20.11.2008 /01 dzień EXPEDYCJI/
Początek naszej podróży! Sesja zdjęciowa na ul. Wielickiej, próba generalna z kartką, na której wielkimi, czarnymi literami wypisany jest cel naszej wyprawy – CHINY. Pełne niedowierzania twarze mijających nas kierowców – bezcenne. Pogoda na dziś: zimno i słonecznie. Plecaki na plecy, ręka wystawiona do machania, oka mgnienie i już łapiemy pierwszą okazję. Aż nie chce nam się wierzyć – mamy transport po samą granicę polsko-ukraińską! RUSZAMY!
Pan Tosiek z Mazdą 626 i ultrafioletowymi światełkami, dosłownie przenosi nas w czasie do przejścia granicznego Hrebenne. Szybko. Godzina 17:30 - przyjazny pan celnik łapie nam kursowy autobus wesołych ukraińskich przemytników wprost do Rawy Ruskiej. Pierwsza zmiana czasu - juz 19:00. Nasze wizy ukraińskie okazują się niebywale krótkie – mamy trzy dni na dotarcie do Rosji. Pełni entuzjazmu podejmujemy szybką decyzję. Ruchomy nocleg w postaci pociągu relacji Lwów-Kijów psuje odrobinę naszą ideę autostopu, ale osiągnięcie celu jest ważniejsze. Już nie możemy się wycofać ani zawrócić. Już wiemy, że na pytanie dokąd jedziemy możemy ze spokojnym sumieniem odpowiadać „do Kitajców!”.
21.11.2008 /02 dzień EXPEDYCJI/
Budzi nas upał w pociągu oraz zatroskany głos kontrolera „żebyśmy nie zaspali”. Już prawie przedmieścia Kijowa. Szybko zbliżający się dzień wygaśnięcia wiz, skutecznie nam przekonuje do złapania kolejnego pociągu. Lekkie poczucie zawodu rekompensuje powtarzana w myślach mantra: „W Rosji zaczynamy prawdziwy autostop!”. Tak pocieszeni przysiadamy na chwilę w barze „Bistro” – przyda się coś na rozgrzanie. My wybieramy gorący posiłek, a mili współbiesiadnicy dodatkowo proponują wódkę. Żeby poczuć klimat zbliżającej się Rosji. Życzenia zdrowia i szczęśliwej podróży kończą nasze wesołe spotkanie – panowie muszą lecieć do pracy. Zostają z nami miłe panie kelnerki. Polecamy więc u nich ozorki z makaronem i wątróbkę z ryżem. A na krótki spacer po Kijowie – pierwszy pomnik Lenina na naszej trasie.
23:15 jesteśmy atrakcją dla wszystkich panów celników. Obsługiwało nas na raz aż trzech – bardzo miło i sprawnie. Chwilę później podniecenie wzrasta. WITAJ ROSJO!!!
22.11.2008 /03 dzień EXPEDYCJI/
Poranek. Jedno oko otwarte - pola, drzewa, śnieg. Drugie oko - pola, drzewa, śnieg. Zaraz po naszym wyjściu z pociągu nasze szczęście znowu daje o sobie znać. Natykamy się na hippisowską parę – chłopak rastaman i równie klimatyczna dziewczyna. Oboje mówią po angielsku. Oboje są zachwyceni pomysłem Expedycji. Oboje niemal ciągną nas w gościnę do siebie. Oboje oprowadzają nas po mieście. Oboje proponują nocleg. Oboje stanowią dla nas dobry znak – oby więcej tak wspaniałych ludzi podczas naszej przygody!
21.11.2008 /04 dzień EXPEDYCJI/
Pobudka o 7:00, szybka poranna herbata, uściski wdzięczności i ruszamy „marszrutką” na trasę na obrzeża Woroneża. Silny wiatr i przenikliwe zimno dają się nam we znaki od samego rana. Nadjechała Łada - nasz rosyjski prekursor - rozpoczęliśmy wyprawę niejako od nowa. Wysadzono nas za budką DPS-u, gdzie dwóch zapracowanych milicjantów nawet sie nami nie zainteresowało. Chwilę później jedziemy już angielską wersją Toyoty Vitis z rosyjskim mundurowym za kierownicą. W Tambowie chwila zwątpienia. Za każdym mijającym nas bez litości tirze, uderza nas fala bezradności oraz chmura wszechobecnego błota i piasku. Szczęście jednak wraca do nas i znów jedziemy Ladą do Kirsanowa. Na rozdrożu stoją dwa motele, więc z radością korzystamy z możliwości wypicia gorącej kawy. Robi sie późno, już 14:30, podczas krótkich zimowych dni to godzina, o której robi się szarawo. Z każdą chwilą nasze szanse na dalszą podwózkę maleją. Nagle zajeżdża nowy Opel Astra, a kierowca wychylony przez okno wręcz nagania nas do środka. Ruszamy do Penzy.
Na ulicy Komunistów odbiera nas Sergiej - przyjaciel Leny, z wielkim uśmiechem oferując nocleg w pokoju z jego 84-letnim 'diaduszką'. Gościnność nie idzie tu najwyraźniej w parze z umiłowaniem czystości - w przedpokoju wita nas rzadka kocia kupa... Wieczór jednak mija bardzo przyjemnie. Siedząc w kuchni przy półsurowej rybie, tradycyjnym rosyjskim chlebie i piwie 'Don' dyskutujemy nad strategiami autostopowymi. Przyszedł czas na zupę - to chyba tradycja gotowania na noc. Dziś kartofelki na wywarze z płucek, do tego oczywiście sfermentowana herbata 'czainy-grib'. Przed snem odurza nas zapach z toalety, gdzie kolega aktor pali rosyjskie slimy o figlarnej nazwie ‘Kiss - Fresh Apple’. Deszcz szybko nas usypia.
22.11.2008 /05 dzień EXPEDYCJI/
Ranek rozpoczyna się tak: Sergiej parzy nam herbaty zielonej z miętą do termosu, do innej butelki nalewa sfermentowanej herbaty z kulturami grzybowymi, czyli tradycyjnego rosyjskiego napoju oczyszczającego. Po śniadaniu wszyscy ruszamy na 'marszrutkę', a po drodze Sergiej udziela nam niezbędnych informacji i wylewnie się z nami żegna. Na obrzeżach jesteśmy ok. 10:00, czyli dosyć późnawo jak na tak zaprawionych autostopowiczów. Początki, jak zwykle ciężkie - Czarne Audi żąda 'diengow', wiec spokojnie dziękujemy – nie oto w naszej wyprawie chodzi. Zaraz potem zatrzymuje się nam niezawodna Lada, ale po drodze mamy tylko 10 km. Półtorej godziny i nic. Dookoła tylko błoto, a w ustach pył. Plecaki zaczynają nam ciążyć, a chłód przenika przez nos i mrozi wnętrzności. Przytupywanie sprzyja niespokojnym rozmyślaniom. Może źle stoimy? Może miejsce nie to? Może trzeba coś zmienić, przemieścić się. Odwracamy się zdecydowani na marsz w kierunku innej drogi, a tu na horyzoncie ktoś macha do nas z pobocza, tuż obok TIRa z włączonym silnikiem. „Wsiadajcie, wy te Polaki w Kitaj?” – głos Pana Wladimira zabrzmiał dla nas jak zbawienie. „Do Czelabińska was wezmę. Siadajcie i obierzcie sobie granata. Dalej, nie wstydźcie się”. Za szybą głębokie jary - bagna i niekończące się pola za wąską linią brzózek. Dla entuzjastów rodeo polecamy jazdę ciężarówką po rosyjskich drogach. Wladimir – nasz jak na razie ulubiony dobroczyńca, sympatycznie spogląda na nas spod swych okularów przeciwsłonecznych. Dogadza nam jak własnym dzieciom. Zauważył, że robię zdjęcia - przemył mi szybę wycieraczkami. Zaburczało nam głośniej w brzuchach – już się zatrzymuje i zaprasza na obiad - na 'pielmieni' ze śmietaną i majonezem, a na deser 'bliny' ze skondensowanym mlekiem. Tak to można podróżować! Za oknem przestrzeń… Przez noc staramy sie czuwać w czasie jazdy, ale potworne wyboje męczą, zwłaszcza jak się siedzi na nieresorowanym siedzeniu. Idziemy spać. Za oknem migają nam co chwilę oświetlone rafinerie lub składy paliwa w olbrzymich silosach.
23.11.2008 /06 dzień EXPEDYCJI/
Pierwsze co widzimy tuż po przebudzeniu to drogowskaz - Ufa 150 km. Dobry znak. Powoli wjeżdżamy w Ural - ukształtowanie terenu diametralnie się zmienia. Drogi wciąż asfaltowe, a benzyna 95 za jedyne 23 ruble. Zatrzymujemy się na śniadanie - makaron z żylastym gulaszem, a do tego "czai". Wodę czerpiemy z przydrożnego źródła - znakomita. Jest chłodniej, ale pogoda jak na tę porę roku zadziwia nawet Rosjan - brak śniegu, względnie ciepło, około 0 stopni, choć na bagnach przy drodze są już lodowe placki. Krajobraz nieustannie brunatno-szary. Kolorów dodają tylko chwilowe prześwity słońca i CPN-y świecące neonami i barwnymi reklamami coca-coli.
Na jednym z większych podjazdów coś nam się psuje w ciężarówce – jak się okazuje to wał w reduktorze. Sprawa poważna, tymczasem na dworze robi się już ciemno. Zdesperowany Wladimir na nachyleniu 10% włazi pod maszynę podreperować nieco, żebyśmy się dotoczyli chociaż do najbliższego miejsca postoju - jakieś 500 m. Mi zostało przydzielone męskie zadanie – mam iść za tirem z żelazną blokadą, żeby w razie przystanku pojazd nie stoczył nam się niespodziewanie do punktu wyjścia. Trzy razy musiałem wetknąć blokadę pod 30-tonowego olbrzyma. Udało się - jesteśmy na szczycie wzgórza, na postoju. "Sibirskaja Korona", suszone sardynki i kolejny nocleg – naszego tira naprawimy nazajutrz. W barze poznajemy dwóch Kazachów - kierowców innych zepsutych ciężarówek i Laurę – młodą kucharkę zafascynowaną obcokrajowcami. Zasypiamy z nadzieja na lepsze jutro.
24.11.2008 /07 dzień EXPEDYCJI/
Wladimir dzień zaczął od obejścia wszystkich kramów w poszukiwaniu brakujących części i narzędzi. Wspólnymi siłami nakładamy w karbach wału cztery opiłowane śruby, spięte przerdzewiałym drutem i drewniany czop - z gałęzi. Zeszło nam z tym do 13:00, więc zgłodniali wspólnie uczciliśmy "ruski serwis" solidnymi porcjami "pielmieni". Ruszamy pełni entuzjazmu, ale już po 2 godzinach milicja na sygnale zajeżdża nam drogę. Wyprzedzaliśmy na trzeciego na ciągłej linii, więc jedynie 3000 RUR pozwoli nam ruszyć dalej. Wladimir nie ma takiej kasy, więc zwraca sie do nas. Aż dziwne, ale bez wahania wyciągamy pieniądze. Przez trzy dni wspólnej podróży wyrobiliśmy sobie zaufanie do naszego dobrotliwego kierowcy. Mamy jednak tylko 400 rubli, więc Wladimir z wprawą starego wyjadacza negocjuje niższy mandat. Jedziemy dalej. 10 km i wał odzywa się ponownie, więc Wladimir po raz kolejny nurkuje pod wóz. Tym razem zjazd tylko 6 %. Na zewnątrz lekki mróz. Zapada zmrok. Czelabińsk wydaje się być nieosiągalnym celem. W radio grają rosyjskie disco, w kabinie upał od nagrzanego silnika i włączonego na full ogrzewania. Ruszamy, ale jakieś 20 km przed Czelabińskiem odpada nam koło. Nieszczęścia i w Rosji chodzą parami. Pytam Wladimira, gdzie koło, bo z lewej strony widzę niepokojącą lukę pod podwoziem. Odpowiedź jest prosta: "ono uleciało". To wewnętrzne miało tylko 4 śruby i to w dodatku niedokręcone, więc co jakiś czas trzeba było wysiadać i je dokręcać. O północy mijamy DPS i decydujemy się na nocleg. Jeszcze granat na kolację, a na pace 20 ton mrożonej ryby.
25.11.2008 /08 dzień EXPEDYCJI/
Poranki coraz zimniejsze. Budzimy się, kiedy Wladimir szuka składu, do którego ma zawieźć ryby. Tony błota i padający deszcz nie ułatwiają nam próby wydostania się z obrzeży miasta. Wladimir, jak zwykle szybko znajduje rozwiązanie - zatrzymuje taxi, uzgadnia warunki i pakuje nas do środka. Wsiadamy do nowej Wołgi i ruszamy przez miasto. Nagle, następne zaskoczenie, nasz sympatyczny tirowiec wyciąga 500 RUR na spłatę długu z mandatu i zabrania nam wydawać reszty. Mamy łzy w oczach kiedy w końcu, po serdecznym pożegnaniu, Wladimir zostawia nas na początku autostrady do Jekaterinburga. Znów zostajemy sami na trasie z nazwą miasta na kartce. Szybko przyłącza się do nas gęsty śnieg. Tym razem godzina oczekiwania. Nissan z eleganckim, tajemniczym facetem zabiera nas 100 km dalej. Żołądek już zaczął owijać nam się wokół kręgosłupa, więc tradycyjnie idziemy na "pielmieni" z kawą w przydrożnym barze. Zdecydowanie polepszyło to nam samopoczucie. Zrobiło się jeszcze lepiej, kiedy po wyjściu z baru nie zdążyliśmy nawet machnąć ręką, a już młode małżeństwo wiezie nas Ładą Kombi dalej do celu. Jeszcze jeden przystanek, bo bagażnik miał tendencje do samootwierania się i jesteśmy we "Wrotach" Uralu. Z dziewczyną gospodarza – Anną, umówieni jesteśmy pod Uniwersytetem Uralskim. Stamtąd zostajemy zgarnięci samochodem. Po drodze jeszcze tyko zakupy na wieczór i spotkanie z Saszą i lądujemy w małym mieszkanku za miastem, uraczeni barszczem ukraińskim, ćwikłą, kapustą, słodyczami i mołdawskim winem. Nasi gospodarze są wyjątkowo rozmowni - wieczór przeciąga się do późna na dyskusjach społeczno-politycznych. Ukoronowaniem dnia okazał się jednak ciepły prysznic – pierwszy od opuszczenia Penzy 4 dni temu. Cudowne uczucie!!!
26.11.2008 /09 dzień EXPEDYCJI/
-4 stopnie. Mróz bardzo szybko wysysa z nas pokłady ciepła. Jakiś kierowca podwiózł nas za rogatki miasta. Tutaj nagle rosyjska matka z dzieckiem zgarnia nam dokładnie sprzed nosa Hondę CRF - nie mieliśmy szans. Chwilę później młody chłopak podjeżdża Zafirą rodziców - jak sie później okazuje, prosto z taśmy w Gliwicach - i zamiast trzymać sie głównej trasy do umówionego miejsca serwuje nam nieoczekiwany off-road. Nawet milicjanci z DPS-u byli zdziwieni, kiedy wyszli ze swojej budki w lesie, żeby wskazać nam drogę odwrotu. Powrót na trasę i pożegnanie. Młody musi sie poduczyć topografii okolicy! Obok naszego przystanku Rosjanie rurkami przeprowadzają benzynę z jakiegoś tira do innej ciężarówki. Wszyscy z zadowolonymi minami. Po chwili zajeżdża chłopak małym transportowym Iveco i zabiera nas byle dalej. Kolejny raz wysiadamy tam, gdzie, prócz nas, brak czegokolwiek. Takie miejsca są w sumie najlepsze z marketingowego punktu widzenia – jak już komuś zdarzy się tędy przejeżdżać, to natychmiastowo robi się mu żal dwójki zmarzniętych poszukiwaczy szczęścia. Szybka sesja zdjęciowa i już w następnym samochodzie. Kolejnym dobroczyńcą okazuje się Azer - dyrektor kompanii naftowej. Mimo czterech żon, przez całą drogę spogląda Agacie głęboko w oczy. Po nim dwóch Kazachów dowozi nas do Tiumienia, gdzie dziś celowaliśmy.
Nie jest źle. 6 samochodów na 325 km. Jak dla nas sukces, ale oceńcie sami. Jest już ciemno, kiedy docieramy na spotkanie z nieznajomą dziewczyną, podesłaną nam przez Alexa z Jekaterinburga. Dziewczyna - Jackie - pochodzi z Zimbabwe, kolejny pracownik wszechobecnego koncernu naftowego. Nawiązuje się żywa konwersacja, ale Jackie szybko zgaduje nasz stan i już nas zostawia w swoim mieszkaniu służbowym na 14 piętrze z kolacją i cudowną perspektywą wygodnego odpoczynku po długim dniu.
27.11.2008 /10 dzień EXPEDYCJI/
Poranek spędzamy już za miastem. Jeden samochód, potem drugi - cel ambitny, ale w tym tempie może być ciężko. 90 km za miastem, koło nasłonecznionego placu z zajazdem - pisk opon. Tuz przed naszymi nosami staje czarna Toyota Exive, zza ciemnej szyby ukazuje się nam twarz Grigorija:
- Ja jadę w Ałtaj.
- My do Omska, ale Novosybirsk też...
- Wsiadajcie, to po drodze.
Muzyka na full, ciemne szyby i średnia 130 km/h, dwa przystanki na tankowanie. Przez 19 godzin zjedliśmy paczkę orzeszków. Ale dostosowanie się do filozofii Grigorija: „byle do przodu - do altajskiej dziewuszki”, warte było głodówki . Nowosybirsk olbrzymi, więc z obrzeży miasta do miejsca naszego kolejnego noclegu jedziemy taksówką, której kierowca otrzymał wskazówki od Griegorija, że ma nas potraktować jak Rosjan. Gdy przekraczamy próg apartamentu Swietlany, wiemy już, że warto będzie poświęcić 1 dzień na należny wypoczynek i dobrą kawę na mieście. Oczywiście na placu Lenina.
28.11.2008 /11 dzień EXPEDYCJI/
O 12:15 wita nas, nieco opóźniony, poranek w Novosybirsku. Na stole czeka już półmisek smakołyków, w tym pokrojone owoce persimony i zielona herbata z hibiskusem. Żyć, nie umierać. Dzień zaplanowaliśmy na zwiedzanie, a wieczorem zakąska w stylowej restauracji - w najpopularniejszej w mieście Zyli- Byli. Na koniec, biesiada z naszymi gospodarzami przy shishy, gruzińskich mięsnych roladkach, Whisky, Sangrii i opowieściach o podróżach. Naszą uwagę w mieście najbardziej zwracają ogromne pomniki postawione naprzeciw opery, w tym, oczywiście, postać Lenina. Dech zapiera krwisto-purpurowy zachód słońca nad leniwie płynącymi wodami rzeki Ob.
29.11.2008 /12 dzień EXPEDYCJI/
Wydostaliśmy sie dzięki pomocy naszych serdecznych Rosjan na "trasę" do Kemerowa. To 256 km, ale może to być kolejny krok milowy w naszej podróży. Coraz szersze uśmiechy, większe zainteresowanie i oznaki zdziwienia na hasło: autostopem do Pekinu. Rosjanie lubią pogadać, a ich otwartość i bezpośredniość już na wstępie czyni podróż zupełnie nieskrępowaną. Dwa samochody i dopiero 100 km. Chwila przejaśnienia i znów śnieg. Jakaś sportowa Toyota staje tuż za nami, więc ponownie rodzi się w nas nadzieja. Tym razem szczęście nam sprzyja. Siergiej – jak się dowiedzieliśmy z zamiłowania motocyklista, nie dość, że zawiózł nas ile mógł, to jeszcze załatwił nocleg u kolegi w Kemerowie. Niestety, Siergiej odbijał do Tomska, my jechaliśmy na wprost. Znów więc 45 min na wietrze i 12 stopniowym mrozie. Takie warunki dławią nieco nasz zapał.
Na drodze pustka - nikt i nic. Wreszcie Evgieniew, jadący na weekend do dziewczyny, kontaktując się z naszym kemerowskim gospodarzem, podwiózł nas niemal pod sam blok. Tu poznajemy rosyjską rzeczywistość z innej strony – tak samo przyjaznej i gościnnej, ale już znacząco mniej zamożnej. W maleńkiej chatce swoich rodziców Anatolj, pokazuje nam zdjęcia ze zjazdów motocyklowych na Syberii, a potem wraz ze swoja żoną odprowadza nas do swojego przyszłego mieszkania – jeszcze nieurządzonego, jeszcze niezamieszkałego. Oni ciągle u rodziców. „Ale dach nad głową jest i remonty już na końcówce, więc przespać się da” – zapewniają nas oboje. Noc spędziliśmy na samotnej i bezwzględnej walce z pluskwami i boleśnie gryzącymi pchłami, które wypełzły nam na powitanie ze wszystkich kątów, w malej wielkopłytowej kawalerce. Do rana przetrwaliśmy. Cudem.
30.11.2008 /13 dzień EXPEDYCJI/
Budzi nerwowe, natężające się, pukanie do drzwi. Spoglądamy na zegarek. Czemu tak wcześnie? Po chwili sobie przypominamy. Racja, kolejna godzina do przodu, co czyni już 6 godzin różnicy między nami a Polską. Nasi gospodarze pomagają nam się spakować.
Młody chłopak starą, stylową Wołgą, z wytartą granatową tapicerką wywozi nas za miasto. Śnieg pada coraz intensywniej, ale to dla nas oznacza jedynie, że nie jest aż tak zimno. Znów pół godziny oczekiwania na totalnym pustkowiu. Koło nas tańczą odśnieżarki, za nami skrzyżowanie dróg prowadzących w siną dal. Pierwsza dziś okazja i kolejne 20 km dalej okazuje się bardziej męczące niż pomocne. Przed nami biała ściana śniegu, ale jesteśmy przecież twardzi - stajemy na drodze. Dwie minuty i nadjeżdżający tir włącza migacz - jedziemy do Krasnojarska. Ciepło, wygodna kanapa z tylu - przypominają się nam słodkie czasy z Wladimirem. Jest już późna noc, gdy z plecakami na plecach dreptamy do rozświetlonego miasta. Wciąż daleko, ale mijając lokalny DPS zasięgamy rady i pomocy milicjantów, jak dotrzeć pod wskazany nam wcześniej adres. Są na prawdę bardzo pomocni. Kilkaset metrów dalej łapiemy taryfę. Taksówkarz zdziwiony naszymi osobami gubi się w drodze, ale w końcu docieramy na miejsce. Szybko zapłata i zatroskana uwaga taksówkarza „To bardzo niebezpieczne podróżować w ten sposób po Syberii. Nawet we dwójkę…”. Tonia wraz z Dimą przyjmuje nas gorącą zupą i Złotym Bażantem. Za oknami Jenisej.
01.12.2008 /14 dzień EXPEDYCJI/
Standardowo, jak to w dni relaksowe, pobudka 11:30. Śniadanie i wymarsz do miasta. Jeszcze kawa w mieszkaniu Dimy i plan na dziś - zwiedzić co się da i poszusować na desce w bobrowym Logu, pobliskiej atrakcji turystycznej. Uświadamiamy sobie wkrótce, że jest -16. Dima dzielnie nam towarzyszy ze snowboardem pod pachą - od pomnika Lenina, poprzez rozświetlone centrum, aż po potężny most na Jeniseju. Nasza wytrzymałość na temperaturę sięga granic ostatecznych - musimy wejść gdzieś się ogrzać. Pizzeria „Cheese” wydaje się być wymarzona ze swoimi słonecznikowymi barwami. Tonia wzięła nas jeszcze do Crazy Parku - miejsca rozrywki, najeżonego automatami do gier, symulatorami i innymi elektronicznymi szaleństwami. Stamtąd jej ojciec - właściciel firmy instalacyjnej podwozi nas do mieszkania. Do późna w nocy przeglądamy fotografie z letnich scenerii dzikiej Syberii, otaczającej Krasnojarsk. Coś zupełnie innego niż nam znane widoki.
02.12.2008 /15 dzień EXPEDYCJI/
Szybkie pakowanie dobytku i niepewnie, w dwudziestopięciostopniowym mrozie, wychodzimy łapać stopa. Nawet po tylu dniach podróży, każde zderzenie z tym klimatem jest dla nas niesamowitym szokiem. Na dobry początek pokonujemy 120 km, do pierwszej przydrożnej knajpy na trasie Krasnojarsk - Irkuck. Potem, kolejne 25 minut autostopowania okazuje się ponad nasze siły. Zbyt ryzykowne. Po 10 minutach na mrozie wszystko piecze, po ciele rozlewa się narastający ból, zwłaszcza podczas stania w miejscu. Z żalem, ale i ulgą przesiedliśmy się do autobusu do Kańska. Czuć różnice. Przede wszystkim znowu czuć palce u rąk i stóp. To nam uświadamia na co się porywamy. Krótka burza mózgów i decyzja zapada – łapiemy pociąg. W końcu ważniejsze jest dotarcie do celu w jednym kawałku. A na szczęśliwym finale zależy nam bardzo.
Nie wszystko jednak jest prostsze. Brak biletów na pociąg do Irkucka skazuje nas na czekanie 19 godzin na dworcu. Już powoli godziliśmy się z taka perspektywą, kiedy w świeżo otwartej kawiarence poznaliśmy jej sympatycznego właściciela. Nie wiemy, co w tych ludziach jest, że tak łatwo przychodzi nam zwierzanie się z naszych problemów wszystkim przygodnie poznanym… Faktem jest jednak to, że po wysłuchaniu naszej historii kolejny nieznajomy Rosjanin zaprosił nas do swojego domu w gościnę. Tam poczuliśmy się jak w polskim domu, z racji poczęstunku i atmosfery. Żywe dyskusje, biesiada niczym w jakieś święto i przemili gospodarze. Szczególnie babcia okazała się obeznaną z życiem i światem kobietą. Wręczyła Agacie 1000 rubli, życząc nam szczęścia i prosząc byśmy pamiętali o jej wnuczce Karolinie w przyszłości. Wyciągnięte z zakamarków stare rosyjskie mundury, szuby, czapy i broń posłużyły nam do wesołej sesji zdjęciowej. O 2 w nocy wysłuchaliśmy jeszcze wykładu babci o właściwej diecie i przyszła pora na sen.
03.12.2008 /16 dzień EXPEDYCJI/
O godzinie 12:00 odjeżdżał nasz pociąg do Irkucka, więc ok. 9:00 rano, wraz z gospodarzami, wyruszyliśmy na dworzec. Chevrolet i Hiunday niestety nie drgnęły przy dwudziestoośmiostopniowym mrozie – za to niezawodna Łada odpaliła od sztycha. Znów w dworcowej kawiarence. Zawiany syberyjski entuzjasta alkoholu próbuje nam przedstawić uroki głębszego poznania dzikiej Syberii do momentu, gdy milicja przychodzi sprawdzić pro-forma nasze paszporty, a mężczyznę odciąga na bok - wlepiając mu mandat. Pijaństwo kosztuje tu 100 rubli. W pociągu trafia nam się iście międzynarodowy przedział - dwaj Uzbecy, mieszkanka Irkucka – zresztą otwarcie przyznająca się do korzeni polskich, Irlandczyk, no i my. Ożywione dyskusje, serdeczne zaproszenia i wymiana adresów. Przekąska - zupki chińskie z wrzątkiem z pociągowego samowara, suszone morele, orzechy i jabłka. Poczęstowano nas również NOSRAY - zielonymi granulkami, które wkłada się pomiędzy wargę a dziąsło. Efekt - otumanienie i stan błogiej nieświadomości. Znów chwila snu i dojeżdżamy do Irkucka. Dystans 860 km pokonany w 14 godzin. Od każdego z naszych towarzyszy dostajemy wskazówki jak dotrzeć do Spike’a - nauczyciela angielskiego i naszego kolejnego gospodarza. Mimo szczerych chęci nie udało nam się obyć bez niezawodnych taksówkarzy, którzy pojawili się we właściwym miejscu i we właściwym czasie, zgarniając nas, totalnie już zagubionych i odstawiając na miejsce przeznaczenia. U Spike’a spało już dwóch Holendrów, więc nam przypadły miejsca na ziemi. Całą noc biegały między nami dwa kompletnie łyse koty egipskie. Na czatach przy drzwiach został pies.
04.12.2008 /17 dzień EXPEDYCJI/
Ranek, a raczej południe spędziliśmy na śniadaniu wraz z Holendrami, jadącymi tego samego dnia do Ulaanbaatar. Jeden docelowo jedzie do Australii, drugi celuje w Indie i Nepal. Zebraliśmy nieco informacji o samym Irkucku i już możemy ruszać przez most nad Angarą do centrum. Nieustępujący mróz przegania nas od kawiarni do cerkwi, od sklepów po polską ambasadę. Niestety konsul ma być obecny dopiero jutro. Zainteresowała nas po drodze nietypowa dla Rosji architektura - drewniane domki, z bogato zdobionymi framugami i okapami oraz ozdobne kamienice. Brak monumentalności wzbudza poczucie swojskości. Postanawiamy wrócić do mieszkania i pożegnać Holendrów kolacją z piwem. Wskakujemy więc do wybitnie odurzającego tramwaju w stronę naszego noclegu. Niestety, koncentrat kupiony w sklepie okazał się sfermentowany i pasta ma nieco oryginalny smak. Każdy jednak szybko i z pasją wchłania swoja porcję. Po żołądku rozlewa się przyjemne ciepełko. Kolejna nieprzespana noc, pośród dzikich harców kotów. Za oknem mróz -22 stopnie.
05.12.2008 /18 dzień EXPEDYCJI/
Nadeszło ocieplenie - w temperaturze -10 stopni i krystalicznie czystym powietrzu ukazały nam sie długo oczekiwane wody Bajkału - Świętego Morza Syberii. Mimo iż jedynie z perspektywy najbliższej Irkucka wsi - Listwianki, jezioro urzekało w zimowej scenerii. Idylliczny, senny krajobraz zamarłego kurortu. Dech zapiera nie tylko mróz. W sumie to mogłoby by być miejsce naszego finału, nie mielibyśmy nic przeciwko temu, żeby tu zostać na dłużej. Spokój tu bije z każdego zakamarka. Nikt się nigdzie nie śpieszy, bo czas stoi w miejscu. Na małym targu, babuszki wciąż namawiają do zakupienia wędzonych „omułów”. Niestety, akurat nas czas nagli – w planie jeszcze wyczekane odwiedziny u konsula. Wizyta w ambasadzie przebiegała dość sympatycznie, a mama Agaty namierzyła nas telefonicznie 5 minut po tym, jak weszliśmy do gabinetu konsula. Wszędzie Polska mowa!!! Szybki spacer po mieście i oto natykamy się jeszcze na lodowe miasteczko. Kompleks figur i konstrukcji, wszystko z lodu znakomicie utrzymującego się w tych temperaturach. Wieczór upływa na degustacji wędzonych ryb z nadbajkalskiego targu, dyskusjach z Rosjanami. Sielanka. Jutro odjazd do Ulaanbaatar o 5:00 rano. Koty na pewno zrobią nam pobudkę.
06.12.2008 /19 dzień EXPEDYCJI/
4:00 rano - pobudka. Koty nie zawiodły. Spike również nie miał nic przeciwko pożegnalnej pobudce. W Irkucku złapał nas piętnastostopniowy mróz. W pociągu relacji Moskwa - Pekin powitała nas chińska obsługa oraz wyjątkowo schludne i zadbane wnętrze, sprzątane z częstotliwością godną największego czyściocha. Tym razem trafiły sie nam dolne koje - czteroosobowy przedział należy do nas. Sen powala szybko i budzi nas dopiero światło odbijające się znad Bajkału wprost w nasze szyby. Bogaty w widoki odcinek Irkuck - Ułan Ude spędzamy z nosami przyklejonymi do szyb. Zamarznięte rzeki, pusty, dziki krajobraz, wędkarze na jeziorach jeżdżący na rowerach, ogrom i majestat Bajkału.
Do Nauszek docieramy ok. 18:00. Tam, pięcioosobowa załoga celników rosyjskich zajęła się naszą odprawą. Po 3 godzinach ruszamy dalej, kilkadziesiąt kilometrów do pierwszej miejscowości w Mongolii - Suche Bator. Tutaj już jedynie dwuosobowa załoga pomogła nam w wypisaniu niezbędnych papierków. Dopiero ok 00:30 ruszamy ponownie w dalszą drogę. Za oknem przez większość czasu panuje ciemność. W pociągu chiński prowadnik sieka kapustę na jakąś potrawę - smakowity zapach rozchodzi się po wagonie, a nam burczy w brzuchach. W większości pasażerami są Chińczycy i Rosjanie. Pociąg planowo miał jechać 26 godzin i pokonać dystans 1112 km.
07.12.2008 /20 dzień EXPEDYCJI/
Godzina 7:30 to jeszcze noc w Ulaan Baatar. Miejscowi jednak wiedzą, że to napływ turystów, dlatego od wyjścia z pociągu nagabuje nas kilku taksówkarzy i przedstawicieli hosteli. Od jednego z nich dostajemy wizytówkę z adresem, gdzie "przypadkowy kierowca" nas chętnie zawozi. Spotykamy tam kilku znajomych Brytyjczyków, z dwójką z nich wyruszamy zwiedzać miasto. Imponujące zbiory kompletnych szkieletów dinozaurów, kompleks pałacowo-klasztorny, wszystko to wzbudza w nas ogromne zainteresowanie, jak i szacunek dla obcej kultury. Staramy się też zerknąć z te mniej turystyczne miejsca, ukryte gdzie po uliczkach. W pewnym zakurzonym antykwariacie kupujemy młynek. W knajpce obok kusimy się na tradycyjną herbatę – dość specyficzną - na słono z mlekiem i odrobiną słoniny. Na placu Suche Bator, w centrum stolicy, podchodzimy jeszcze do budynku prezydenckiego. Na koniec, zostajemy zwerbowani na zorganizowany wyjazd do Parku Narodowego Terelj, na północny-wschód od stolicy, z parą sympatycznych Amerykanów z Waszyngtonu. On pracuje w Powietrznej Straży Pożarnej, a ona przeciwdziała zagrożeniom na lądzie.
Wieczorem jeszcze odwiedzamy czeską restauracje z mongolskim piwem – „Chinngis Chan” i wyruszamy na zakupy. W domu towarowym pełno polskich akcentów - soki Pysio, sałatki "Rolnik", herbatky aromatyzowane firmy "Kokos". W hostelu do późna odbywają się degustacje - my bezwładnie padamy na naszych łóżkach.
08.12.2008 /21 dzień EXPEDYCJI/
Od samego rana wielkie oczekiwanie i podekscytowanie - Park Terelj. Po przebrnięciu przez miasto, co w dotychczasowym zetknięciu się z ruchem drogowym w wielu krajach, tutaj stanowiło atrakcję i dosłowną walkę o każdy centymetr drogi. Za miastem coraz większe skupiska dymiących jurt i skleconych niedbale drewnianych zagród. Potem już stada kóz, baranów mongolskich, dziwnych krów i, pasących sie dziko, koni Przewalskiego. Mgliste poranki, tutaj przeradzają się w słoneczne dni. Opłata wynosi nas 3000 Tugrików. Kilka postojów dostarcza doskonałego materiału do zdjęć i dla nas samych - niepowtarzalnych widoków formacji skalnych. Na miejscu znajduje się kilkadziesiąt jurt wraz z pasterzami, u których jemy bardzo ciekawy lunch. Podczas spaceru po dolinie wspinamy się na okoliczne skalne wzniesienia. Góry otaczające Ulaan Baator sięgają 2700 m.n.p.m. Około 16 jesteśmy już z powrotem w stolicy. Na wieczorny posiłek postanawiamy się wybrać do "Modern Nomad" - mongolskiej restauracji, w której stołują się zarówno rodzimi Mongołowie jak i turyści. W drzwiach wita nas klaun - przebrany odźwierny, cały wystrój wnętrza jest już mocno świąteczny. Zestaw pierożków nadziewanych mięsem jagnięcym i warzywami wydał nam sie najodpowiedniejszy. Jeszcze spacer na plac Suche Bator i powrót do hostelu - psychiczne i fizyczne przygotowanie do jutrzejszego powrotu na trasę. Kolejna bitwa z pchłami przegrana pod osłoną niespokojnej nocy.
09.12.2008 /22 dzień EXPEDYCJI/
Nasze doświadczenie z mongolskim stopem zaczyna się po dojściu na pieszo na obrzeża miasta. Chodzenie na własnych nogach jest tu chyba niepopularne, bo od samego centrum musieliśmy wręcz odganiać wszędobylskich bursiarzy i taksówkarzy. Mają mgliste pojęcie o idei autostopu. Oczywiście, wszyscy chętni do pomocy, ale podwożą na dworzec kolejowy i zapewniają nam ponowne piesze pokonywanie trasy na wylotówkę. 16 stopni mrozu i słońce sprzyja nam jednak – zatrzymuje się wesoły Mongoł i transportowym Isusu podwozi nas jakieś 40 km. Dalej, bez wstępnych tłumaczeń przejmuje nas trzyosobowa rodzinka z psem – zostaliśmy wręcz wepchnięci do samochodu. Przez otaczające nas juz pustynne krajobrazy dosłownie płynęliśmy - dookoła stada koni i pustkowie. Dotarliśmy aż do Cujv - to 180 km od Ulaan Baatar, ale tam znowu wysadzono nas na dworcu. Tymczasem pewien Mongoł mówiący po rosyjsku wskazuje nam drogę na południe - i ostrzega, że się zaraz skończy. Nasza mapa twierdzi jednak coś innego, więc, pełni zaufania do kartograficznych wynalazków cywilizacji, wychodzimy na obrzeża mieściny. Całkiem spore wyzwanie - średni czas przejścia na obrzeża z obładowanymi plecakami to od 1/2 h do 1,5h. Pusto: mała stacja benzynowa, skrzyżowanie dróg... Po głównej drodze krajowej przez 2 godziny przejeżdżają może ze trzy samochody. Mamy szczęście – ok. 16:00, Toyota Land Cruiser jedzie 80 km dalej. To, co mieliśmy przeżyć upchani na tyle samochodu z bagażami i niezupełnie świeżym Mongołem, zapadnie nam w pamięć do końca życia. Towarzyszy nam zachód słońca, kiedy rzeczywiście asfalt się kończy i przed nami ukaże się krajobraz pustynnego off-road’u. Potworne mdłości, spotęgowane dodatkowo końskim mięsem z cebulą z plastikowego kubełka, którym nas co chwilę częstowano, towarzyszą nam przez ok 60 km - wbrew pozorom to bardzo długo. Rozbawiony kierowca i pozostała dwójka potwierdzają poprzednie informacje - tutaj jest wiele dróg, każdy jeździ swoją. Rzeczywiście - na szerokości kilku kilometrów widać kilka smug pozostawionych przez koła samochodów, my na jednej z nich – wokół tylko pustka. Małe światełko na horyzoncie kieruje nas do chatki, gdzie zostajemy poczęstowani miską pysznej koniny z kluskami i ziemniakami, do tego soloną herbatą i pięćdziesiątką krajowej wódki. Po raz kolejny słyszymy opowieści o rozciągającej się dookoła pustyni. Szanse na dalsze autostopowanie - ZEROWE! Pociąg do Zaiman Ud odjeżdża o 23:40, dostajemy bilety "obsze", czyli na publiczną najniższą klasę. Partyjka w karty w dworcowej poczekalni z liczną, acz nieśmiałą publicznością. Do wagonu nr 16 dostaliśmy się w ostatniej chwili, biegnąc po piasku pustynnym między torami. Przeciągi, potworny hałas i wrzaski, wszędzie czarne skośne oczy, których właściciele co chwila przysiadają przy naszej koi nie wróżą spokojnego wypoczynku. O 7:30 rano mamy przekraczać granice z Chinami.
10.12.2008 /23 dzień EXPEDYCJI/
Wraz z niezliczonym tłumem zostajemy wypluci z pociągu na stacji Zaiman Ud, gdzie jak hieny, czekające na ofiary, czatowali taksówkarze, busiarze, prywatni kierowcy i zwykłe autobusy. Do wyboru do koloru. Każdy według możliwości własnej kieszeni wybiera metodę przedostania sie przez granicę. My dołączamy się do mongolskiego autobusu entuzjastów pierożków, które wszyscy zgodnie, w równym tempie z mlaskaniem. Wybiegamy z autobusu - deklaracje, kontrole i wbiegamy z powrotem, by zaraz znów wybiec, żeby ostatecznie przekroczyć przejście graniczne pod olbrzymią sztuczną tęczą.
uczucie ma nam towarzyszyć już do końca pobytu w Chinach. Wygłodzeni podążamy na pierwszą oryginalną chińszczyznę w barze obok dworca. Niezłe, ale zupełnie nie przypomina „Chińczyka” z polskich ulic. Szybko ruszamy według kompasu na trasę do Da Tongu. Pierwszy raz mamy tak olbrzymie problemy komunikacyjne. Nikt nas nie rozumie. My również nikogo - angielski i rosyjski to zbyt duże oczekiwania. Dwa razy odwieziono nas na dworzec, mimo naszych usilnych próśb, by tego nie robić. Każdy zażądał też zapłaty lub ewentualnie jeździł w kółko, machając do nas. Autostop po chińsku. W drodze na trasę mijamy sinego i zesztywniałego człowieka, leżącego pod miejskim murem. Zaraz po drugiej stronie bawią sie dzieci. Straszne. Stan dróg bardzo dobry. Wszystko dookoła jakby zamarłe. Wokół mnóstwo rozpoczętych budowli, jednak jakby od lat wstrzymanych. Niebo bezchmurne, mróz ok -8. Idealna sceneria do horroru o miasteczku-widmie. Zrezygnowani, po 4 godzinach, znowu lądujemy na dworcu. Totalny brak zrozumienia naszej idei nie pozostawia nam wyboru. Jutro nad ranem odjeżdża autobus do Da Tongu, więc resztkami sił odnajdujemy tani hotelik w pobliskich slumsach. W środku całkiem przyjemny - z ogrzewana podłogą.
Po jednym dniu możemy już stwierdzić, że tutaj komfort i luksus idzie ramię w ramię z ruiną, biedotą i brzydotą. Nie mówiąc o wszechobecnym brudzie. Chińczycy publicznie plują, odchrząkują, smarkają i bekają, obcinają paznokcie, dłubią w nosie i głośno kichają. W malej knajpce niedaleko hotelu dostajemy kociołek – chyba kura w sosie sojowym z grzybami i ryż, a potem krążki ziemniaczane z mięsem, mocno słone i ociekające tłuszczem. Przyjemnością jest herbata jaśminowa. Tuz przed wyjściem ktoś cyka nam zdjęcie. Mimo wczesnej pory nie mamy sił na opracowywanie strategii dostania się dalej, w głąb Chin. Dopada nas zmęczenie. Wokół wciąż pustynia.
11.12.2008 /24 dzień EXPEDYCJI/
Dotarliśmy na dworzec przed czasem. Podniecona grupka naszych współpodróżników co chwilę wybiega na płytę sprawdzić co z autobusem. Rzeczywiście jest czego pilnować - ruszamy 10 min przed czasem. Wkrótce naszym oczom ukazuje się duża przestrzeń z setkami, naturalnych rozmiarów, dinozaurów. Jedziemy, z uśmiechem niedowierzania oglądając tą niecodzienną scenerię. Zatrzymujemy się ok. 10 do 15 razy, by kierowca i jego wrzaskliwy pomocnik mogli dokonać finansowych transakcji z przydrożnymi beneficjentami. Krajobraz powoli zmienia się na rzecz zaśnieżonych sadów, małych i wielkich stad owiec, z pasterzami na koniach w tle, rozpadających się wiosek w kolorze czerwono-brunatnym. Wieje mroźny wiatr, który wnoszą ze sobą kolejni, obarczeni szmacianymi tobołami, pasażerowie. W Rosji dyskomfort silnych mrozów rekompensowały upalne wręcz temperatury we wnętrzach pojazdów i budynków, ale w Chinach ziąb dociera do nas z każdego miejsca, mimo nieporównywalnie bardziej ciepłego i suchego klimatu. Na dystansie 350 km mijamy około 7 bramek z opłatami. Wreszcie ukazują się nam dymiące kominy przemysłowego Da Tongu. Wyjście z autobusu dostarcza nam kolejnego szoku. Przedzieranie się między stertami ulicznych śmieci, licznych rowerzystów i grupek ludzi nadmiernie nami zainteresowanych nie należy do przyjemnych. Minęliśmy dworzec docierając do wybranej przypadkowo knajpki. Menu po chińsku, doprowadza nas do wykonania szaleńczego spektaklu min i gestykulacji. Wreszcie finał - totalne kalambury. Dostaliśmy jakieś mięso z warzywami – nawet smaczne. Ale już druga próba wyboru skończyła się gorzej – przed nami wylądowała bowiem sałatka ze świńskiego ryja. Po raz pierwszy odezwała się nasza wybredność. Nie zjemy tego! Uffff..... udało się na migi przekonać kelnera do wymiany feralnego dania na coś o bardziej akceptowalnym dla naszych żołądków wyglądzie. Na szczęście skwitowani zostaliśmy przychylnym śmiechem i do żadnych kłótni kulturowych nie doszło. Nawet kucharz wnurzył się ze swego królestwa, by nam wskazać drogę do jakiejś noclegowni. Niestety, okazała się ona wyłącznie dla Chińczyków, a my uprzejmie zostajemy skierowani do czegoś „bardziej odpowiedniego”, czyli luksusowo wyglądającego hotelu. Zrezygnowani udajemy się do marmurowej recepcji. Tam, ku naszej radości, spotykamy młodego Chińczyka - Fisha, który przyleciał z Szanghaju i stwierdził, że zna miasto i pojedzie z nami do tańszego hotelu. Zna odrobinę angielski, a w razie potrzeby dzwoni do dziewczyny, więc przez całą drogę prowadzimy konwersację w trzy osoby i komórkę. Taksówkarz tylko się śmieje. Dostajemy pokój 606 na 6 piętrze. Zabieramy klucze i umawiamy się na wizytę za dwie godziny. Naszą drzemkę przerywa pukanie Fisha. Przyniósł mapę Chin po chińsku, ciastka i dobre słowo - po angielsku. Jutro jaskinie Yungang.
12.12.2008 /25 dzień EXPEDYCJI/
Wcześniej niż zwykle postanowiliśmy rozpocząć starcie z kulturą Chin. O godzinie 10:00 jesteśmy już na miejscu, zawiezieni przez taksówkarza, który nie zrozumiał prośby o zawiezienie na tylko na dworzec autobusowy. Groty Yungang rzeczywiście robią niesamowite wrażenie, z posągami Buddy w swej jeszcze nico naiwnej formie z początków tej religii w Chinach. Kompleks czterdziestu grot wykutych w jednej linii w skałach przytrzymał nas do południa, kiedy to zapragnęliśmy kawy. W jednej z obskurnych knajp za stołami z pamiątkami uraczono nas 3 w 1 za cenę przerastającą dziesięciokrotnie wartość napoju. Po negocjacjach na migi, udało nam się zbić cenę do połowy. Mimo tych zaoszczędzonych 50%, ciągle z uczuciem bycia oszukanym i naciągniętym ruszamy łapać stopa w drogę powrotną. Bez efektu. My i nasza idea, spotykamy się tu z wielkim niezrozumieniem. Zrezygnowani, łapiemy autobus. Do Pekinu stopem też raczej nie dotrzemy. Trzeba się więc zastanowić nad pociągiem. Udajemy się więc do informacji zweryfikować rozkład, cennik i już możemy świętować. Mamy bilet na nocny pociąg do stolicy Chin – celu naszej Expedycji!
Pozostały czas spędzamy na wesołym buszowaniu po zabytkach, lokalnych uliczkach i knajpach - oczywiście z chińszczyzną. Za radą naszego niezastąpionego przewodnika ruszamy na podbój Klasztoru Lamajskiego – niepowtarzalny klimat oazy duchowej, ostoi spokoju w szarym, zadymionym świecie, z wyrastającymi zewsząd wieżowcami, niczym w gęstwinie dżungli kapitalizmu i XXI wieku. Można ochłonąć po ciężkim dniu. Niewątpliwie przydaje się takie miejsce w takim mieście jak Da Tong. Kręciliśmy się jeszcze trochę po uliczkach, ale myślami byliśmy już w Pekinie… Wystarczy, że wsiądziemy do pociągu i obudzimy się na miejscu! O 18:00 czekał już na nas w hotelu "nasz Fish" - pokrył wszelkie koszty związane z noclegiem. Jak powiedział, wskazując palcem: „I like you and you!". Po serdecznym pożegnaniu, czas wziąć nasze bagaże z przechowalni hotelowej i ruszyć w stronę dworca. Nogi już odmawiają posłuszeństwa, więc piętrowy autobus wydaje nam się wygodnym ratunkiem. W dworcowej poczekalni staliśmy się nowym parkiem rozrywki. Całe wycieczki podchodzą nas „zwiedzać”. Setki par wlepionych oczu, mniej lub bardziej przyjaznych, towarzyszy każdemu naszemu ruchowi. Również nasza potyczka karciana nie mogła odbyć się bez szerokiej publiki i wielkich emocji. Chętnych do gry nie brakowało. Niby przyjemnie się czekało, ale nasze oczy co chwilę błądziły w stronę zegarka. Czy to już? Ile jeszcze? Wreszcie! Wszystko dzieje się niesłychanie szybko i w towarzystwie dzikiego tłumu. Ustawiamy się w długiej na kilkadziesiąt metrów kolejce. Wpadamy do pociągu, zajmujemy swoje miejsca siedzące. Do piątej rano, niczym na szpilkach, będziemy czekać na nasz wielki finał w chłodnym, ciasnym, pełnym przeciągów i Chińczyków pociągu.
13.12.2008 /26 dzień EXPEDYCJI/
Za nami ciężka, prawie bezsenna noc.
Jesteśmy w Pekinie.
NARESZCIE!!!
To już koniec naszej tułaczki, a może początek następnej?
Kierujemy się w gąszcz ulic na poszukiwanie metra i wskazanego w przewodniku hostelu. Na zegarkach jakaś nieboska godzina, nam potrzeba snu, a do tego niezbędny czasami, zwłaszcza w grudniu, jest dach nad głową. Korzystając z poprzednich doświadczeń szukamy w pobliżu jakiegoś ekskluzywnego hotelu, aby tam zasięgnąć języka. Nie zawiedliśmy się, hotelowy boy w grzecznym mundurku, postanawia nas zaprowadzić na ulicę, gdzie znajduje się nasz hostel. Trafiamy do pokoju z czarnoskórym Kanadyjczykiem Jeffem i Brytyjczykiem z Liverpoolu - nauczycielami angielskiego. Zdaje się, że większość obcokrajowców pracuje tu w szkołach językowych. Nasi współlokatorzy okazują się imprezowi. Po dwóch godzinach snu otrzymujemy pierwszą propozycję drinka, ale odmawiamy. Za to zaproszenie na śniadanie już chętnie przyjmujemy. Wspólnie ruszamy na halę targową coś zjeść. Ostra zupa rybna skutecznie poprawiła naszą termikę, przyjemnie rozpływając się po naszych wnętrznościach. Wracamy do hostelu z zamiarem skontaktowania się ze znalezionym na cauchsurfing’u przyszłym gospodarzem. Sukces. Wszystko ustalone. Ma nas zgarnąć jutro do swojego apartamentu.
O niebo bardziej spokojni ruszamy więc na podbój Pekinu. Ciągle nam trudno uwierzyć, że wreszcie tu jesteśmy, że dojechaliśmy cali i zdrowi, że to dopiero 26 dzień naszej Expedycji, że może nam się uda wrócić do domu na Święta. Tymczasem cieszymy się jak dzieci na każdą możliwość obcowania z egzotyczną kulturą Chin. Riksza obwozi nas dookoła Zakazanego Miasta, uśmiech Mao Zedonga towarzyszy nam przy romantycznym spacerze po placu Tiananmen, uliczni handlarze, przekrzykując się nawzajem, proponują nam swoje smakołyki. Wszędzie kolorowo, hałaśliwie i pachnąco. Zasypiamy z nadzieją na dobre jutro. Nawet bucząca i postukująca klimatyzacja w piwnicznym pokoiku nie przeszkodziła nam tym razem w natychmiastowym zaśnięciu.
14.12.2008 /27 dzień EXPEDYCJI/
Wielki dzień na wielką przeprowadzkę. Nasz gospodarz ma na imię Ryan. Dziś niedziela, wolna od pracy, więc ma nawet dużo czasu dla swoich gości. Trzeba przyznać, że jest świetnym przewodnikiem i wręcz naszym mentorem, jeśli chodzi o sprawy kulinarne. Nie mija nawet chwila, a przed nami stoją już dymiące półmiski z wybornymi daniami - tym razem kompozycja potraw była strzałem w dziesiątkę! I po raz pierwszy wiemy dokładnie, co jemy. Idąc za ciosem, jedziemy najpierw do Klasztoru Lamajskiego. Podobno magiczne miejsce. Już w stacji metra da się wyczuć pachnącą, wszechobecną woń kadzideł, które palone są na dziedzińcach klasztornych. Od podziwiania, zwłaszcza posągów i bogatych zdobień, aż bolą oczy. Dla odpoczynku i zachowania równowagi, odwiedzamy też ekstrawaganckie uliczki z szeregiem pubów, butików z pamiątkami, kramów, pełnych kolorowych smakołyków. Trzeba gdzieś usiąść, bo zmęczone nogi również powoli się buntują. Wnętrze klimatycznego domku chińskiego, z rybkami w umywalce i wodnistym piwem na stołach jest świadkiem naszej pierwszej potyczki w Jenge – grę, polegającą na układaniu wieży z drewnianych klocków, z której potem, bez uszczerbku dla konstrukcji, trzeba wyjmować kolejne cegiełki. W tle leci jakiś stary chiński film, a my sami czujemy się jakoś nierealnie. Ryan nas opuszcza, a my, naładowani nową energią, idziemy jeszcze zobaczyć centrum olimpijskie w nocnych barwach. Trzeba przyznać, że pięknie podświetlone, nowoczesne konstrukcje wyszły im dość imponująco.
Około dwudziestu ulicznych sprzedawców bibelotów usłyszało od nas „nie, dziękuję” zanim wreszcie dotarliśmy z powrotem do metra. Teraz już tylko kolacja, kilka zabawnych lekcji chińskiego i padamy z wycieńczenia. Jutro czeka nas maraton atrakcji, na czele z pałacem cesarskim w Zakazanym Mieście. Z tą myślą zasypiamy.
15.12.2008 /28 dzień EXPEDYCJI/
Niestety, mamy pecha. Mao przez szklaną szybę swego sarkofagu dzisiaj akurat nie przyjmował. Samo Zakazane Miasto wystarczyło jednak by zaspokoić nasze turystyczne zapędy. Niekończący się labirynt uliczek, przejść, pomieszczeń. Dookoła dziki tłum. Co budynek to piękniejszy, bogatszy. Co krok – niezliczona ilość pstrykanych zdjęć. Jeszcze tylko ściana „Dziewięciu smoków”, ze swymi groźnymi, wyłupiastymi ślepiami i już kierujemy się do wyjścia. W sumie, bagatela, bite 6 godzin. Dopiero po chwili zauważamy burczące z głodu brzuchy. Czas coś zjeść, wypróbować kolejną potrawę. Tym razem nasz wybór okazuje się piekielnie pikantną wątróbką. Chyba.
Popołudnie spędzamy na szczycie Wzgórza Węglowego. Tutaj zastały nas trochę inne klimaty. Zamiast wzniosłości i monumentalizmu – atmosfera radości i beztroski. Natykamy się na grupkę staruszków, grających w, popularna również u nas, „Zośkę”. Jeden gest zachęty wystarczył i Witek dołącza się do gry. Zabawa świetna, choć Witek zaczął się już pocić, babcie się dopiero rozgrzewały. Dookoła nie brak amatorów innych sportów – od badmintona aż po szachy. Zachód słońca zastaje nas na magicznej wyspie Bei Hei.
Z wieczornych sympatycznych akcentów: nasze pranie, powieszone przez kogoś w miłym geście, nowoodkryty widok za oknem na rozświetlone miasto i Ryan, który obiecał dowiedzieć się czegoś w kwestii połączeń Air China z Europą. Chiny Chinami, ale nam coraz częściej marzy się powrót do domu.
16.12.2008 /29 dzień EXPEDYCJI/
Dzień rozpoczyna się pod znakiem oczekiwania na informacje o biletach lotniczych. Biuro podróży w wieżowcu, gdzie pracował nasz Chińczyk miało sprawdzić dostępne połączenia miedzy Chinami a Europą - w grę wchodził Paryż albo Frankfurt. Wierzymy nieśmiało, że ceny internetowe pokryją się z cenami oferowanymi przez biuro…
Póki co kierunek - Świątynia Nieba - przekroczenie bram parku Jzu na wstępie dostarczyło nam niezapomnianych wrażeń. Podobny klimat jak wczorajszy, tyle że jeszcze zwielokrotniony. Wokoło, na ścieżkach i placach, ludzie tańczą, śpiewają i grają na różnych instrumentach. Między głowami śmigają nam lotki od badmintona. Gdzie nie spojrzeć, zachwycają płynne ruchy tai-chi. Na trawnikach siedzą grupki karciarzy, graczy w domino i entuzjastów warcabów. Kompleks Kultu Świątynia Nieba – postrzegany jako najdoskonalszy, najważniejszy i wręcz nasączony symboliką i mistycyzmem. Według nas – jedno z najsympatyczniejszych miejsc w Pekinie. Taki spacer odpręża i ciało i umysł.
Wracamy i z niepokojem wypytujemy o wynik poszukiwań. MAMY BILETY! Cena znośna a radość wielka. Lecimy do Frankfurtu. O ile bliżej do Krakowa!
Wreszcie opada z nas stres. Jeszcze spacer po ekskluzywnej dzielnicy najeżonej butikami z zegarkami i już, już do domu! W międzyczasie przekąska - wegetariański zestaw oryginalnych przekąsek - bakłażany, pierożki, fasolki. Wieczór już na spokojnie – przed telewizorem, w którym bohaterowie filmu toczą jakieś zażarte dyskusje po chińsku. Z filiżanką parującej, aromatycznej kwiatowej herbaty…
17.12.2008 /30 dzień EXPEDYCJI/
Pobudka - 6:30. Dziś czeka na nas najbardziej chyba oczekiwana atrakcja - Wielki Mur Chiński. Ale zanim wyruszymy, jeszcze wizyta w bankomacie – bilety lotnicze już w kieszeni, a konto niemal wyczyszczone ze środków – to oznacza, że czas wracać. Mur jednak trzeba zobaczyć. Zaczynamy bardzo po chińsku – od targowania się z taksówkarzami i innymi przewoźnikami. Idzie nam coraz lepiej – na miejsce dostajemy się pół darmo, wmawiając kierowcy, że jak nie przyjmie naszych warunków to te 65 km przejdziemy pieszo. Działa. Docieramy do miejscowości u stóp łańcucha górskiego, na którego grani rysuje się długa linia muru. Bajkowo. Bezchmurne niebo, jak na zamówienie. Zimowe słońce i mroźne powietrze wyostrza wszelkie kontury. Zapiera dech i zatrzymuje czas. Cztery godziny, na które umówiliśmy się z, czekającym na nas, panem kierowcą, wydają się jedynie krótką chwilą. Od ciągnącego się aż po kres horyzontu Wielkie Muru ciężko oderwać wzrok. W dodatku warunki do zwiedzania bardzo sprzyjające. Oprócz nas, po kamiennych stopniach wspina się para Francuzów z koszykiem jedzenia oraz grupka starszawych Chińczyków. W połowie naszej trasy, przy jednej z baszt wytargowaliśmy chińskie piwo – Tsingtao oraz lunch w postaci garści ziaren słonecznika, które były już prezentem od sympatycznej wieśniaczki. Siadamy z tymi skarbami na schodkach. Wdech, wydech – trzeba wchłonąć to miejsce.
Droga powrotna upływa na półsennych pogaduszkach z kierowcą - wyjątkowo sympatycznym, ale i wyjątkowo gadatliwym Chińczykiem. Półprzytomnie planujemy jeszcze - trzeba iść na targ i kupić trochę chińskiego jedzenia na drogę, może tych pysznych kurczaków na patyku? Nie obędzie się też bez herbaty i lokalnego piwa. Na pamiątkę oczywiście. Musimy wypchać plecaki. Musimy zawieźć rodzinie Musimy pokazać przyjaciołom. Jeszcze jeden dzień…
18.12.2008 /31 dzień EXPEDYCJI/
Wczesna pobudka o 6:35 dała nam ostateczną nadzieję na zobaczenie Mao na placu Tiananmen. Obok rytualnego podnoszenia flagi o wschodzie słońca, ważnym punktem porannego zwiedzania ma być właśnie wizyta w mauzoleum byłego dyktatora Chin. Obie atrakcje okazały się poza naszym zasięgiem. Kolejne podejścia kończą się fiaskiem. Za każdym razem coś nam przeszkadza. Tym razem – ważna narada za zamkniętymi drzwiami, najwidoczniej ciągle potrzebowała obecności Mao. Rozczarowanie osłodziła nam chwilowa dezorientacja w terenie – przez zupełny przypadek trafiamy w uliczki, stanowiące niekomercyjne oblicze stolicy Chin. Długi spacer i buszowanie po małych bazarkach, zakurzonych sklepikach i licznych knajpkach daje niespodziewanie dużo uciechy i satysfakcji. Ostatni dzień można zaliczyć do udanych.
Od popołudnia zaczynamy już żyć powrotem do Europy – pakowanie, sprawdzanie, uzupełniające zakupy, wszystko się kręci wokół jednego: WRACAMY DO DOMU. Myślami jesteśmy już w Krakowie, mimo że wokół nas ciągle wieżowce wschodniego Pekinu. Ostatni spacer, by złapać szybki pociąg na lotnisko, odbywamy z Ryanem. Pożegnania nie są naszą najmocniejszą stroną. W serdecznym „nie zapomnimy” zawieramy całą naszą wdzięczność i sympatię. Narodowe lotnisko w Pekinie okazuje się niezwykle przestrzennym, złożonym z trzech terminali, nowoczesnym i bardzo pustym kompleksem ze stali i szkła. Do odlotu rozgrywamy jeszcze parę partyjek w karty. O godzinie 2 odlot! Odliczanie…
19.12.2008 /32 dzień EXPEDYCJI/
Na pokład wchodzimy punkt 01:45. Start planowo godzina 2:00. Przestrzeń wewnątrz samolotu dzielimy wraz z pasażerami Lufthansy. Szeroki wybór filmów jakoś nas nie kusi - nasz sen przerywa jedynie posiłek - jeszcze w wersji chińskiej. Niestety, produkty zamykane hermetycznie okazują się nieco przeterminowane, choć rocznik bieżący...
Z torebek Airsickness składamy całkiem niezłą kolekcję na prezenty dla znajomych. Gdy na pokładowym ekranie ukazuje się mapa z przebytym dystansem, uśmiechamy się do siebie. Właśnie jesteśmy nad Polską. Tak blisko! Jakieś 30 000 metrów nad ziemią.
Do Frankfurtu zostało około 2 godziny, więc puszczamy jednak jeszcze film, przy którym zajadamy się chińskimi specjałami śniadaniowymi - glonami morskimi i kilkutygodniowymi jajami. Godzina 5:45 - dotykamy kołami pasa do lądowania. Fachowo i precyzyjnie. Air China dostaje od nas 7 punktów w 10 stopniowej skali. Szybka odprawa na lotnisku i nasz poranny energetyczny posiłek - chińskie kurczaki na patyku. Co dalej?
Niestety w "butikach" z tanimi liniami lotniczymi nie ma ofert w naszym zakresie finansowym. Wpadamy na pomysł wynegocjowania w biurze Lufthansy jakiegoś dofinansowania albo prezentu w postaci biletu do Polski. Niestety - promocyjna cena 750 Euro nas nie ratuje. Nie ma rady. To nic, że zmęczeni, to nic, że po 12 tysiącach kilometrów. Zaczęliśmy od autostopu i tak zakończymy. Po krótkim rekonesansie po okolicach lotniska wyruszamy na wylotówkę w stronę Kassel. Tutaj ukłon w stronę przemiłych i bardzo pomocnych niemieckich policjantów.
W skrócie - 3 samochody po stronie niemieckiej i 4 po stronie polskiej. Dystans 1000 km przebyty w czasie 12 godzin. Momentami kierowcy nie dawali nam nawet szansy na rozglądanie się za potencjalnymi "okazjami" - sami podchodzili z propozycją podwiezienia. Godzina 22:30, piątek. Jesteśmy po domem Agaty w Krakowie. To tu dokładnie 32 dni temu żegnaliśmy się z rodziną przed naszą wyprawą do Pekinu. Wtedy towarzyszyły nam ciekawość i obawa przed nieznanym. Teraz - spokój i okiełznane emocje, radość i poczucie triumfu. Polska kolacja i długie opowieści na gorąco w mieszkaniu siostry Witka. Emocje opadają dopiero o 2:00 w nocy. Udaje się zasnąć. JESTEŚMY W DOMU.
Więcej o Expedycji na stronie www.zaile.plarchiwum









