Zacznijmy od tego, że na 100% jeszcze tam wrócimy i to niedługo :)). Maroko to tak duży i różnorodny kraj, że mimo całego sprytu i zdyscyplniowania (straszne słowa na wakacjach) nie da się zwiedzić go w okresie dwóch tygodni. Zatem wracamy tam swoim samochodem na conajmniej miesiąc – jeżeli macie ochotę i podobnego hopla to zapraszamy, będzie nas więcej... (planowany termin wyprawy wiosna 2007). A teraz trochę o tym jak było. Nasz dwutygodniowy pobyt podzieliliśmy kompromisowo dla naszego zdrowia – pierwszy tydzień był mniej rajdowy, odpoczywaliśmy w Agadirze zwiedzając okolice i Antyatlas, w drugim tygodniu zwiedzaliśmy miasta królewskie Maroka zachaczając o atrakcje Atlasu Średniego i Wysokiego. Następna planowana wyprawa to wybrzeże Morza Śródziemnego, Góry Rif, generalnie północ Maroka i oczywiście południe, czyli Sahara Zachodnia – o czym niestety tym razem poczytaliśmy tylko w przewodniku. Luty, czyli zima w Polsce, zima tam to bardzo fajny okres na zwiedzanie. Ku naszej radości nie było problemów z nadmiarem turystów, z miejscami w hotelach, z ponad 30, a nawet 40 stopniowym upałem i wysokim cenami panującymi w sezonie. Mieliśmy słońce, deszcz, śnieg i temperaturę od – 10 w górach (Atlas Wysoki) do +28 na południu (Antyatlas). W żadnym wypadku nie psuło nam to humoru, bo Maroko zachwyca pod każdym względem. Przede wszystkim inna kultura, mnóstwo zabytków – w tym wiele wpisanych na listę UNESCO, po trzecie piękne krajobrazy nie odbiegające od tych z filmu “Pożegnanie z Afryką”. Jak do tej pory oceniamy tę wyprawę jako wakacje naszego życia i gorąco gorąco polecamy każdemu – bo każdy znajdzie tam coś dla siebie. Dla wtajemniczenia poniżej kilka określeń, które ułatwią odczytywanie opisów zdjęć i poniższego tekstu:

bab (arabski) - brama
caleche (fr) - powóz ciągniony przez konie
hammam (a) - łaźnia
harira (a) zupa z soczewica i innymi warzywami
kazba - (a) - fort, cytadela
kif (a) – marihuana
kubba (a) - sanktuarium lub grób świętego
medyna (a) - stare miasto
medresa (a) - szkoła koraniczna
suk, suq (a) – targ
tadżin (a) tajine – gulasz mięsno warzywny, garnek do przygotowywania tych potraw o stożkowej pokrywie
maroakńska whisky – herbatka miętowa
minaret – wieża meczetu, z której duchowny wzywa wiernych na modlitwy
mellah – dzielnica żydowska
W odkrywaniu Maroka pomagał nam oczywiście Przewodnik Pascala i Thomasa Cooka i postaram się go nie przepisywać poniżej, choć warto by było :))))
Nasz pierwszy tydzień: Agadir i okolice
Agadir (z berberyjskiego – forteca, miejsce obronne, mury obronne lub komunalny spichlerz) to jedyna miejscowość, do której biura podróży organizują wyloty z Polski. W dwóch słowach jak to wspólnie określiliśmy z przemiłą parą z Bytomia – Olą i Stasiem – turystyczne ghetto. Miasto było doszczętnie zniszczone w 1960 roku przez trzęsienie ziemii i odbudowane w stylu - delikatnie mówiąc - odbiegającym od pozostalej części Maroka. Z drugiej strony dla chcącego nic trudnego i ciekawe miejsca można wynaleźć – my oczywiście zwiedziliśmy kazbę (pozostały tylko mury). Ze wzgórza, na którym była wybudowana rozciąga sie wspaniały widok na port oraz turystyczną część miasta. Odwiedziliśmy również “restauracyjną” część portu by skosztować coś ponad francuskie przysmaki serwowane nam w hotelu. Sola i sardynki były pyszne, choć by nie psuć wrażenia nie opiszę w jakich warunkach przygotowywano nam te przysmaki :)))).
Okolice Agadiru, które zrobiły na nas największe wrażenia to:
Rajska Dolina, która prowadzi do Immuzer des Ida Utanan – piękne widoki, lasy palmowe, malownicze przełęcze, świetna górska serpentynowa droga no i oczywiście cel podróży wodospad, który co ciekawe, tak okazale wygląda tylko w lutym i marcu, do sierpnia pozostaje z niego tylko strużka, potem zanika :(((. Mielismy szczęscie i warto było jechać te 60 km w jedną stronę. Czuliśmy sie jak w RAJU.
Przylądek Rhir oraz plaże na pólnoc od Agadiru z kameralnymi wioseczkami dla surfingowców – Tamraght i Taghazout. Takich fal na oceanie jeszcze nie widzieliśmy. Latarni morskiej na przylądku niestety nie zwiedziliśmy, ale krajobrazy podczas tej wyprawy wynagrodziły nam to z nawiązką. Zachwyceni i lekko zmęczeni po wyprawie zamierzaliśmy uczcić to lampką dobrego wina, a tu w jednej z symapatycznych knajpek w Taghazout kelner mówi, że nie prowadzxą alkoholu, to my wstajemy chcąc szukac innej,a tu ba... cała wioska jest bezalkoholowa :))). Pragnienie zgasiliśmy zatem marokańską whisky i grzecznie (trzeźwo) wróciliśmy do hotelu.
Ujście wadi Sous (wadi – rzeka) koło Agadiru, które miało zachęcać turystów ogromna ilością różnych gatunków ptaków, niestety było tylko wyschniętym korytem rzeki z górą smieci :((((
Wyprawa do Antyatlasu (Agadir -Tafraoute – Agard Oudad- Tiznit – Aglu – Agadir) to kolejny dzień pełen wrażeń z największym upałem i kolejnym bagażem malowniczych wspomnień :))))
Tafraoute to malownicza wioska ukryta w górach Antyatalsu. Po drodze mnóstwo wrażen, starych kazb, małych wioseczek z górującymi nad nimi minaretami, jeziorka lub sztuczne zbiorniki z palmami po środku – cudo i jeszcze raz cudo – niestety przez przypadek straciliśmy stąd duzą część zdjęć – ale co tam, jest powód by tam wrócić :) Polecamy zwiedzenie po drodze kazby TIZERGANE połozonej na samotnym wzgórzu w pobliżu drogi do Ida-ou-Gnidif. Polecane w przewodniku – rzeźba Gazeli i Kapelusz Napoleona utworzony z formacji skalnych – widzieliśmy, jednak cel nie zrekompensował nam trudu dotarcia tam. Za to dużo większe wrażenie zrobiły na nas wioski (przede wszystkim Agard Oudad), z których wyrusza sie do tych pomników przyrody oraz gaj palmowy prowadzący do rzeźby gazeli. Krzyś ze Stasiem przynajmniej powspinali sie na palmy i jedliśmy daktyle prosto z drzewa – były słodziutkie i smaczniutkie. Na zwiedzanie Tiznitu nie mieliśmy już czasu, za to plaża Aglu oddalona tylko o kilkanaście kilometrów od Tiznitu pozostanie na długo w naszych wspomnieniach. Piękna, czysta, spokojna, jakby trochę uspiona z pieknymi widokami i “piaskowymi rafami” - bardzo romantyczne popołudnie.
Drugi tydzień
Agadir – Diabat - Essaouira – El Jadida – Casablanca – Rabat – Meknes – Mulaj Idris – Volubilis – Fez – Ifran – Azrou - Bin el Widan – Kaskady Ouzoud – Marrakesz – Dolina Uriki – Oukaimeden - Przełęcz Tizi n Test – Taroudant – Agadir
Najbardziej martwiliśmy sie oczywiście o warunki noclegowe. Uratowała nas sieć hoteli IBIS (dobry marketing) i nie musieliśmy martwić się brakiem prysznica, ciepłej wody, pchłami czy innymi “dobrodziejstwami” opisywanymi w przewodniku :)))
O malowniczych krajobrazach nie będę sie juz rozpisywała – bo miejsca nie starczy, a gwarantuję, że na powyższej trasie ich nie brakuje.
Diabat – pierwszy punkt postoju – mała wioseczka około 10 km od Essaouiry słynąca z pięknych piaszczystych wydm, ale przede wszystkim z pobytu tu, w latach 60-tych, Jimmego Hendrixa i ogromnej rzeszy “dzieci kwiatów”. Rzeczywiście klimat sprzyjający słodkiemu leniuchowaniu niekoniecznie przy pomocy wspomagaczy, których w Maroku niestety nie brakuje i problemów z zakupem nie ma żadnych. Ale to już inny temat i wybór każdego co do sposobu na życie :))
Essaouira – piękny port, spokojna, mała medyna, cudowna skalista plaża, ogromne mewy nad nią – romantyzm do kwadratu. Po prostu można tu przyjechać, ale niekoniecznie trzeba stąd kiedykolwiek wyjeżdżać. Myslimy nad tym :)))) Wiatr ogromny, więc warunki dla surfingowców gwarantowane, plażowicze moga poczuć sie troche zawiedzeni. Miasteczko niezwykle tajemnicze, przez co, 100 razy bardziej ciekawe, niż na przykład Marrakesz. W czerwcu odbywa się tu festiwal muzyczny (również jazz). Film Piano Bar – choć krótko, to bardzo trafnie oddaje klimat miasteczka.
El Jadida – tu zwiedzamy fort portugalski - jako pierwszy zabytek w Maroku - wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Piękna plaża i stare miasteczko portugalskie ze sławną cysterną, która już 400 lat jest szczelna !!!. Ale tu widac juz bardzo wpływy europejskie, nowa część miasta to kafejki internetowe, banki, szerokie bulwary, bardziej swobodne kobiety i czulismy sie prawie jak w domu (to żart oczywiście).
Casablanka – i tu niestety pierwszy zawód. Na próżno poszukiwania śladów Humpreya Bogarta – tak naprawde wcale tu nie był, a film Casablanca to sceneria tylko hollywoodzka. Tu naprawdę godzinę straciliśmy na przebijanie się przez uliczne korki, żeby dotrzeć do sławnego meczetu Hassana II. Było warto. Rzuca sie w oczy te 600 mln $, które włożyli w budowę meczetu. Marmurowo- mozaikowe cudo wybudowane tuz nad oceanem – robi niesamowite wrażenie. Ale Casablanka to tak naprawdę centrum gospodarcze Maroka i chyba najmniej marokańskie miasto ze zwiedzanych przez nas.
Rabat – stolica Maroka. Bardzo czysto, choć podobnie jak w Casablance przede wszystkim gospodarka. Kierowcy juednak jeżdżą duzo bardziej kulturalnie. Warto zobaczyć i pospacerować po Kazbie al-Udaja, stamtąd piekna panorama na Sale (prawie dzielnicę Rabatu). Tam również spokojne ogrody andaluzyjskie z drzewkami pomarańczowymi. Na suku bardzo spokojnie i nie atakują zewsząd turystów. Oczywiście byliśmy w Mauzoleum Mahommeda V, gdzie “odpoczywają” Mahommed V i Hassan II, czyli dziadek i ojciec obecnego króla Maroka Mohammeda VI. Mauzoleum jest bardzo bogato i misternie wykończone. Spójrzcie na zdjęcie sufitu – coś niesamowitego. Ciekawy widok - to również plac po meczecie (pozostały odtworzone tylko kolumny) oraz nie ukończona wieża Hassana.
Medyna - ciekawa, bo można ze spokojem pospacerować nie odganiając sie wiecznie od natrętnych sprzedawców. Tu wcinaliśmy smaczne naleśniki z dżemem pomarańczowym – jak je przygotowywano również nie opisze bo sama starałam się nie patrzeć. Sensacji żołądkowych jednak nie mieliśmy, więc albo jesteśmy odporni, albo wszystko było OK.
Meknes – to kolejne po Essaouirze miasto gdzie nam się bardzo podobało. Dotarliśmy późnym wieczorem, więc ogromne wrażenie zrobiły na nas podświetlone mury starej medyny i oczywiście wybraliśmy się na krótkie rozpoznanie terenu. Mc Donalds był tuz koło naszego hotelu więc nie sposób nie skosztować Mc Arabii (to nie żart – naprawde tak się nazywa i przypomina nasza tortillę). To jedyna nasza wizyta w amerykańskim przybytku :))) Meknes to pierwsza zwiedzona medresa (Bu Inania) w Maroku. Było warto, sztukateria jak nigdzie, drewno cedrowe, mozaiki (choć to typowe do wszystkich budowli – naprawdę nie można się napatrzeć). Cele studentów tak małe, że chyba byli bardzo szczupłymi krasnalami :). Z dachu medresy można podziwiać minaret Wielkiego Meczetu i pozostałe dachy oraz minarety. Ten pierwszy naprawdę warto z bliska obejrzec, pozostałe dachy niekoniecznie :)) Piękne bab-y :-) wjazdowe do medyny; Plac el Hedim skąd trafia się wszędzie – gorzej trafić na ten plac (ale tego trzeba doświadczyc na miejscu); caleche z propozycjami ciekawego zwiedzania medyny – no my zaufaliśmy swoim nogom i nie żałowalismy. Z Placu el Hedim widok na Bab el Mansur (Bramę Królewska) za która rozciaga sie ponoć miasto królewskie warte podejrzenia. Niestety przygotowywali jakąś imprezę na Placu, było troche policji i “brama do raju” była niestety zamknięta. Pospacerowaliśmy więc (a raczej pobłądziliśmy – co również ma swój urok) po uliczkach medyny, poznaliśmy oferte miejscowych suków i pędziliśmy do miejsca, które podniecało nas jeszcze w Polsce podczas czytania przewodnika... mianowicie VOLUBILIS.
Volubilis – zacznujmy od tego, że po drodze jest przepiekne położone miasteczko Mulaj Idris – święte miasto Maroka, gdzie turyści nie są mile widziani, a na pewno nie mają szans nocowania – bo jest to zabronione. Nie chcieliśmy się naprzykrzać i nie wjechaliśmy do miasteczka, czego do dziś żałujemy. Ale co tam dojechaliśmy do Volubilis – najlepiej zachowanego kompleksu ruin z czasów rzymskich w Maroku, również wpisane na listę UNESCO. Wykopaliska dowiodły ponoć, że miasto było zalożone w III w. p.n.e. Tu byłoby mnóstwo do opisywania: Dom Orfeusza, Herkulesa, Wenus, Łuk triumfalny... – było tajemniczo, ale i wesoło – zdjęć jest mnóstwo i niech one oddadzą radość jaką przeżyliśmy, spacerując i podziwiając... Tu Krzyś zdobył również swój muszkiet, który oczywiście uwieczniony jest na zdjęciach.
Fez – z Volubilis oczywiście drogą, której nie było na mapie i nie do końca była asfaltowa (przyznaję to ja wybierałam takie trasy, bo zawsze są ciekawsze, jednak Krzyś nie do końca był chyba z tego zadowolony, przynajmniej tam na miejscu :)))) jechaliśmy prosto do Fez. Tam po przeczytaniu, iż starsza medyna, czyli Fes el Bali ma 9400 uliczek nie ryzykowaliśmy zwiedzania na własną rękę i wynajęliśmy przewodnika. Było warto, bo przynajmniej zauważyliśmy w jaki sposób pracują. Ich główny zarobek to oczywiście prowizje od zakupów dokonanych przez nas w sklepach medyny. Ale to nie ważne. Fez jest urocze, piekne, stare. Medyna, która ze wszystkich marokańskich, od średniowiecza ponoć najmniej była zmieniana – i to naprawdę widać. Medresa Bu Inania była bardzo podobna do tej w Meknes, za to Muzeum Nejjarine naprawde warto zwiedzić. Oczywiście niezapomniane wrażenie robią garbarnie – smród jaki czuć dochodzącdo nich odbiera apetyt na resztę dnia. Ale nie zobaczyć garbarni – to grzech będąc w Fez (akurat oboje byliśmy na etapie czytania “PACHNIDŁA”, więc na naszą wyobraźnię podziałało to podwójnie). Z garbarni również jest całe mnóstwo zdjęć w naszej galerii. Oczywiście jeszcze kolejne medresy, uniwersytet Karawijjin – ale resztę wrażeń przedstawiają zdjęcia. W Fezie również jedliśmy w najlepszej (naszym zdaniem) restauracji marokańskiej. Tam również wrócimy...
Droga z Fezu do Marrakeszu
Ifran – miasteczko zimowe, ładne, spokojne ale trochę snobistyczne: z uniwersytetem, w którym wykładają profesorowie z Ameryki, językiem obowiązującym jest angielski – Uniwerek ufundował król Arabii Saudyjskiej, itp., itd. Tu trafiliśmy na pierwszy śnieg w Maroku
Bin el Widan – elektrownia wodna, która dostarcza 25% energii elektrycznej w Maroku (niezła technika, jeszcze lepsze widoki przed i za zaporą).
Gaje pomarańczowe – przyznaję ukradłam 2 pomarańcze w myśl zasady kradzione nie tuczy (a nieźle przytyliśmy już na marokańskiej kuchni w pierwszym tygodniu) i groźnie by sie to dla nas skończyło, ale mój kochany mąż sprawę załatwił od ręki, a słodki smak pomarańczy pamietam do dziś – tak wogóle polecamy marokańskie pomarańcze sa chyba najlepsze na świecie.
Kaskady Ouzoud – tego sie nie da opisać, to trzeba zobaczyć, woda spada z wysokości 110 m, nie ma żadnych zabezpieczeń, można wszędzie podejść, zmoknąć przy okazji i tylko podziwiać. To czego do konca życia nie zapomnimy to, to, że po raz pierwszy w życiu właśnie tam pośród drzew otaczających wodospad natknęliśmy sie na dzikie małpy – makaki – potem to juz tylko musieliśmy dokupowywać karty do naszych aparatów...
Marrakesz – na zwiedzanie Marrakeszu również bardzo czekaliśmy. W dwóch słowach – podobnie jak Casablanką - czujemy się troche zawiedzeni, ale z innych względów. Miasto piękne, Plac Dżemaa el Fna przereklamowany, sprzedawcy stamtąd i uliczni artyści mają białych turystów chyba trochę za upośledzonych (to oczywiście tylko nasza subiektywna ocena). Jednak chyba zaliczymy sie do grona tych 94% turystów, którzy po pierwszej wizycie w Marrakeszu mówią, że nigdy juz do tego miasta nie wrócą. A to za sprawą miejscowych przewodników, sprzedawców i artsystów, którzy w bardzo prosty sposób oszukują i naciągają. No cóż każdy orze jak może...
Zabytki za to super – Meczet Kutubijja przepiekny, Muzeum Przyjacół Marrakeszu i Kubbę warto zwiedzić, no i obowiązkowo przejść sie uliczkami medyny, zwłaszca na suk dla miejscowych, gdzie można tanio kupić świetne rzeczy, których brak w “ofercie dla turystów”.
Oukaimeden – co tu duzo pisać, Krzyś- zapalony narciarz, jeździł na nartach w Afryce, pośrod narciarzy w galabijach – to kolejne niezapomniane przeżycie i przyznaje miałam co podziwiać. Oukaimeden ma najwyższy wyciąg w Afryce Płn na 3 250 m npm i prawie z takiej wysokości zjeżdżał mój mężul i to nie utartym stokiem, skądże trzeba było przetrzeć nowe nartostrady :))))
Było świetnie – w ciągu dwóch tygodni opalać sie w prawie 30 stopniach, zmoknąc w deszczu zaledwie w 10 i jeździć na nartach po prawdziwym śniegu w minusowej temperaturze – tego jeszcze nie było :))))
Przełęcz Tizi n Test – tu chyba można tylko wspomnieć, że źle wymierzyliśmy czas i niedoczytaliśmy w przewodniku o emocjach, które nas czekają. No cóż przełęcz w najwyższym miejscu ma prawie 2 100 m npm, o tej porze bywa tam slisko i śnieg, przewodnik Pascala trasy nie poleca turystom o słabym nerwach – więc tego nie wiedzieliśmy, a wjechaliśmy tam prawie w nocy (było juz bardzo ciemno) z jednym red bullem (miał dodać nam skrzydeł w razie czego) i przez 50 km staraliśmy sie pocieszać nie patrząc na boki. Adrenalina straszna i tam chyba nie wrócimy, czasami zastanawiamy się, że może jednak fajnie, że była noc i nie widzieliśmy dna tych przepaści dookoła. zdjęc brak – nawet o tym nie mysleliśmy, za to radość po zjechaniu z gór była niesamowita.
Powrót do Agadiru przez Taroudant – tu było juz bardzo późno i oprócz murów medyny nic nie widzieliśmy.
Podczas tej wyprawy przejechaliśmy prawie 2000 km, mimo dużego zmęczenia fizycznego byliśmy szczęśliwi, że zobaczyliśmy tak wiele i nie do końca w japońskim stylu (czyli pstrykając zdjęcia przez otwartą szybę jadącego samochodu). Musimy tam wrócić bo wiemy jak wielu cennych rzeczy nie widzieliśmy, nie zwiedziliśmy i mimo pobytu w kilku afrykańskich Państwach, wiemy, że własnie tam chcemy wrócić na dlużej.
Oczywiście nie opisaliśmy wszystkiego, bo dla czytelnika może to być nudne i tak powyższe mogło Was znudzić, nam będzie jednak zawsze przypominało najszczęśliwsze chwile życia.
Z rad praktycznych proponujemy wybierając sie na wyprawy w głab lądu zabrać ze sobą trochę więcej słodyczy dla dzieciaków, które żebrzą o jedzenie i nie dawać im oczywiście pieniędzy. Wdzięczność ich jest naprawdę szczera.
Więcej relacji na stronie www.gozdziuchy.comarchiwum