Geozeta nr 4Europa

Norwegia autostopem

Radosław KucharskiNorwegia

Celem mojej tegorocznej wyprawy były parki narodowe południowej Norwegii. Z wyjazdem tym wiązałem wiele obaw. Podczas podróży okazało się jednak, że wszystkie były przedwczesne.

Mapa trasy: Norwegia autostopem
Mapa trasy

Większość z nich była trudna do wyjaśnienia i można by je raczej zaliczyć w poczet dziecięcych niewytłumaczalnych strachów ciemnej nocy. Wszystkie jednak wiązały się z jednym faktem - postanowiłem podróżować samotnie. Dlaczego?! Po prostu chciałem sprawdzić jak to jest. Dużo bardziej obawiałem się innej nowości w moim życiu. Po raz pierwszy w tak odległą podróż wybrałem się autostopem.

Już w Malmö, do którego dotarłem promem ze Świnoujścia (Polferries, 245 zł w dwie strony, studencki) okazało się, że niepotrzebnie obawiałem się kłopotów z transportem - pierwszy napotkany po zejściu z promu człowiek zgodził się podwieźć mnie do Oslo. Ta pierwsza podróż uświadomiła mi ogromne zalety autostopu. Nie wyobrażam sobie lepszego sposobu na poznanie kraju i ludzi w nim zamieszkujących jak właśnie wspólne podróżowanie z miejscowymi. Podczas wielogodzinnej jazdy autostopowicz jest wręcz zobligowany do rozmowy ze swym dobroczyńcą. Podczas takiej rozmowy najłatwiej dowiedzieć się czegoś żywego, niebanalnego o odwiedzanym kraju.

Björn wysadził mnie wczesnym wieczorem niemal w samym centrum stolicy Norwegii. Tu nasze drogi rozdzielały się - on jechał na zachód, ja w kierunku północnym, ku Jotunheimen - najwyższym górom Skandynawii.

Na szczęście ominęła mnie rozkosz rozbijania namiotu w mieście - udało mi się złapać jeszcze dwa stopy, którymi wyjechałem ok. 20 km poza miasto. Noc spędziłem na parkingu.

Następny dzień pokazał, że w Norwegii nie jest wcale łatwo podróżować autostopem. Wiele godzin machania i tylko 150 km. Było tym gorzej im drogi były rzadziej uczęszczane i region bardziej turystyczny - większość samochodów była mocno załadowana.

Kolejny dzień zdał się być najgorszym w rozpoczynającej się podróży - po trzech godzinach bezskutecznego machania w nieustannym deszczu zdecydowałem się wsiąść w autobus (50 km ok. 20 zł). Po godzinie jazdy przepiękną górską drogą znalazłem się nad jeziorem Gjende w samym sercu gór Jotunheimen.

Góry Skandynawskie

Jotunheimen są najwyższym masywem Gór Skandynawskich rozciągających się z południowego-zachodu ku północnemu-wschodowi wzdłuż całego Półwyspu Skandynawskiego. Powstały w czasie orogenezy kaledońskiej - na przełomie syluru i dewonu, ok. 400 mln lat temu. Zbudowane są głównie ze skał magmowych i metamorficznych.

W czasie długiej historii geologicznej góry Norwegii były intensywnie niszczone przez rzeźbotwórcze czynniki zewnętrzne, co doprowadziło do ich całkowitego zrównania - wypłaszczenia. Od ostatniej orogenezy (alpejskiej) po dziś dzień, są intensywnie wypiętrzane, dzięki czemu stały się na nowo górami.

W rzeźbie Gór Skandynawskich do dziś widoczne są te stare powierzchnie zrównań nazywane fieldami. To właśnie one tworzą poszczególne masywy górskie rozdzielone przez potężne doliny polodowcowe.

Jednym z takich masywów jest właśnie Jotunheimen, innym Jostedal, zaś największym - położony w południowo-zachodniej Norwegii, między Oslo a Bergen - Hardanger field.

Park Narodowy Gór Jotunheimen

W Jotunheimen zachowało się stosunkowo najmniej starych powierzchni zrównań. Rzeźba tych gór została bardzo silnie przemodelowana przez lodowce. W krajobrazie dominują szerokie, potężne, przepiękne doliny i skaliste szczyty, które są jednak w większości mniej przepaściste niż tatrzańskie. Mniej jest tu szpiczastych, ostrych szczytów i grani. Licznie występują górskie jeziora i lodowce. Te ostatnie zajmują szczytowe partie gór - zwykle fragmenty fieldów. Nie tworzą na wzór alpejskich, długich, lodowych języków.

Park Narodowy Jotunheimen obejmuje najwyższą, położoną powyżej górnej granicy lasu, część gór. Został utworzony w 1980 r., ma powierzchnię 1145 km2. Jest więc ponad pięć razy większy od Tatrzańskiego Parku Narodowego. Najwyższy szczyt - Galdhopiggen (2469 m n.p.m.) - jest najwyższą górą Skandynawii.

Pod względem klimatycznym masyw stanowi barierę między wilgotnym i ciepłym wybrzeżem, a kontynentalnym wnętrzem półwyspu. Daje się to zauważyć podczas wędrówki po zachodniej części Jotunheimen. Opady są tu o wiele bardziej obfite więc jeszcze w lipcu utrzymuje się zimowy śnieg.

Roślinność Jotunheimen musiała przystosować się do surowych warunków. Górną granicę lasu, na wysokości 1000-1100 m n.p.m. stanowią połacie niskich brzóz. Piętro subalpejskie stanowią zbiorowiska płożących się, niskich krzewinek z wierzbą lapońską. Łąki alpejskie to w Jotunheimen raczej kępki i poduszki drobniutkich, pięknych kwiatków takich jak naskałka pełzająca czy dębik ośmiopłatkowy, chowających się przed wiatrem między kamieniami, oraz królestwo mchów i porostów, z których bodaj najsłynniejszy jest chrobotek reniferowy. Tutaj właśnie spotkać można pasące się stada dzikich reniferów.

Swą wędrówkę po Jotunheimen rozpocząłem w południowo-wschodniej części Parku, przy schronisku Gjendesheim, ok. 1000 m n.p.m. Moim pierwszym celem była skalna przełęcz dzieląca dwa jeziora: Gjende położone niżej, w olbrzymiej dolinie polodowcowej, oraz jezioro Bessvatnet, leżące w dolinie zawieszonej 391 m wyżej. Między nimi - pionowa ściana i... nie, niestety nie było wodospadu.

Wg. mapy, pokonanie tej trasy powinno mi zająć ok. sześciu godzin. Jak się szybko okazało błędem było liczenie na oznaczenia. Szlak opuściłem dopiero trzeciego dnia! Dlaczego?!

Planując swą podróż starałem się, by była ona możliwie najtańsza. Dlatego zabrałem ze sobą ogromną ilość prowiantu. Dzięki temu w ciągu trzech tygodni prawie nic nie kupiłem, ale... mój plecak ważył na początku prawie czterdzieści kg! Nic dziwnego, że pierwszego dnia wędrówki, rozpoczętej późnym popołudniem, rozbiłem namiot po dwóch godzinach marszu.

Norwegia jest rajem dla włóczęgów. Odwieczne prawo zezwala wędrowcom na jednodniowy biwak w dowolnym miejscu w odległości 100 m od zabudowań. Zasada ta dotyczy również norweskich parków narodowych! Na dodatek w parkach dozwolone jest niemal dowolne poruszanie się - również poza znakowanymi szlakami! Zaskakujące?

Oczywiście tak, ale nie zapominajmy, że chroniony obszar Jotunheimen jest pięć razy większy od TPN, a turystów jest tu o wiele mniej. Szacuje się, że do najpopularniejszych miejsc dociera ich ok. 30000 w ciągu całych dwóch letnich miesięcy. Dla porównania - w Tatrach na Kasprowy Wierch wjeżdża 600000 osób rocznie!

Ranek powitał mnie bezchmurnym niebem i przepięknym blaskiem słońca odbijającego się w wodach jeziora leżącego 300 m pode mną. Wspinaczka na szczyt nie była trudna, więc dziwiły mnie uwagi idących z przeciwka turystów radzących bym zawrócił. Oczywiście nie dałem się zniechęcić, tym bardziej, że widoki były coraz piękniejsze, a pogoda cały czas dopisywała. Wkrótce jednak miałem okazję zrozumieć obawy moich przygodnych towarzyszy - do przełęczy droga prowadziła dość stromym i eksponowanym filarem.

Oczywiście podobnych szlaków jest w Tatrach wiele, ale przecież ja miałem tamtędy schodzić i to z czterdziestokilogramowym plecakiem! Na przełęczy znalazłem się po czterech godzinach! Byłem kompletnie zmordowany. Jeszcze godzina marszu, i wreszcie kawałek łąki, na której można rozbić namiot. To już drugi biwak, na szlaku, który miał mi zająć sześć godzin.

System znakowania szlaków w Norwegii odbiega od tego do czego przyzwyczaiłem się w Polsce. Są one pod opieką Norweskiego Towarzystwa Turystycznego. Wszystkie oznakowane są identycznie - czerwona litera T na skale lub kamieniu, dodatkowo niewielkie kopczyki, lub raczej piramidki z kamieni. To często niedostateczne oznakowanie sprawia, że na rzadziej uczęszczanych szlakach nietrudno się zgubić. Ponadto nie ma żadnej informacji o trudności. Z czasem zrozumiałem tajemnicę czasów przejść podanych na mapie. Okazało się, że mój problem tkwi nie tyle w zbyt ciężkim plecaku lecz w braku norweskiej kondycji. Idąc bez bagażu na Galdhopiggen nie mogłem dogonić najstarszych nawet Norwegów!

Kolejny dzień powitał mnie typowo norweską pogodą - deszczem! Na szczęście rozpogodzenie pozwoliło mi na złożenie namiotu. Tego dnia udało mi się w końcu opuścić rozpoczęty dwa dni wcześniej szlak i skręcić ku północy, w dolinę Russdalen.

Kolejny biwak był chyba najpiękniejszym w Jotunheimen. Przepiękna pusta dolina, jezioro, potężny wodospad, cztery godziny do najbliższego schroniska i całkowity brak ludzi. Nie spotkałem nikogo do południa następnego dnia. W takich miejscach czuć prawdziwą bliskość przyrody. Samotność pozwala na wewnętrzne wyciszenie, uspokojenie, daje czas na refleksje... Na dodatek w nocy, która jest tu w lipcu dość jasna, Słońce złocistymi barwami oświetla okoliczne szczyty. Bajka!

Dwa kolejne dni zabrało mi przemieszczenie się na zachód, do podnóża Galdhopiggen. Dość monotonna droga prowadziła po płaskich, rozległych, kamienistych obszarach piętra subniwalnego, które rozpoczyna się w Jotunheimen już na wysokości 1500-1600 m n.p.m.

Wyżej już tylko nagie skały, piargi, lodowce, strumienie i wodospady. Tych ostatnich jest w Jotunheimen wyjątkowo dużo. Dzięki nim, podczas samotnej wędrówki, nie bałem się ciszy. W najdzikszym nawet zakątku gór dobiegał mnie zawsze choćby szum drobnego strumienia.

Galdhopiggen

Najwyższy szczyt Jotunheimen - Galdhopiggen (2469 m n.p.m.) - nie jest trudną górą. Prowadzą na nią dwa szlaki. Pierwszy biegnie przez środek lodowca Styggebreen. Jeśli wybierzemy tę drogę powinniśmy wynająć przewodnika. Drugi szlak rozpoczyna się przy schronisku Spiterstulen, na wysokości ok. 1100 m n.p.m. Na początku czeka nas dość wyczerpująca wspinaczka na płaskowyż, dalej droga prowadzi przez kilka pośrednich szczytów po płatach śniegu i górnych partiach lodowców.

Wybrałem drugi wariant. Zostawiłem w dolinie namiot i bagaż i wyruszyłem. Po czterech godzinach byłem na szczycie. Wokół przepiękne widoki - gdzie okiem sięgnąć szczyty i lodowce. Na szczęście pogoda dopisała.

W Jotunheimen byłem na początku lipca - w czasie, kiedy dobiegały końca Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Nad drzwiami wejściowymi do schroniska na Galdhopiggen widniał napis: Norwegia - Brazylia 2:0!

Lodowiec

Na kolejny dzień zaplanowałem spotkanie z lodowym jęzorem. Niezwykle podekscytowany opuściłem znakowany szlak w dolinie Visdalen i skręciłem w boczną ścieżkę ku zawieszonej dolinie Hellstugu. Z każdym krokiem silniej odczuwałem powiew mroźnego powietrza. Czułem również intensywny zapach reniferów - wokół było mnóstwo ich śladów i sierści.

Dotarłem do miejsca, gdzie niepozorna morena ostrą linią oddzielała zielony świat górskiej łąki, od surowego krajobrazu lodowego przedpola. Prawdopodobnie znaczyła miejsce, w którym lodowiec był stosunkowo niedawno. Niżej od dłuższego czasu już się nie zapuszczał - mogła więc rozwinąć się tam roślinność. Do czoła pozostawało nadal ok. jednego kilometra.

Rozbiłem namiot. Wrogość otaczających mnie połupanych, skalnych ścian sprawiła, że od razu postanowiłem tu nie nocować. Na razie jednak zostawiłem bagaż i wyruszyłem do lodowego czoła.

Wokół zwalisko potężnych kamieni i skalnych bloków, w górze potrzaskane mrozem zbocza i niewielkie, przyklejone do ścian lodowce, przede mną przepiękny błękit lodowego języka. Około 100 m od czoła napotykam napis na głazie: 1987, dwadzieścia metrów dalej 1988, następnie, tuż przed lodem, 1989 - daty znaczące miejsca postojów lodowca. Czoło cofało się.

Ale uwaga! Nie ma kamieni z lat dziewięćdziesiątych! Czyżby lodowe czoło wbrew ociepleniu się klimatu posuwało się w tym czasie na przód?!

Choć przyczynę takiego zachowania każdy, kto choć trochę rozumie lodowce, potrafi sobie wyjaśnić, to na potwierdzenie swych przypuszczeń będziemy musieli poczekać do wizyty w innym Norweskim Parku Narodowym (o tym w następnym numerze "Geozety"). Próbując rozwiązać zagadkę wróciłem do namiotu. Wieczorem zebrałem graty i zszedłem ku najpiękniejszemu w Jotunheimen miejscu - dolinie Visdalen.

Kończył się już mój pobyt w najwyższych górach Norwegii i myślałem, że przyroda niczym mnie już tu nie zaskoczy, tymczasem... Następnego dnia wszedłem w kolejną dolinę zawieszoną nad Visdalen. Zamykała ją niewysoka przełęcz. Gdy się na nią wdrapałem, oczom moim ukazał się piękny zimowy krajobraz. Zamarznięte jeziora, metrowa warstwa śniegu, wokół lodowce. Słoneczna pogoda. Kotlina, w której się znalazłem, leży w zachodniej części Jotunheimen. Jest narażona na większe opady napływające znad Morza Północnego. Resztki zimowego śniegu topnieją tu zwykle dopiero późnym latem, a często utrzymują się przez cały rok. Okolica była dla mnie tym bardziej piękna, że znów byłem całkowicie sam. Mało kto się tu zapuszczał. Od najbliższego schroniska dzieliły mnie cztery godziny marszu.

Była to już ostatnia moja przygoda w Jotunheimen, w którym spędziłem jedenaście dni. Nie jest to oczywiście wystarczający czas by zwiedzić cały Park, ale wystarczy, by choć trochę poznać przyrodę gór północy. Żałuję, że nie udało mi się zobaczyć wodospadu Vettisfossen (275 m) - najwyższego w Norwegii, położonego w południowo-zachodniej części gór. Nie zwiedziłem również części Jotunheimen zwanej Hurrungane. Charakteryzuje się ona bardziej stromymi ścianami i szpiczastymi szczytami. Więcej jest tam również lodowców. To jednak zostawiam na następną wyprawę...

Tymczasem, kolejnym celem mojej tegorocznej wyprawy był Park Narodowy Jostedalsbreen - kraina największego lodowca na stałym lądzie Europy.

Więcej z Europy