Zanim zaczęła się właściwa podróż był strach w gardle. Ślina nie chciała gładko przechodzić przez przełyk, a na piersiach siadał niewidzialny prześladowca. Wszystko minęło po wyruszeniu do Warszawy, a reszta niepokojących objawów stresu zeszła ze mnie po wejściu na pokład samolotu. Od momentu zaokrętowania się wszelkie objawy nerwów były pozytywne, czyli adrenalina i zwiększona zdolność do odbierania rzeczywistości... Ale miałem pisać o Tajlandii. Mnie Królestwo Tajlandii będzie się kojarzyło z łagodnością, grzecznością, uśmiechem i życzliwością Tajów. Poznawanie innych miejsc polega przede wszystkim na obcowaniu z ludźmi, którzy tam żyją. Gdy odwiedzasz jakieś miejsce i nie wchodzisz w interakcję z tubylcami, to tak naprawdę zwiedzasz tylko swoje wyobrażenia o tym miejscu zupełnie odcinając się od atmosfery i specyfiki odwiedzanej przestrzeni. Sam wielokrotnie popełniłem taki błąd i tym razem starałem się go uniknąć, a jednocześnie sami Tajowie okazali się do tego stopnia otwarci na obcego, jakim byłem, że łatwo było zagadnąć np. fotografowane osoby.
Jednak zanim poznałem Tajów i ich zdumiewającą mnie na każdym kroku inność oraz życzliwość poczułem tamtejszy klimat w sensie meteorologicznym. Po wyjściu z drzwi samolotu uderzyła mnie fala gęstego, gorącego powietrza, które momentalnie przykleiło się do mnie jak nowa cieplejsza skóra. Co ciekawe polubiłem to uczucie bycia jakby w objęciach, ale takich które otaczają i dotykają całe ciało - coś jak ciepła kąpiel. Od tych objęć gorąca uwalniały klimatyzowane pomieszczenia niektórych sklepów i przede wszystkim taksówek. No taksówki to był mój ulubiony rodzaj transportu w Bangkoku, a dodatkowo tani i szybki. Gwoli porządku jakoś usystematyzuję relację i podzielę na część zabytkowo-geograficzną oraz wrażeniowo-ludzką.
Atrakcje i zabytki Bangkoku
Bangkok to moloch przytłaczający przy pierwszym zetknięciu zaduchem, smrodem, hałasem, intensywnością ruchu ulicznego wszelkiej maści pojazdów mechanicznych i niesamowitej ilości przechodniów (12 mln mieszkańców, podczas gdy w aglomeracji Warszawy 3 mln). Jeśli ktoś nie lubi lub wręcz boi się ciągłych przypadkowych potrąceń przez innych ludzi to stolica Królestwa Tajlandii jest jego piekłem. Trochę czasu wymaga przystosowanie się do warunków, ale atrakcji jest tutaj co nie miara zarówno w postaci zabytków jak i bardziej miejskich rozrywek.
Wielki Pałac i Wat Phra Keo (czyt. Wat Pra Keo) to najważniejsze zabytki Bangkoku. Są to stary pałac królewski oraz Wat Phra Keo, tj. Świątynia Szmaragdowego Buddy. Posążek Szmaragdowego Buddy jest najcenniejszym zabytkiem Tajlandii, ale nie można go fotografować i jest dosyć mały, co utrudnia podziwianie go, bo ogląda się go z kilkunastu metrów. W Pałacu Królewskim za to mieści się muzeum monet, jakie były bite i używane na terenie obecnego Królestwa Tajlandii. Inne ważne świątynie, które udało mi się zobaczyć to: Wat Po - Świątyni Leżącego Buddy (75 metrowy pozłacany posąg) i Wat Trai Mitr - Świątyni Złotego Buddy. Statua Złotego Buddy w Wat Trai Mitr znajduje się w dzielnicy chińskiej. Najpierw myślano, że jest ona zrobiona z gipsu. Gdy pewnego dnia pękł, ujawniło się prawdziwe wnętrze rzeźby: wysoki na trzy metry Budda zrobiony jest z pięciu i pół tony masywnego złota. "Nawet osoby najmniej wrażliwe i nieczułe na kulturę nie mogą przejść obojętnie obok tak wspaniałych klejnotów tajskiej sztuki budowania świątyń" - tak twierdzą wszelkie przewodniki i rzeczywiście posąg Złotego Buddy robi spore wrażenie. Na mnie chyba największe z wszystkich zabytków, jakie w BKK miałem okazję i siłę zobaczyć. Wat Trai Mitr znajduje się w Chinatown pełnym różnych sklepów, magazynów i straganów z dziwnym jedzeniem. Można tam kupić od wiklinowego kapelusza do części silnika spalinowego do łodzi morskiej. Wszystkie kramy żyją i sprawiają wrażenie, że panuje ciągły ruch w interesie. Wyjątkiem był magazyn, gdzie chłopak leżał na macie nic nie robiąc konkretnego poza drzemaniem.
Główną atrakcją imprezową Bangkoku jest legendarne już Khao San Thanon z angielska zwane Khao San Road. Jest to ulica w centralnej części miasta zamykana po zapadnięciu zmroku, czyli po 18 dla ruchu samochodowego i zamieniana na noc w deptak pełen knajp wszelakich od topless barów po kluby muzyczne. Sama ulica pełna jest przeróżnych kramów z ciuchami, płytami (oczywiście pirackimi) i innym badziewiem, ale jeszcze więcej od kramów jest tam turystów szukających rozrywek. Generalnie tłok, chaos, pełno piwa i innych używek wokoło oraz upał jak w dzień… W sumie polubiłem to miejsce. W Tajlandii klimat ma taką cechę charakterystyczną, że zarówno w dzień jak i w nocy zwłaszcza w stolicy jest taki sam upał tylko w nocy nie świeci słonce a neony i inne sztuczne światła. Kluby na Khao San zamykane są około 1 w nocy, wtedy całe rozbawione towarzystwo przenosi się na ulicę, zaopatruje w alkohol w całodobowym 7 Eleven i dalej imprezuje bezpośrednio na ulicy siedząc na krawężnikach.
Koh Samui
Po tygodniu w mieście wybraliśmy się na wyspę Koh Samui. Koh Samui jest główną wyspą archipelagu obejmującego około 80 wysp w południowo -zachodniej części Zatoki Syjamskiej. Jest to trzecia co do wielkości wyspa Tajlandii. Na krajobraz Ko Samui składa się 26 km piaszczystych plaż, przedziwne kształty formacji skalnych i małe wioski. Najbardziej znane plaże Chaweng (Czaweng) i Lamai leżą na wschodnim wybrzeżu i połyskując białym piaskiem, zachęcają do wypoczynku czystą i ciepłą wodą z palmami w tle. Organizatorzy wypoczynku na wyspach nastawieni są przede wszystkim na plażowanie i sporty wodne. Od połowy lutego do połowy listopada na Ko Samui trwa sezon nurkowania. Wokół wyspy rozciąga się piękna rafa koralowa. W Morskim Parku Narodowym można oglądać zespoły koralowców. Wiele szkól nurkowania oferuje kursy dla początkujących oraz podwodne wyprawy dla zaawansowanych nurków. Do tego obrazu trzeba dodać plażowych handlarzy obnośnych, sporą ilość restauracji i barów przy samej plaży oferujących kolację ze świeżych ryb i owoców morza nad jego brzegiem z falami chlupoczącymi prawie o stolik. Jak ktoś lubi wypoczynek nad morzem w tym jakieś bardziej aktywne formy niż opalanie się to na Samui na pewno będzie się bawił świetnie. Ja najbardziej polubiłem kolacje nad brzegiem morza i wschody słońca na plaży Chaweng, cała reszta atrakcji jakoś mnie nie porwała. Nurkować się boję, bo pływam kiepsko, a leżenie na plaży zabija mnie nudą. Kulinarne wieczory i klimatyzowany bungalow, pozwalający się wreszcie porządnie wyspać wynagradzały mi te nieco mniej atrakcyjne momenty plażowe.
W wyjeździe na Samui najbardziej przygodowym momentem była podróż pociągiem i łodzią tam i z powrotem. Z Bakgkoku pociągiem sypialnym jedzie się całą noc, a następnie 2-3 godziny łodzią do przystani w Nathon na wyspie Samui, później trzeba się dostać w dowolny sposób na wybraną plażę. Przez dowolny sposób przedostania się w wybrane miejsce rozumiem przejazd taksówką, mikrobusem ewentualnie rejsowym pick upem z siedzeniami na pace, wynajęcie auta lub motoroweru. Pociąg sypialny w Tajlandii to nie osobne przedziały z leżankami tylko usytuowane wzdłuż wagonu rozkładane w łóżka siedzenia i nad nimi wyciągane łóżka z miejsca gdzie w naszych pociągach jest miejsce na bagaż, a pośrodku wagonu przejście. Wygląda to tak, że powstają dwa szeregi piętrowych łóżek po bokach wagonu ułożonych wzdłuż, a w środku jest korytarzyk służący do przemieszczania się. Łóżka są wyposażone w czystą pościel, którą podczas rozkładania legowisk roznosi obsługa wagonu, która handluje też jedzeniem i napojami.
Najwięcej radości przysparzają pasażerowie tubylcy, bo zgraja turystów podobnych do nas, z jakimi jechaliśmy na wyspę była dosyć nudna, za to w drodze powrotnej było ciekawiej. Współpasażerami była nam grupka Arabów wyposażona w sporo pakuneczków i wielkie czerwone wiadro z deklem zamykane na kłódkę. W naczyniu tym cały czas coś niepokojąco chlupotało. Faworytem moich towarzyszek podróży był za to chudziutki dziadek, który chrząkał, charkał i spluwał flegmę przez okno - dobrze, że siedział za nami licząc od strony lokomotywy. Do dziadunia należały bagaże zajmujące prawie połowę wagonu. Do teraz nie mam pojęcia jak on to wszystko wniósł i wyniósł z pociągu…
Przygody transportowe, czyli taksówki i nie tylko w poprzek...
Sposobów na poruszanie się po stolicy Tajlandii jest bardzo wiele, bo i środków transportu publicznego jest dużo. Z masowych środków transportu najczęściej poruszałem się busikeim typu pick up zwanym Songthaew (Santeo - w tłumaczeniu dwa rzędy). Są to otwarte półciężarówki, na które kierowcy pakują ilu się tylko da pasażerów, sadzając ich na dwóch przeciwległych ławkach. Tego typu komunikacja jest powszechna na krótkich trasach w poszczególnych dzielnicach. Oprócz tych busików są również zwykłe autobusy miejskie dosyć brzydkie i "na oko" w kiepskim stanie technicznym, ale za to mające niepowtarzalny klimat. W samym centrum biznesowo-handlowym Bangkoku jest jeszcze bardzo nowoczesny "Sky Train", czyli metro nadziemne szybko pozwalające się przemieścić pomiędzy ważnymi punktami miasta. Są jeszcze łodzie różnego rodzaju zwykle są najszybsze, jeśli trzeba lub chce się przedostać z jednego końca miasta na drugi. Mnie najbardziej się podobało podróżowanie taksówkami, bo zawsze wiązało się z przygodami i poznawaniem ludzi. Prawie każdy taksiarz nawet jak ni w ząb nie rozumiał po angielsku starał się nawiązać jakąś rozmowę czy w inny sposób się porozumieć. Taksówek jest w BKK zatrzęsienie część z nich to korporacyjne taxi z taksometrami, część to prywatne auta jeżdżące jako wynajem limuzyn (najdroższe) zwykle spod lotniska, są jeszcze mototaxi, czyli motorek i pan w pomarańczowej kamizelce powożący tym sprzętem - zabiera 1 pasażera i jest to najszybszy sposób przemieszczania się, ale też najbardziej niebezpieczny. Ostatnia formą taksówek są Tuk Tuki, czyli motorki trójkołowe z ławeczką dla 2-3 pasażerów. Są one najbardziej charakterystyczne dla Bangkoku, ale jednocześnie są najdroższe i kierowcy bardzo często mylnie podają niższą cenę, po czym klienta dającego się na to nabrać zawożą do sklepu, z którego właścicielem mają umowę o prowizję za nagonionego klienta. Najbardziej polubiłem taksówki - tanie (od 50 Bathów do 200 Bathów za kursy jakie odbywaliśmy w przeliczeniu to daje od 4 do 16 PLN), klimatyzowane i zazwyczaj prowadzone przez sympatycznych kolesi. Kierowcy bardzo często nie rozumieją po angielsku i zdarza się, że zawożą nie tam gdzie się chce, bo wymawianie tajskich nazw ulic lub miejsc bywa skomplikowane i łatwo o nieporozumienie związane z tym, że kierowca słyszy, co innego niż nam się wydaje, że mówimy. Ale w zamian często są bardzo sympatyczni i weseli śmiejąc się z kawałów w radiu, albo robiąc krótkie objaśnienia gdzie się znajdujemy i co widzimy mijając jakieś ważniejsze budynki. Złapanie taksówki jest przy ich sporej ilości banalne, ale po złapaniu trzeba przejść do negocjacji czy kierowca wie gdzie jechać i za ile tam pojedzie. Chodzi o to, że czasami taksiarze nie chcą jeździć inaczej niż płatną autostradą a opłaty na bramkach uiszcza klient, chyba że kurs jest bez taksometru i można negocjować cenę, wtedy zwykle wygląda to tak:
Taxidriver: 200 Bath and I go highway
Klient: 150 Bath and no highway
Taxidriver: OK.
Oczywiście w takim przypadku jazda odbywa się bez włączania taksometru. W zamian są różne atrakcje typu krótkie objazdowe zwiedzanie ulicy z ambasadami i klimatycznych uliczek, na których taksiarz kupuje owoce i częstuje nimi pasażerów. Takimi gestami Tajowie mnie ujmowali i również za takie fajne podejście do życia i obcych bardzo ich polubiłem.
Ludzie, miasto i Ramkhamhaeng
Ramkhamhaeng to ulica, na której najczęściej bywałem. Krótka podróż Songthaew i z apartamentu Premier Place docierałem sam lub w towarzystwie moich towarzyszek podróży do najbliższego centrum handlowo-rozrywkowego w zamieszkiwanej przez nas dzielnicy. W zasadzie nie trzeba się było ruszać dalej do centrum Bangkoku, bo na Ramkhamhaeng było wszystko, co potrzebne do życia i poznawania klimatu miasta. Mnóstwo sklepów, straganów i jadłodajni na chodnikach oraz mały bazar spożywczo-kwiatowy.
Pierwsze chwile w stolicy Królestwa Tajlandii były trudne. Przejazd przez ruchliwe, gwarne i betonowo-brudne ulice pełne samochodów i ludzi. W zasadzie wszystkie główne ulice to był wielki korek. A ruch lewostronny pogłębiał tylko dezorientację, bo wszystko działo się na odwrót niż zwykle jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Ulice zawsze są pełne ludzi, może z wyjątkiem godzin od 2-5 rano. Chodniki są wąskie, tzn. część chodnika przeznaczona dla przechodniów jest wąska, bo większa część zajęta jest przez kramy z wszelakimi dobrami. Z czasem się przyzwyczaiłem a nawet polubiłem ten chaos, który jednak rządził się pewnym wewnętrznym rytmem i prawami, które bardziej się wyczuwało niż można opisać.
Bycie Farang jak mnie określił poznany Taj o imieniu Benz (jak mercedes), jest całkiem przyjemne, bo oznacza pewne przywileje niedostępne dla tubylców. Będąc turystą można bezproblemowo wchodzić do klubów i kupować alkohol, podczas gdy Tajowie praktycznie zawsze są przy takich okazjach legitymowani. Poza tym białych traktuje się w sytuacjach bardziej oficjalnych lub handlowych zwykle z większym szacunkiem, zupełnie niezasłużonym. Farang w wolnym tłumaczeniu oznacza białasa, takim określeniem Tajowie określają wszystkich białych przybyszów. Określenie to nie jest w założeniu pogardliwe czy też rasistowskie, przynajmniej nie odniosłem takiego wrażenia.
Pod koniec pobytu w Bangkoku byłem na tyle oswojony z okolicą i Ramkhamhaeng, że swobodnie i samotnie szwędałem się z aparatem i robiłem zdjęcia przy okazji jakichś drobnych zakupów. Handlarze uliczni czasami nawiązywali coś jakby rozmowę - jedni o piłce nożnej, inni o zdjęciach, które im robiłem i pokazywałem na ekraniku cyfrówki. Oczywiście słowo rozmowa to przesada, bo ta interakcja to głównie pojedyńcze słowa i gesty określające wrażenia, jakie wobec siebie odczuwamy. Przy okazji takich wycieczek po okolicy zdarzały się w zasadzie tylko sympatyczne sytuacje. Jednym z nich było drobne nieporozumienie z kwiaciarką. Robiłem zdjęcia kwiaciarskiego kramu oraz jego właścicieli, a później zabrałem się do kupowania kwiatów jednocześnie dziękując po tajsku (Khapunkhap) za pozwolenie na robienie fotek i wtedy pani pomyślała, że rozumiem po tajsku i się mnie zaczęła o to pytać. Gdy zobaczyła moją zbaraniałą minę zaczęła się serdecznie śmiać, a ja razem z nią. Gdy już skończyliśmy się śmiać to kupiłem kwiaty. Tak sympatycznych chwil było więcej i dla takich momentów warto pokonać pół świata.
Powrót z Tajlandii wywołał szok kulturowy, bo już nikt obcy na ulicy się do mnie nie uśmiechał, ani nie cieszył się, że właśnie przyszedłem do jego sklepu coś kupić. Mimo, że na pewno tamtejsza grzeczność jest formą gry społecznej to jednak sympatyczniej przebywa się pośród uśmiechających się łagodnych buddystów, niż często gburowatych słowian. Chciałbym jeszcze kiedyś usłyszeć jak ktoś odpowiada uśmiechem na moje Sabadi Mai Khap (tajskie powitanie - nieprzetłumaczalne) jeszcze raz ukłonić się i podziękować za cokolwiek pogodnym Khapunkhap (dziękuję). Khapunkhap Tajlandio.
