Geozeta nr 10Europa

Bliżej niż myślisz... Kaukaz - najwyższe góry Europy

Przemysław GorajRosja
Bliżej niż myślisz... Kaukaz - najwyższe góry Europy

Dlaczego jechać akurat w Kaukaz, teraz gdy Alpy są dostępne dla wszystkich? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, trzeba wziąć kilka spraw pod uwagę. Na pewno jeśli chcemy żeby wszystko było łatwo i przyjemnie i do tego dysponujemy większą ilością gotówki, to odpowiedź jest prosta: wyjeżdżamy w Alpy. Najlepszy sposób na działalność górską to posiadanie samochodu. Możemy wtedy jednego dnia wspiąć się na Großglockner w Austrii, by drugiego być już pod Mont Blanc w Dolinie Aosta. Ale co zrobić jeśli nie mamy na tyle sprawnego sprzętu, by odważyć się na przekraczanie alpejskich przełęczy? Wiem z własnego doświadczenia, że wysiadanie z poczciwej Skody-120 na górskich serpentynach, aby odciążyć silnik jest dość niebezpiecznym manewrem. Śmiało poprowadzone drogi w Alpach często biegną tunelami, wiaduktami oraz nie mają poboczy, a przebieganie tunelu w nadziei, że nic nie nadjedzie z przeciwka nie należy do przyjemności.

Mapa trasy: Bliżej niż myślisz... Kaukaz - najwyższe góry Europy
Mapa trasy

Jeśli mamy ograniczone zapasy finansowe i chcemy dużo zobaczyć za małe pieniądze, Kaukaz będzie dla nas najlepszym rozwiązaniem. Miejmy jednak świadomość, że tam musimy sami o wszystkim pomyśleć. Trzeba przezwyciężyć problemy administracyjno-biurokratyczne, które będą przed nami piętrzyć różni służbiści; począwszy od straży kolejowej i leśników, a kończąc na dowódcy jednostki wojsk ochrony pogranicza.

Jeśli podejmiemy już decyzję gdzie jechać, powinniśmy zebrać jak najwięcej materiałów o danym rejonie. Warto wiedzieć co nas może spotkać, jak poradzili sobie inni... Tutaj nieoceniony staje się internet. Dzięki informacjom zdobytym z sieci dowiedzieliśmy się o istnieniu Rejonu Teberdyńskiego w Zachodnim Kaukazie. Również korzystając z internetu można zamówić transport z Nalczyka pod drzwi obozu alpinistycznego w dolinie Bezengi.

Pomysł wyjazdów w góry Kaukazu nie jest nowy. Alpiniści zachodni począwszy od 1868 roku regularnie eksplorowali góry. Alpinizm radziecki rozpoczął się w 1923 roku od zbiorowych wejść na Kazbek i Elbrus.

Pierwsza polska wyprawa, organizowana przez Klub Wysokogórski, wyruszyła 3 lipca 1935 roku. Był to wyjazd naukowo-alpinistyczny, dużą ilość sprzętu transportowały osiołki. W tamtych czasach, w razie wypadku, do najbliższego lekarza w Nalczyku trzeba było jechać 100km. Pomimo prymitywnego jeszcze sprzętu, wyprawa zakończyła się dużym sukcesem. Było to trzecie przejście drogi Mummery'ego, na drugi co do wysokości wierzchołek Kaukazu - Dych-Tau (5204 m. n. p. m.). Następna polska ekspedycja ruszyła dopiero po 22 latach przerwy i od tego czasu Polacy regularnie odwiedzają Kaukaz. W okresie, gdy wyjazd w Alpy był nieosiągalny dla polskich turystów i narciarzy, góry i sanatoria Kaukazu cieszyły się dużym powodzeniem wśród naszych rodaków. Po pierwszej wojnie w Czczenii nastąpiła stagnacja. Niegdyś przepełnione kurorty, takie jak Pjatigorsk czy Mineralne Wody, świecą dziś pustkami.

Po tygodniach przygotowań, wspólnych spotkaniach, oglądaniu slajdów i załatwianiu formalności wyruszamy dnia 4 lipca 1999 roku, sześćdziesiąt cztery lata po tym, jak pierwsza polska ekspedycja wyruszyła z Warszawy. W skład naszej wyprawy wchodzi dziesięć osób, wszyscy są studentami. Trzech z nas należy do Klubu Wysokogórskiego w Warszawie, pozostała część grupy pierwszy raz będzie chodzić w rakach czy używać lin. Z całej ekipy tylko jedna osoba była wcześniej na Kaukazie, także tylko jedna osoba posługuje się językiem rosyjskim.

Przekraczamy granicę z Białorusią w Brześciu. Tłum handlarzy i przemytników z obu stron granicy tworzy specyficzny klimat podróży. Pomysłowość ludzi, którzy przemycany spirytus i papierosy chowają dosłownie gdzie się da, wprawia nas w zdumienie. Kobiety, bez większego skrępowania naszą obecnością, wkładają za biustonosze po kilka paczek papierosów. Te, które mają "lepsze warunki" mogą tam ukryć nawet cały karton. Równie dobrym miejscem jest but, w którym można schować torebkę ze spirytusem, nie wspominając już o schowkach w pończochach czy spódnicy. Jadąc tym pociągiem odnosi się wrażenie, że cała ludność przygraniczna utrzymuje się z przemytu. Na stacji docelowej czekają już klienci skupujący przerzucone towary.

Polscy celnicy nie mogą się nadziwić po co jedziemy na Białoruś. Nie chcą uwierzyć w nasze opowieści o górach, pomimo dających się zauważyć czterdziestokilogramowych plecaków. Pytają po ile kupujemy tam kompakty...

Pierwsza przygoda ma miejsce już pod dworcem kolejowym w Brześciu. Kupując ruble od miejscowej "babuszki", zostajemy zaskoczeni przez tajniaków legitymujących się jako policja. Gdy ładujemy do plecaków grube pliki banknotów rubli białoruskich, podjeżdża czarny mercedes, a z niego wyskakuje kilku agentów. Kobieta błyskawicznie ucieka. Nasze zaskoczenie jest ogromne, nie wiemy co się dzieje. Mój kolega Sokół waha się przez chwilę, po czym zaczyna gonić handlarę. Ja jestem bez szans, gdyż potężny mężczyzna trzyma mnie mocno za rękę, a przy tym wymachuje legitymacją przed nosem. Za moment przyprowadzają Sokoła, jesteśmy więc w komplecie. Zaczynają się wyjaśnienia. Do dziś nie wiem jak to się stało, że przekonaliśmy ich, że nie jesteśmy groźnymi bandytami, a jedynie biednymi studentami z "Polszy", którzy chcą "pooddychać" na Kaukazie. Pomimo naszej szczątkowej znajomości języka rosyjskiego dajemy sobie jakoś radę, no i najważniejsze, że możemy ruszać dalej.

Jedziemy bezpośrednim pociągiem z Brześcia do Pjatigorska, z jednym dłuższym (4-godzinym) postojem w Rostowie nad Donem. Podróż rosyjskimi kolejami to przygoda sama w sobie. Dla większości Rosjan jest to jedyny sposób przemieszczania się na wielkie odległości. Żeby zdać sobie sprawę ze znaczenia tego środka transportu, wystarczy uświadomić sobie, że na kolei w tym państwie zatrudnionych jest ponad 1,5 miliona osób. Nasza podróż trwa trzy noce i dwa dni, a wcale nie należy do najdłuższych. Wystarczy porównać ją z przejazdem trasą trans-syberyjską, która trwa tydzień.

Doskonałym posunięciem okazuje się kupienie droższych biletów w wagonach "kupiejnych". Różnią się one od planckarty tym, że mają oddzielne przedziały z zamykanymi drzwiami oraz klimatyzację (a właściwie nawiew chłodnego powietrza... ale pod warunkiem, że pociąg jedzie). Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że toalety są przestronniejsze i czystsze. W trakcie podróży bawimy się świetnie, gramy w karty i kalambury. Na każdej stacji, na której stajemy czeka tłum handlarzy gotowych wcisnąć nam wszystko; począwszy od suszonych ryb, poprzez gotowane raki, a na komplecie kryształów kończąc. Największym "wzięciem" wśród uczestników wyprawy cieszą się różnego rodzaju bułki z kartoflami, kapustą lub serem oraz wyśmienite piwo Bałtyk.

W pociągu poznajemy Wiktorię, młodą Rosjankę polskiego pochodzenia. Okazuje się, że właśnie wraca do domu po roku nauki spędzonym w Lublinie na tamtejszym uniwersytecie. Wiktoria studiowała polonistykę i doskonale mówi po polsku. Zapraszamy ją do naszego przedziału na imprezę. Dowiadujemy się od niej wielu rzeczy o sytuacji na Kaukazie. Mówi nam, że niedawno wybuchły bomby na głównym rynku we Władykaukazie i że terroryści ostrzeliwują pociągi. Wszystkie te nowości wpływają niekorzystnie na naszą psychikę. Zapał grupy do wędrówki wyraźnie podupada. Czyżby trzeba zmienić plany? Przecież upłynęło już tyle lat od wojny w Czczenii, czego mamy się bać? Każdy po cichu zastanawia się czy warto ryzykować. Po dotarciu do Pjatigorska musimy zdecydować co robić dalej. Pierwotny plan zakładał, że jedziemy pod Kazbek - pięciotysięcznik wysunięty najdalej na wschód. Jednak żeby tam dotrzeć, trzeba przejechać przez Władykaukaz, który znajduje się bardzo blisko granicy z Czeczenią. Po zażartej dyskusji, decyzję podejmujemy w sposób demokratyczny, czyli przez głosowanie. Dziewięć osób na dziesięć chce jechać w Kaukaz Zachodni, zatem przysłowiowa klamka zapada.

O Kaukazie Zachodnim wiemy tyle co nic, a więc parę zdań ściągniętych z internetu. Tym co nas przekonało, żeby tam jechać był opis: "klimat jest najłagodniejszy na Kaukazie a pogoda stabilna, roślinność najpiękniejsza,... pod względem turystycznym to najwspanialszy rejon Kaukazu...". Nie było tego dużo, ale brzmiało zachęcająco.

Następnego dnia organizujemy transport i tutaj pomoc Wiktorii okazuje się nieoceniona. Wynajmuje nam busa w biurze turystycznym. Kierowca o imieniu Pasza to "kawał chłopa", a poza tym świetnie mówi po rosyjsku, co jest ważne, gdyż co kilkanaście kilometrów kontroluje nas policja. Czuć, że sytuacja jest napięta, na drogach poustawiano zasieki i każdy pojazd jest dokładnie sprawdzany. Widzimy sporą ilość wojska i policji. Szczególnie podejrzliwie patrzą oni na "czarnych" - czyli, jak się tutaj mówi, na ludność o ciemnej karnacji. Zobaczywszy nasze liny i czekany, puszczają nas bez żadnych zbędnych pytań. Znajdujemy się w Republice Karaczajsko - Czerkieskiej, jedziemy Drogą Wojenno - Suchomską, która wiedzie w górę rzeki Kubań, a potem Teberdy. Za uzdrowiskiem Teberda wjeżdżamy na teren Rezerwatu Teberdyńskiego. W końcu docieramy na Polanę Dombajską i tutaj znajdujemy nocleg w leśniczówce. Chwilę gawędzimy z leśniczym i jego żoną. Grający magnetofon szpulowy wzbudza w nas ciekawość. Widać, że Sasza, syn leśniczego, jest bardzo dumny ze swego sprzętu i prezentuje nam coraz to "nowsze przeboje".

Zanim możemy wyjść w góry trzeba załatwić formalności. Musimy uzyskać bumagi (pozwolenia) od policji, straży leśnej oraz od służby ratowniczej. Komisariat jest jednopokojowym pomieszczeniem, w którym, oprócz stołu i krzeseł, na ścianie wiszą plansze instruujące jak rozebrać na części kałasza. Po wejściu do środka policjant zamyka za nami kratę. Czyżby przyszło nam tu zabawić dłużej? Jednak po wypełnieniu kilku formularzy z naszymi danymi i wciśnięciu mu listy uczestników znowu odzyskujemy wolność. Rosyjscy urzędnicy lubują się w pismach ze szczególnie dużą ilością stempli i podpisów. Pamiętając o tym, sporządziliśmy taki "spisok" przed wyprawą i umieściliśmy na nim mnóstwo pieczątek: Samorządu Studentów Politechniki Warszawskiej, Społecznej Szkoły Podstawowej nr 1, a także pieczątkę Prezesa Koła Łowieckiego.

Po załatwieniu formalności ruszamy nareszcie w góry, jest piąty dzień od wyjazdu z Warszawy. Wynajmujemy przewodnika, gdyż zmusza nas do tego zaistniała sytuacja. Nie posiadamy żadnej mapy ani opisu rejonu i nikt z nas wcześniej tutaj nie był. Nasz przewodnik Wołodja zna świetnie góry, bowiem na co dzień pracuje w służbie ratowniczej. Nabieramy do niego szacunku, gdy dostrzegamy na jego ramionach tatuaże dobitnie świadczące o pobycie na wojnie w Afganistanie. Dochodzimy do alp-łagiera Alibek. Jest to pozostałość dawnej bazy alpinistycznej. Jej świetność dawno minęła, chociaż ponoć, kiedyś w sezonie letnim przebywało tu zawsze kilkuset alpinistów. Teraz, poza nami, jest tu jedynie kilku gości, których głównym zajęciem jest gra polegająca na rzucaniu pociętymi fragmentami opon na wystające patyki. Namioty rozbijamy na trawie obok spróchniałych podestów domów. Stan budynków to obraz katastrofy radzieckiej gospodarki. Sprawiają wrażenie jakby na skutek wybuchu bomby 10 lat temu, ludzie porzucili wszystko w jednej chwili. W środku znajdujemy naczynia, garnki i sztućce, które zostawiono na stołach i których od wielu lat nikt nie ruszał, a wszystko to przykrywa gruba warstwa kurzu i pajęczyn.

Rano ruszamy w góry, ma to być wejście aklimatyzacyjne. Większość z nas przekracza pierwszy raz w życiu granicę trzech tysięcy metrów. Po drodze przedzieramy się przez sięgające po pas bujne łąki, liściaste lasy oraz zarośla rododendronów z pięknymi dużymi kwiatami. Wchodzimy na przełęcz Sułachat (3200 m. n.p.m.), przeprowadzamy szkolenie w chodzeniu w rakach i posługiwaniu się liną. Z przełęczy roztacza się przepiękny widok na pobliskie szczyty: Belala-Kaja (3885 m. n.p.m.), Dombaj-Ul'gen (4047m. n.p.m.), Semionov Baszi. Olbrzymie wrażenie robi na nas potężny, spękany lodowiec Alibek.

W następnych dniach wspinamy się (drogą 2A) na Pik KAP (3400 m. n.p.m.), co oznacza szczyt Komunistycznej Austriackiej Partii. Wchodzimy również na Sofrudżu (3875 m. n.p.m.). Niestety nasz czas się kończy. Szybko mija sześć dni jakie mieliśmy zaplanowane na pobyt w rejonie Dombaju. Jesteśmy umówieni z kierowcą Paszą w dolinie. Żegnamy się z poznanymi alpinistami z Uralu, którzy "uratowali nam życie" częstując nas herbatą, gdy po kilkugodzinnym podejściu z ciężkimi plecakami dotarliśmy na biwak pod Sufrudżu. Malownicze doliny, biel lodowców i fantastyczne kształty granitowych turni sprawiają, że ciężko pożegnać się z tym urokliwym miejscem.

Po kilku godzinach jazdy jesteśmy z powrotem w Pjatigorsku. Dzięki pomocy Wiktorii udaje nam się załatwić nocleg w polskim kościele. Śpimy w piwnicach. Znajduje się tam przestronne pomieszczenie, w którym na ścianach wiszą różne pamiątki związane z Polską oraz zdjęcia upamiętniające pobyt dzieci ze związku Polaków na koloniach w Polsce. Sala obok jest klasą, gdzie w trakcie roku szkolnego dzieci uczą się języka polskiego. Na tablicy widnieją jeszcze zapiski: ładny - ładniejszy -najładniejszy. Mamy przyjemność porozmawiać z księdzem Markiem, który opowiada nam trochę o swojej pracy. Dowiadujemy się, że parafia, nad którą sprawuje pieczę, zajmuje większą powierzchnię niż największe diecezje w Polsce.

Spędzamy w Pjatigorsku dwa dni. Regenerujemy siły, a głównymi atrakcjami wieczoru stają się wyśmienite szaszłyki i piwo. Doskonałe jedzenie, dobra zabawa oraz piękne Rosjanki sprawiają, że niektórzy z nas rozważają możliwość pozostania w mieście na dłużej. Jednak kryzys zostaje zażegnany po zdecydowanej interwencji kierownictwa wyprawy.

Z Pjatigorska jedziemy do Nalczyka - stolicy Republiki Kabardyjsko - Bałkarskiej. Tracimy pół dnia oczekując pod murem jednostki wojskowej na jakiegoś oficera, który łaskawie podstemplowuje nam bumagę zezwalającą na pobyt w strefie przygranicznej. W tym czasie rozbawia nas bardzo widok żołnierza niezwyciężonej Armii Czerwonej, który zamiata gałęzią teren przed bramą wjazdową do jednostki. Po uzyskaniu odpowiedniego pozwolenia załatwiamy busa, ale nie jest to sprawa prosta, gdyż nigdzie nie ma benzyny, a kierowcy nie chcą jeździć daleko. W końcu znajdujemy przewoźnika, który ma jeszcze trochę paliwa w baku, ale za bardzo nie wie gdzie jest ta dolina Bezengi, do której tak chcemy dotrzeć. Gdy oferujemy mu 16$ mięknie i zabiera całą dziesiątkę do wozu. Jedziemy krętymi drogami górskimi, mijamy liczne wioski. Szlak przedziera się przez wąskie kaniony, po bokach których widać strzeliste ściany skalne. Nie raz zdarza nam się czekać aż stado krów przejdzie przez drogę, zanim możemy ruszyć dalej. Kierowca jest mistrzem w slalomie między zwierzętami. Zjeżdżając z górki wyłączamy silnik, aby oszczędzić paliwo. Dojeżdżamy do miejscowości Bezengi, rozstajemy się z naszym szoferem i dajemy mu jeszcze 4$ premii.

Wieś Bezengi, zamieszkana przez Bałkarów, jest etnicznie jednolita. Znajduje się tu niewielki meczet. Chodząc i szukając jakiegoś samochodu do wynajęcia, który zawiózłby nas do odległego o 17 km alp-łagiera Bezengi, spotykam rudego chłopczyka, który podchodzi do mnie, wyciąga rękę i pozdrawia mnie słowami "salam alejkum".

Udaje się zwerbować chętnych do podwiezienia nas górali. Żądają po 8$ za osobę, gdyż tyle brali od Niemców. Targujemy się i staje na 5$ za osobę. Jak się później okazuje, można było zejść z tą ceną nawet do 3$. Wskakujemy na ciężarówkę wraz z trzydziestokilogramowymi plecakami i zaczyna się podróż niesamowicie wyboistą trasą. Po drodze na pakę wskakuje kilku górali, którzy rozpoczynają imprezę. Otwierają kilka butelek wódki i hojnie nas częstują. Wywiązuje się rozmowa, z której wynika, że są nastawieni bardzo przyjaźnie do Polaków, natomiast zupełnie inaczej do Rosjan. Jest już noc, jedziemy kołyszącą się ciężarówką. Śpiewamy wspólnie piosenki - oni swoje góralskie, my szanty. "Hej sokoły" wykonujemy na zmianę. Panuje atmosfera ogólnej przyjaźni, bratamy się z nowymi przyjaciółmi, robimy wspólne zdjęcia, wymieniamy uściski. Ciężarówka zatrzymuje się na chwilę. Kierowcy wskakują na górę. Oni również mają butelkę. Czemu nie? Jak wszyscy to wszyscy. Potem ruszamy. Znowu potwornie trzęsie, ale my wciąż próbujemy śpiewać. Honor grupy ratuje Michał - samotnie wykonuje "Stary bryg", czym wprawia górali w podziw. Nagle dojeżdżamy do posterunku wojskowego. Kontrola dokumentów i możemy kontynuować "wycieczkę". Ale nie daleko. Za chwilę zatrzymuje nas leśniczy ze swoimi współpracownikami, oczywiście sprawdzają bumagi. Dochodzi do jakiejś sprzeczki między góralami a leśniczym i kończy się na tym, że leśniczy zostaje poturbowany, a my możemy jechać dalej. O północy docieramy z pieśnią na ustach do alp-łagiera. Zbudzony dyrektor wydaje nam klucze do domków campingowych. "Mały" problem ma z naszymi towarzyszami podróży, którzy domagają się w trybie natychmiastowym otwarcia baru i organizacji dyskoteki. Na szczęście jego autorytet jest na tyle duży, że przekonuje ich do powrotu na dół.

Baza alpinistyczna w Bezengi jest jedną z najlepszych na Kaukazie. Na miejscu można wykupić pełne wyżywienie, pograć w ping - ponga, jak również skorzystać z sauny. Pokój instruktorski jest doskonale wyposażony, są w nim dostępne zdjęcia i mapki pobliskich rejonów.

Spotykamy tu naszych znajomych z Polski, z którymi wcześniej się umówiliśmy. Planujemy wspólne wyjście. Rozpoczynamy działalność górską. Decydujemy się na zdobycie czterotysięcznika Ukiu (4330 m. n.p.m.). Przy zejściu spotyka nas niemiła przygoda, bowiem aż trzy osoby potykają się i spadają po ruchomym piargu. Na szczęście wszystko dobrze się kończy, gdyż wszyscy mają na głowach kaski.

Następnie wchodzimy w głąb doliny i oczom naszym ukazuje się potężna lodowa ściana Bezengi. Jest to jeden z najwspanialszych zakątków górskich na świecie. Nazywany jest "Małymi Himalajami". Mur Bezengi ciągnie się na długości ponad 12 kilometrów i na wysokości przekraczającej w kilku miejscach pięć tysięcy metrów. W tym rejonie znajduje się aż osiem wierzchołków przekraczających granicę pięciu tysięcy metrów. Mikstowe lub czysto lodowe ściany sięgają 1,5 kilometra. To teren niezwykle piękny i atrakcyjny pod względem uprawiania wspinaczki, ale również bardzo niebezpieczny i wymagający niemałych umiejętności. Do wyboru celu podchodzimy zatem z dużą rezerwą i decydujemy się na wejście na czterotysięczny Ljaver (4355 m. n.p.m.). Jest to pierwszy wierzchołek w murze Bezengi. Biwakujemy na przełęczy Zanner, skąd można osiągnąć wierzchołek w 3-4 godziny. Niestety w nocy nadchodzi załamanie pogody i rozpętuje się burza śnieżna. Huraganowy wiatr chce połamać maszty namiotów. Musimy walczyć, aby nas nie przysypało i podtrzymywać własnymi plecami ściany namiotów. W dzień nie ma poprawy, budujemy więc murki ochronne ze śniegu i czekamy dalej. Jeden z "domków" nie wytrzymuje naporu wichury i materiał rozrywa się. Musimy stłoczyć się po trzy osoby. Jest ciaśniej, ale za to o wiele cieplej. Rano wiatr cichnie, pojawia się słońce. Błyskawicznie podejmujemy próbę zdobycia szczytu. Mirka i Major stwierdzają, że mają już dosyć, decydują się na powrót do bazy. W drodze powrotnej Major wpada jeszcze do szczeliny na lodowcu. Całe szczęście klinuje się dobrze plecakiem, co zapobiega głębszemu wpadnięciu. Grupa 4 osób (Ania, Przemek, Sokół, Tomek) rusza do góry. Pomimo pogarszających się warunków, osiągamy szczyt drogą mikstowo - lodową o trudnościach 2B. Wyciągamy naszą flagę, robimy kilka zdjęć pamiątkowych i szybko schodzimy w dół do ciepłego namiotu. Następnego dnia kolejna grupa czteroosobowa pod kierownictwem Michała osiąga wierzchołek. Przy zejściu Przemek i Ania zdobywają jeszcze łatwy czterotysięcznik Pik Semionovskogo (4050 m. n.p.m), skąd rozciąga się wspaniała panorama na cały mur Bezengi. Potem już tylko w dół lodowcem i trzy godziny obchodzenia i przeskakiwania szczelin. W bazie nie możemy nacieszyć się smakiem chleba, miodu i masła. Przez ostanie trzy dnie jedliśmy tylko gorące kubki i suszone owoce. Nareszcie możemy napić się piwa. Jesteśmy nieźle odwodnieni, więc smakuje nam jak nigdy! Załatwiamy magnetofon i organizujemy imprezę z rosyjskimi alpinistami. Tańce trwają aż do rana. Następnie wskakujemy do ciężarówki i ruszamy na dół, do zielonych dolin, szaszłyków, "życia" oraz do cywilizacji.

Mam nadzieję, że tym artykułem pomogę podjąć decyzję wszystkim tym, którzy zastanawiają się czy pojechać w Kaukaz. Jedno jest pewne. To cudowny zakątek, który trzeba koniecznie zobaczyć. Pobyt w górach dostarczył nam dużo radości, a przeżyte przygody moc niezapomnianych wrażeń. Wspaniała i wciąż dzika przyroda, serdeczni ludzie, brak tłoku i głośnej cywilizacji powodują, że warto ten region odwiedzić.

Więcej z Europy