Wydanie internetoweEuropa

Trzynaście czterotysięczników

Łukasz SuperganNiemcySzwajcaria

Jako pierwsza pojawiła się w mojej głowie niewinna myśl – a może w Alpy? Po kilku zimowych sezonach spędzonych na trekingu i wspinaczce w Tatrach zapragnąłem odwiedzić góry wyższe i trudniejsze. Od pierwszej chwili moim „pewniakiem” był Mont Blanc, najwyższy szczyt Europy. Przyszło mi też do głowy, że może warto zahaczyć o dodatkowy wierzchołek lub dwa, dla aklimatyzacji przed atakiem na „Białą Damę”. Doszedłem jednak do wniosku, że wyjazd tylko dla zdobycia jednej gór jest nieporozumieniem – poświęcać kilka dni podróży i cały swój urlop na jeden wierzchołek wydawało mi się marnotrawstwem czasu i środków. Zacząłem liczyć jak wiele gór mógłbym osiągnąć w czasie miesięcznego wyjazdu, aż po kilku tygodniach analiz doszedłem do wniosku, że nie powinienem mieć kłopotu nawet z kilkunastoma. Gorączkowo przerzucając kartki przewodnika układałem w głowie plan, aż stworzyłem listę dwunastu wierzchołków. Każdy z nich miał ponad 4 tysiące metrów, a zdobywane w rozsądnym tempie i odpowiedniej kolejności umożliwiały aklimatyzację do celów coraz wyższych i trudniejszych.

Moim celem stało się dwanaście szczytów położonych w Alpach Szwajcarskich oraz Francuskich.

Celem wyjazdu było 12 szczytów czterotysięcznych: Weissmies, Allalinhorn, Bishorn, Dürrenhorn, Hochberghorn, Stecknadelhorn, Nadelhorn, Mont Blanc, Dufourspitze, Zumsteinspitze, Signalkuppe i Matterhorn . Były to góry o zróżnicowanej wysokości, trudności i ukształtowaniu, umożliwiające stopniową aklimatyzację. Ze względu na ograniczony czas poruszałem się "na lekko", z niedużym bagażem. Moją bazą były położone w dolinach miejscowości: Saas Fee, Zermatt i Chamonix, gdzie rozbijałem na stałe duży namiot, w góry zabierając tylko niezbędny sprzęt.

Wierzchołki będące moim celem położone były na terenie Alp, w obrębie dwóch pasm. Pierwszym były Alpy Walijskie, leżące w Szwajcarii. Ta rozległa zawiera w sobie więcej niż połowę spośród wszystkich czterotysięczników i jest rdzeniem Alp, ich kwintesencją. Drugą, leżącą nieco na uboczu, są Alpy Graickie, ulokowane na granicy Francji i Włoch, wraz ze wznoszącym się nad nimi masywem Mont Blanc. Dzieli je około 50 kilometrów. Plan zakładał kilka łatwiejszych wspinaczek na terenie Szwajcarii, a następnie wyjazd na stronę francuską. Po zejściu z Mont Blanc zostawało jeszcze 10 dni na zmierzenie się z najtrudniejszymi szczytami – Dufourspitze oraz Matterhornem.

1 lipca wjechałem na teren Szwajcarii i znalazłem się w Alpach.

Bishorn

Tym, co powala mnie na kolana od początku tego wyjazdu były ceny. Licząc mój skromny budżet przeliczałem w głowie ceny wszystkich produktów na złotówki, a wynik działania stawiał mi resztki włosów na głowie. Kanapka na dworcu w Zurichu to 20 zł. Kiedy przyszło do płacenia za bilet w góry, za dwugodzinną podróż cichym, choć przeciętnie wygodnym Intercity zapłaciłem czterokrotnie więcej niż w Polsce. O tak wielkich różnicach wiedziałem oczywiście jeszcze przed opuszczeniem kraju, jednak bezpośrednie zetknięcie z realiami finansowymi jednego z najbogatszych krajów Europy nieco mnie zmroziło.

Nazajutrz rano autobus dowozi mnie do Zinal, małego miasteczka zagubionego na końcu doliny d'Anniviers, we francuskojęzycznej części kraju. Przepakowuję się, zostawiając bagaż na polu namiotowym i wczesnym popołudniem wychodzę w góry. Celem jest Bishorn (4153 m), szczyt łatwy technicznie i cel w dużej mierze aklimatyzacyjny. Półtorakilometrowe podejście z dna doliny kończę dopiero o dziesiątej wieczorem. Tym właśnie różnią się Alpy od Tatr – gdy u nas kilometrowe podejście wystarczy, by zdobyć nawet najwyższy wierzchołek, tutaj jest to zaledwie połowa drogi z perspektywą pokonania nazajutrz podobnej różnicy wzniesień.

O piątej rano, w towarzystwie kilku zespołów wychodzę na lodowiec Turtmann. Czuję się nieswojo maszerując sam, na szczęście szczelin brak. O piątej rano wschodzi słońce, zalewając góry dokoła łagodną, ciepłą poświatą. Idę szeroką doliną, stopniowo przechodzącą w północne zbocze góry. W połowie drogi, gdzieś na 3500 m, ciało zaczyna protestować przeciwko małej ilości tlenu. Płuca pracują jak miechy, nogi nieznośnie ciążą, odpoczywam co kilkadziesiąt kroków, pokonując bez zatrzymywania się najwyżej dziesięć metrów wzwyż! Mijają mnie pierwsi wracający ze szczytu. Około dziesiątej docieram na grań, której krótki, eksponowany odcinek wyprowadza na szczyt. Jestem sam, a wokół mnie – morze białych olbrzymów otulonych chmurami. Półgodzinny odpoczynek, zdjęcia i już schodzę lodowcem do miejsca biwaku.

W dolinie Saas

Najwyższe szczyty Alp, za wyjątkiem Mont Blanc, wznoszą się w masywie Alp Walijskich. Tę część gór tworzą biegnące z grubsza południkowo pasma, rozcięte głębokimi dolinami, wpadającymi na północy do wielkiego obniżenia doliny Rodanu. Rejon ten, chociaż słynący z bogactwa winnic, jest niezwykle suchy, gdyż wiejące od południa, znad Morza Śródziemnego wiatry, zostawiają swoją wilgoć na południowych stokach Alp. To powoduje, że w tym rejonie Szwajcarii każda kropla wody jest pieczołowicie wykorzystywana do nawadniania winnic, czego świadkiem jestem podróżując przedpolem gór. Z drugiej strony wyjątkowo żyzne gleby pozwalają tu rozwijać się roślinom na dużych wysokościach, gdzie normalnie występują już tylko skalne turnie i flora porostów.

Na kolejne dwa tygodnie rozbiłem namiot w Saas Grund, niedużym miasteczku w niemieckojęzycznym regionie Szwajcarii. Zaledwie kilkanaście kilometrów dzieli je od Zinal, mojego poprzedniego miejsca biwaku, a jednak wystarczy to, by znaleźć się w innym kręgu kulturowym. Choć tradycyjne, drewniane domy są tu bliźniaczo podobne, ich mieszkańcy posługują się specyficznym dialektem niemieckiego. Kiedy ich słucham, wyławiam pomiędzy znajomymi słowami wyrazy francuskie i... łacińskie. Szwajcaria, kraj federacyjny, którego kantony do dziś zachowały znaczną niezależność, pozostaje niezwykłym tyglem wielu kultur, a wpływy niemieckie, francuskie, włoskie i helweckie tworzą swoistą mieszankę, nadając niewielkiemu państwu wyjątkowy charakter.

Któregoś ranka udaję się w jakiejś sprawie do właścicielki kempingu. Wychodząc ze swojego kantorka krzyczy:
- Johann, schliss bitte die Porte!
Wszystko pasuje z wyjątkiem ostatniego słowa, ewidentnie włoskiego. Z takimi obcymi naleciałościami spotykam się w Szwajcarii na każdym kroku.

Weissmies

Idąc na Weissmies zrezygnowałem z podejścia mało bezpiecznym lodowcem, na rzecz trudniejszej, ale pozbawionej szczelin grani południowej. Nocuję na przełęczy Zwischenbergenpass, na wysokości prawie 3300 m. Godzinę drogi w dół jest schronisko, jednak cena noclegu przekonuje, że warto brać w góry namiot.

Podrywam się do wyjścia o piątej, widząc w oddali kilka osób zmierzających na grań. Wspinają się śnieżnym zboczem, wyżej przechodzącym w ostry, skalny grzebień i asekurują wzajemnie w trudniejszych miejscach. Grań okazuje się dość eksponowana, nie na tyle jednak, bym nie dał rady iść bez asekuracji, radośnie przemykam więc między zespołami idąc „na żywca”.

Po raz pierwszy widzę kilkuosobowe "tramwaje" złożone ze związanych blisko siebie ludzi holowanych przez przewodników. Ten kto decyduje się na korzystanie z tej opcji skazuje się na wędrówkę w tempie najsłabszego, częste postoje, a w trudnym terenie ryzyko kopnięcia przez poprzednika. Odnoszę wrażenie, że idący w takich grupach ludzie, ciasno związani linami, idący niemal bez odstępów, są często całkiem pozbawieni radości wspinania. Swoją droge zaczynają o czwartej, ciepło ubrani wychodzą na lodowiec, ale gdy wzejdzie słonce i temperatura podniesie się, żaden nie jest w stanie zatrzymać się, rozebrać, napić wody, odpocząć. Hamowałby przecież cała grupę. Toteż często dostrzegam, idących w słońcu wspinaczy, ubranych w grube kurtki, cierpiących z powodu pragnienia, zmęczenia i braku tlenu. W ich oczach widać tylko ból istnienia, entuzjazm pojawia się tylko na chwilę, na szczycie, za którego zdobycie płacą przewodnikowi w setkach euro.

Grupy komercyjne mało nie zwracają uwagi na otoczenie. Ja sam, wspinając się tuż za takim łańcuchem ludzi, omal nie dostaję rakiem w czoło. To uczy mnie trzymania bezpiecznego dystansu od przewodników i ich klientów.

Około dziewiątej mijam ostatnie skały, za którymi czeka jeszcze dwieście metrów eksponowanej grani szczytowej. Na wierzchołku Weissmiesu grupka wspinaczy. Kilku Szwajcarów i Niemców śmieje się jak dzieci, ciesząc ze zdobycia szczytu, obok zespół prowadzony przez Polaka, który w niewybrednych słowach komentuje właśnie metody asekuracji „na sztywno” stosowane przez lokalnych przewodników... Chwila odpoczynku, zdjęcia - i długa droga w dół. Czujnie przechodzę przez skały na grani, potem mozolne brnięcie przez mokry śnieg i jestem przy namiocie. Czeka mnie jeszcze długie zejście w dolinę.

Allalinhorn

Mój przewodnik nazywa go "czterotysięcznikiem dla starszych pań" i trudno odmówić mu racji - z pobliskiej stacji kolejki zaledwie 500 m podejścia dzieli od wierzchołka. Jako drogę podejścia wybieram więc wschodnią gran Hohlaub, oferującą ponad tysiącmetrowe podejście oraz wspinaczkę w kopule szczytowej.

Z doliny Saas podchodzę do schronu Britaniahutte, skąd wyruszam nazajutrz o czwartej rano. Nad lodowcem przeciągają gęste chmury. Długie podejście wyprowadza na wschodnią grań Allalinhornu (4027 m). Wichura wzmaga się do tego stopnia, że że z trudem stawiam kroki, idąc po omacku w białej pustce. Na wyciągnięcie ręki nie widać nic, szybko tracę orientację i nie wiem, jak blisko mogę być niebezpiecznych nawisów wieńczących grań. Świat znika mi sprzed oczu, a droga zdaje się nie mieć końca, mimo to tłumię w sobie chęć odwrotu. W pewnej chwili, w dziurze między chmurami, dostrzegłem wierzchołek.

Od końca drogi dzieli mnie skalna ściana, środkiem której prowadzi niewielki komin. Zaczynam wspinaczkę, powoli zdobywając metry ściany i zakładając punkty asekuracyjne. Lina klinuje się między załomami skały. Kilkanaście minut później zakładam górne stanowisko i już mam zjechać po plecak, gdy dostrzegam poniżej człowieka.

Dwa zespoły Włochów zaczynają podejście tym samym kominem. Szybko plączą swoje liny z moją, uniemożliwiając mi dalsze wspinanie. Na głowie ląduje mi co chwila zrzucany przez nich z góry śnieg. Nie ma rady, trzeba być cierpliwym. Klnąc ich głupotę czekam pół godziny, nim jestem w stanie oswobodzić linę i kontynuować drogę. Szybko pokonuję ostatnia partię skalnego progu i staję na wierzchołku Allalinhornu. Zmęczony schodzę z wierzchołka łatwym, północnym zboczem, ku dolinie.

Mont Blanc

Po zejściu z Allalinhornu udaję się na grań Mischabel, drogę prowadzącą przez cztery szczyty wznoszące się nad doliną Saas. Niestety, zła pogoda zawraca mnie po zdobyciu zaledwie dwóch z czterech, gór: Nadelhornu i sąsiadującego z nim Stecknadelhornu. Po wejściu na 5 szczytów czuję się jednak przygotowany do ataku na Mont Blanc.

Początek drogi to Les Houches, niewielka wieś Białej Góry, z której zatłoczony tramwaj wywozi turystów na wysokość 2700 m. Za stacją Nid d'Aigle zaczyna się droga na wierzchołek. Obładowany sprzętem i zapasami na cztery dni idę skalną kotliną, by po trzech godzinach znaleźć się u stóp Aiguille du Gouter (3817 m), wysuniętego na wschód ramienia Mont Blanc. Wschodnią ścianą Aiguille du Gouter opada pełny śniegu żleb, którym spadają co chwila lawiny kamieni. Przejście w poprzek tej rynny przypomina strzelanie do ruchomego celu. Problem w tym, że teraz celem jestem ja, a wiele pocisków ma masę dziesiątków kilogramów, zatem uderzenie może oznaczać koniec. Bacznie obserwując górę żlebu przeszedłem go szybkim krokiem. Pół minuty później za moimi plecami z hukiem przelatuje kanonada głazów...

Tego wieczoru wykopuję platformę na grani i rozbijam namiot. O północy zrywa się silny wiatr, grożąc wyrwaniem mojej małej kopułki. Nie pamiętam, aby choć na chwilę zasnął. O drugiej, wśród kompletnych ciemności, zwijam biwak. W stronę szczytu maszeruje już długi rząd milczących postaci, kulących się na mroźnym wietrze. Pogoda szybko weryfikuje nasze siły i już po kilkuset metrach widzę pierwszy wycofujący się zespół, po chwili kolejny. Trzy godziny później zatrzymujemy się w blaszanej budzie schronu Vallot, na 4300 m.

Wciśnięty w kąt obserwuje ludzi. Kilku Polaków spędziło tę noc w schronie, obudzeni naszym wejściem niechętnie usuwają się pod ściany. Naprzeciwko leżą na podłodze cztery zwinięte postacie – na pierwszy rzut oka wyglądają na martwych i dopiero po dłuższej chwili stwierdzam że żyją. Są przemarznięci i wykończeni brakiem snu i aklimatyzacji. Młody Czech wstaje z pryczy i wybiega, kurczowo ściskając rolkę papieru. Jego organizm najwyraźniej buntuje się przeciw nagłej zmianie wysokości. Przez kilka godzin odpoczywam w schronie, zanim decyduję się na zmierzenie z wichurą. Wraz ze mną rusza kilku Polaków. Przez dwie godziny pokonujemy zakręty stromej grani, a gdy docieramy do jej najwyższego punktu nie możemy uwierzyć – to tu? Kilka zdjęć, łyk herbaty i już uciekamy w dół.

Ten dzień i kolejny spędzamy w schronie, odcięci od świata śnieżycą. Moi współtowarzysze podejmują próbę zejścia, jednak z braku kompasu gubią się na lodowcu i wracają. Czekam cierpliwie na poprawę pogody, zapowiadaną na kolejny, czwarty dzień. Na szczęście nazajutrz chmury znikają. Przez dwie godziny wspinam się granią Bosses na szczyt, gdzie wita mnie wschód słońca. Najpiękniejszy, jaki pamiętam.

Przez ponad dwanaście godzin trawersuję cały masyw, przechodząc po drodze Mont Maudit i Mont Blanc du Tacul. Droga tylko pozornie okazuje się łatwa. Podczas zejścia chwila zawahania zamienia się w upadek i długi zjazd stromym, oblodzonym zboczem. Ciało szybko nabiera prędkości. Odruchowy przewrót i wbicie czekana zatrzymują upadek, ale widok szczelin na lodowcu niżej uświadamia, że było blisko... Po kilkunastu godzinach kończę trawers Mont Blanc, docierając do stacji kolejki Aiguille du Midi.

Masyw Breithornu

Wznoszący się na południe od Zermatt szczyt Breithornu nie jest szczególnie trudny do osiągnięcia. Największym problem dla Polaka okazać się może wysupłanie ze skromnych zasobów ponad trzystu złotych, jakie trzeba zapłacić za kolejkę linową na Klein Matterhorn.

Kolejka linowa z Zermatt wywozi turystów i narciarzy na wielkie plateau Breithornu, skąd do wierzchołka pozostaje niespełna 400 m. Tak „korzystne” położenie względem stacji gwarantuje górze frekwencję kilkuset osób dziennie. Tłok na grani widoczny jest z dala. Przezornie nie pcham się do góry, rozbijając namiot na rozległym płaskowyżu i dopiero przed zachodem słońca, gdy śnieg już nieco zamarza, wychodzę na szczyt. Wiatr dmie niemiłosiernie, górujący nad doliną Matterhorn otula gęsty płaszcz chmur. Słońce zachodzi, gdy mocno „powietrzną” granią wchodzę na sąsiedni Breithorn Środkowy. Dalej grań staje się już bardziej akrobatyczna, wracam więc w dół, do miejsca biwaku.

Nazajutrz ruszam w droge na wschód, po włoskiej stronie masywu, lodowcem Verra. Przede mną kilkanaście zespołów, idących wyraźną ścieżką pod ścianę Polluxa. Zaczynam podejście na grań, z początku stromym, pełnym lodu kuluarem, następnie kamienistą ścianą, wyprowadzającą pod niewielki balkon skalny, gdzie czeka już w kolejce kilka zespołów. Wzdycham ciężko i czekam, a gdy przychodzi moja kolej podciągam się na poręczówce w stronę półki, na której stoi kilku Włochów. Gdy próbuję zająć miejsce obok nich, niespodziewanie dostaję kopniaka rakiem w czoło. Było blisko! Na szczęście kończy się tylko małym guzem, ale ostre kolce minęły moją czaszkę o centymetry.

Powyżej balkonu pionowa, gładka ścianka, opadająca na drugą stronę grani ponad stumetrową otchłanią. Bez asekuracji nie mam zamiaru ryzykować. Schodzę z powrotem przez kuluar i atakuję śnieżnym zboczem od zachodniej strony. Pogoda psuje się, nie widać już nic, ale tym razem nie napotykam trudności i bez kłopotu osiągam wierzchołek Polluxa. Mimo zmęczenia i chmur zakrywających okolicę decyduję się jeszcze na drugie tego dnia wejście.

Wznoszący się w pobliżu Castor, choć nieco wyższy, okazuje się nieco łatwiejszy. Góra zaskakuje mnie jednak czym innym – wąską, ale głęboką szczeliną ziejąca zaledwie 20 metrów poniżej grani szczytowej. Szukam przez moment bezpiecznej drogi dokoła, tej jednak nie ma. Na kilka długich sekund zawierzam lodowemu nad przepaścią. Asekuruję się czekanem, sprawdzając kilka razy stabilność śniegu po drugiej stronie, ale i tym razem się udaje. Kilka podobnych szczelin mijam w drodze powrotnej przez lodowiec, nie mogąc się nadziwić, jak wiele z nich pojawiło się w ciągu jednego zaledwie dnia.

Monte Rosa

Wejście na najwyższy szczyt Europy było wspaniała nagrodą za cierpliwość długiego oczekiwania w schronie. Jednak o jego to nie trudności techniczne, ale pogoda i wysokość, decydowały o jego nieprzystępności. Drugi co do wysokości szczyt Alp, Dufourspitze, jest inny. Tam, poza znaczną wysokością (4634 m), czeka mnie wspinaczka długą i trudną granią szczytową. Wejście jest trudniejsze, a atakowanie góry samotnie wymaga spędzenia pod nią nawet czterech dni. Obecność w rejonie wierzchołka jest jednak okazją do wejścia na jego trzy mniejsze „satelity” - Zumsteinspitze, Parrotspitze i Signalkuppe, każdy liczący ponad 4400 m.

Kilka godzin zajmuje mi przejście labiryntem szczelin lodowca Grenz i jego rozsypującymi się morenami. Od strony włoskiej wieje silny fen, niosąc tumany pyłu. Ścieżka pojawia się i znika, błądzę kilka godzin, zanim o zachodzi słońca rozbiję namiot u stóp masywu, pod lodowcem Monte Rosa. Zmęczenie drogą powoduje, że nie jestem w stanie obudzić się o drugiej do wyjścia. Wstaję wściekły o dziewiątej, przy doskonałej pogodzie i mogę jedynie przenieść biwak dwieście metrów wyżej, a przez resztę dnia odpoczywać, szykując się do wyjścia na Dufourspitze.

Nocą lodowiec staje się czarną pustką, na której jedynym punktem odniesienia jest mały krążek światła czołówki. Sierp księżyca nie rozświetla otoczenia nawet odrobinę, ostrożnie szukam więc drogi ku górze. Z początku nie sprawia mi to kłopotu, jednak po godzinie trafiam na pas głębokich szczelin, jak się okazuje – barierę nie do pokonania. Drogi naokoło nie ma, robię więc coś, co bardzo łatwo może oznaczać zakończenie tej wyprawy – wchodzę pomiędzy ziejące ze wszystkich stron przepaście. Szukając drogi w plątaninie szczelin i bloków lodu zapędzam się w miejsce, z którego dalszej drogi już nie ma. Brak już wokół bezpiecznego miejsca, każdy fragment lodu na którym staję wydaje ostrzegawczy chrzęst, ja zaś nie wiem dokąd iść. Drogi odwrotu nie ma, tylko niekończące się szczeliny. Staję w miejscu, usiłując zachować spokój i zaczynam wypatrywać jakiegokolwiek przejścia.

Powrót na bezpieczniejszy fragment lodowca poniżej wymaga przekroczenia kilku mostów lodowych o wątpliwej wytrzymałości. Nie mam jednak wyboru – wstrzymując oddech przechodzę nad głębokimi szczelinami. Rzut oka w dół uzmysławia mi, że ewentualny lot oznacza co najmniej połamane nogi i żebra. Klnę własną głupotę, przywołując w pamięci wypadki osób, które postąpiły równie głupio jak ja, tym razem jednak się udaje i po kilkunastu minutach wracam na bezpieczny fragment lodowca. Wiem jednak, że na szczyt nie wejdę – ponowna próba przejścia przez szczeliny może zakończyć się tragicznie, jeśli nie teraz, to w drodze powrotnej, gdy słońce nadtopi słabe lodowe mosty.

Dom

Po trzech dniach pod Dufourspitze zostają mi do opuszczenia kraju zaledwie dwa dni. Postanawiam wykorzystać je na ostatnie wejście podczas tej wyprawy. Celem jest Dom (4545 m), najwyższa góra położona w całości na terenie Szwajcarii. Wiedziałem, że nie będzie ona łatwa – Dom (w języku niemieckim katedra, nazwa dobrze oddaje wyniosłość góry) wymaga długiego i trudnego podejścia, w dodatku znany jest z burz jakie nawiedzają go wyjątkowo często. Pogoda zdaje się mi jednak sprzyjać.

Podejście z doliny Matter to z początku kilkaset metrów w górę przez las świerkowy, później zaś via ferrata, prowadząca wzdłuż wąskich półek i żlebów, jakie przecinają szeroką skalną barierę u podnóży masywu. Późnym popołudniem trafiam do schronu Domhutte, gdzie zatrzymuję się na noc. Płace 30 CHF (około 100 zł) za miejsce na wąskiej pryczy i zapadam w niespokojny sen.

O trzeciej w nocy pobudka i wyjście na lodowiec. Idę w całkowitej ciemności, mijając od czasu do czasu jakiś zespół, na szczęście droga jest niemal wolna od szczelin. O piątej wyrasta przede mną skalna bariera przełęczy Festijoch. Podchodzę stromą rynną, zgrzyt raków o skałę nie dodaje pewności siebie, kurczowo trzymam się występów skalnych. Po chwili teren staje się jednak łatwiejszy i już po chwili zaczynamy podejście sąsiednim ramieniem lodowca, pod północną ścianę Dom.

Półkilometrowe podejście nią odbiera siły kilku zespołom, które tego dnia idą na szczyt. Wspinamy się w dużych odstępach, samotnie walcząc z zimnym wiatrem, który tego dnia zerwał się nad Alpami i teraz przenika do kości. Starannie omijamy strefy seraków, wiszących nad lodowcem jakby w oczekiwani na nieostrożnego alpinistę, który znajdzie się pod nimi. Droga zdaje się nie mieć końca, ale po dwóch godzinach osiągam grań. Jeszcze kilkaset metrów po oblodzonym śniegu i staję na szczycie. Wyżej nie ma już nic, dokoła zaś – morze szczytów i chmur. Wpinam się dla asekuracji w ramię aluminiowego krzyża na wierzchołku i rozglądam wokół. Dom, moja trzynasta góra, jest bardzo łaskawa, obdarowując bajecznym widokiem.

Zakończenie

Po dokładnie czterech tygodniach od przyjazdu w Alpy siedzę w samolocie startującym z Genewy. Gdy zamknę oczy widzę cały czas górską biel i słyszę skrzypienie czekana w zmrożonym śniegu. A więc tak szybko mija to, co piękne? Sucha statystyka wskazuje, że plan wyprawy zrealizowany został z niewielką nawiązką – 13 szczytów w 28 dni.

Do pełni szczęścia brakuje wciąż Dufourspitze oraz Matterhornu. Ten pierwszy odrzucił moje zaloty, na drugi zaś zabrakło najwyżej trzech dni. Patrząc przez okno na moknąca w deszczu Genewę, która oddala się w zawrotnym tempie, myślę jednak, że każde takie niepowodzenie, to nieme zaproszenie od gór, by wrócić i spróbować raz jeszcze. Połowa sukcesu to marzenia, druga – to podążać za nimi.

Dziękuję wszystkim osobom, których wsparcie umożliwiło mi zorganizowanie wyprawy „Alpy 12 x 4000”. Dziękuję także tym, których życzliwości i ciepła doświadczyłem w drodze przez góry – podczas tej podróży i wszystkich poprzednich.

Special thanks to Mrs. Jannine Venetz from Saas Grund for great hospitality and help.

Strona autora: www.lukaszsupergan.com

Więcej z Europy