
Tak się zaczęło
Pomysł wyjazdu zrodził się zimową porą gdzieś na wydziale Geografii Uniwersytetu Warszawskiego. Kilku napalonych studentów postanowiło wybrać się w góry, najlepiej dzikie, wysokie i niedrogie. I tak podsycani opowieściami kolegów, wiadomościami o niespokojnej sytuacji politycznej,- myśląc przynajmniej coś się dzieje - wybrali Kaukaz.
Ja za Kaukazem zatęskniłem przeglądając zdjęcia sprzed trzech lat, kiedy to walczyłem z Mikołajem na Elbrusie, Gestole i Piku Warszawa. Był to mój pierwszy kontakt z górami lodowcowymi, pamiętam jak przed wyjazdem wyobrażałem sobie szczeliny pożerające ludzi, lawiny seraków i skomplikowane akcje ratunkowe. Jak się później okazało "nie taki diabeł straszny jak go malują"; z Kaukazu wracaliśmy z wypiekami na policzkach, zafascynowani górami, ludźmi i wszystkim co kojarzyło nam się z tym miejscem. Już wtedy wiedziałem, że na pewno kiedyś tu wrócę. Tak więc, gdy tylko nadarzyła się okazja, spakowałem plecak i w 22 osobowej grupie ruszyłem na wschód. Większość wyprawy stanowili studenci Uniwersytetu Warszawskiego, celem głównym znamienitej większości było zdobycie Elbrusa, (pisząc dyplomatycznie) najwyższej góry Rosji.
Trzeba się zaaklimatyzować
Na Kaukaz dotarliśmy 7 lipca po 56 godzinach spędzonych w pociągu relacji Brześć - Mineralne Wody. Z naszej licznej grupy w ciągu tygodnia na Elbrus weszło 12 osób, i jak to czasem bywa nie obeszło się bez przygód.
Bazę pod Elbrusem założyliśmy nieopodal schroniska Prijut 11 na wysokości 4200 m n.p.m. Sukcesywnie dzień po dniu aklimatyzowaliśmy się, jedni wchodzili na szczyt, inni wracali nieco zasmuceni porażką. Warunki pogodowe były bardzo zmienne.
Piątego dnia pobytu w Rosji, ok. trzeciej nad ranem kilkoro zapaleńców z naszej grupy wyszło w kierunku szczytu. Ja zrezygnowałem siedząc jeszcze w namiocie, wystarczyło, że wyjrzałem na zewnątrz i zobaczyłem! - właściwie to nic nie widziałem, wiał silny wiatr i padał gęsty śnieg. Przed południem wichura ucichła, wyszło słońce i zrobiło się przyjemnie ciepło. Dowiedzieliśmy się, że kilka godzin wcześniej podczas zawieruchy zginął młody Rosjanin - najprawdopodobniej zgubił drogę i schodząc pośliznął się na stromym stoku, ciało znaleziono w szczelinie niedaleko od naszej bazy. Wszyscy byliśmy przygnębieni tym zdarzeniem, bardzo też niepokoiliśmy się o naszych kolegów, którzy rano poszli na szczyt. Wczesnym popołudniem wrócili pogromcy Elbrusa, okazało się, że nie wszyscy - u góry walczył jeszcze Paweł. Z każdą godziną atmosfera stawała się bardziej nerwowa. Przypadkowo spotkani Czesi oświadczyli że nasz kolega Paweł jest skrajnie wyczerpany gdzieś w okolicach "skał Pastuchowa" (4700 m n.p.m.); z przerażeniem w oczach wyobrażając sobie najgorsze scenariusze, zmontowaliśmy małą ekipę ratunkową (zaleta dużej grupy). Do Pawła udało nam się dotrzeć przed zapadnięciem zmroku, znajdował się on pod opieką jednego z Czechów, miał poparzoną słońcem twarz, był u kresu sił, mocno zmaltretowany chorobą wysokościową. W rozmowie dało się wyczuć niedotlenienie mózgu, opowiadał nam o samolotach lądujących na stokach Elbrusa, o tym że Czesi ciągnęli go za nogi przez bazary i wysypiska śmieci. Dziewczęta zorganizowały ze schroniska małe saneczki do zwożenia pechowców, dzięki czemu Paweł mógł się wygodnie rozłożyć i tylko czekać aż znajdzie się na dole. Obsługa schroniska przyjęła Pawła z nieukrywaną radością, oferując mu darmowy nocleg. Pełni szczęścia, że wszyscy jesteśmy w komplecie, oddaliśmy się w objęcia Morfeusza.
Po blisko tygodniowym pobycie na stokach Elbrusa, postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda prawdziwy, dziki Kaukaz. Pobyt pod najwyższą górą Rosji sprawił iż zatęskniliśmy za ciszą i spokojem, mieliśmy dosyć śmieci, ratraków i wszędobylskich turystów.
Część grupy udała się na Krym, a my uciekając przed cywilizacją dotarliśmy do doliny Adyr-Su. Tutaj naszym celem był Ullu-Tał, szczyt może nie wysoki, bo "tylko" 4207 m n.p.m., ale jak się później okazało wcale nie łatwy. W trójkowym zespole Paweł, Wojtek i ja wyruszyliśmy na podbój naszego Ullu. Podczas wspinaczki drogą 4A Paweł, wspinający się na końcu liny, odpadł na trawersie.
Cudem udało mi się wyłapać lot kolegi; między nami nie było żadnego przelotu, na szczęście stałem na małej grańce i widząc lecącego w otchłań Pawła zdążyłem opleść ręce wokół liny i rzucić się na drugą stronę grańki. W wyniku dwudziesto-metrowego lotu z wahadłem, zakończonego bliskim kontaktem ze ścianą, nasz pechowiec doznał licznych obrażeń kolan, rąk i głowy. Rannego, kiedy już odzyskał przytomność, opuściliśmy do podstawy ściany i przez resztę kolegów został on sprowadzony do bazy. Kolejne kilka dni spędził w szpitalu na obserwacji, po czym bez żadnych sprzeciwów udał się do Polski, krótko podsumowując swój pobyt na Kaukazie: "chyba nie mam szczęścia".
Serce kaukazu
Ostatnim dla niektórych, a dla mnie głównym celem wyprawy była dolina Beziengi, określana mianem "małych Himalajów", gdzie deniwelacje między doliną, a szczytami sięgają 3000 m. Bezienga jest największym skupiskiem kaukaskich pięciotysięczników, stanowiących w przeciwieństwie do Elbrusa poważne wyzwania dla alpinistów. W dolinie znajduje się alpinłagier znakomicie spełniający rolę bazy wypadowej w rejon lodowca Beziengi i Miżirgi. Docieramy tu ośmioosobową grupą, Wojtek Ryczer i ja tworzymy zespół, natomiast reszta udaje się w głąb doliny na kilkudniowy trekking. Po wejściu na Elbrus jesteśmy dosyć dobrze zaaklimatyzowani, dlatego postanawiamy z Wojtkiem wspinać się od razu na trzecią co do wysokości górę Kaukazu - Dych-Tał 5198 m n.p.m.
Nasz wybór pada na nią ze względów przede wszystkim estetycznych; jest to moim zdaniem najpiękniejsza góra w masywie, jedna z niewielu w dolinie wyodrębniona z otoczenia głębokimi przełęczami, gdzie wysokości ścian przekraczają 2000 m. W bazie przeglądamy zdjęcia, schematy i po konsultacji z dyżurnym instruktorem wybieramy drogę północną granią o trudności 4B. Trochę niepokoją nas czasy przejść sugerowane przez Rosjan, 3-4 dni, tam i z powrotem od ruskiej noćowki (punktu startowego). Pierwszą niespodzianką jest dla nas podejście do noćowki, które zamiast trwać 5-6 godzin zajmuje nam dwa dni. Po prostu błądzimy we mgle i przekonani o słuszności wyboru, z wielką zaciekłością wyrywamy metr po metrze dziewicze fragmenty jednego z kuluarów w zachodniej ścianie Misys-Tał . Dopiero pod wieczór, gdy chmury rozstępują się ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że kuluar kończy się przewieszoną ścianą skalną. Kilku-godzinne zjazdy wśród skalnych "wampirów" wywołują wiele emocji. Za to w nocy śpimy jak zabici. Następnego dnia, już bez niespodzianek docieramy do ruskiej noćowki. Biwak położony jest w ekscytującym miejscu, jedynym w okolicy nie narażonym na lawiny; tak więc chcąc nie chcąc jesteśmy świadkami wspaniałych spektakli rozgrywanych przez naturę. W godzinach południowych słyszymy tąpnięcia i huk schodzących lawin, podłoże drży pod nogami, a spadające lodowe bloki roztrzaskują się u podnóża ścian na tysiące maleńkich kawałków.
Czas się wspinać
Na wspinanie wychodzimy o drugiej nad ranem. Wprost idealne warunki - niebo wylampione gwiazdami, bezwietrznie. Pierwszy odcinek wiedzie na przełęcz między Misys-Tałem i Dych-Tałem, wylodzony kuluar doprowadza nas na półkę skalną; chwilę zastanawiamy się - czyżby kolejna niespodzianka? Na szczęście jeden pięćdziesięciometrowy zjazd koryguje nasze błędy orientacyjne i pół godziny później stajemy na przełęczy.
Północna grań Dych-Tału ma charakter śnieżno-lodowo-skalny, nie wymaga dużych umiejętności technicznych, natomiast problemem jest jej długość i nieco rozrzedzone powietrze. Na początku wspinamy się lodowym stokiem asekurując się ze śrub, później trochę babrania się w eksponowanym śniegu i tak docieramy do "biwaku na żandarmie"
Głośno dysząc lądujemy na plecakach - jest dopiero trzynasta. Po dłuższym odpoczynku i spożyciu kilku tabletek glukardiamidu, ruszamy dalej. Wspinamy się różnymi formacjami - raz w skale, raz w lodzie; idzie nam całkiem nieźle, a do działania pobudza nas myśl, że gdzieś za kolejnym progiem skalnym znajduje się szczyt. Późnym popołudniem na miejscu kolejnego biwaku następuje mała konsternacja - słychać grzmoty i zaczyna sypać śnieg. Robimy sobie dłuższą przerwę, odrzucamy żelastwo na bok, czujemy skwierczenie nad głowami, to małe wyładowania elektryczne. Nie jest to zbyt przyjemne, mamy świadomość grożącego nam niebezpieczeństwa; z nadzieją że znowu się uda, przeczekujemy burzę. Po mniej więcej godzinie chmury rozstępują się, a przed nami ukazuje się grań szczytowa Dych-Tału. Widoki po obu stronach grani są fantastyczne, lodowce wiją się w dolinach, a nad nimi wznoszą się wierzchołki pięciotysięcznych Kosztan-Tału, Szchary, Dżangi-Tału i Piku Puszkina. Powoli zbliżamy się do najwyższego punktu grani, jeszcze kilka czysto skalnych "przechwytów" i ciężko dysząc lądujemy na szczycie. Jest 19, po siedemnastu godzinach wspinaczki jesteśmy bardzo zmęczeni; pokonaliśmy blisko dwukilometrową różnicę wysokości. Przybijamy piątkę patrząc na mur Beziengi - OJ WARTO BYŁO!
Po kilku zjazdach i wspinaczce w dół, zakładamy "kibel". Jesteśmy mniej więcej na pięciu tysiącach. Noc jest bardzo chłodna, i gdyby nie NRC-ta to chyba bym zamarzł w moim śpiworze (komfort zero stopni). Wojtek momentalnie zasypia w swoich "extremalnych" puchach, niestety zapomina zabrać ze sobą do śpiwora skórzane buty. O świcie zbieramy się do zejścia, a tu niespodzianka - buty twarde jak skała. Ja spokojnie odziewam nieśmiertelne skorupy, a Wojtek męczy się jeszcze kilka dobrych chwil podgrzewając buty nad palnikiem.
Parę łyżek kaszki dla niemowlaków stawia nas na nogi - jesteśmy gotowi do zejścia. Pogoda znowu płata nam figla, zaczyna padać śnieg, a widoczność spada do 20 metrów. Krążąc nieomal po omacku "zwiedzamy" grań i jej okolice, dzięki Bogu widać resztki śladów na śniegu. Docieramy w końcu na przełęcz, nasz powrót przeplatany jest zejściem z asekuracją i zjazdami, niestety stanowiska zjazdowe (jeśli w ogóle takie są), pozostawiają wiele do życzenia, często zjeżdża się z jednego haka, a pętle zrobione są ze sznura przypominającego sznurek do bielizny.
Wczesnym popołudniem docieramy do ruskiej noćowki, siąpi deszczyk chowamy się do namiotu, gotujemy, pijemy, jemy i śpimy. Wieczorem tego samego dnia zwijamy namiot i schodzimy na dół do bazy.
Dwa dni później część naszej ekipy opuszcza Beziengę. W górach panuje paskudna pogoda. Karolina i ja zostajemy jeszcze jeden dzień z nadzieją na poprawę aury. Wieczorem odwiedzamy bazowy bar. Panuje tu wspaniała atmosfera, jeden z miejscowych górali gra na gitarze i śpiewa bałkarskie pieśni, dziewczęta ochoczo tańcują w rytm ludowej muzyki. Popijając tutejsze piwo "Terek" zastanawiamy się co by tu jeszcze załoić, - Mamy najwyżej 2-3 dni. Rankiem budzi nas piękne słońce, suszymy mokre rzeczy i popołudniu ruszamy do doliny Ukiu, w rejon zwany "małą Beziengą". Chcemy wspiąć się na Ukiu-Tał (4330 m n.p.m.) drogą o trudności 3A.
Wspinaczka nie jest trudna, ale za to piękna i bardzo eksponowana. Po mniej więcej siedmiu godzinach stajemy na wierzchołku. W tym przypadku zejście to pikuś, dwójkowa grań sprowadza nas na lodowiec. Tego samego dnia schodzimy do alpinłagra, a rano żegnamy się z Beziengą i jedziemy nad Morze Czarne.
