Geozeta nr 11Ameryka Północna

Dominikana

Agnieszka Małysa, Maja WalczakDominikana
Dominikana
Mapa trasy: Dominikana
Mapa trasy

Agnieszka Małysa

Każde marzenie może się spełnić, nawet to najbardziej niewiarygodne. Dosłownie z dnia na dzień decyduję się na podróż na Dominikanę. Wertuję książki i atlasy w poszukiwaniu informacji o Wyspach Karaibskich. Hispaniola - wyspa odkryta przez Krzysztofa Kolumba w 1492 roku, wilgotny klimat podrównikowy i obecność destylarni rumu - to podstawy w każdej encyklopedii.

23 lutego

Wylatujemy z Berlina - wokół śnieg, zimno i szarówka. Samolot ma ponad trzygodzinne opóźnienie ze względu na oblodzenie skrzydeł. Nad Atlantykiem słońce, w dole chmury i wielki błękit. Po 11 godzinach widać zieleń wyspy, lądujemy bez żadnych przygód. Wychodzimy z klimatyzowanego wnętrza samolotu i od razu ogarnia nas gorące i wilgotne tropikalne powietrze. Ubranie przykleja się do ciała, przez dłuższą chwilę brakuje mi tchu - częściowo z wrażenia i zachłyśnięcia się nieznanym.

Musimy dojechać z Punta Cana do Higüey - ceny na lotnisku przeznaczone są tylko dla niemieckich turystów, a nie polskich studentów. Żaden kierowca nie chce obniżyć ceny. Decydujemy się iść w stronę miasta. Zachodzi słońce i błyskawicznie zapada zmrok - to charakterystyczna cecha tropików. Podobno nawet miejscowi boją się spacerować nocą ze względu na obecność dzikich zwierząt. Zaczynają gryźć komary. Kierowcy taksówek wciąż kłócą się między sobą - kto podwiezie naszą grupę. Usiłujemy "być twardzi" i nie zgadzamy się na 20 $. Czarnoskóry taksówkarz nie chce tracić łatwego zarobku i ostatecznie bierze 16$ od wszystkich (pierwotna cena na lotnisku to 44$ od osoby). Radio nadaje gorące rytmy - hity salsa, pieśni o corasőn i grand amor. Wciąż powtarzają się słowa o miłości - "porque yo qiero para siempre" (dlaczego Cię kocham, na zawsze) - to przebój firmowany przez "macho" Raulina Rodrigeza.

Uczę się hiszpańskiego - szybko, po łebkach, żałując wcześniejszego lenistwa.

"Higüey" - krzyczy obrażony kierowca (nie chcieliśmy dać mu więcej pieniędzy). Wysiadamy, od razu podchodzi do nas Kreol i zaprasza do salonu fryzjerskiego na rogu ulicy - właśnie się strzyże, ale za minutkę załatwi tani nocleg. Minuta przedłuża się, oglądamy dyplomy fryzjerskie na ścianach, sami będąc obiektem zainteresowania miejscowych "machos". Wszechogarniająca muzyka "atakuje" z każdego kąta, klienci śmieją się do nas usiłując namówić na poddanie się zabiegowi strzyżenia. Czekamy na "naszego" Kreola czując się wśród nich jak starzy znajomi - wiemy już jak oni się miewają, oni wiedzą o Polsce i o naszym poszukiwaniu mieszkania. Zaskakuje odmienność kultury i otwartość ludzi.

Nocleg w hotelu "Cuigo". W oknach nie ma szyb, jedynie drewniane żaluzje. Pod sufitem pracuje wiatrak, mimo to jest koszmarnie duszno. Gasimy światło w obawie przed komarami. Gorąca noc, po ulicach do późnych godzin jeżdżą motoconchas na sprzęcie bez tłumików.

27 lutego

Santo Domingo - pierwsze miasto Nowego Świata, założone przez brata Krzysztofa Kolumba w 1496 roku. Pełne kolonialnych zabytków pamiętających burzliwe czasy Drake'a i napady na hiszpańskie galery pełne złota. Miasto ogromnych kontrastów - na obrzeżach eleganckich dzielnic rozciągają się slumsy, w których mieszka niemal połowa z 2 milionów mieszkańców. Między pachnącymi i świetnie ubranymi ludźmi na deptaku kręcą się biedacy oferując czyszczenie butów. Inni sprzedają trzcinę cukrową prosto z plantacji.

Dziś jest święto narodowe na Dominikanie - dzień uniezależnienia się od Haiti. Mieszkańcy tłoczą się na głównej ulicy, zamkniętej dla ruchu, gdzie trwają pochody i militarne pokazy.

1 marca

Odczuwam nieustanne zmęczenie mimo 9 godzin snu. Ciągle daje o sobie znać różnica czasu. Nocujemy w małej wiosce rybackiej La Ciénaga na Półwyspie Pedernales. Hotel otworzono specjalnie dla nas. Cena po negocjacjach spada do 80 pesos za pokój. Na korytarzu palą się niebieskie i czerwone lampki. Wieczorem wszystkie pokoje są zajęte.

Zapoznajemy się z właścicielką - dwudziestoletnią Rosie, której mąż jest rybakiem. Rosie studiuje agronomię w pobliskim mieście oraz opiekuje się córeczką. Po godzinie rozmowy przychodzą jej rodzice i proszą o wzięcie dziewczyny do pokoju lub w inne ustronne miejsce - mąż akurat wypłynął na morze. Swoboda seksualna na Dominikanie jest oszałamiająca. Nasi koledzy nie korzystają z tej "okazji". Dostajemy też zaproszenie na miejscową zabawę w rytmach marenge. Jest to, oprócz salsy, tradycyjny rodzaj muzyki - tutaj każde dziecko zna podstawowe kroki, więc wywołujemy śmiech tańcząc po swojemu.

2 marca

Spacerujemy po wsi. Dzieci pokazują nas palcami, jesteśmy nie lada sensacją - przecież to "białasy". Z ogromnym zaciekawieniem oglądają naszą maszynkę do podgrzewania wody, uciekają na widok zapałek i benzyny.

Dzień targowy w La Ciénaga, schodzą się ludzie z okolicznych osad. Wszyscy zawzięcie dyskutują - przychodzą na targ, aby spotkać się z sąsiadami. W sprzedaży banany, ryż, pomarańcze, żywe kurczaki...

Nieco później, tego samego dnia, las podrównikowy - wilgotno, gorąco. Brakuje tchu przy podejściu pod górę. Znów mamy za mało wody. Ratują nas rosnące przy ścieżce soczyste, kwaskowate pomarańcze. Wędrujemy dalej. Po drodze spotykamy trzy niebezpieczne skolopendry. Zwijają się szybko po dotknięciu kijem.

Powrót do wioski. Pomagamy rybakom w wyciągnięciu łodzi na brzeg. Dzieciaki proszą "uno peso, seňor" z błagalnym wzrokiem. Cały czas obserwują nas podczas kąpieli w morzu.

Ocean kryjący w sobie niezliczone ilości bogactw, jednocześnie kuszący i groźny... Rafa, korale, ryby, jeżowce... Woda wlewa się do ust, czuję gorycz soli, która potem tworzy na ciele małe kryształki. Na plaży leżą muszle i ogromne konchy, skorupy jeżowców, gąbki, morsztyny, brunatnice...

5 marca

Gua-gua z Jarabacoa do La Vegi. To rodzaj transportu - mini autobus, który nie ma ustalonej godziny odjazdu. Kierowca czeka, aż uzbiera się wystarczająca liczba pasażerów - wystarczająca według niego, bo dla nas to zawsze za dużo. Autobus musi być maksymalnie zapchany. Plecaki trzymamy na kolanach, aby nie płacić za dodatkowe miejsca. Mało nie mdleję z duchoty i braku powietrza.

Cały dzień w drodze - za oknem mijają krajobrazy, ludzie, miasta... Staram się uchwycić szczegóły, zapamiętać drobnostki, z których później wyłoni się cały obraz.

Setki odcieni intensywnej, soczystej zieleni. Z Kordyliery Centralnej powoli wjeżdżamy do Kotliny Cibao, robi się piekielnie gorąco. Przystanek w La Vega, bierzemy taksówkę do San Francisco de Mocoris, spokojnie mieści się w niej 6 osób i opasły kierowca. Góry zostają daleko w tyle, przed nami ciągnie się płaska dolina, wokół pola ryżowe - rozległe, pocięte kanałami. Jaskrawa, jasna zieleń rosnących źdźbeł zboża, plantacje bananowców, palmy kokosowe...

San Francisco de Macoris - dwie i pół godziny czekania na następny autobus do Samaná (Santa Bárbara de Samaná). Całe miasto zastyga w bezruchu - upał, trwa sjesta. Sklepy pozamykane, ludzie siedzą w cieniu przed domami. Znajdujemy stragan z owocami - niewiarygodnie tanie pomarańcze za 1/3 peso. Sprzedawca nie pilnuje towaru - wychodzi z otwartego domu, aby podać nam owoce. Dom jest ubogi - widać dach z blachy falistej. Kotary i zasłony spełniają role ścian. Uderza tymczasowość, niestaranne wykonanie. Czy ludziom nie zależy na godziwych warunkach życia, czy też nędza jest aż tak wielka? Niezależnie od odpowiedzi na te pytania podziwiam mentalność Dominikańczyków - ciągła radość życia, zapał, beztroska. Maňana.

Kupujemy papaję i ananasy. Wracamy na dworzec. Kroimy powoli owoce, sok spływa aż do łokci. Długie oczekiwanie w upale. Duchota. Bezruch.

7 marca

Prom z Samaná do Sabana de la Mar. Czuję upływ czasu, podróż wzbudza we mnie żal za kończącym się pewnym etapem. Siedzący obok czarnoskórzy ludzie tęsknie "zawodzą" pieśni bachata. Gruby śpiewak puszcza do nas oczka i uśmiecha się ukazując braki w uzębieniu. Naprzeciwko siedzi para Francuzów z bagażami - również wracają z Półwyspu Samaná. Zaczyna padać deszcz. Okrywamy się szczelnie kurtkami. Wszyscy na promie nagle krzyczą i patrzą do tyłu. Zatrzymujemy się na morzu - okazuje się, że rybacy złowili rybę. Zawiedzeni wracamy na swoje miejsca - myśleliśmy, że to słynne wieloryby. A jednak morze i dla nas przygotowało niespodziankę - dwa metry od burty wyskakuje z wody delfin, potem następny. Cieszę się jak dziecko na ten widok. W końcu przepływa całe ich stado. Traktujemy to jako dobrą wróżbę...

Port w Sabana de la Mar. To małe miasto u ujścia rzeki Yabón. Morze jest tu tak płytkie i zamulone, że prom zatrzymuje się w pewnej odległości od brzegu. W naszą stronę płyną małe łódki popychane przez idących po dnie ludzi. Ciężka to praca, zważywszy na niebezpieczeństwo związane z rekinami. Załoga przeładowuje cały dobytek do łodzi - motocykle, kury, pomarańcze. Przewoźnik żąda dodatkowej opłaty, ale tylko od nas, więc nie dajemy żadnych pesos. Mści się za to odsuwając łódkę od pomostu, gdy wychodzimy na brzeg.

Przewodnik po Parku Narodowym Los Haites od razu wyławia nas wzrokiem spośród kolorowego tłumu na przystani. Prowadzi do oficyny parku, proponuje wycieczkę łódką po mangrowiach. Mówi dobrze po angielsku, co tutaj rzadko się zdarza - zgadzamy się na jego warunki. W hotelu zostawiamy bagaże, kupujemy słodkie bułki z mąki kukurydzianej i ruszamy w stronę parku. Tym razem z motoconchas, po trzy osoby na motocyklu. Pozwolenie na wejście do parku, bilety po 50 pesos i zaczyna się fascynująca podróż wśród korzeni mangrowców. Białe i czarne namorzyny, splątany las korzeni powietrznych, ogromnych korzeni podporowych. Bagna, bulgot pękających pęcherzyków z metanem, pelikany i endemityczne storczyki. Niemiecka "droga bananowa" przez bagna zadziwia trwałością po stu latach.

Dopływamy do grot Indian Arauków Taintu. Ci pierwotni mieszkańcy Karaibów byli masowo zabijani przez hiszpańskich konkwistadorów w XVI-XVII wieku. Do dziś żyje około 200 osób z tego plemienia. Ściany groty pokryte są piktogramami o różnorodnych znaczeniach - szaman, dziecko, słońce, wieloryb. Rysunki wykonane sokiem z mango liczą sobie ponad 4 tysiące lat. Z czcią dotykam wilgotnych ścian, potężnych stalaktytów i stalagmitów. To, o czym słyszeliśmy wiele razy nagle staje się realne. Napawam się widokiem lian, pnączy, korzeni powietrznych. Chcę chłonąć i nie zapomnieć tego widoku.

9 marca

Lądowanie w Berlinie. 5 godzin różnicy czasowej, jest więc 6 rano. Odprawa celna. Pada drobny deszcz, jest dosyć zimno. Ludzie w metrze ziewają, przymykają oczy. Zwykły dzień roboczy w stolicy.

Korki na trasie poznańskiej... wracam do rzeczywistości... koniec snu o Dominikanie...

Maja Walczak

1 marca. La Ciénaga

Nieduża, zapadła, rybacka wioska, w której rzadko widuje się ludzi o białej skórze. Należymy tu do pewnego rodzaju sensacji. Zatrzymujemy się w hotelu za niecałe 2USD, którego standard doskonale odpowiada cenie. To przybytek kojarzący się raczej z domem "na godziny"... parę niewielkich pokoi bez łazienek skupionych wzdłuż wąskiego korytarza oświetlonego czerwonymi żarówkami, a w każdym tylko jedno ogromne łóżko nakryte wyblakłą kapą. Trochę czasu mija zanim przyzwyczajamy się do obecności stałego lokatora "zaplecza" umywalki - czarnego karalucha wielkości męskiej dłoni. Aż trudno uwierzyć, że stworzenie, które w strefie umiarkowanej dorasta do trzech centymetrów długości, tutaj z ledwością chyba zmieściłoby się w szparze pod drzwiami... Po spędzonej w naszym towarzystwie nocy, gigant oswaja się z hałasem i światłem, wydaje się wręcz z zaciekawieniem wystawiać swe długie i ruchliwe wąsy zza białej emalii umywalki. Na większą odwagę go nie stać. Podczas gdy staramy się ignorować obecność owada, nasi sąsiedzi walczą ze szczurem, który wygryza dziurę w jednym z plecaków i najwyraźniej nie jest już tak nieśmiały jak karaluch, gdyż bez oporów buszuje w torbach z jedzeniem...

Wioska nie jest wyjątkowa, można nawet powiedzieć, że identyczna jak wszystkie inne w kraju - niszczejące chatki pokryte uschłymi liśćmi palmy lub blachą falistą odstającą w każdym możliwym fragmencie konstrukcji. Każdy z takich kolorowych domków został zbudowany jakby bez żadnego konkretnego pomysłu - sprawia wrażenie lepionego na ślinę, przy użyciu materiałów znajdujących się w danym momencie pod ręką - najważniejsze, aby wszystkie składniki trzymały się jako tako razem i tworzyły mniej lub bardziej trudną do rozpoznania całość, w której da się zamieszkać. W ciągu dnia drzwi są otwarte na oścież i bez trudu można zajrzeć do wnętrza. Zamiast ścian oddzielających pokoje, zasłony i kotary. Moskitiera nad łóżkiem, regały i stoły wystrugane z bliżej nieokreślonego surowca, telewizor, w glinianych wazonikach sztuczne kwiaty (chociaż na podwórku kwitną prawdziwe), na krześle duża miska z namoczonym praniem, sznury na bieliznę rozwieszone pod sufitem, a po klepisku spacerują majestatycznie kury... Nikt się tu najwyraźniej niczego nie wstydzi i nie ukrywa prywatnego życia przed sąsiadami. Ludzie sprawiają wrażenie wyjątkowo zadowolonych z życia. Są zawsze uśmiechnięci i serdeczni. Na terenie wioski wznieśli trzy, pokaźnych rozmiarów, kolorowe dyskoteki, a każda z nich posiada parę ogromnych głośników zasilanych osobnym generatorem, gdy nastąpi przerwa w dostawie prądu (co na całej wyspie zdarza się bardzo często). Na te głośniki złożyli się chyba wszyscy mieszkańcy przeznaczając na ich zakup swoje oszczędności... Od świtu do późnej nocy w osadzie wirują gorące dźwięki salsy, merengi, bachaty - porywają do tańca, narzucają rytm, nie dają złapać tchu po jednym utworze, a przed rozpoczynającym się zaraz po nim drugim. Wystarczy nawet cicha muzyka, by ludzie zaczęli się kołysać i klaskać w ręce. Kobiety zaczynają kręcić biodrami.

Przyglądam się im uważnie. Zaskakują swoją spontanicznością, energią, zadowoleniem z życia... wystarczy, że się uśmiechną, a ich radość wydaje się promieniować na innych ludzi. Obejmuje blaskiem całą okolicę, choć być może jest to tylko wrażenie - wynik oślepienia bielą zębów odsłoniętych nagle przy ciemnej skórze twarzy, zalotny ruch jasnych gałek oczu "biegających" bez ustanku od jednego do drugiego krańca oczodołów. Każda kobieta jest tu elegancka - ubrana w obcisłą krótką spódnicę, skąpą bluzeczkę na ramiączkach przeważnie w kolorach pastelowych (moda na róże i fiolety dotarła i tutaj). Takie stroje są codziennym widokiem nawet w najbiedniejszych wioskach, gdzie przez cały dzień pracuje się w polu. Na nogach, obowiązkowo, znajdują się szpilki lub buty na koturnach i nawet małe dziewczynki muszą się do nich przyzwyczajać. Obwieszają się, wyglądającymi na złote, bransoletkami, naszyjnikami, kolczykami podobnie jak ich starsze koleżanki lub mamy. Czasem trudno odróżnić dziesięciolatkę od dwudziestolatki, chociaż większość tych ostatnich posiada już dzieci.

Największym i najbardziej modnym "hitem" są długie włosy zakręcone na gumowe papiloty - im grubsze, większe i bardziej kolorowe wałki tym dumniejsza zdaje się być ich właścicielka. Przyozdobione w ten sposób kobiety, nie zależnie czy mają lat dwadzieścia czy sześćdziesiąt, można zauważyć w każdym miejscu wyspy. Chodzą tak do pracy, na zakupy, odpoczywają również przed swymi domami ostrożnie i dostojnie poruszając głową. W wałkach na włosach i w szpilkach na stopach kierują motorami zastępującymi tutaj rowery. Motorami jeżdżą także do szkoły siedmioletnie dzieci, do sklepu starsi panowie, na randki młodzieńcy, na niedzielne pikniki babcie z wnuczkami. Motor jest głównym środkiem transportu wystarczy wygodnie usiąść, włączyć silnik i nie męcząc się w upale dojechać do celu swej podróży. Rower nie sprawdziłby się w trakcie gorących popołudniowych godzin, kiedy nie chce się nawet ruszyć jednym palcem, nie wspominając o pedałowaniu. I bez nadmiernego ruchu człowiek obficie się poci, co wystarcza za całodzienną dawkę ćwiczeń.

Motorem można jeździć bez tłumika, być głośnym i zwracającym na siebie uwagę w każdej sytuacji. Tutaj, im ktoś donośniej mówi, potrafi krzyczeć tak aby słyszała go cała wioska, tym jest bardziej zauważalny... podczas kłótni z rówieśnikami, czy w trakcie targowania się z ulicznymi sprzedawcami. Potrafi także "przebić się" przez wszechobecną, rytmiczną, a czasem ogłuszającą muzykę. Kolorowe stroje, ozdoby we włosach, błyszcząca biżuteria, odsłonięte części ciała, czy zalotne spojrzenia nie wystarczają, aby przywabić mężczyzn tu każda kobieta, od urodzenia, zdaje się być piękna i atrakcyjna, musi zatem wypracować własną metodę na zwrócenie na siebie uwagi i wymyślić nowy sposób na stworzenie swojego niepowtarzalnego wizerunku. Niestety, nawet barwne gumowe papiloty stają się chyba szybko popularną ozdobą, która oszałamia jedynie turystki z Europy...

4 marca. Pico Duarte

Czwarta rano. Na zewnątrz drewnianego baraku panuje jeszcze noc. Znajdujemy się na wysokości 2200 metrów nad poziomem morza. Temperatura około 0°C, pierwsza dekada marca. Na przełęczy pod szczytem Pico Duarte spokój, cisza. Wszyscy turyści jeszcze śpią. Wstajemy najwcześniej, trzęsąc się z zimna i niewyspania - przez ostatnie godziny, zamiast wypoczywać, walczyliśmy ze szczurami. Szopa spełniająca obecnie rolę schroniska, a kiedyś będąca miejscem spotkań wyznawców Vodoo, jest królestwem gryzoni przyzwyczajonych do obecności ludzi, a co się z tym bezpośrednio wiąże, do ogromnej ilości pozostawianych przez nich odpadków żywności, które nadają się do natychmiastowego skonsumowania... Bez jakiegokolwiek wysiłku szczury zaopatrują się tutaj w zapasy pożywienia. W błyskawicznym tempie nauczyły się wykradać smakołyki z toreb, plecaków, garnków a potem skutecznie ukrywać się pod podłogą czekając na następną nadarzającą się okazję, aby wywlec cokolwiek jadalnego. Nie boją się niczego, a z całą pewnością nie ludzi. Biegają "tupiąc" w charakterystyczny sposób tuż przy naszych głowach, między rzeczami i plecakami - przemieszczają się prędko i zwinnie, zarówno po ścianach jak po belkach pod sufitem. Przed bliskim z nimi kontaktem ratuje nas wyrzucona na środek pomieszczenia zupka w proszku, którą porywają w ułamku sekundy i wloką po podłodze w kierunku wyjścia. Jest ciemno, słyszymy jedynie szelest i trzask rozdzieranego, czy też przegryzanego foliowego opakowania. Za moment "zdobycz" zaklinowuje się w szparze pod drzwiami, ale i z tą przeszkodą mogą sobie poradzić. Najlepszym sposobem na ochronę prowiantu jest wrzucenie łakoci do jednego worka i zawieszenie go na sznurku pod sufitem - tak, by wisiał w powietrzu i był niedostępny z każdej strony. Potem można spróbować zasnąć...

Krótkie, tradycyjnie już składające się z mlecznej kaszki śniadanie przyrządzone przy ognisku i wyruszamy w górę. Cały sprzęt, plecaki i jedzenie zostają skazane na penetrację przez wszędobylskie gryzonie. Chcemy wejść na szczyt tuż przed wschodem słońca, tak żeby nie ominął nas rzadki przywilej oglądania z najwyższego miejsca kraju budzącej się do codziennego, tropikalnego życia jednej z wysp Karaibów - a właściwie jej górskiej, porośniętej lasem deszczowym oraz piniami kubańskimi części. Chłopak, który prowadzi nas na szczyt stawia pewne, długie kroki i nie używa prawie wcale latarki. Sprawia wrażenie jakby równie dobrze mógł zamknąć oczy i iść po omacku, a doszedłby w tym samym czasie co my i bez większych problemów. Zna tę trasę na pamięć, wie gdzie warto przystanąć, aby rozejrzeć się uważnie dokoła. Pokazuje zmienioną przez nocny przymrozek ziemię, budzi z odrętwienia ogromnego pająka, jako pierwszy zauważa nieśmiałe promienie słońca. Nie zdążymy, jeśli nie przyspieszymy wędrówki. Wraz z coraz bardziej rozświetlonym krajobrazem i jego komponentami wynurzającymi się z mroków, budzą się "mieszkańcy" okolicy i wyruszają na poranny żer. Wszystko co żyje wydaje się nagle biec razem z nami (lub też za nami) na szczyt, żeby zobaczyć wstające słońce i mgły opadające powoli w doliny. Wspinamy się coraz wyżej i wyżej, wokół nas już tylko ogromne bloki skalne, spoza których wystaje gdzieniegdzie jakiś mizerny krzew

Jesteśmy na wysokości 3175 metrów nad poziomem morza. Zdobywamy Pico Duarte - najwyższy szczyt Karaibów. Poranne słońce zdaje się bawić barwami swych promieni. Widać pomarańczowo - czerwono - żółte i jakie tylko można sobie wyobrazić smugi pomiędzy skłębionymi warstwami nagrzewającego się szybko powietrza. Ten widok zapada mi głęboko w pamięć - to jeden z najpiękniejszych i najbardziej niesamowitych wschodów słońca jakie do tej pory widziałam.

7 marca. Ostatnia noc

Co różni Polskę od Dominikany? Wszystko... inni ludzie, roślinność, zwierzęta, kolory, zapachy, wiatr, a nawet deszcz przynoszący upał i duchotę. Jutro opuszczamy egzotyczne Karaiby... kończy się sen o Dominikanie... Popijamy rum z coca-colą i limonką żegnając się z wyspą.

Więcej z Ameryki Północnej