Zeszłoroczne wakacje przejdą do historii. Może nie z powodu ich egzotyczności (choć jej smak czasami można była poczuć), lecz ilości zwiedzonych krajów oraz przejechanych kilometrów. Jak na jeden okres urlopowy zwiedziliśmy 6 krajów, przejechaliśmy ponad 4300 kilometrów. Oczywiście motywem przewodnim była Rumunia i Bułgaria, o której myśleliśmy od dłuższego czasu. Jednak różne, najczęściej niestety niezgodne z prawdą, opinie powstrzymywały nas przed podjęciem decyzji: "Jedziemy!"

Na poważnie wyjazdem zaczęliśmy się interesować w marcu, kiedy to należało zadecydować, gdzie spędzimy tegoroczny urlop. Postanowiliśmy z moim tatą, że jedziemy do Rumunii i Bułgarii, aby naocznie przekonać się o "Cyganach, którzy rzucają w samochody kamieniami, a później je napadają oraz o wszechobecnej biedzie" - podobne opinie słyszeliśmy od znajomych. Jak to dobrze mieć własne zdanie…
Nasz plan na wakacje polegał na tym, aby kilka dni spędzić w rumuńskich Karpatach i nad Morzem Czarnym, a później przejechać całą Riwierę Bułgarską i znaleźć kwaterę gdzieś na samym jej południu (braliśmy pod uwagę: Carevo, Ahtopol, Sinemorec i Rezovo).
Mieszkamy w Chorzowie, więc w grę wchodziły dwie opcje - przejazd przez Ukrainę (Chorzów, Kraków, Tarnów, Medyka, Lwów (UA), Czerniowce (UA), Suceava (RO), Bacău (RO) i potem prosto do Constanţy lub przez Słowację i Węgry (Chorzów, Kraków, Barwinek, Hanušovce (SK), Mihalovce (SK), Sátoraljeújhely (H), Nyiregyháza (H), Satu Mare (RO) i potem już prosto do Sibiu, w którym planowaliśmy nocleg). Na początku skłanialiśmy się ku tej pierwszej opcji, jednak opinie o ukraińskiej drogówce nie były zbyt pochlebne - jej oficjalna nazwa to DAI (w łapę:-)), niestety w dosłownym znaczeniu... Poza tym wszelkie papierkowe formalności (opłaty, taksy i inne dziwne wyłudzenia oraz haracze) na granicy raczej nie umilają przejazdu. Dlatego też wygrała opcja numer dwa, jak się później okazało właściwa.
Pokrótce opiszę drogę do Rumunii przez Słowację oraz Węgry:
Wybraliśmy drugi wariant trasy, więc zgodnie z nim udaliśmy się autostradą A4 na wschód, później drogą krajową E40, w Pilźnie w prawo zwrot do Jasła, następnie kierunek Krosno no i przejście graniczne w Barwinku. Później kierujemy się w stronę Svidníka oraz miasta o nazwie Giraltovce (droga E371). Tam też krótki postój i trochę drzemki, która po nocnej monotonnej jeździe jest jak najbardziej wskazana. W tym momencie warto zwrócić uwagę na Vranov nad Topl'ou, gdzie bardzo łatwo o pomyłkę i późniejsze błądzenie. Jeśli chcemy dojechać do Mihalovców, to we Vranovie skręcamy przed mostem w prawo!
Z Mihalovców już niedaleko do węgierskiego Sátoraljeújhely, gdzie zamierzamy się udać. Po przybyciu na granicę i odprawie (jeśli takową możemy nazwać jedynie okazanie paszportów) wjechaliśmy na Węgry. Tam też bardzo się zdziwiliśmy, gdyż naszym oczom ukazała się sporych rozmiarów góra (na mapie niestety no name), na którą prowadzi kolejka linowa, zapewne służąca również amatorom białego szaleństwa (być może to jedyne takie miejsce na Węgrzech). Po krótkim postoju i śniadaniu udaliśmy się drogą nr 37 do Nyíregyházy. Po drodze oczywiście pełno winnic oraz słoneczników, co po jakimś czasie po prostu się znudziło, no bo w końcu ileż można się na to gapić!
Tutaj moje spostrzeżenie - na sygnalizacjach świetlnych na Węgrzech zauważyliśmy wspaniałe urządzenie - mianowicie licznik czasu pozostałego do zmiany świateł! Po prostu fantastyczna sprawa! Jak się później okazało wynalazek ten z powodzeniem stosowany jest Rumunii. Może w Polsce też kiedyś się go doczekamy.
Nasza dalsza trasa wiedzie do miejscowości Vaja / Ör, gdzie kierujemy się na Mátészalkę, z której do granicy pozostaje nam jedynie ok. 40 kilometrów. Oczywiście po drodze mnóstwo gasterbaiterów, czyli pracowników rodem głównie z Rumunii, Bułgarii lub Turcji, którzy na życie zarabiają w Europie Zachodniej, a na wakacje przyjeżdżają w rodzinne strony. W ich posiadaniu głównie Mercedesy, Audi, BMW, biedniejsza warstwa pozwala sobie "jedynie" na Volkswageny. Aby odróżnić taki samochód od prawdziwych obywateli Europy Zachodniej nie trzeba patrzeć przez szybę do okien sąsiada. Wystarczy ustawić się w kolejce na granicy węgiersko-rumuńskiej, gdzie są specjalne pasma dla obywateli UE (nie mylić z samochodami z rejestracjami zachodnimi!), więc zaraz widać, że stojące obok nas Audi A8 z wielką naklejką "D", to faktycznie auto niemieckie, ale ludzie w środku, to Rumuni.. Można prowadzić bardzo ciekawe obserwacje:-) Np. z kolejki na godzinę oczekiwania nagle wyjeżdża nasze Audi A8 i bez problemu przekracza granicę okazując jedynie paszport. Co ciekawe, odbywa się to bez łapówek (przyglądałem się temu z bliska). Na szczęście stwierdzenie "bez łapówek" odnosi się również do nas, więc bez jakichkolwiek opłat wjeżdżamy na terytorium Rumunii(zdziwiłem się, gdyż przy wjeździe do Bułgarii, Albanii, Bośni, Turcji oraz Macedonii spotykamy się ze zjawiskiem płatnej dezynfekcji kół) Jednym słowem: "Salut România!"
Odkrywanie tego pięknego kraju rozpoczęliśmy od Satu Mare, gdzie zgodnie z zaleceniami wypowiedzi niektórych osób na forach internetowych, zakupiliśmy winietkę uprawniająca do korzystania z rumuńskich dróg i autostrad.. Zakupiliśmy ją na stacji austriackiego koncernu OMV, gdzie sprzedawca znakomicie operował językiem angielskim. Winietom poświęce trochę miejsca, bo to ważne. Opłata obejmuje przejazd wszystkimi drogami i autostradami rumuńskimi. Koszt zależy od samochodu oraz…klasy ekologicznej, czyli jak bardzo zatruwamy środowisko naturalne. My zapłaciliśmy 6,34 lei (64300 starych lei; 1 RON - ok. 1,10 PLN). Ceny benzyny podobne jak w Polsce (3,34-3,38 lei).
Następnie udaliśmy się w kierunku Cluj-Napoki, a później Sibiu (Sybin). Jakieś 5 km po wyjeździe z miasta wjechaliśmy na nowiutką drogę E-81. Tego najmniej się spodziewaliśmy. Ona towarzyszyła nam do samego Sibiu. Po drodze nasz samochód stawał się nie lada atrakcją, a to z powodu roweru, który wieźliśmy ze sobą na dachu. Oczywiście "peelka" robiła swoje. Pierwszych Polaków spotkaliśmy dopiero w Piteşti! A to po drugiej stronie Karpat. Po drodze jedna rzecz bardzo mi się spodobała. Mianowicie kilkadziesiąt kilometrów przed Cluj-Napoką widziałem gościa, który za pomocą palnika zamieniał swoją Dacię z hatchbacka na kabrio. Ciekawy widok :-) Poza tym nie zauważyliśmy ani jednego patrolu policji.
Warto jeszcze dodać, że od Zalău do miejscowości Romînaşi (jeszcze przed Cluj-Napoki droga ma charakter wybitnie górski i warto mieć nowy filtr powietrza w samochodzie, bo jeżdżące tam Dacie (i nie tylko) zostawiają za sobą siną chmurę spalin…) według mapy (Bułgaria, Rumunia, mapa samochodowa wydawnictwa Copernicus-PPWK, skala 1:800000, 2002/2003 r.) mamy jechać… autostradą! Oczywiście niczego takiego nie spotkaliśmy, jedynie na podjazdach były dwa pasy ruchu.
Do Sibiu (Sybina) przyjechaliśmy ok. 20.30, więc o "cywilizowanej" porze. Nasz plan polegał na tym, aby w następnym dniu przejechać jedną z największych atrakcji Rumunii - Trasą Transfogarską i przy okazji zobaczyć najwyższy rumuński szczyt Karpat - Moldoveanu (2544 m.n.p.m.) - trochę wyższy niż Rysy. Już się ściemniało, więc postanowiliśmy się wreszcie przespać. Wpadliśmy na niezły pomysł, gdyż zwróciliśmy się o pomoc do taksówkarza (oczywiście, jak to w Rumunii, po angielsku). Jadąc za jego taksówką, dojechaliśmy do jednej kwatery - stosunek ceny do standardu lekko nas przeraził - 90 lei za nieciekawy pokój i 8 m kwadratowych "łazienki". Gospodarz o żadnych negocjacjach cen nie chciał słyszeć. W tej sytuacji nasz kolega taksówkarz pojechał z nami do innej kwatery o nazwie "Emigrant", niedaleko centrum Sibiu. Z uwagi na w miarę niezłe warunki i późną porę - 22.00 (według cennika - 3-osobowy apartament po renowacji) zgodziliśmy się wydać 140 lei. To dużo, ale, jak dowiedzieliśmy się od przechodniów (nasz rower ciągle zwracał uwagę:-)), nigdzie nie znaleźlibyśmy taniej za taki "komfort". Opłata za taksówkę - 15,95 lei. Fakt - to dużo, ale nasz kolega musiał na nas czekać z 30 minut, a poza tym był bardzo sympatyczny.
Apartament był czysty i miał ciepłą wodę. Po umyciu się wyruszyliśmy na nocne odkrywanie Sibiu... Przypadkowo spotkana kobieta na pytanie, gdzie warto się udać i gdzie można dobrze zjeść, odpowiedziała nam piękną angielszczyzną, jaka czasami zdarza się w BBC… i to rodowita Rumunka! Kilkanaście godzin pobytu w Rumunii, a wrażeń co nie miara.
Noc minęła dobrze. Pomimo deszczu wypoczęci udaliśmy się na dalsze zwiedzanie Sibiu - tym razem za dnia. Z przewodnika Bezdroży "Rumunia" dowiedzieliśmy się, że jest to "rumuński Kraków" - określenie nie jest ani trochę przesadzone. Stare miasto jest przepiękne, niestety aktualnie całe w renowacji (np. rynek jest kompletnie rozkopany). Pochodziliśmy trochę po tym wspaniałym mieście i poszukaliśmy miejsca, gdzie można by coś przekąsić. Trafiliśmy na ulicę Tribunei 11, gdzie tata zamówił sobie hamburgero-kebab A teraz uwaga - dostał też kawę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że została ona zalana wrzącą wodą...z kranu. No ale w sumie kawa ma być gorąca, a to skąd jest woda, to już mniej ważne :-).
Dodam jeszcze, że opłaca się wymieniać w Sibiu euro i dolary. Warto się udać do banku w pobliżu Piaţa Mică, Piaţa Mare lub Piaţa Huet (najlepszy kurs, jaki widziałem podczas całego naszego pobytu w Rumunii). W kantorach całodobowych mamy mało korzystny kurs i często jest pobierana prowizja (zwróćmy uwagę na napis COMISSION 0%). Najlepiej zapytać o to bezpośrednio w okienku.
Teraz kilka słów o naszych planach na kolejny dzień. Chcieliśmy dojechać do Bukaresztu, ale nie tak, jak normalnie jeźdzo większość - przez Piteşti, tylko jadąc Trasą Transfogarską (wspina się na 2043 m!). Pomimo, iż dalej padało, niebo się przejaśniało. Warto dodać, iż trasa ta otwierana jest dopiero w połowie czerwca, z uwagi na ogromne ilości śniegu. Z Sibiu wyjechaliśmy drogą E-81, a w miejscowości Cisnădie skręciliśmy na drogę nr E-68 w stronę Braszowa (Braşov). Po ok. 30 km skręciliśmy w prawo na drogę 7C, która także prowadzi do Piteşti. Widoki zapierają dech w piersiach. Widać, że towarzysz Ceauşescu wpompował w to olbrzymie pieniądze. Jakość drogi jest wątpliwa, czyli uważajmy na półmetrowe dziury. Na szczęście po jakichś 10 minutach nawierzchnia trochę się poprawia i można wreszcie jechać z cywilizowaną prędkością. Po 15 minutach zauważyliśmy przy drodze hotel, dolną stację kolejki linowej i kilka sklepów z pamiątkami. Zatrzymaliśmy się tam. Mama oczywiście spędziła pół godziny przy samych straganach, ja z tatą udałem się obejrzeć hotel i kolejkę linową. Jedna doba to wydatek ok.120 lei (czyli tyle, co w Sibiu). Przejazd kolejką kosztuje 10 lei, za dziecko troszkę mniej. Istnieje możliwość przejazdu jeżeli chętnych jest min.10 osób - wtedy nikt nie miał ochoty na przejazd, a korytarz stacji świecił pustkami...
Ja z tatą odpoczęliśmy, mama była zadowolona ze swoich zakupów (jakieś tam dzieła sztuki ludowej), więc mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Jakieś 20 minut wspinaczki prawdziwie górską drogą naprawdę robiło wrażenie. Przyznam, że niektóre alpejskie przełęcze nie wyglądają tak, jak Trasa Transfogarska. Serpentyny, jakich dawno nie widziałem. Zdjęcie, które znajduje się na następnym slajdzie, to jedno z najlepszych podczas całej bułgarsko-rumuńskiej wyprawy. Kiedy już dojechaliśmy do punktu kulminacyjnego całej Trasy (2043 m.n.p.m) naszą uwagę zwróciło bardzo ładne schronisko. Postanowiliśmy się na chwilę tam zatrzymać i coś przekąsić. Rodzice wzięli jakieś mięsiwo, za to ja, jako wielbiciel zup pod każdą postacią, zamówiłem sobie czorbę z kurczaka, czyli prawdopodobnie rosół; nawet dobre i jak na schronisko - niedrogie.
Jeszcze chwilka odpoczynku i ruszylismy w dalszą drogę. Niewątpliwą atrakcją jest przejazd tunelem na wysokości 2030 m.n.p.m. i to w Rumunii! Tutaj bardzo ważna uwaga - NIE POLECAMY kontynuowania przejazdu Trasą Transfogaraską na dół (za tunelem), w stronę Bukaresztu i Piteşti. Droga jest bardzo zniszczona. Jest to spowodowane głównie ostatnimi powodziami - w niektórych miejscach woda porwała asfalt i mamy drogę z jednym pasem ruchu… Z kolei gdzie indziej jest nagromadzona glina oraz piasek spływający ze zboczy. Nie było to też błogosławieństwo dla naszego auta. Jak już ktoś bardzo chce, to ewentualnie można kawałek za tunelem przejechać i zobaczyć, jak wyglądają Fogarasze od południa. Polecam w tym wypadku po prostu zawrócić w kierunku Sibiu i tam skręcić w lewo do Piteşti (tą samą droga, która prowadzi od Satu Mare - E-81). My jednak nie wiedzieliśmy o takich utrudnieniach, więc ruszyliśmy na dół. Od tego momentu do Piteşti mamy ponad 100 km. No nic, jedziemy... Po jakiś 40 km pojawia się wielkie sztuczne jezioro Vidraru, długość objazdu ok. 25-30 km, czasowo zabiera to aż godzinę! Troszkę odpoczynku po serpentynach zaplanowaliśmy na zaporze. Dla pozorów bezpieczeństwa czuwał tam żołnierz z karabinem.
Dalsza droga przebiegała już przez prawdziwą rumuńską wieś. Krowy, osły i inne zwierzaki - same lub z właścicielem - szły sobie spokojnie drogą. Na zdjęciu mamy właśnie jedno takie stado w miejscowości Curtea de Argeş. Co ciekawe, właśnie w tym miejscu widzieliśmy fabrykę Dr Oetkera - tamtejsi mieszkańcy mają przynajmniej gdzie pracować. Całkiem niedawno przez prawie całe terytorium Rumunii przetoczyły się straszliwe ulewy, których efektem były równie straszliwe powodzie. Także tutaj. Wszystko pogorszył fakt, iż wały na rzece Argeş po prostu nie istniały, więc woda płynęła, gdzie tylko mogła. Podwórka przed domami były zatopione! Podobnie, jak na Trasie Transfogarskiej, na drodze było pełno gliny i piasku.
Piteşti - teraz dopiero pojawiła się rumuńska droga, jaką wyobrażaliśmy sobie przed wakacjami. Na obwodnicy zabrakło asfaltu. Także ciągi tirów i samochodów poruszały się dosłownie po glinie, gdzieniegdzie na płytach betonowych. Takich dziur jeszcze nigdzie wcześniej, ale też później nie widziałem… Niestety - nie da się tego ominąć - przejazd jest nieunikniony. Tutaj też spotkaliśmy pierwszą polską ciężarówkę - z Poznania. Jedyną wątpliwą atrakcją miasta Piteşti jest rafineria oraz spora ilość szybów i pól naftowych.
Po przebrnięciu przez to dziwne miasto zatankowaliśmy i ruszyliśmy autostradą A1 w stronę Bukaresztu. Pomimo zapewnień sprzedawcy w Satu Mare, obawialiśmy się, że autostrady będą płatne. Tutaj spotkało nas miłe zaskoczenie. Jeśli chodzi o jakość dróg, to zasada jest taka: im bliżej stolicy, tym gorsza droga. Podczas naszej podróży do Bukaresztu zauważyliśmy chyba z 10 zepsutych Dacii, kilka nieoświetlonych tirów oraz dwie furmanki (oficjalny zakaz ruchu takich pojazdów na autostradach). Przejazd do Bukaresztu zajął nam około godziny. UWAGA! W żadnym wypadku nie radzimy jechać obwodnicą Bukaresztu! To naprawdę droga przez mękę dla nas i naszego samochodu. Najlepiej przejechać przez centrum stolicy Rumunii. Uważam, że warto tak zaplanować trasę, aby być w Bukareszcie w nocy. Wtedy widać przepiękny Pałac Republiki, oczywiście równie cudnie oświetlony. Robi naprawdę niesamowite wrażenie! Co ważne, oświetlenie jest wyłączane po północy w celach oszczędnościowych. Interesujące zjawisko zauważyliśmy pod tą wielką budowlą - widać ogrom i przepych Pałacu na tle starej Dacii… Oto właśnie Rumunia - kraj kontrastów. Co ciekawe - droga znajdująca się naprzeciwko Pałacu - Bulevardul Unirii - to Ceauşescu postarał się o wygląd stolicy kraju.
Godzina 21. Trzeba było znaleźć jakiś parking i wreszcie coś zjeść. Miejsce do postoju znaleźliśmy w samym centrum na Bulevardul G. Magheru. Pochodziliśmy trochę po Bukareszcie i zaliczyliśmy jedną knajpkę. W drodze powrotnej do auta zaskoczyła nas jedna rzecz - na wieżowcu był powieszony ogromny billboard…nic nowego. Jednak smaczku dodawał fakt, że ten billboard był reklamą…polskiego Tymbarku! Także, jak widać polskie firmy prosperują także zagranicą. Produkty Maspex S.A. (czyli Tymbarki i Kubusie) były do kupienia również w Bułgarii. Ostatnim akcentem naszego pobytu w stolicy był widok ogromnej ilości psów szperających po śmietnikach oraz kilku żebraków (oczywiście pod względem żebractwa Bukareszt przy Lwowie to pestka). Poza tym jak na sierpień było zimno 10 stopni.
Pożegnawszy się z "Paryżem Wschodu" skierowaliśmy się w kierunku Constanţy, aby gdzieś po drodze się przespać (dzisiaj w samochodzie). Najbardziej zadziwiła nas ciemność, jaka nas ogarnęła po wyjeździe ze stolicy. Co jak co, ale 3 km od centrum państwa rumuńskiego, to chyba powinno być inaczej, prawda? Dalsza droga prowadziła autostradą A2 w stronę Constanţy.
9 sierpnia, godz. 7.00 rano - Salut Constanţa! Po półgodzinnym staniu w korku w centrum miasta zatrzymaliśmy się nieopodal plaży (na klifie). Po małym co nieco tata udał się w poszukiwaniu "tourist info". Przyszedł po godzinie i powiedział, że warto przejechać się do pobliskiej Mamai. Jechało się tam z pół godziny, ruch był okropny, a kierowcy kulturą nie grzeszyli. Samej Konstancy nie zwiedzaliśmy, bo po prostu nie mieliśmy na to chęci i czasu. Na tym koniec pobytu w mieście - pojechaliśmy do Mamai - czyli ekskluzywnego ośrodka, głównie dla mieszkańców Zachodu i Bukaresztu (70% tamtejszych rejestracji to właśnie B - Bukareszt). Można ją porównać do naszych Międzyzdrojów. Co ważne, wjazd jest płatny, ale na szczęście niedrogi (ok. 1,5 euro). Mamaia zrobiła na nas wrażenie. Hoteli było wiele, ale ich ceny bardzo wysokie (dla naszej trójki znaleźliśmy najtańszą ofertę za 80 euro, a najdroższa to koszt 150-200 euro w zwyż za dobę).
Rozczarowaliśmy się plażą miejską - pełno ludzi i straszny hałas wywołany przez muzykę techno. Była dopiero 10 rano, więc ciekawie musi być wieczorem… Postanowiliśmy zjeść śniadanie w jednej z mamaiskich knajpek (na głównym deptaku wzdłuż plaży). Podczas zwiedzania Mamai zaskoczyła nas kolejna rzecz - od centrum miasta na plażę wybudowano… kolejkę linową. Przejazd oczywiście płatny - 10 lei za osobę (dzieciaki płacą trochę mniej, coś koło 5 lei).
Po drodze do granicy bułgarskiej postanowiliśmy obejrzeć niewielką miejscowość wypoczynkową Costineşti. Jak się później okazało, tutaj spędzimy kolejną noc. Także i tutaj daliśmy się skusić na oferty ludzi z tabliczkami "camera". Pierwsza oferta przedstawiała się ciekawie. Gospodarze mili, pokój w miarę czysty. Dobrze, że spytaliśmy o łazienkę - ku naszemu zdziwieniu, gospodyni wyszła z nami na… podwórko, gdzie, jak objaśniła - jest ubikacja, umywalka i prysznic (oczywiście z deszczówki). Może i nawet zdecydowalibyśmy się na to, jednak cena 90 lei za nocleg w takich warunkach sanitarnych to lekka przesada. Grzecznie podziękowaliśmy i udaliśmy się na poszukiwanie czegoś lepszego. Znaleźliśmy przytulny hotel. Na nasze pytanie o nocleg dla trzech osób recepcjonistka łamaną angielszczyzną odpowiedziała, że mają tylko dwuosobowe pokoje i żadna dostawka nie wchodzi w grę. Cena za tę przyjemność to 50 euro. Siłą rzeczy nie skorzystaliśmy, bo ktoś z nas musiałby chyba spać na korytarzu lub balkonie.
Naszą uwagę zwrócił całkiem ładny hotelik (przynajmniej z zewnątrz) o równie ładnej nazwie - Amiral Nord. Jak się okazało, to cały kompleks, w tym znane z Polski domki typu bungalow. Cena za pokój (no dobrze, nazwijmy to apartament) dla trzech osób, to 36 euro za dzień. Zdecydowaliśmy, że nie znajdziemy już raczej nic lepszego za taką cenę, więc zostaliśmy.
Nasz luksusowy apartament przywitał nas jakże przyjemnym zapachem zgnilizny (woda z łazienki podmywała próg, który na nieszczęście był drewniany) oraz zepsutym oknem, którego nie udało się otworzyć. Oburzeni tym faktem udaliśmy się do recepcji, gdzie o dziwo żywo zainteresowano się problemem. Po chwili przyszedł do nas fachman i oznajmił, że to pestka i naprawa potrwa kilka sekund. Niestety przecenił swój talent i naprawa zajęła dokładnie 1,5 godziny. Po tym wszystkim postanowiliśmy wreszcie naprawdę odpocząć, toteż udaliśmy się na plażę miejską. Kiedy zobaczyliśmy tłum ludzi, odechciało się nam relaksu, jednak posiedzieliśmy na niej z godzinę. W tym czasie zaliczyłem kąpiel w rumuńskim Morzu Czarnym (czystością nie grzeszy). W drodze powrotnej skusiłem się na reklamowanego kebaba - naprawdę przepyszny! Cena 3-6 lei, zależnie od składników.
Następny dzień przywitał nas trzydziestostopniowym upałem. Zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy przed siebie, w stronę Bułgarii. Wcześniej zawitaliśmy jeszcze do kompleksu miejscowości, tzw. Planet, ale tylko na zasadzie - wjechać, zobaczyć i wyjechać. Po drodze zatrzymaliśmy się obok gościa z napisem "camera", by z ciekawości dowiedzieć się, jakie są ceny apartamentów. No więc rzecz dziwna - taniej niż w Costineşti i w dodatku za faktycznie lepsze warunki! Raul (tak się nazywał ten gość) obiecał nam wysłać adres strony WWW, którą miał stworzyć lada dzień. Rumuński układ słoneczny zaliczony, więc ruszyliśmy do ostatniego już większego miasta przed granicą bułgarską. Po 20-30 minutach drogi znaleźliśmy się w Mangalii - kolejnym mieście ze stocznią i długim nabrzeżem. Miejscowość tak naprawdę niczym specjalnym się nie wyróżniała, oprócz ciekawego molo, na którym była pływająca muszla koncertowa (zbudowana na starym kutrze lub łodzi). Oryginalny pomysł :-). Akurat natrafiliśmy na występ. Poza tym zaobserwowaliśmy ciekawy sposób przechowywania piwa - mianowicie metalowe beczki leżą cały dzień w słońcu, a nocą w zimnie. Jak łatwo się domyśleć, jego smak nie jest najlepszy.
Wszelkie napoje polecam zdecydowanie kupować w sklepach, a nie budkach przy plaży, bo sposób ich przechowywania jest naprawdę mało higieniczny... Nie chodzi tylko BHP, ale o sam smak.
Przed nami ostatnia miejscowość przed wjazdem do Bułgarii - Vama Veche, czyli w tłumaczeniu na polski - Stara Granica. Miasteczko niczym się nie wyróżnia, oczywiście standard to przeludniona plaża. Bardzo miłym akcentem było spotkanie naszego rodaka, który poznał nas po rejestracji. Porozmawialiśmy z nim z 20 minut. Powiedział, że w tę część Rumunii zapuszcza się niewiele osób z zagranicy. Znowu sprawdziło się powiedzenie, że "Polaka znajdziemy wszędzie", nawet na dosłownym końcu świata… Tak oto zbliżyliśmy się do granicy bułgarskiej Vama Veche - Durankułak. Według przewodnika Bezdroży "Rumunia - Mozaika w żywych kolorach", to najprzyjemniejsze miejsce do przekraczania granicy z Bułgarią. Faktycznie, odbyło się bez jakichkolwiek dziwnych, ukrytych opłat (czyli, jak to ładnie się nazywa - łapówek) i zapłaciliśmy tylko to, co powinniśmy. Opłata za drogi i autostrady - 6,34 lei (64300 ROL) oraz opłata ekologiczna (taxa ecologica) -10,00 lei (100000 ROL) - w sumie 16,34 lei (ok. 18 zł), to wszystkie koszty jakie musieliśmy pokryć za pobyt w Rumunii. Tę pierwszą uiszczamy przy wjeździe, zaś drugą przy wyjeździe z terytorium Rumunii. Chociaż tutaj zaznaczę, iż na innych przejściach może być inaczej. Vama Veche - Durankułak mimo wszystko jest najmniejszym przejściem, więc i natężenie ruchu znikome. Przed nami stał dosłownie jeden samochód. Nasze wrażenia z przejścia granicznego nie były specjalnie dziwne, choć jak podjechaliśmy do budki z celnikiem wewnątrz, to natychmiast podbiegła do nas kobieta, krzycząc coś o "taxa ecologica". My oczywiście "o niczym nie wiemy", więc pytamy, o co chodzi. Wyraźnie zdenerwowana, że nie chcemy płacić, powiedziała "NO TAXA, NO BULGARIA!" Taka odpowiedź trochę nas zdziwiła. Po chwili podszedł do nas celnik i spokojnie wyjaśnił, że opłatę ekologiczną po prostu trzeba zapłacić, bo inaczej nici z wyjazdu z Rumunii. Zapłaciliśmy więc należną kwotę i dostaliśmy kwitek fiskalny (!). Wszystko dzieje się więc zupełnie legalnie. Teraz jeszcze tylko celnicy bułgarscy i kolejne nowe państwo w moim życiu…
I tak oto dobiegł końca nasz pobyt w Rumunii. Pobyt jakże udany. Podsumowując te cztery dni tam spędzone, zostaliśmy miło zaskoczeni. Oczywiście zdarzają się miejsca zamieszkane przez Cyganów, którzy żyją na bardzo niskim poziomie, jednak takie obrazki widzieliśmy bardzo rzadko. Rumunom należą się oklaski, że nie stoją w miejscu i starają się iść do przodu. Po prostu widać u nich blask w oku; zależy im na postępie. Chcą się rozwijać. Szkoda, że mimo wszystko dosyć biednej Rumunii przybył kolejny problem - powódź w 2005 r. Wierzę, że poradzą sobie z tym i innymi problemami. Mam nadzieję, że przyczynię się do obalenia nieciekawego polskiego stereotypu dotyczącego Rumunii - "Rumun to Cygan". Tak oczywiście nie jest, a i nawet właśnie wśród Cyganów znajdziemy dużo osób pracowitych, którym zależy na rozwoju swojej ojczyzny…
Durankułak - niewielka wioska położona po stronie bułgarskiej, granicząca z rumuńskim Vama Veche. Jak już wcześniej wspomniałem, jest to najmniejsze przejście na całym pograniczu obu tych państw. Domniemywam, że również najmniej skorumpowane. Podobno na przejściu Giurgiu (RO) - Ruse (BG) łapówki sięgają 20 dolarów, a poza tym czas oczekiwania kilkanaście razy dłuższy niż w naszym przypadku.
W tym miejscu uwaga! - za jazdę bułgarskimi autostradami oraz drogami trzeba wykupić winietkę. Jej koszt, to 10 euro za miesiąc dla samochodów osobowych oraz 2 euro oficjalnej łapówki, czyli dezynfekcja (musimy przejechać w bród przez chlorowaną wodę). 12 euro (wówczas przy kursie 4,07 dawało to 48 zł) to CAŁKOWITY koszt pobytu w Bułgarii na jeden miesiąc.
Sama Bułgaria niczym specjalnym nas nie powitała, więc ruszamy przed siebie w stronę Varny. Po pierwszych 10 minutach monotonia obrazu bardzo nas znużyła, ale w tym momencie zauważyliśmy coś dziwnego. Mianowicie na polach wzdłuż trasy stały…szyby naftowe w całej swej istocie! Podjechawszy do jednego z nich, zobaczyliśmy, że faktycznie do zbiornika spływa powoli ropa naftowa…w przewodniku nic o tym nie wspomniano, co tym bardziej nas zaciekawiło. Można wywnioskować, że południowa Dobrudża, to teren dość obfity w ropę.
Po drodze jedynie Nos Kaliakra nas zaciekawił (specyficzny półwysep na klifie). Jednak za wjazd panowie strażnicy fikcyjnego "parku narodowego" zażądali 15 euro, więc darowaliśmy sobie. Dalsza droga dosłownie niczym ciekawym się nie odznaczała, toteż udaliśmy się w stronę Varny, gdzie postanowiliśmy spędzić wieczór oraz znaleźć nocleg, ewentualnie noc spędzić w samochodzie (tak też zrobiliśmy).
Miasto bardzo ciekawe, wspaniały łagodny klimat i mili mieszkańcy - tak można scharakteryzować to miasto. Uroczy deptak z ogromem knajpek i knajpeczek. Można powiedzieć, że każda ma w sobie coś, więc wybór - która - należy do Was. Komunikacja po mieście jest troszkę utrudniona, a to ze względu na to, iż ulice są częstokroć jednokierunkowe.
W sklepach ceny trochę niższe niż znamy w Polsce. Generalnie na polską kieszeń jak najbardziej. Podobnie jak w Rumunii, na sklepowych półkach znajdziemy Kubusie oraz soki Tymbarku, a nawet inne produkty rodem z Polski. W jednym z minimarketów padła ciekawa opinia sprzedawcy. Mianowicie zadowolony, że kupują u niego cudzoziemcy, włączył się do rozmowy. Powiedział nam, że tak naprawdę, to Bułgarią rządzi mafia. Dzięki niej państwo może funkcjonować, a wszelkie przetargi załatwiane są pod stołem. Smutna, aczkolwiek rzeczywista prawda. Ponadto wspomniał, że zostanie sędzią i za jego magiczną ręką cała przestępczość zniknie. Życzymy powodzenia. Po tej, trwającej chyba z 20 minut rozmowie, udaliśmy się do pobliskiego parku, gdzie akurat (o 11 w nocy!) odbywał się festiwal folklorystyczny, Jak to oczywiście bywa, z udziałem Polaków. Bardzo miła, choć strasznie głośna, muzyka bałkańska.
Co ważne, opłaca się w Varnie wymieniać walutę. My mieliśmy głównie euro, ale też bodajże ze 150 dolarów. Za euro dostaliśmy bodajże wtedy najwyższą stawkę, czyli 1,96 leva. W Ahtopolu najczęściej było to 1,92-1,94 leva. Za dolara w Varnie otrzymaliśmy 1,58 leva, później trochę mniej. Także podobnie jak w Sibiu w Rumunii, także tutaj, w Varnie opłaca się wymieniać waluty. Aha, pamiętajmy, by NIE KUPOWAĆ walut typu leva, lei w Polsce, gdzie kurs jest sztucznie zawyżony.
Na tym zakończył się nasz pobyt w Varnie. Następnie w nocy udaliśmy się stronę Burgas. Miasto mało ciekawe, pełno socjalistycznych bloków, które mają jedyny cel - szpecić to i tak nieciekawe już miasto. Następnie, to już szybka jazda w stronę Ahtpola, naszego miejsca przeznaczenia. Po ok. godzinnej jeździe dojechaliśmy. Nic w tym dziwnego, bo ruch znikomy. Jednak wyobraźcie sobie, że 2 km od naszego domu… zepsuł się nam lewy tylny hamulec naszego Nissana Primery… takie szczęście można sobie było jedynie wymarzyć! Droga licząca 2000 km, a wydarzyło się nam to na 1998 kilometrze… gorzej, jeśli przydarzyłoby się na bezdrożach Rumunii, np. na Trasie Transfogaraskiej… Jak poznaliśmy objawy? Paskudny metaliczny dźwięk i rozgrzana opona…
No nic, jakoś ten kilometr przejechaliśmy i przystąpiliśmy do szukania naszego domu przy ulicy Veleka 18. Chyba najładniejszy dom na tejże ulicy. Teraz dopiero zdziwiliśmy się. Mianowicie przywitała nas właścicielka w języku…niemieckim…następnie podszedł do nas gość i przywitał nas po angielsku. 5 minut rozmowy i zero bułgarskiego…Okazało się, że właścicielem jest małżeństwo Anglików, mieszkających na stałe w Niemczech i odwiedzających swych znajomych w Bułgarii. Zaś ci w Bułgarii są znajomymi znajomych tego małżeństwa. Bardzo pokręcone sprawy własnościowe. W każdym razie całą korespondencję e-mailową (rezerwację) prowadziliśmy z Totevem, synem Very, która była znajomą tego małżeństwa z Anglii. Aha, Vera była Niemką, zaś Totev Bułgarem…po prostu międzynarodowe towarzystwo… Plusem tego wszystkie był wysoki komfort mieszkania, budowany w stylu austriackim. Bardzo mile spędzone 10 dni. Poniekąd tylko szkoda, że nie mieliśmy do czynienia z prawdziwymi Bułgarami, ale nic straconego.
Pierwsze co zauważyliśmy, to slumsy. Otaczają one Ahtopol od południa i jest to dzielnica zamieszkania przez Cyganów. Jak wiadomo mieszkają w lepiankach z dykty lub styropianu i wszystkiego, co napotkają po drodze. Na szczęście nie zapuszczają się do centrum; nie opuszczają swego rejonu. Poza tym pełno straganów ze wszystkim, co może zaciekawić turystę. Mnie różne takie "dzińdziboły" w ogóle nie biorą, więc po moich usilnych prośbach :-) udaliśmy się nad morze, gdzie z godzinę popływałem i poszliśmy z powrotem do domu. Zapadł wieczór, więc zmęczeni podróżą zasnęliśmy…
Następny dzień to oczywiście wychwalana przez wszystkich plaża w Sinemorcu nad rzeką Veleką. Faktycznie, jest tam wspaniale. Morze i 10 metrów dalej czysta, słodka woda Veleki. Plaża nad ujściem rzeki, to fantastyczna sprawa. Niestety na samym jej końcu, a więc przy najatrakcyjniejszym fragmencie plaży rozlokowali się Czesi…tyle, że należący do wspólnoty nudystów "ekstremistów". Jak gdyby nigdy nic chodzili sobie nago po plaży. Podobnie czynili Niemcy albo raczej 5 osobowa grupa Niemek…na szczęście osoby te zmyły się po jakichś trzech godzinach…
Również w Sinemorcu udaliśmy się pewnego dnia do knajpki o ciekawej nazwie "Café Flamingo". Tata na rowerze już wcześniej w tym miejscu zamówił sobie piwo. Właściciel okazał się Bułgarem, który pracował w restauracji w Warszawie. Zachwalał swoje dania oraz znakomite zupy. Zachęceni, poszliśmy tam na obiad. Ja zamówiłem sobie bułgarskie flaczki, tata zaś różne rodzaje ryb. To, co ja dostałem, okazało się najgorszym daniem w moim życiu. Flaczki…z mlekiem… po prostu obrzydlistwo! Tata zaś dostał…mrożoną Paellę. Właściciel oczywiście twierdził, że sam to wyłowił…po prostu świetne… Pamiętajcie, by uważać na tę knajpę…
Kolejne 5 dni wyglądało podobnie, gdyż ta plaża bardzo nam odpowiadała. Co ciekawe, właśnie tam spotkaliśmy najwięcej Polaków, chyba z 10 osób. Większość ze Śląska. W ogóle, podczas całego pobytu w Rumunii oraz Bułgarii (od 6 do 20 sierpnia 2005) spotkaliśmy nie więcej niż 80 samochodów z polską rejestracją.
15 sierpnia postanowiliśmy wybrać się do Turcji zobaczyć miejscowość Limanköy lub I?neada. Wszystko dobrze się zapowiadało (oprócz katastrofalnej drogi nr 99, prowadzącej do Malko Tarnova). Niestety na granicy tureckiej mili panowie pogranicznicy zażądali bodajże 15 dolarów od osoby za wjazd (wyszło niecałe 50 USD za naszą trójkę), więc zdecydowanie za dużo na jednodniową wycieczkę do dzikiego kraju. Jak się później okazało, opłata ta, to po prostu wiza. Oczywiście do tego opłata za dezynfekcję w wysokości 3 euro. Moim zdaniem, do samej Turcji wjechalibyśmy bez problemów, nie płacąc za wizę, gdyż nikt tego tak naprawdę nie sprawdzał. Jednak problemy mogłyby się pojawić przy wyjeździe. Zdecydowaliśmy, że lepiej nie ryzykować, tym bardziej, że byliśmy tam po raz pierwszy w życiu. Co ciekawe, celnicy tureccy bardzo, ale to bardzo byli zdziwieni, że najpierw wjeżdżamy, a za chwilę z powrotem wyjeżdżamy. Panowie bardzo się tym zainteresowali i nie dali nam spokoju. Musieliśmy latać od okienka do okienka, nawet trafiliśmy do dyrektora, szefa czy jak to się tam nazywa i dopiero on wpisał nas na jakąś listę (pewnie czarną :-) i pozwolił jechać. Szkoda, że nie miałem wówczas cyfrówki, bo zdjęcie gabinetu z trzema urzędnikami hurtowo kopcącymi papierosy byłoby przepiękne :-). Po tym wyjechaliśmy, zrobiliśmy jedno jedyne zdjęcie oraz udaliśmy się zwiedzić Małko Tarnovo. Biedna mieścina, gdzie połowę zajmują slumsy z cygańską ludnością.
Następnego dnia udaliśmy do Sozopola, miasto położonego jakieś 30-40 minut na północ od Ahtpola. Bardzo ładne miasto w stylu bułgarskim. Ceny również zauważalnie wyższe niż na południu. Jednym słowem im bliżej Turcji, tym taniej. W Sozopolu mamy ogrom knajpek, najlepsze są w porcie. Ceny, mimo iż, jak wyżej zauważyłem, wyższe, to i tak są na polską kieszeń.
W tym samym dniu wiał bardzo mocny wiatr (bryza morska, w Chorwacji tzw. bora) i dzięki temu można było zaobserwować bardzo wysokie fale. Myślę, że niektóre spokojnie osiągały 2 metry. Korzystając z okazji wykąpałem się za Sozopolem (w Dioniz) na szerokiej plaży. Mocne wrażenia gwarantowane :-)
W taki sposób spędzaliśmy 10 dni urlopu w Ahtopolu. Zwyczajem stały się wieczorne wyjścia na miasto, bo naprawdę było co robić. Albo jakieś występy tutejszej kapeli albo różne degustacje itp. Mnie w każdym razie najbardziej smakowały lody bułgarskie. Powiem tyle, że nigdy nie jadłem lepszych. Przepyszne połączenie owoców oraz świeżej śmietany. Co kilka dni nowa dostawa. Oczywiście lody na gałki i co ciekawe, na wagę. 100 gramów - 0,89 leva.
Nadszedł 20 sierpnia 2005. Ostatni dzień naszego pobytu w Ahtopolu. Już kilka dni wcześniej z tatą zastanawialiśmy się, jak wracać do domu. Podobna sytuacja miała miejsce przy wyborze trasy do Rumunii (przez Słowację czy Ukrainę). Tutaj mieliśmy dwa warianty. Albo jedziemy do Turcji i przez Adrianopol znowu przez Bułgarię w stronę Macedonii (przez Kjustendil), albo przez Burgas, Elhovo, Harmanli i Plovdiv do Macedonii (również przez Kjustendil). Jednak 15 sierpnia dowiedzieliśmy się o wizach przy wjeździe do Turcji, więc wariant nr 1 zdeaktualizował się. Tak też zrobiliśmy. Wyjechaliśmy ok. 10. Droga do Burgas została pokonana szybko i sprawnie, dopiero potem pojawiły się problemy. Takich dziur w życiu nie widzieliśmy. Nie narzekajmy już na polskie drogi:-) Najgorszy był fragment między Elhovem a Harmanli. Tam mieliśmy metrowe dziury i jazda z prędkością 60 km/s, to maksymalna bezpieczna prędkość. Przyspieszyć mogliśmy dopiero za Harmanli. Jechaliśmy autostradą A1 do miejscowości Kostenec, gdzie zjechaliśmy w stronę Samokova oraz Dupnicy. Przy okazji zwiedziliśmy Borovec - zimowy kurort Bułgarii. W drodze do tych miejscowości zobaczyliśmy katastrofalne skutki niedawnych powodzi. W pewnym miejscu byliśmy świadkami obsunięcia torów kolejowych. Dobrze, że nie w momencie przejazdu pociągu… Współczujemy Bułgarom bardzo, jednak zdziwił nas ich stosunek do tego. Niestety tutaj mamy dowód, że nie bardzo zależy im na usuwaniu skutków, a co dopiero zapobieganiu im… Może to się niektórym nie spodoba, ale jest odrobinę prawdy w stereotypie o Bułgarii - "kraj pastuchów i nierobów". Tak ich nazwać, to oczywiście obraza, ale niestety cząstka tego w nich jest. Przeciwnie w Rumunii. Widać tam było rozmach i energię w usuwaniu skutków powodzi.
Sam Borovec jest bułgarskim Zakopanem. Najbardziej ekskluzywnym zimowym kurortem Bułgarii. Bardzo tam ładnie, ceny o wiele niższe niż w Polsce. Podobnie z karnetami. Po bliższe informacje zapraszam na www.bulgaricus.com, a w szczególności na forum tejże strony. Z tej pięknej miejscowości udaliśmy się do Dupnicy (notabene ciekawa nazwa:-), zaś stamtąd do Kjustendil. Z tego miasteczka kierunek granica. Na granicy nie było w ogóle ruchu, choć celnik nas trochę przestraszył, mówiąc, że konieczne jest wykupienie wizy. My oczywiście wiedzieliśmy, że od 15 czerwca do 15 września 2005 r. zniesiono wizy dla Polaków (później w ogóle je zniesiono), więc mieliśmy dowód. Pogranicznik na szczęście miał Internet i sprawdził to. Przeprosił nas za nieporozumienie i powiedział: "Dobrodošli w Makedoniju!" To wszystko, zero opłat. Generalnie miłe przejście.
Za to po 15 minutach od przekroczeniach granicy, w Krivej Palance, zatrzymała nas policja. Powód: przekroczenie prędkości o 20 km. My oczywiście wiedząc, że to "nasi bracia Słowianie" rozpoczęliśmy negocjacje. Natychmiast zauważyliśmy, że panowie są lekko na bani, dlatego wielkich trudności nie było. W podziękowaniu dostali od nas po paczce papierosów, z których ogromnie się ucieszyli. Jeden z nich nawet stwierdził, że bardzo lubi polskie papierosy :-)
W takiej miłej atmosferze zajechaliśmy do Kumanova. Tam, jak wcześniej już zadecydowaliśmy, pojechaliśmy do Skopje, aby potem wybrać się w stronę…Kosova. Tak, Kosova, koniecznie chciałem tam jechać i udało mi się do tego przekonać tatę. Mama oczywiście przeciwna, ale gdybyśmy zawsze jej słuchali, to nawet do Chorwacji nie pojechalibyśmy:-). Zadowoleni jechaliśmy autostradą M1 do Skopje. Autostrady są płatne. Ale tutaj uwaga. Stawkę za przejazd…wybieramy sobie sami. Naprawdę! Dwa razy gość zażądał od nas kilkaset dinarów (nie pamiętam dokładnie ile, bo takowej waluty nawet nie posiadaliśmy). W każdym razie równowartość ok. 2 euro. On zażądał 5 euro. My oczywiście liczyć umiemy, więc powiedzieliśmy, że damy co najwyżej 2 euro. On oczywiście się nie zgodził. No więc poczekaliśmy 30 sekund, miły pan nagle stał się bardzo nerwowy i w końcu 2 euro przyjął. Identycznie było na bramce za Skopje.
Samo miasto, to żadna rewelacja, generalnie biedota, choć taka "umiarkowana". Ze stolicy Macedonii udaliśmy się w stronę granicy z Kosovem. Pamiętajmy, że mamy na dachu rower, co dalej wywoływało niebywałe zdziwienie mieszkańców. Jakieś 20 kilometrów przed granicą postanowiliśmy się przespać. Rankiem, po śniadaniu, udaliśmy się na jedną z najniebezpieczniejszych granic w Europie.
Godz. 5.30 rano. Po przyjechaniu na przejście nikogo nie było. Po kilku minutach przyszedł do nas niemiecki celnik ONZ. Powiedział, że musimy zapłacić 50 euro za wjazd, gdyż zielona karta nie obejmuje terytorium Kosova. Zupełnie odmienne informacje uzyskaliśmy u polskiego ubezpieczyciela. Uznaliśmy, że to za dużo. Poza tym takich 5 euro mogło być więcej… Wtedy też popełniłem straszny błąd - nie zrobiłem zdjęcia "United Nations Mission in Kosovo". Choć gdybym to zrobił, mogliby nam skonfiskować aparat. Nie zmienia to faktu, iż zdjęcia nie zrobiłem…
Jednoznacznie zdecydowaliśmy, że wracamy i do domu udamy się normalną drogą przez Serbię. Tak też zrobiliśmy i niestety Kosovo musi na nas jeszcze poczekać… Ruszyliśmy znowu do Skopje, a potem w kierunku Kumanova. Do tej miejscowości zjechaliśmy, celem chwili odpoczynku i obejrzenia macedońskiego miasta od kuchni. Ja z mamą udaliśmy się na targ miejski, gdzie wszystko było dwa, trzy tańsze niż w Polsce. Zakupiliśmy 2 kg przepysznego macedońskiego czosnku za 2 euro kilogram. Przypomnijmy, że w Polsce jedna główka kosztuje ok. 50 groszy. Oczywiście nadal wszyscy byli zauroczeni naszym pojazdem kosmicznym znajdującym się na dachu. W ogóle sama naklejka "PL" była obiektem zainteresowania. Na granicy czekaliśmy jakieś 40 minut. Przy okazji wymieniliśmy trochę euro, aby mieć pieniądze na opłaty za autostradę. W tym miejscu kolejna uwaga - opłaca się płacić w dinarach zamiast w euro. Jednym słowem zawsze warto mieć walutę tutejszą. Granicę przekroczyliśmy i znaleźliśmy się po raz pierwszy w Serbii, a dokładnie w miejscowości Preševo, gdzie znajdowało się jeszcze sporo meczetów - tereny te zamieszkuje mniejszość albańska. Autostrada M1 zaczyna się dopiero od Leskovaca, czyli po ok. 110 kilometrach. Przez Serbię przejeżdżamy bez żadnych problemów, wiedząc o tym, że istnieje tutaj bezwzględna policja, której nic nie da się wmówić, dlatego staraliśmy jechać zgodnie z przepisami. Na szczęście wszystko poszło dobrze. W Novim Sadzie zjechaliśmy aby posilić się. Kupiliśmy sobie serbskie kebaby, które okazały się bardzo dobre; żadnych skutków ubocznych. Po tym krótkim przystanku udaliśmy się już prosto do Vojvodiny do Suboticy, jednak nie na przejście graniczne na autostradzie, lecz na zwykłe, miejskie.
Na granicy czekaliśmy może z 30 minut. Po stronie węgierskiej już żadnych problemów, można spokojnie mknąć po drogach powyżej 100 km/h, tym bardziej, że jakość dróg na Węgrzech jest naprawdę wysoka. W okolicach Budapesztu spotkała nas potężna burza, jednak ja już wcześniej wspomniałem, jakość autostrady jakiej w życiu nie widzieliśmy, bez jednej nierówności - nic tylko wychwalać. Ich minusem jest oczywiście cena, ongiś autostrady węgierskie należą do najdroższych w Europie. Jednak my nawet nie mieliśmy czasu myśleć o zakupie winietki w takiej burzy, toteż naraziliśmy państwo węgierskie na straty rzędu 10-15 euro (kara za to spotkała nas 1,5 miesiąca później - w słowackich Oravicach zapłaciliśmy 500 koron mandatu za jakieś dziwne przewinienie - rzec można: w przyrodzie nic nie ginie :-)
Granicę ze Słowacją przekroczyliśmy w Komárnie (węg. Komárom), zaś za Nitrą poszliśmy do znanej nam restauracji na gulasz i česnekačkę (zupę czosnkową). Po tym już bez problemów jechaliśmy do domu przez Žilinę oraz Cieszyn, a potem już znaną nam znakomicie trasą nr 81 do Chorzowa…
Tak zakończyliśmy nasz letni urlop w 2005 roku. Były to bardzo udane wakacje, mając na uwadze, iż w tę część Europy udaliśmy się po raz pierwszy w życiu. Przejechaliśmy ponad 4300 km! Znajomi również nie nastrajali nas pozytywnie. Opowieści o głodujących i zdesperowanych ubogich Rumunach były jak najbardziej częste. Za to nikt nic negatywnego nie wspomniał o Bułgarii. Obrazy z lat 60 i 70 chyba jak najbardziej aktualne…
Bardzo się cieszę, że mogłem sam na własnej skórze przekonać się o tym, jak te kraje wyglądają naprawdę. Chciałem poznać prawdę o tym miejscu. Okazała się zupełnie odmienna od powtarzanych sloganów i utartych stereotypów. Myślę, że jestem obiektywny, sądząc, że Rumuni są bardziej pracowici i przyjacielsko nastawieni niż Bułgarzy, którzy mimo wszystko wydają mi się troszkę dziwni i nieco zamknięci w sobie. Podobnie jest ze znajomością języków obcych. U Rumunów jest w tej kwestii znakomicie, zaś u Bułgarów jak najbardziej szwankuje. Poza tym widać, że państwo rumuńskie chce się rozwijać ich perspektywa przyjęcia tego kraju do Unii Europejskiej w dłuższej perspektywie na pewno jest jak najbardziej sluszna. Pamiętajmy, że Rumunię zamieszkuje 23 miliony mieszkańców, którzy w większości są chętni do pracy i otwarci na nowe możliwości. Niestety tego o Bułgarii powiedzieć nie mogę. Mój obiektywizm poparty jest tym, iż przejechaliśmy obydwa państwa i spędziliśmy tam kilka dni. Widzieliśmy zarówno aglomeracje, miasta, jak i głęboką prowincję. Całość podsumuję tak: Bułgaria jest państwem, które większość ocenia tak: widziała Złote Piaski, Varnę, generalnie jedynie Wybrzeże. Zaś Bułgaria to 111 tys. km. kwadratowych, a nie jedynie samo Morze Czarne.
Jednak pomimo mojej opinii na temat Bułgarii, myślę, że warto i tam pojechać na urlop, bo oferuje naprawdę mnóstwo atrakcji. Od rozległych nizin, poprzez urozmaicone wybrzeże (szczególnie okolice gór Strandža) aż po przepiękne góry Riły (z najwyższym szczytem Bałkanów - Musałą) i całe Rodopy. Kraj bardzo urozmaicony pod względem przyrodniczym. Oprócz tego przyznam się, że fascynują mnie Bałkany, dlatego też na wakacje wybieramy się najczęściej tam. W tym roku (2006) planujemy wybrać się do Grecji, włączając w to przejazd przez całą Albanię i kolejny tydzień w Czarnogórze lub Chorwacji.
Mam nadzieję, że przedstawiłem Wam, drodzy czytelnicy, obiektywny obraz tych dwóch krajów. Jeśli jednak chcecie mi przekazać jakiekolwiek błędy, uchybienia, bardzo proszę o kontakt. Namiary na mnie: e-mail: lignomat1(at)orange.pl, GG#5500600 lub tel. 502897362.