - w pierwszym zatrzymanym samochodzie staraliśmy się nawiązać rozmowę pomimo bariery językowej, a teraz w chwilę po wejściu do ciężarówki po prostu śpimy - zmęczenie robi jednak swoje. Kolejny stop do Antakyi, czyli dawnej Antiochii. To tu wykrwawiała się pierwsza krucjata i gdyby nie zdrada jednego z oblężonych żołnierzy, miasto pozostałoby niezdobyte i tu pewnie zakończyłaby się cała historia krucjat.
Brak przewodnika, właśnie tutaj daje się nam najbardziej we znaki, bo informacji turystycznej niestety nie udaje nam się znaleźć. Znajdujemy jednak Grotę Świętego Piotra, gdzie wchodzimy za darmo "ściemniając" strażnikowi, że nasze karty ISIC (międzynarodowa legitymacja studencka) to upoważnienie z UNESCO.
Grota to proste, ale chwytające za serce miejsce - po zdobyciu Antiochii krzyżowcy urządzili tu skromny kościół. Lokalne dzieciaki pokazują nam tunele, którymi uciekali z groty pierwsi chrześcijanie. Ponieważ znają kilka słów po angielsku próbujemy dopytać się o cytadelę - "castle? citadel? qala'at?..." nie skutkuje. Ostatnia próba i znajduję magiczne słowo - "kale" - to po turecku zamek! Piętnastoletni Erhan uśmiecha się i kiwa, żeby iść za nim - po czym wskakuje w jeden z tuneli prowadzących w głąb góry.
Zgięci w pół, na kolanach brniemy z latarkami tunelami z czasów świetności miasta. Tunel wyprowadza nas na drugą stronę góry, ale zamku nie ma. Zdecydowanie chłopca nie pozwala nam jednak na zwątpienie w jego umiejętności przewodnika. Idziemy w góry. Wspinamy się kilkadziesiąt metrów - znajdujemy pierwszy kawałek muru.... Chwilę potem ziemią już nie da się iść, jest zbyt stromo, więc wspinamy się na mur. I tu poważny test... Przepaść prawie 300 metrów, mocny wiatr, odpadające z ruin kamienie, a dzieciaki popychają się nawzajem, biegając po nich w klapkach... Boże... Z cytadeli nie zostało wiele, ale samo wejście zrobiło na nas takie wrażenie, że mogło na niej nic nie być :-) Dumni byliśmy jak po zdobyciu Everestu. Stojąc tam, ciężko było się dziwić, iż było to kolejne miejsce nie do zdobycia - jak wyglądał szturm tego miejsca? My mieliśmy problemy... a wtedy rycerze w zbrojach, upał, ostrzał z czego się tylko da... odwagi tym ludziom nie można odmówić. Jedziemy dalej - najwyższy czas zobaczyć czym dysponowali w walce z krzyżowcami muzułmanie - kierunek Aleppo.
Wjeżdżamy do Syrii - mój "Tak-Tak" przestaje działać, z reklam i szyldów powoli znikają normalne literki... Z internetowych relacji wiemy, że najlepiej nocować "u Krokodyla". Obsługa ma mówić tam w wielu językach, także po naszemu - tylko jak go znaleźć? Zanim staje się to problemem lądujemy w dobrym i tanim motelu... a recepcjonista wita nas wesołym "Zień dobriy" - bingo!, "Krokodyl" znalazł nas. Rozbijamy się na dachu i na miasto... Jedzenie na tyle dobre i tanie, że po 10 dniach jedzenia pomidorów z ogórkami pozwalamy sobie na restaurację w cieniu cytadeli. Z kartą ISIC zniżka na bilety ok. 90-95% - niskie ceny jednak powodują, że wydajemy znacznie więcej, niż przez kilka dni w dużo droższej Turcji. Widok górującej nad miastem cytadeli jest imponujący, niestety jak większość fortyfikacji na Bliskim Wschodzie, cytadelę w ruinę obróciło trzęsienie ziemi.
Kobiety w czadorach, mężczyźni w arafatkach, praktycznie brak przepisów drogowych, nieustające klaksony, muezini nawołujący z minaretów, wszechobecni handlarze, zapach przypraw w ciężkim gorącym powietrzu... jednym słowem Syria. Jak się potem okazało Aleppo było najbardziej orientalnym miastem na naszej drodze. Brak chętnych na wycieczkę przez pustynie do Palmyry zmienia nasze plany, więc wybieramy drogę wybrzeżem... Tu wśród wzgórz góruje twierdza Sahjun, jedna z najbardziej niedostępnych twierdz Bliskiego Wschodu zwana Zamkiem Saladyna (Qala'at Salah ad-Din) od imienia zdobywcy. Lewo-prawo-lewo-prawo... bus niezliczonymi zakrętami zjeżdża prawie pionową ścianą w głęboką dolinę, by po chwili znów wspinać się na kolejne, tym razem już zamkowe wzgórze. Wysiadamy w wąwozie - nasza małość w jego ogromie jest powalająca (28 metrów głębokości) - został on wykuty w skale przez krzyżowców, dla poprawienia walorów obronnych. Z pozostałych trzech stron zamek otoczony jest dolinami.
Znajdujemy najwyższy punkt w twierdzy - wspinaczka po ruinach idzie nam coraz lepiej - a potem w dół, każda komnata, każda dziura... Echo w cysternach to niezła zabawa - "Litwo! Ojczyzno Moja..." rozlega się na przemian z krzykami, śpiewami czy śmiechem. Sahjun umocniony przez krzyżowców został zdobyty po kilkuletnim oblężeniu - ile tysięcy ludzi zginęło pod tymi murami, ciężko sobie wyobrazić. Robi się późno, wracamy do Latakii. Fajka wodna pod palmami, ciepły wieczór i zapach morza w powietrzu... w naszym maratonie chyba po raz pierwszy czujemy się jak na wakacjach - nabieramy sił na dalszą drogę.
Qala'at Marqab, twierdza z czarnych kamieni wulkanicznych, z pięknym widokiem na morze, port krzyżowców Tortosa - kolejnego dnia niewiele mamy czasu na odpoczynek. W Tortosie jedna z najlepszych "inwestycji" wyjazdu - za równowartość 1,60 zł kupujemy bilet w dwie strony do oddalonej o 6 km od brzegu wyspy Arwad.Na wzburzonych falach stateczek podskakuje jak papierowa łódka - wysiadamy cali mokrzy, ale ucieszeni jak dzieci po wyjściu z lunaparku. Z średniowiecznych fortyfikacji nie zostało wiele, ale przyznać trzeba, że od tamtych czasów niewiele się tu zmieniło. To tu skończyła się historia krucjat lewantyńskich - w 1301 roku wyspa ta upadła jako ostatni bastion zachodu w Ziemi Świętej. Wracamy na ląd i dalej w drogę.
Kolejny nocleg pod Krack des Chevaliers (Qala'at Hossn), największym zbudowanym przez krzyżowców zamkiem na Bliskim Wschodzie, a może i na świecie... Niestety, jest to także jedna z największych atrakcji turystycznych Syrii i ceny w okolicy są "dla turystów". Nocleg za 5$?! Właściciel chyba oszalał... rozbijamy namiot pod murem tysiącletniej twierdzy. Niepojęty spokój kamiennego kolosa, gwiazdy na niebie i miejsce, w jakim się znajdujemy - prawie słychać odgłosy toczących się maszyn oblężniczych i walki... - jest jednak nader spokojne. W mrożącej krew w żyłach ciszy zasypiamy...
Wielkość "Kracka" jest przytłaczająca, zachował się on praktycznie w nienaruszonym stanie - jednak tak wytrawnym zdobywcom zamków jak my, wystarcza pół dnia na jego zwiedzenie. Spotykamy tu polską wycieczkę - po dwóch tygodniach łamanej angielszczyzny usłyszeć polskie słowa od kogoś poza Sebastianem, jest jak muzyka. Niestety rodacy nie podzielają naszego entuzjazmu - na "dzień dobry" zakończyli naszą jeszcze nie rozpoczętą rozmowę. Znacznie lepiej dogadujemy się z nowopoznanymi Syryjczykami - popołudniu odpoczynek i jedziemy dalej.
-"Amerika?" - pyta sprzedawca, na dworcu w Homs.
-"NO! Polonia - Polanda" - standardowo odpowiadamy na najczęściej zadawane nam pytanie. Chwila zastanowienia...
-"Polonia good! Amerika not good!" - stwierdzenie to poprawia nam humor i z większym zapałem wyruszamy w kierunku irackiej granicy. Wsiadamy w autobus do Palmyry. Noc zastaje nas w busie gdzieś... w zasadzie ciężko powiedzieć gdzie, wszędzie widać jedynie piasek. Tylko my nie mamy arafatek na głowie, ale generalnie autobus wygląda jak ekipa Ali Baby. Przez jazdę z otwartymi oknami marzniemy gorzej jak w środku zimy, a mało przyjazne spojrzenie Araba siedzącego przede mną, odbiera mi chęć poproszenia go o ich zamkniecie. W Palmyrze jesteśmy w środku nocy, mimo to w kilka minut zostajemy przechwyceni i wstawieni do hotelu - tym razem za 2$ - chyba najmilszego, jaki znaleźliśmy w ciągu całej wyprawy.
Niewiele tu związanego z krzyżowcami, ale ruiny rzymskiego miasta warte są zobaczenia. Rozmach Rzymian na każdym kroku robi niezapomniane wrażenie. Ciężko wyobrazić sobie jak wyglądało miasto, z którego została ta gigantyczna kupa kamieni - musiało być jednak cudem ówczesnego świata. Upał nie z tej ziemi, plątamy się po ruinach i... prawie gubimy na pustyni. Napotkany grecki turysta namawia nas na wycieczkę nad iracką granicę... może byśmy pojechali, ale znów mało chętnych i zbyt wysokie koszty stają na przeszkodzie - nie jest dane nam pojeździć po pustyni. Wracamy. Za oknem burza piaskowa i namioty Beduinów. Wjeżdżamy w bardziej normalny klimat - to Liban. Tu kolejne rzymskie ruiny - Baalbek. Znacznie lepiej zachowany od Palmyry mógłby konkurować z greckim Akropolem. "Mała" świątynia Bachusa daje nam nowe spojrzenie na słowo "mała". Jak miała wyglądać ta "duża" świątynia Jowisza, po której pozostało tylko sześć kolumn? Krzyżowcy jednak niewiele tu zostawili - jedziemy do Bejrutu, jednego z ważniejszych miast Królestwa Jerozolimskiego.
Liban jest bardziej europejski. Ceny wyższe, ludzie normalniejsi, mniej klaksonów i nawet pasy na drodze czasem się da znaleźć! Arabskie i francuskie nazwy sprawiają, że non-stop się gubimy. Byblos przejeżdżamy o 30km, a w Bejrucie przez 1,5 godziny szukamy jak wejść na naszą mapkę w przewodniku... generalnie gubimy się przy każdej nadążającej się okazji, a także bez okazji. Wszędzie wojsko. Do końca życia drut kolczasty będzie mi się kojarzył z tym krajem. Jadąc do Sydonu i Tyru (południowy Liban) mijamy na poboczu stanowiska karabinów maszynowych i transportery wojskowe. W tym rejonie jeszcze kilka lat temu stacjonowały Izraelskie wojska. Po zejściu z morskiego zamku w Sydonie słyszymy wybuch. Wszyscy na ulicy zamierają. Przed chwilą skończyłem czytać o ostrzale tych terenów przez armię izraelską, a tu... Po chwili wszystko wraca do normy, my jednak dalej nie wiemy, co się dzieje. Ktoś na migi pokazuje nam rybaków - łowią ryby dynamitem! - teraz brzmi wesoło, wtedy nie bardzo.
Sydon i Tyr - jedne z ważniejszych portów w czasach krucjat, miałyby naprawdę świetny klimat gdyby nie tony śmieci walające się wszędzie. Do wszechobecnych śmieci przyzwyczailiśmy się, ale tu to już przesada. Na plaży oglądamy pojedynek dwóch szczurów o niedojedzoną kukurydze i wracamy do Bejrutu... Miasto drogie i kosmopolityczne... w Stambule proponowano nam "dziewoszki" za 10$, tu za 10$ można kupić najwyżej trzy piwa. Wszystko wszędzie nowe, a na każdym starszym budynku ślady po kulach. Liban jak na razie nie powalił nas na kolana - ostatnia szansę zostawiamy Trypolisowi na dzień następny.
Powiewające nad głowami flagi ze znakiem cedru, wręcz obligują do zobaczenia jednego z nich - rezerwat cedrów to kolejny punkt naszej wyprawy. Droga w góry Antyliban to jeden z najpiękniejszych kawałków naszego wyjazdu. Przepiękna dolina, dookoła góry i śnieg! Sam rezerwat to kilka drzew otoczonych płotkiem. "Mają tyle cedrów, co my orłów" - śmiejemy się. Góry Antyliban nadrabiają jednak za rezerwat. Wracamy do Trypolisu stopem (z 5-cio krotną przesiadką), mijając czołgi po obu stronach drogi.
W dobie krucjat Trypolis był jednym z najważniejszych i najbogatszych miast na Bliskim Wschodzie. Dlatego też stał się celem jednego z trzech dowódców I Wyprawy Krzyżowej - Rajmunda St. Gilles. Podczas oblężenia miasta (położonego na półwyspie) trwającego prawie 2000 dni, wybudował on zamek zwany od jego imienia Twierdza ST. Gilles (Qala'at Sinjil), którego celem było "szachowanie" trypolitańczyków. Resztkę sił zwiedzamy i tę fortecę. Obecnie zamek jest odrestaurowywany i chodzić trzeba wyznaczonymi ścieżkami - gdyby nie kawałek muru, na który się wdrapaliśmy, nie bylibyśmy sobą. Jeszcze tylko zgubienie się w mieście (tak dla zasady) i dalej, do Damaszku... Wracamy do Syrii.
Granice to niezła zabawa. Polskie paszporty są ciekawostką, wzywają wyższych rangą oficerów, którzy sprawdzają wszystko z każdej strony. "Sebastian" jak zwykle jest OK, ale "Grzegorz" jest jednak nie do wymówienia. Kolejna granica, którą przeszliśmy bez problemów i kolejna arabska pieczątka w paszporcie.
Damaszek jest nieodzownie związany z ruchem krucjatowym - szczyci się on mianem najdłużej nieprzerwanie zamieszkanego miasta na ziemi - jest kwintesencją Bliskiego Wschodu. "Souk" (bazar), meczet Umajjadów z grobowcem Jana Chrzciciela, w którym kilka lat temu modlił się Jan Paweł II, kawiarenki z nagrilą (fajką wodną) i całe stare miasto mają w sobie coś niesamowitego... to trzeba poczuć. Niestety cytadela damasceńska jest w trakcie renowacji i musieliśmy zadowolić się oglądnięciem jej z zewnątrz. Z przewodnikiem w ręku odnajdujemy grobowce wielkich sułtanów walczących z krzyżowcami: Saladyna (zdobywcy Jerozolimy), Nur ad-Dina (walczył z krzyżowcami podczas II krucjaty) i Bajbarsa (który ostatecznie pobił krzyżowców). To dzięki nim błyskotliwa kariera rycerzy krzyżowych zakończyła się... Byli wielki wodzami, czapki z głów.
Bliskowschodnie twierdze w większości obróciły się w ruinę, tu w Damaszku znajdujemy jednak twierdzę nie dość, że w doskonałym stanie, to również doskonale strzeżoną. Ambasada USA - bo o niej mowa - ogrodzona jest co najmniej 6-cio metrowym, metalowym ogrodzeniem zakończonym drutem kolczastym. Bramki, zasieki i ochroniarze - na zewnątrz jej naliczyliśmy 24 policjantów, a przecież widzieliśmy tylko jedną stronę budynku (dwa tygodnie wcześniej w tej okolicy miał miejsce zamach). Niedaleko ambasady-twierdzy załatwiamy przepustki na Wzgórza Golan. Myśleliśmy, że z przepustkami będą problemy, a tu jedno pytanie - "na dziś czy na jutro?". 15 minut czekania, urozmaicone schodzeniem z linii strzału kałasznikowa jednego z cywilnych ochroniarzy i załatwione.
Skoro pozwolenie mamy, kolejny dzień przeznaczamy na wzgórza znane nam od dziecka z wiadomości TV. Ilość "check-pointów" (wojskowych punktów kontrolnych) robi wrażenie, ale życie toczy się tu całkiem normalnie. Dopiero po wyjechaniu na drogę prowadzącą do Quinetry spotykamy już tylko wojsko. Miasteczko Quinetra, a raczej to, co z niego zostało to żywe muzeum... Po ruinach miasta zniszczonego przez izraelską armię oprowadza nas oficer "polityczny". Zniszczony kościół, ostrzelany meczet, ruiny domów... idziemy na granicę. Pola minowe, izraelska stacja radarowa, baza wojsk ONZ i wzgórza.... "W ogródku mam większe" żartuje Sebastian, przełamując poważny nastrój miejsca. I tu miła niespodzianka... w bazie ONZ służą Polacy! Podobno w forcie są dziewczyny, niestety my trafiamy na męski patrol... no cóż nie można mieć wszystkiego - chwila rozmowy "po naszemu" to jednak dobra rzecz. Wracamy w znacznie lepszych humorach.
Pobyt w Damaszku miał być odpoczynkiem w naszej bardzo intensywnej podróży, więc ze zwiedzaniem nie spieszymy się. Podczas studiowania mapy starego miasta w poszukiwaniu jednego z dworców pomaga nam przypadkowo napotkany mężczyzna - chwila rozmowy i zaprasza nas na wesele - oczywista sprawa, że idziemy! Niestety impreza nie jest, aż tak zabawna jak się spodziewaliśmy. Kobiety odseparowane od mężczyzn, kapela śpiewa Koran, a jakiś ważny gość przez pół godziny wygłasza nauki Mahometa o życiu w małżeństwie - dostajemy lody i po weselu... Panny młodej nawet nie widzieliśmy - tak czy inaczej gwiazdami wesela zostajemy my. Nowy znajomy jest świetny, jego kolega był 20 lat temu w Polsce na wakacjach i bardzo pozytywnie je wspomina. Zaprasza nas na dłużej, ale my mamy już bilety do Ammanu... Następnego dnia rano standardowy punkt programu, pakujemy się w autobus - kolejny kraj - tym razem Jordania.
Autobus, bus, autostop - przesiadka za przesiadką i dojeżdżamy do Góry Nebo. To na niej stanął Mojżesz, gdy ujrzał ziemię obiecaną - na niej najprawdopodobniej także został pochowany. Od tego miejsca w całej Jordanii trafiamy na miejsca związane z Mojżeszem, a może by zmienić hasło wyprawy na "śladami Mojżesza" :-). Podczas obchodów "millenium" był tu papież. Nas najbardziej cieszy fakt, że w tym miejscu woda jest za darmo! (normalnie za butelkę mineralnej trzeba zapłacić 1 JD = ok. 5,8 zł)
Z góry faktycznie piękny widok na Morze Martwe, a jak jest ładna pogoda podobno widać Jerozolimę... Tak blisko... a jeszcze tyle drogi przed nami. Widok widokiem, ale spać tu nie będziemy. Trzeba dostać się nad Morze i tu się zaczynamy najdłuższy w historii ostatniej krucjaty autostop... Prawie 2 godziny w 40 stopniowym upale - Sebastian zdążył się wyspać. Pływając w Morzu Martwym (fajna woda - naprawdę można się na niej położyć!) oglądamy zachód słońca, chowającego się górami po izraelskiej stronie. Niebo z błękitnego staje się różowe, pomarańczowe by w prawie w bordowym odcieniu przejść w granat nocy. Chwilę potem przeciwległy brzeg "morza" rozbłyska tysiącami świateł wyglądając jakby gwiazdy osunęły się na ziemię.
Nocujemy na plaży. Następny dzień to niedziela - normalny dzień pracy, więc szybko łapiemy ciężarówkę jadącą kilkadziesiąt kilometrów brzegiem morza. Drugą ciężarówką jadącą z szybkością dobrego walca wyjeżdżamy nad poziom morza i wysiadamy pod zamkiem w Keraku - ostatniej wielkiej twierdzy w planie naszej podróży.
Krak de Moab zasłynął dzięki swemu panu - Renaldowi Chatillon seniorowi Transjordanii. Był on okrutny, bezwzględny i nieposłuszny rozkazom króla. Królestwo Jerozolimskie miało z nim same kłopoty. To on wyprawił się na Mekkę podczas zawieszenia broni. Podobno miał także zwyczaj zrzucać swych wrogów z 400 metrowego muru swojej twierdzy, którym zamykał głowy w drewnianą skrzynkę, by do uderzenia w ziemię pozostawali przytomni. Nam jednak skakanie nie w głowie, choć stajemy na murach w tym właśnie miejscu. Największe wrażenie robią na nas podziemia. Dobrze zachowane korytarze, gdzie bez latarki czasem ciężko się znaleźć - świetne miejsce do zabawy w chowanego. Miejscami w zasypanych komnatach na stropie widać pęknięcia po trzęsieniu ziemi, podłoga zasypana gruzem, a wszystko wygląda jakby za chwilę miało runąć... strach wchodzić - wchodzimy! Gdyby nie to, że jest częściowo zrujnowany, byłby prawie taki jak Krack des Chevaliers w Syrii.
Jest coraz cieplej. Pół dnia w Keraku i... w drogę. Do Petry. Autostradą Królewską przez środek pustyni jedziemy do starożytnej, wykutej w skale stolicy Nabatejczyków. Po drodze mijamy dzikie wielbłądy, co po części wynagradza nam niewykorzystane wycieczki z Syrii. Tu nocujemy, w hotelu obok źródła Mojżesza. Wcześnie rano idziemy zwiedzać. Po przejściu prawie półtorakilometrowego wąwozu naszym oczom ukazuje się przepiękny widok - poranne słońce oświetla wejście do "skarbca". Najpiękniejsza "budowla" w Petrze, znana z Indiany Jonesa - a to dopiero początek. Nasz zapał trochę opada po wejściu do środka - pomieszczenie jest niewielkie i całkiem puste - ładnie to wszystko wygląda tylko z zewnątrz. Bajecznie kolorowe skały, a w nich wykute świątynie, grobowce, a nawet amfiteatr... gdyby tylko nie ten niesamowity upał... Znów cały dzień oglądamy "kamienie". Przepiękne góry wokół Petry dodają niezwykłości temu miejscu, choć niezwykłe musiało być ono kiedyś.
I tu byli krzyżowcy - na naszej mapie mamy zaznaczony całkiem spory fort... szukamy, szukamy, aż opadamy z sił... Musimy odpocząć, a jak bardzo potrzebny jest nam odpoczynek, to już nie przekonamy się długo. Po chwili szukamy dalej i... jest! Na wzgórzu widać resztki muru. Wielkie nic (a raczej niewielkie) - od całkowitego rozczarowania ratuje jednak przepiękny widok na Petrę.
Wieczorem Sebastian czuje się źle. Kolejny dzień, to zaplanowany od początku wyprawy - dzień bezczynności na plaży w Aqabie! Niestety Seba jest chory... osłabiony i bez chęci do życia. Porzucamy więc pomysł odszukania "Wyspy Faraona" - także ufortyfikowanej przez krzyżowców. Oddajemy się nic nie robieniu... Odkrywamy, że osłabienie to, to "pamiątka" z Petry, a może jeszcze z Keraku - przegrzanie. Noc na plaży, dużo wody, kąpiel w chłodnym morzu i Sebastian wraca do żywych. Stojąc na plaży w Aqabie po lewej stronie widać wybrzeże Arabii Saudyjskiej, a po prawej Izrael (Eljat) i Egipt (Tabę). Ponieważ upał jest nieznośny, postanawiamy przenieść się na plażę naprzeciwko - czyli do Eljatu w Izraelu.
Żegnamy ostatni na naszej drodze kraj arabski, wchodzimy na granicę, no i zaczyna się zabawa... - "Gdzie? Skąd? Dlaczego? Po co? Jak długo? Z kim?..." - pytaniom nie ma końca. Mały rentgen plecaków, potem kontrola osobista - moje buty zaszczycone są dwukrotnym prześwietleniem, bo coś w nich piszczy. Potem wypakowanie rzeczy i sprawdzenie nawet brudnych skarpetek... czyżby chcieli je zakwalifikować jako broń chemiczną? Cała "impreza" ok. 2 godzin, a potem czekamy... czekamy i czekamy...
- "Czy z naszymi paszportami jest coś nie tak?" - pytamy napotkanego oficera
- "Tak, byliście w Syrii i Libanie, a my z nimi jesteśmy stanie wojny. My nie wybieramy Wam miejsc do odwiedzenia - poczekacie 2, 5 może 10 godzin..." - okazało się, że moja wiza z Iranu też podpada... Po 4 godzinach czekania (w sumie 6) "security" oddaje paszporty mówiąc, że możemy wejść. Niestety dziewczyna od stempelków chcąc się wykazać, zaczyna od początku: "...a co robiliście w tych muzułmańskich krajach?" i sprawdzanie od nowa...
Wpuścili nas - w końcu mieliśmy powrotne bilety lotnicze i zaproszenie do Jerozolimy, nasze skarpetki okazały się bezpieczne, a rodowód 12 pokoleń wstecz nie wykazał żadnych palestyńskich przodków. Po takim przyjęciu odchodzi nam jednak ochota na cokolwiek. Dłuuugi spacer do Eljatu i sen na plaży, co ostatnio jest bardzo popularne. Spalone słońcem plecy jednak dbają o to bym się nie wyspał.
Eljat to kurort. Poza rafą koralową i turystkami ciężko o coś ciekawego - ale to właśnie stąd Renald wypłynął na Mekkę, więc trzymamy się tematu wyprawy. Jako, że kurort to wszystko jest drogie i szybko się zbieramy. Na dworcu po chwili przyzwyczajamy się, że prawie każdy oprócz nas ma swój karabin. Następny przystanek - Jerozolima.
Okazuje się, że nasz autobus przejeżdża przez terytoria okupowane - jednak poza drutami kolczastymi odgradzającymi drogę nie widać tu nic niezwykłego - jest bardzo spokojnie, a droga w większości prowadzi brzegiem Morza Martwego. "...gdy krzyżowcy ujrzeli Jerozolimę, padli na kolana i zapłakali" - czytamy w kronikach. W naszym autobusie nie ma jednak miejsca na takie sceny. Już od pierwszego momentu w mieście czuć jego klimat. Może to nasza długa i nie najłatwiejsza droga potęguje to uczucie. Mieszkamy obok cytadeli - wieży Dawida, do bazyliki Grobu będącej największym pomnikiem architektury krzyżowców mamy kawałek, z okien widać także Meczet "Kopuła na Skale". Bazylika Grobu i Bazylika Narodzenia, choć wielkie, są skromne. Dla przyzwyczajonych do pełnych przepychu kościołów w nawet najmniejszej polskiej wsi, ta prostota jest uderzająca. Są trochę zaniedbane, mogą zawieść kogoś, kto chce je tylko zwiedzić. To nie są miejsca do zwiedzania i nie ważne jak wyglądają... ich atmosfera jest nie do opisania. Ziemię Świętą trzeba odwiedzić - zobaczyć - "przeżyć" ją samemu.
Kolejne kościoły w kolejnych świętych miejscach. Ciekawe, że praktycznie żadne z nich nie jest pod opieką kościoła rzymsko-katolickiego - wszędzie spotykamy greko-katolików, Ormian, Koptów... - księży katolickich widzimy jedynie razem z wycieczkami.
Stare miasto to labirynt wąskich kamiennych uliczek, które zapewne niewiele zmieniły się od czasów krzyżowców, a może i Jezusa... Trzeba jednak pamiętać, że Jerozolima to święte miasto trzech wielkich religii. Droga krzyżowa (Via Dolorosa) prowadzi przez dzielnicę muzułmańską przeciskając się przez gwar bazaru. Zaledwie ruszamy od pierwszej stacji nad głowami rozlega się głos muezina zagłuszający śpiew franciszkanów - raz po raz mijają nas chasydzi w tradycyjnych żydowskich strojach - wszyscy żyją obok siebie. Humorystycznym akcentem rywalizacji religii jest historia "Bramy Złotej". To nią do miasta ma wjechać Mesjasz. Z tego właśnie powodu muzułmanie zamurowali ją, urządzając przed nią cmentarz. Wierzą, że Mesjasz będzie z rodu kapłańskiego, a kapłanom nie wolno wchodzić na cmentarze. Żydzi nie przejmują się tym jednak, wierzą, że Mesjasz będzie z rodu Dawida i żaden cmentarz go nie powstrzyma.
Mniej śmiesznie jednak wygląda codzienność - w piątek droga prowadząca do meczetu Al-Aksa obstawiona jest co najmniej kilkoma oddziałami wojska. By wejść pod "Ścianę Płaczu" szczegółowa kontrola nas i bagażu. Chasydzi kiwający się pod nią jak zahipnotyzowani modlą się kontrastując z telefonami komórkowymi, gwarem rozmów całkowicie nieadekwatnym do miejsca i turystami w tekturowych jarmułkach. Wracamy tu wieczorem - rozpoczyna się szabat i turystom wchodzić nie wolno, ale wesołe "szalom" do ochroniarza sprawia, że ten wpuszcza nas bez problemów. Tym razem pod ścianę ciężko się dopchać - plac przy ścianie wygląda jak gigantyczne mrowisko. Teraz widać dokładnie jak ważnym miejscem dla izraelitów jest pozostałość świątyni Salomona.
Nazajutrz schodząc z Góry Oliwnej słyszymy straszliwy huk - "...co się dzieje? zamach?!" - biegający żołnierze, karetka i ktoś na noszach... - sceneria jak z wiadomości TV. Po chwili orientujemy się, że to "tylko" wypadek samochodowy. Każde najmniejsze zamieszanie obserwujmy jak początek wojny - jednak totalnie nic się nie działo zarówno tu jak i w Betlejem (leżącym w Palestynie). Okazuje się, że nie jest tu aż tak spokojnie. Nasz kolega Alex - jadąc z nami przez Jerozolimę pokazuje co chwila - "...ta kawiarnia wysadzona rok temu... w tamtej wysadziła się kobieta...", a życie toczy się dalej i jego uwagi brzmią wręcz nierealnie.
Nadchodzi ostatni dzień wyprawy. Z kilku propozycji wybieramy Akkę. Po trzygodzinnej jeździe - w chyba największym upale, jaki przyszło nam znosić - wysiadamy w mieście będącym po upadku Jerozolimy stolicą królestwa. Znajduje się tu "podziemne miasto", czyli odrestaurowane podziemia cytadeli Akki. Ciszę podziemnych sal refektarza templariuszy przerywają jedynie piski nietoperzy. Nadmorskie mury, stary port, tunel rycerzy zakonnych łączący ze sobą dwie części miasta... historia miesza się tu z dniem codziennym. Jest już późne popołudnie, jedziemy więc do Tel Avivu. Po drodze jeszcze tylko Cezarea. Zatrzymujemy się na kawę w kawiarni przy ruinach cezaryjskiej twierdzy - jednej z wielu zniszczonej przez Arabów, by krzyżowcy już nigdy tu nie wrócili. Po wyjściu z niej miłe zaskoczenie - nazywa się "Crussaders Restaurant" - czyżby jakiś znak? Małe przepakowanie na lotnisku, tym razem obchodzi się bez kontroli osobistych. Lot do Bratysławy mija bezproblemowo, w południe następnego dnia jesteśmy w domu.
Jest poniedziałek 1 czerwca roku pańskiego 2004 - ostatnia krucjata dobiega końca.
Więcej informacji o wyprawie na stronie www.igor13.z-ne.pl/krzyzowcy







