Wydanie internetoweAzja

Za górami, za lasami...

Anna ArmusiewiczMongoliaRosja

Za górami, za lasami znaleźć można kraj z Mongołami... Kraj o powierzchni 5 razy wiekszej niż Polska, zamieszkiwany przez około 2 mln ludzi, gdzie o zamożności mieszkańców wciąż świadczy liczba posiadanych przez nich zwierząt: baranów, kóz, koni, jaków, jak również wielbłądów... Kraj Czyngis-chana, gdzie ludzie wciąż wiodą koczowniczy tryb życia - żyją tak, jakby czas się w miejscu zatrzymał...

Mapa trasy: Za górami, za lasami...
Mapa trasy

Naszą podróż na wschód rozpoczynamy 13 lipca - pierwsze "łyki egzotyki" już po przekroczeniu granicy polsko-białoruskiej. Miejsce akcji: Brześć. Idziemy wymienić pieniądze do najbliższego kantoru, tj. na stacji. Już już podchodzimy do okienka, a tu trzask! Spuszczają się rolety, paniusia odmawia jakiejkolwiek współpracy, bo właśni? jest "pierieriw" i nic ją nie obchodzi że bardzo się spieszymy, bo pociąg do Moskwy zaraz ma przyjechać, a nie mamy jeszcze biletów. Chwilę później znajdujemy inny kantor, dokonujemy transakcji i czujemy się jak milionerzy (albo gangsterzy, jak kto woli) - dostaliśmy kilka zgrabnych paczuszek banknotów, szkoda że to tylko białoruskie ruble, a nie np. dolary...

Pociąg do Moskwy, klasy płackartnyj - czyli bez przedziałów, jedna komuna. Zawieramy znajomość z sympatycznym, choć niekoniecznie trzeźwym panem Stiepanem, robotnikiem z Moskwy. Jeśli chodzi o ścisłość to on aktywnie zawiera znajomości i to nie tylko z nam - przyjaźni się co najmniej z połową współpasażerów z całego pociągu. W miarę upływu czasu rozkoszny Stiepan rozkręca się: powtarza w kółko, że jesteśmy fajni, próbuje śpiewać jakieś piosenki czasem starając się zgrać z przebojami puszczanymi z głośników, poklepuje nas, całuje rączki, przytula się do chłopców...W końcu odchodzi, by umilić czas innym "przyjaciołom". Nad ranem biega po całym pociągu i przetrząsa wszystkie półki w poszukiwaniu swojego bagażu, bo niestety zapomniał, gdzie go włożył, w tylu miejscach bywał ostatnio...

Moskwa. Podziwiam wspaniałe metro moskiewskie, którego stacje ozdobione zostały wizerunkami Lenina, mozaikami z "gierojami", kandelabrami... Przyznaję - robi to wrażenie. Jednak najbardziej skacze mi adrenalina, gdy wskakuję na ruchome schody, których szaleńcze tempo wespół z moim niemiłosiernie ciężkim plecakiem niemal doprowadza mnie do zrobienia fikołka w tył.

Naszym celem jest lotnisko Domodedovo. Dojechać można do niego np. elektriczką-pociagiem podmiejskim. Znajdujemy się na stacji. Podjeżdża pociąg. Staje. Ludzie ruszają ku drzwiom, kłębią się przed nimi, ale cóż to - drzwi pozostają zamknięte.. Pociąg odjeżdża, ludzie odchodzą i nikt oprócz nas nie jest zdziwiony czy też zdenerwowany takim obrotem sprawy. Nie poleciało ani jedno przekleństwo pod adresem maszynisty. Widocznie to normalne...

Na lotnisku obserwujemy dymiące za oknem samoloty, nocujemy pod ławkami i na ławkach i oczekujemy na swój lot. Przy okazji wysłuchujemy komunikatów po angielsku, z których zrozumiałe jest tylko "attention, please!", a reszta to jakieś zaklęcia.

Nauški. To właśnie tu zostaliśmy przemytnikami po raz pierwszy. Tym razem zmuszeni byliśmy do potajemnego transportu własnych pieniędzy - dolarów, gdyż niestety istnieje zakaz ich wywozu z Rosji. Kto o tym nie wie i nieopatrznie w deklaracji je uwzględni - MUSI je wymienić na ruble, a w kantorze na stacji kurs jest, jak się łatwo domyślić, dość podły. Wobec tego chowamy nasze mienie w zakamarki plecaka - w stelaż, wilgotne chusteczki, środki higieny osobistej czy kijki do trekkingu. Kierujemy się ku Kjachcie - tam znajduje się niedawno otwarte przejście samochodowe. Niestety nie da się go przekroczyć na piechotę, a "usłużni" Rosjanie za przewiezienie proponują nam takie ceny, jakbyśmy byli co najmniej zięciami Ala Capone. Na szczęście zjawia się znajoma szefowej transportu przemytników, który rusza następnego dnia kursowym autobusem. Przemyt jest jednym z głównych źródeł dochodów mieszkańców Kjachty, co ciekawe zajmują się tym głównie kobiety. Każdego dnia odjeżdża kursowy autobus, wszystkie miejsca są z góry zarezerwowane - wymóg jest taki, że trzeba mieć miejsce siedzące, by przekroczyć granicę. Problem zaczyna się, gdy pojawia się grupa turystów. Wtedy część rezerwacji zostaje zdezaktualizowana i zaczynają się bitwy o to kto pojedzie. Dochodzi do klasycznego wyzywania się od najgorszych, przepychanek, czasami "miłe" panie wręcz pomagają sobie opuścić autobus tarmosząc się za włosy, części garderoby itd. W sytuacjach kryzysowych pan kierowca podnosi głos, szantażuje, że nigdzie nikt nie pojedzie i zarządza trzymanie drzwi. Cały ten rejwach nie dotyczy sprawców zamieszania - do turystów kierowane są uśmiechy i zapewnienia, że to "wsio normalno". A co się przemyca? Z Rosji papierosy, a z Mongolii chińskie ubrania - dziwnym zrządzeniem losu wszyscy pasażerowie wyglądają wtedy jak ludki "Michelin". Trudno wyglądać inaczej jak ma się obwiązane ciuchami i oklejone taśmą (by nic nie spadło) całe ciało. Celników rosyjskich jednak nie dziwi niezdrowa opuchlizna rodaków i ich dyszenie. Wrócą do zdrowia przy pierwszym wdechu cudownego rosyjskiego powietrza...

Mongolia! Już na pierwszy rzut oka granica miedzy zaprzyjaźnionymi państwami jest dość wyraźna. W przeciwieństwie do Rosji na prowincji brak wszechobecnej zabudowy typu klockowatych bloków, wszędzie przestrzeń i pustka. Nie widać nigdzie pomników Lenina, które znajdują się chyba w każdym miasteczku rosyjskim. Po szczegółowej kontroli odbywającej się na świeżym powietrzu pod drzewkiem i polegającej na położeniu plecaka na skleconym z desek stoliku, za którym siedzi dwóch panów celników i z wielka radością poklepuje z obu stron plecak, ruszyliśmy w stronę stolicy...

Ułan Bator (Czerwony Bohater) to chyba jedyne miasto w całej Mongolii, jeśli patrzeć z punktu widzenia "westmenów". Reszta stolic ajmaków (tutejsze "województwa", których jest 18) to po prostu miasteczka. W mieście sąsiadują ze sobą rozpadające się klitki ubogich, gery (czyli jurty), bloki typu klocki oraz inne budowle w stylu radzieckim. Obecnie trwa wielki remont - z japońskich funduszy buduje się nowe drogi, chodniki pokrywane są kostką brukową - jednym słowem praca wre. Równouprawnienie kobiet i mężczyzn jest pełne - panie pracujące na budowie nie są rzadkością. Możliwe, że wojownicze mongolskie kobiety trochę nawet "przesadziły" - zdominowały bowiem sektor usług związany z obsługą stacji benzynowych. Zawsze umalowane, bo malują się korzystając z każdej wolnej chwili (a najmodniejszy jest puder a'la córka młynarza i wściekle czerwone lub różowe usta), dzielnie kręcą korbami pompując benzynę do samochodów.

Stolica położona jest w kotlinie, skutkiem czego nad miastem unosi się smog. Zapylenie powietrza jest tak duże, że ludzie chodzą po ulicach w "maskach chirurgicznych"- zaczepianych za uszy kawałkach białych bawełnianych szmatek, które można kupić w każdej aptece. W mieście nie ma ani jednej ulicznej budki telefonicznej (aparaty podobne do naszych są tylko na poczcie), ich rolę pełnią samozwańcze "telefonistki", które wystawiają na stoliczkach telefony (wyglądające jak domowe) i siedząc przy nich, spędzają całe dnie czekając na klientów i plotkując z sąsiadkami. Stolica nie jest bezpieczna wieczorami. I wcale nie dlatego, że jakiś rzezimieszek wyskoczy zza rogu; po prostu można zanurkować w studzience, wpaść do jakiejś dziury, lub skręcić sobie nogę w jakiś inny, nieskomplikowany sposób, gdyż ulice (poza główną) nie są oświetlane. W ciągu dnia natomiast z dużym ryzykiem wiąże się przechodzenie przez ulice - kierowcy nie zważają na światła, widząc pieszego dodają gazu, aby go wyminąć, czasem zajeżdżają przy tym drogę. Przepisy nie istnieją - rządzą klaksony. Do ogólnego hałasu dołączają się głosy naganiaczy stojących na schodkach UAZ-ów - miejscowych autobusów. Wykrzykują bez wytchnienia nazwy docelowych miejscowości. Dla obcokrajowców brzmi to jak bełkot, więc raczej nie korzystają z tego rodzaju transportu. Oszczędzają sobie w ten sposób wielu męczarni, gdyż Mongołowie mają masochistyczne upodobania do podróży z gatunku "śledzie w beczce". Dopóki nie zbierze się komplet, czyli około 20 osób, autobus nie rusza.

Na ulicach spotkać można zarówno osobników w kozaczko-kaloszkach ubranych w tradycyjne kaftany zapinane z boku na guziczki i przewiązane w pasie szeroką jedwabną szarfą, jak i skośnookich nażelowanych, farbowanych blondynów w spodniach z krokiem majtającym się między kolanami.

W stolicy dbamy o wszechstronny rozwój osobowości uwzględniając dziedziny takie jak: Kultura i nauka: zwiedzamy muzea, klasztory - m.in Gandan, na którego terenie oprócz pobożnych buddystów grasują dzieci oferujące proso dla gołębi, sprzedawcy obrazków, fanatyczny kolekcjoner monet itp. Zwłaszcza ten ostatni jest wyjątkowo uparty i gania za nami po całym mieście krzycząc "I em kolekting many!". Sport: Uciekamy przed wyżej wymienionym panem. Rozrywka: oglądamy pokaz tradycyjnych tańców i śpiewów mongolskich, wizytujemy Discobary, gdzie tańcujemy z policjantami w galowym umundurowaniu popijającymi wprost z butelki. Odpoczynek: w mekce polskich turystów w Ułan Bator - Gana' Guesthouse. Tam poczuć się można swojsko - wszędzie słychać polską mowę.

Wyruszamy w dalszy etap podróży. Czeka nas niemal 3000 km w UAZie prowadzonym przez Bajmucha - naszego kierowcę. Jedziemy mongolskim "Highwayem", który zdaje się prowadzić na koniec świata - z początku asfaltowy i naszpikowany dziurami, z biegiem czasu zmienia się w gruntową kilkupasmówkę. Kierowcy preferują naturalne nawierzchnie, dlatego też często obok asfaltu biegnie równoległa droga, czasem są to tylko ślady kół na stepie. Trochę podskakujemy na dziurach. Drogi rozdzielają się, zaczynają biec w różnych kierunkach i chyba tylko Mongoł może się połapać w tym bałaganie. Pędzimy przez step wzniecając za sobą tumany kurzu. Bajmucha zmuszamy do rozwijania jego zdolności lingwistycznych: już wie co znaczą komendy: "foto", "siusiu", "spać". Zaopatrujemy się w wioskach, czyli kilku chałupkach stojących wzdłuż drogi, budowanych "na oko", gdzie za wycieraczkę służą stare kaloryfery. Wiemy już, że "dełgur" to sklep, gdzie można kupić luksusowe polskie artykuły - kompot ze śliwek, ogórki braci Urbanek, draże "Korsarz" i artykuły powszedniego użytku: ruskie szprotki (zjadaliśmy je na okrągło), czeskie markizy oraz kruszący się kukurydziany chleb produkcji miejscowej. W "guanzach" można natomiast napić się z miseczki słonej herbaty - "suute caj" z mlekiem, tłuszczem, czasem też z ziołami, co smakuje jak dziwna zupa. W "przebogatym" menu konkuruje z nią aż 5 potraw: "mantu"- zimne buło-kluchy z ciasta drożdżowego gotowane na parze; "huszury"- tłuste naleśniko-placki z podeszwowatą, tłustą i aromatyczną baraniną w środku jako nadzienie i też najczęściej zimne; "bajcany salad"- surówka z kapusty (dobra!); "buuzy" - pierogi z baraniną, które po zalaniu zupą będą ciepłe oraz konsumowany o każdej porze dnia "cujwan"- makaron, baranina, ze dwa plasterki ziemniaka i jeden marchewki, a wszystko to o temperaturze pięt nieboszczyka, doprawione polskim ketchupem lub przyprawą do zup Winiary.

Karakorum. Była stolica Imperium, zbudowana z rozkazu Chyngis-chana w 1220r. Centrum lamaizmu na całą Mongolię, zanim "bracia radzieccy" nie zmienili stanu rzeczy wysyłając na lepszy świat 1000 mnichów i dewastując świątynie, których było około100, a zostało kilka. Każda ze świątyń poświęcona jest Buddzie, raz jako dziecku, kiedy indziej jako dorosłemu. Przerażające są tamtejsze bóstwa. Długie pazury u rąk i nóg, wyłupiaste oczy, wokół głowy wianuszek czaszek, twarz wyszczerzona w upiornym grymasie... a na dodatek zwykle rozszarpują kogoś. Ponoć tak wyglądają te dobre - mają swą aparycją odstraszać zło. Ciekawe w takim razie jak wyglądają te złe? Poza murami klasztoru, oprócz kłębiących się sprzedawców różnych klamotów, czyha na nas żółw z kamienia ze skorupą obwiązaną niebieską jedwabną szarfą będącą symbolem nieba i szczęścia. Mongołowie układają nałogowo na szczytach wszystkich, nawet małych wzgórz i pagórków, koło dróg, kopczyki z kamieni o kształcie piramidy. W środek wtykają kij, który obwiązują niebieskimi szarfami i w ten sposób uzyskują święty kopczyk - Ovoo (oboo), przy którym można pomyśleć życzenie. Tradycja ta wywodzi się z szamanizmu. W skład ovoo wchodzić też mogą butelki po wódce, śmieci, myszy...

Jedziemy nad Tarkan Tsagaan nuur (Wielkie Jezioro Białe). Bajmuch "katuje" nas w kółko tą samą kasetą - "Top disco 2000". Podłoga nagrzewa się chyba do czerwoności od silnika i nieźle parzy. Pod nogami turlają się miliony butelek z wodą pitną i przeznaczoną do mycia. Pył atakuje przez okienka. Krajobraz zmienia się z bezkresnego stepu i wzgórz na górzysty. Nagle stop! Niespodzianka! Okazuje się, że droga, którą jedziemy jest właśnie remontowana, a jak na nieszczęście nie ma innej. Za skromną opłatą robotnicy godzą się zabrać sprzęt i puścić nas dalej. Nie ma rady, czas na zrzutkę. Dajemy pieniądze, podjeżdżamy kawałek, a tu kolejny kłopot. Chciwiec w żółtym kasku żąda więcej. Awantura na całego!... Jedziemy dalej, a tu kolejna blokada. Tym razem na środku drogi stoi koparka. Próbujemy ją ominąć, jednak bez szans. Nasyp wciąż zbyt wysoki, by wjechać na drogę z boku, mimo, że nasi koledzy zrównują teren łopatami. Samochód wyje, chyba coś się urwało - ale nic poważnego. Pozostaje nam tylko czekać na zmiłowanie autochtonów... Mamy silny argument w kieszeni - tugriki! (miejscowa waluta). Na każdym papierku, bo monet nie ma, widnieje obrazek koni pasących się na stepie, na największym nominale towarzyszy im podobizna jedynego w historii kraju bohatera narodowego - Czyngis-chana. Od razu widać co dla Mongołów najważniejsze.

Tarkan Tsagaan nuur, park narodowy. Krajobraz wulkaniczny - wokół pola lawowe. Drzewa porastają północne stoki gór. Jezioro powstało przez zatamowanie ujścia doliny przez potok lawowy. Woda ma kolor szafirowy. Pięknie tu. Podobno sielską atmosferę zakłóca swą obecnością potwór. Żyje w jeziorze od wieków konsumując od czasu do czasu dziewicę bądź rosyjskiego geologa...

Piękna pogoda, więc się opalamy. Na obiad chłopaki przyrządzają najpyszniejsze danie świata - gotowane szczupaki! Złowili je o świcie. Nie mieli problemów, bo zanim utworzono tu park narodowy, w jeziorze hodowano ryby na skalę przemysłową. Posiłek po prostu cudowny. Kierowca odmawia poczęstunku, ryb nie lubi - woli wcinać konserwy z żylastą baraniną.

Góry Changajskie, park narodowy. Planujemy zdobyć Otgon Tenger - świętą górę, na którą podobno kobiety nie mają wstępu. Co roku wyruszają "pielgrzymki" w celu złożenia jakiejś ofiary (także w poszukiwaniu rośliny, która ma gwarantować szczęście w miłości). To będzie mój pierwszy w życiu czterotysięcznik. W "Lonely Planet" napisane, że to wspinaczka dla "hard-core mountaineers". Trochę się boję jak to będzie, bo z pewnością do "hardcorowców" nie należę. Wjeżdżamy w piękną, ogromną, U-kształtną dolinę kilkudziesięciokilometrowej długości. Do planowanej bazy nad jeziorem mamy ze 30 km. Zgodnie z radami z przewodnika "Bezdroża" uważamy, by nie wpaść do nory bobaka - to zwierzak podobny do świstaka, który masowo występuje w Mongolii. Nie chcemy również zamoczyć butów idąc po zatorfionym dnie doliny. Przez cały dzień nie spotykamy żywego ducha. Jesteśmy tylko my i dzika przyroda. Czasem spod nóg wyskakują ptaki podobne do kuropatw. Pod wieczór docieramy do miejsca noclegu. Jesteśmy na około 2000-3000 m n.p.m. Nad naszym obozem króluje majestatyczny Otgon. Księżyc oświetla lodowiec na jego szczycie. Jutro się zmierzymy!

Wyruszamy o świcie. Wspinamy się mozolnie. Wynajdujemy ścieżki, bo szlaków żadnych nie ma. Na pierwszym wypłaszczeniu znajdujemy wielkie pierścienie kamieniste, robimy zdjęcia edukacyjne. I znów czas na wspinanie się po chyboczących kamieniach. Stąd nasz obóz zdaje się być taki maleńki... Trasa nie jest trudna, ale za to długa. Nareszcie docieram do lodowca, mogę się napić. Cudownie. Jeszcze tylko kawałek. Po prawej stronie przepaść, po lewej skrzący się w słońcu lodowiec. Trochę przeszkadza mi katar, ale dzięki temu czuję się przed sobą usprawiedliwiona robiąc postoje na "dmuchanie nosa". Szczęśliwie nie doskwiera mi choroba wysokościowa - tak człapię, że nadążam z aklimatyzacją po drodze. Hurra! Już widzę szczyt! Entuzjazm zakłóca nieco podejrzany zapach drażniący od jakiegoś czasu nos. Dziwne, ale coś tu wyraźnie śmierdzi. Tylko co? Rozglądam się podejrzliwie chcąc zlokalizować producenta tych niemiłych woni. Na kamieniach leży padlina - wielki zdechły koń wykrzywiony w upiornym uśmiechu... Nie wygląda jednak na długotrwałego bywalca niszy, którą obecnie zajmuje. Całkiem niedawno musiał być złożony w ofierze. Na samym szczycie witają nas całkiem żywotne koniki... polne. Skaczą beztrosko po śniegu. Zastanawiam się co one tam jedzą. Na wysokości 4000 m n.p.m...

Mieliśmy dużo szczęścia. W dzień powrotu przez cały czas pada. Tym razem trzymamy się lewej strony doliny, jest tu nawet ścieżka! Po drodze spotykamy ekipę Anglików. Na nogach mają "skorupy", liny, czekany - nieźle wyposażeni, ale chyba pomylili góry. Chcieli jechać na zachód, w Ałtaj, ale niestety panuje tam epidemia dżumy i ajmaki są zamknięte. Ponoć epidemia co roku wybucha w różnych miejscach, lecz zazwyczaj nie ma potrzeby "zamykać" więcej niż jednego ajmaku. Powierzchnia każdego z nich jest naprawdę duża (od 41.200 km kw. do 165.400 km kw.). W tym roku epidemia objęła aż trzy.

Ruszamy na północ. Po drodze nocujemy w jurcie u jakiegoś gospodarza. Najechany o 3 w nocy nie dziwi się, tylko gościnnie zaprasza do środka. Układ sprzętów w każdej jurcie jest podobny - na środku palenisko, po bokach, pod ścianami żelazne łóżka, na wprost wejścia kolorowe komódki, na nich poprzyczepiane rodzinne zdjęcia. W progu "witają" nas wiszące kawały mięsa straszące sterczącymi żebrami. Na śniadanie dostajemy mleko, suute-caj, oraz cujwana. Jestem wegeterianką w tym kraju, więc ograniczam się do mleka i czeskich markizów, których też powoli mam dość. Następny nocleg spontanicznie zorganizowany przez kierowcę jest w domu brata naszej współpasażerki, która przez cała drogę znieczula się wódką. Wchodzimy przez maleńkie okno do środka, bo pani nie ma kluczy... Do Mörön, naszego celu podróży, dojechaliśmy po 32 godzinach jazdy...

Jezioro Chubsuguł (Hövsgöl nuur) to najpopularniejsze miejsce wypoczynku letniego Mongołów - genezy tektonicznej, zwane "Małym Bajkałem". To 14-ty co do wielkości zbiornik słodkiej wody świata (1-2% zasobów), wpływa do niego 90 rzek, a wypływa tylko jedna - Egiin Gol. Uważany za święty, nazywany "Jeziorem- Matką Mongolii" z krystalicznie czystą, lecz lodowatą wodą, w której pływają miliony zdechłych ciem. Trzeba uważać, by nie połknąć którejś podczas kąpieli. Celem życiowym ćmy jest złożenie jajek. Jajka wraz z ich zesztywniałym producentem znajduję dosłownie wszędzie: w zakamarkach plecaka, namiotu, w porzuconych chwilowo skarpetkach...

Góry Chubsugulskie. Planujemy "wypad" na 3 dni i zdobycie kilku trzytysięczników. Pakujemy jedzenie i wodę - trochę to wszystko waży. Zwłaszcza woda, ale nie ma wyjścia - na wapiennej grani można umrzeć z pragnienia zanim się trafi po drodze jakiś strumyk. Widoki z góry są przepiękne - jezioro w całej krasie, liczne zatoczki i jeziorka odcięte przez mierzeje, a na zakończenie dnia romantyczny zachód słońca przy furkocie skrzydeł jaskółek przelatujących tuż nad naszymi głowami. Następny dzień jest kryzysowy- kończy się woda, a żar leje się z nieba. Pod wieczór znajdujemy potoczek. Nareszcie można się napić, umyć! Decydujemy się przedłużyć "wycieczkę", co niestety wiąże się z głodówką. W dolinie widać "wigwam" Caatana. Caatani - "Ludzie renifera" są najmniejszą grupą etniczną Mongolii, jest ich zaledwie około 200. Nie mieszkają w jurtach, nie hodują jaków czy kóz tylko renifery. Są wyznawcami szamanizmu. Pan Cataaan sprzedaje nam część swych skromniutkich zapasów - kawał mięsa, ser i mleko - produkty "made by reindeer". Siódmego dnia głodówki wracamy z gór marząc tylko o jedzeniu. Na śniadanie przypada po kubku okrutnie kwaśnych jagód posypanych łyżeczką "Nesquika" - to wszystko, a do przejścia około 30km.

Gobi. Nasze finanse są kiepskie, więc pozostaje nam tylko podróż pociągiem. Jako jedyni wysiadamy na zapomnianej chyba przez wszystkich stacji Ulaan-Uul. Bez pomocy miejscowych nic by się nie dało załatwić. W końcu zawożą nas na ponoć jedne z największych piaszczystych wydm Gobi - Burdene Bulag. Złociste wydmy, porośnięte soczysto-zieloną trawą misy deflacyjne, szarobrązowe błotko i białe wytrącenia soli wokół jeziorek z błękitną wodą. Tak kolorowa jest tu Gobi. Na większości swego obszaru wygląda znacznie mniej atrakcyjnie - płaska, kamienista, bura ziemia porośnięta skąpo sucholubnymi trawami o nieciekawej barwie bladej zieleni. Po spacerze udajemy się w stronę obozu wojsk ochrony pogranicza chińsko- mongolskiego, gdzie czeka nasz wóz. Dzielni wojacy w liczbie około 15 hodują tu konie i wielbłądy oraz grają w siatkówkę dbając o swą formę fizyczną. Muszą być sprawni, bo pod swą opieką mają ważny odcinek granicy. Chodzą bez koszul, co poniektórzy w dresowych spodniach. Częstują nas kumysem, w którym pływają muchy i pojedyncze włosy. Jasnobeżowa ciecz smakuje trochę drożdżami i czymś sfermentowanym, jednym słowem nic dobrego. Wolę już tradycyjną suute-caj, tym razem doprawioną mlekiem wielbłąda. Oprócz wojaków jest tu również kilka kobiet- kucharki, kochanki, nie do końca wiadomo. Sielska atmosfera. Na pożegnanie żołnierze domagają się zdjęcia. Pstryk! Zrobione, więc czym prędzej wyślizgujemy się z ich objęć i odjeżdżamy na stację skąd odchodzi nasz pociąg. Wykupiliśmy najtańsze bilety, więc cały wagon zapchany - przemytnicy z Chin wracają wraz ze swymi towarami, a jedyne "białasy" to my. Chłopaki zajmują przejście między wagonami, koło schodów. Nas chcą przygarnąć na swe leżanki dwie miłosierne mongolskie kobiety, ale odmawiamy. Naszym losem wzrusza się także pewien poczciwiec płci męskiej. Decyduje się zrzec swego miejsca na rzecz "europejskich sierotek", a sam udaje się między wagony, do chłopaków. Przytula do ud jednego z nich, robiąc sobie z nich poduszkę i próbując zasnąć. Jednak nic mu z tych starań nie wychodzi, więc postanawia skończyć z "dniem dobroci" i powrócić na swe "łóżko".

W Mongolii spędziliśmy w sumie 40 dni. Po tym czasie z radością opuszczaliśmy ten piękny kraj. Nie obyło się bez przygód - wyrzucono nas bez wyjaśnienia z jedynego pociągu do Rosji w ostatnim dniu ważności naszej wizy. Szczęśliwie udało się uciec przez przejście samochodowe w Kjachcie. Po 40 dniach spędzonych w stepie Rosję postrzegaliśmy jako szczyt rozwoju cywilizacyjnego - są asfaltowe drogi, można się porozumieć bez większych kłopotów, jest upragniony ciemny chleb, ser żółty i pomidory... Mimo wszelkich niewygód nie żałujemy ani przez chwilę czasu spędzonego niemal w samym sercu Azji. Obcowaliśmy z piękną, dziką przyrodą, obserwowaliśmy jak odmiennie od nas żyją tutejsi ludzie - nomadzi XXI wieku. Z naszego punktu widzenia prowadzą barbarzyński styl życia, lecz chyba to im w zupełności do szczęścia wystarcza. Bo jak mówią stare mongolskie przysłowia: "W sercu mężczyzny osiodłany koń" i "Szczęściem mężczyzny szeroki step"... a ani koni, ani stepu w Mongolii nie brakuje!

Więcej z Azji