Wydanie internetoweAmeryka Północna

Viva México! Na szlaku Majów.

Radek MichalakMeksyk
Viva México! Na szlaku Majów.
Mapa trasy: Viva México! Na szlaku Majów.
Mapa trasy

Dzień 1.

Podróż z nowojorskiego JFK do Meksyku upływa mi dość szybko. W samolocie tradycyjnie, w polskim stylu, do śniadania (bardzo przyzwoita meksykańska jajecznica) zamawiam tequilę i poprawiam meksykańskim piwkiem. Poza tym wreszcie mam czas przejrzeć przewodnik Lonely Planet „Mexico” – wcześniej przy pomocy sieci i znajomych opracowałem tylko ramowy plan wyprawy.

W Mexico City szybko przechodzę odprawę i dostaję się na lotnisko. Po ogromnej dawce przemocy zaserwowanej przez przewodnik mam ochotę przykuć się do kaloryfera i czekać na lot powrotny... Wymieniam pieniądze na pesos i próbuje zadzwonić do polskich znajomych studiujących w Mexico City. Przy okazji odkrywam, że nikt w Meksyku nie mówi po angielsku, a ja niestety „no hablo espan~ol...” W końcu używając mojego szczątkowego portugalskiego daję radę kupić kartę telefoniczną i dzwonię pod numer zapisany na kartce.

Mikołaja i Zuzi nie ma, decyduję się więc pojechać do centrum i próbować dalej. Znajduję stację metra i z dwiema przesiadkami docieram do centrum. „Spanikowany” – po przestrogach z przewodnika to mało powiedziane o moim stanie ducha w metrze. Naczytałem się o mordercach, kieszonkowcach, stoję więc w kącie wagonu mocno przyciskając do siebie mój dobytek i czekając aż jakiś krępy Metys zagłębi nóż pod moim żebrem...

Wysiadam na stacji Zocalo, na głównym placu miasta Meksyk. Plac ten został wybrukowany kamieniami ze zburzonych przez konkwistadorów pałaców miasta Tenochtitlan, stolicy państwa Azteków. Wybieram sobie na nocleg hostel Catedral, znajdujący się na tyłach Catedral Metropolitana, centralnego budynku Zocalo (nocleg w pokoju 4-osobowym z łazienką za 13$, hostel bardzo czysty i sympatyczny). Biorę prysznic i schodzę do knajpki, która mieści się na parterze. Siedzę przez dobrą godzinę sącząc kolejne piwa z limonką, czytając ostatni numer NG i obserwując ruch na Zocalo, i myślę sobie: „to jest to”. Pełen relaks. A przecież to dopiero początek...

W końcu zbieram się, idę na stację Allende i jadę do Coyoacan, dzielnicy artystów, gdzie umówiłem się z Zuzią i Mikołajem. Ruszamy, przedzierając się przez tłum, w końcu zatrzymujemy się w małej knajpce, na quesadillas (naleśniki) z salsa verde (to moje pierwsze spotkanie z piekielnie pikantną meksykańską kuchnią) i ciemne piwo z limonką. Spacerujemy po Coyoacan, jednocześnie ustalając plan na wieczór – jedziemy do supermarketu po limonki, barbadoski rum i colę... Mój powrót do hostelu przeciąga się coraz bardziej, aż w końcu o 3 nad ranem decyduję się olać powrót i zalegam na kanapie.

Dzień 2.

Miałem plan, żeby drugiego dnia zobaczyć... No właśnie, nawet nie pamiętam już co... Chyba pływające ogrody Xochimilco albo piramidy w Teotihuacan... W każdym razie nie ma to znaczenia, bo budzę się o trzynastej i mam ochotę zapomnieć o wszystkim i spać do wieczora. W końcu zbieram się i jadę na dworzec autobusowy TAPO, z którego odjeżdżają autobusy do Palenque, miasteczka na południu Meksyku słynnego ze względu na wspaniale zachowane ruiny miasta Majów w dżungli. Kupuję bilet na nocny autobus (55$) i wracam metrem do hostelu po moje rzeczy. Tu ciekawostka – z systemu metra w Mexico City korzysta dziennie 10 milionów pasażerów, przy czym nie istnieją żadne bilety okresowe. Każdy pasażer kupuje kartonikowy bilet za 2 pesos, który przy kasowaniu połyka bramka.

Czasu coraz mniej, więc zamawiam taxi autorizado z hostelu na dworzec autobusowy i proszę kierowcę, żeby się spieszył. To był błąd – koleś pędzi jak szalony, wciskając się między samochody, do ostatniego momentu jadąc na czołówkę z autobusami (w Mexico City istnieją kontrapasy, którymi autobusy mogą jeździć pod prąd), przejeżdżając po chodnikach. Gość oczywiście kasuje mnie jak za zboże, zamiast ok. 25 pesos płacę 100... Kiedy reflektuję się, że zrobił mnie w konia, jest już za późno.

Na TAPO nadaję bagaż i wsiadam do autobusu ADO do Palenque. Podróżowanie po Meksyku bywa niewygodne i niebezpieczne – zdarzają się napady na autokary, rabunki i morderstwa. Dlatego też lepiej wysupłać nieco więcej grosza i jechać pierwszą klasą, firmą ADO lub Cristobal Colón. Dla wymagających podwyższonego komfortu pozostaje klasa deluxe firmy Maya d’Oro. Autobusy te kosztują więcej, ale jeżdżą autostradami, które są podobno bezpieczne. Jeśli dodać do tego możliwość oglądania kinowych hitów sprzed paru lat w wersji hiszpańskojęzycznej, to jest to dobra inwestycja.

Przy wyjeździe z Mexico City ogromne wrażenie na mnie robi wielkość miasta. Ciudad de México ma 24 miliony mieszkańców (to jedna czwarta populacji całego kraju), a nowych przybywa w tempie ok. 1100 osób dziennie (co daje prawie pół miliona ludzi rocznie!). Jeszcze w 1940 roku miasto miało zaledwie 1.7 miliona mieszkańców. Z dworca autobusowego, który znajduje się na wschodzie miasta jadę właśnie we wschodnim kierunku przez długi czas, a przez cały czas aż po horyzont rozciągają się porozrzucane gęsto po wzgórzach slumsy.

Dzień 3.

Kiedy budzę się o świcie, autobus jedzie przez spowitą porannymi mgłami selwę. Trasa z Meksyku do Palenque liczy 1100 km, a kierowca jedzie prawie bez przerwy (zmiennicy występują tylko w najdroższej linii Maya d’Oro). Jest to trochę stresujące, tym bardziej, że w nocy jechaliśmy przez góry Cordillera Neo-Volcánica w gęstej jak mleko mgle.

W Palenque zostawiam rzeczy w pensjonacie Posada Nacha’n-ka’an, jem desayuno americano, czyli jajecznicę i tosty z dżemem, po czym ruszam do ruin. Za podróż mikrobusem do ruin płacę 1$, do tego 3.5$ za wstęp. Po drodze poznaję parę Szwajcarów, ale są strasznie sztywni, więc się rozdzielamy.

Do ruin wchodzę zaraz po ósmej, dopiero podnoszą się poranne mgły. Wrażenie jest niesamowite – poranny przesyconą wilgocią chłód dżungli szybko ustępuje nieznośnemu upałowi, z drzew dochodzą piski małp, a z zieleni powoli wyłaniają się kolejne budowle.

W ruinach spędzam cały dzień. Teraz rozumiem, o co chodziło Mikołajowi i Zuzi – pocę się z siłą wodospadu. Ciuchy kleją się do mnie. Nawet w cieniu jest tak potworny upał i wilgotność, że nie da się wytrzymać. Wszystko jest zupełnie mokre.

Koło południa skwar jest nie do zniesienia i ruiny wyludniają się zupełnie. Ja kładę się w cieniu na progu któregoś z budynków i ucinam sobie drzemkę. Kiedy upał staje się trochę lżejszy (a może po prostu przyzwyczajam się do niego), opuszczam główną część ruin i schodzę szlakiem prowadzącym w dół przez dżunglę do kolejnych części. Po drodze mijam wodospady i dostaję się do Grupo C oraz Grupos I i II. Miejsca te są mocno zarośnięte przez dżunglę, wszystko znajduje się w półmroku, co też ma swój urok.

W końcu wychodzę z ruin, zwiedzam szybko niewielkie muzeum znajdujące się nieopodal, po czym łapię colectivo jadące w dół, do miasteczka Palenque. Szybko odkrywam, że to straszna dziura, w której nie ma co robić. Zamawiam w którymś z barów porcję tacos i quesadillas i zaczynam się wahać czy następnego dnia jechać do Flores i Tikal w Gwatemali, do Bonampak i Yaxchilan, czy też może zrobić wypad w dżunglę, do wodospadów Misol-Ha. Żałuję, że nie pojechałem do Misol-Ha i Agua Azul tego dnia, od razu po zwiedzaniu ruin Palenque – zaoszczędziłbym w ten sposób jeden dzień. W końcu decyduję się na Misol-Ha, które gorąco polecał mi kumpel. Cały czas kusi mnie jednak gwatemalskie Tikal.

Wieczorem upał jest wciąż nie do zniesienia... Kiedy próbuję zasnąć w pensjonacie meldują się trzy Niemki, które wyciągają mnie na piwo. Resztę wieczoru spędzamy w knajpie, pijąc Coronę i gawędząc o podróżach.

Śpię na dachu, jednak i tu czuję się jak na saunie. Wszystko się do mnie lepi. Co chwila budzą mnie odgłosy ulicy. Rano wściekły przemeldowuję się do pokoju z wiatrakiem nad łóżkiem i dużą łazienką (10$ zamiast 5$).

Dzień 4.

Jem w pensjonacie szybkie śniadanie (3$) i ruszam do wodospadów Misol-Ha ukrytych w dżungli. To mniej więcej godzina drogi od Palenque. Przy wodospadach jestem około 10, widok jest wspaniały. Rzeka Rio Misol-Ha spektakularnie spada z wysokości 35 metrów do jeziorka otoczonego bujną roślinnością. Wilgotne powietrze i gęsta dżungla dookoła. Schodzę jeszcze ścieżką, która prowadzi do czegoś w stylu jaskini za wodospadem, po czym ruszam dalej do Agua Clara..

Agua Clara, jak sama hiszpańska nazwa wskazuje, to szerokie i płytkie jezioro przezroczystej turkusowej wody... Przynajmniej w teorii, a dokładniej w kwietniu i maju. We wrześniu woda jest zmącona przez osad, ale mimo wszystko jest lekko turkusowa. Na brzegu Indianki robią pranie, jakieś indiańskie dziecko podbiega i za grosze sprzedaje mi banany zerwane prosto z pobliskiego drzewa. Przechodzę przez gęstą roślinność i dostaję się na wiszący most przerzucony nad Rio Shumulha. Czuję się jak Indiana Jones, most jest wybrakowany, huśta się i chwieje, oba końce mostu giną w ścianie bujnej roślinności.

W połowie drogi między Palenque a Ocosigno, kilkanaście minut jazdy w bok od drogi nr 199, znajduje się Agua Azul, czyli Niebieska Woda. O tej porze roku woda niestety jest bura, jednak mimo tego białe kaskady wpadające do jeziora otoczonego przez dżunglę robią wrażenie. Przy głównej kaskadzie poznaję Słowaka z Bratysławy i razem idziemy w górę rzeki. Kaskady, już mniejsze, ciągną się przez dobry kilometr. Idziemy przez dżunglę jeszcze dalej, teraz już wąskimi ścieżkami, pomiędzy drzewami bananowców, cały czas wzdłuż rzeki. Wodospady się kończą, lecz dzika tropikalna rzeka jest niemniej fascynującym widokiem.

W końcu zawracamy i idziemy z powrotem w dół rzeki. Upał jest nieznośny, toteż cały czas marzę o zimnej Coronie z limonką. I nagle okazuje się, że w jakiejś małej indiańskiej chatce po drodze mają piwo, do tego całkiem chłodne. Z radością płacimy po 10 pesos, siadamy na brzegu rzeki na skrzynkach, które dali nam Indianie. Jest tak gorąco i duszno, że nie chce nic się robić, siedzimy więc leniwie i orzeźwiamy się kolejnymi butelkami piwa. Po południu schodzimy jeszcze do głównych kaskad i zamawiamy w knajpie wołowinę po meksykańsku, której towarzyszy ciemne piwo Negro Modelo.

W Palenque wieje nudą. Idę na jeszcze jeden obiad, tym razem jest to pizza, bo po meksykańskim jedzeniu zionę już czystym ogniem. Decyduje się na wycieczkę do Yaxchilan i Bonampak (45$) następnego dnia. Do granicy gwatemalskiej we Frontera Corozal można co prawda dostać się na własną rękę colectivo, ale zgranie wszystkiego jest ciężkie. Prawdopodobnie nie starczyłoby mi wtedy czasu na Bonampak.

Spotykam poznane dzień wcześniej Niemki i umawiamy się na piwo w pubie, ale po chwili rozpoczyna się ogromna tropikalna ulewa, po ulicach płyną rwące rzeki wody, a w całym miasteczku wysiada prąd. Cały wieczór spędzamy u nich w pokoju przy świeczce, którą daję nam właściciel.

Dzień 5.

Wstaję o 5.30 i wkrótce jestem już w mikrobusie jadącym do granicy z Gwatemalą we Frotera Corozal. Po drodze zatrzymujemy się na fantastyczne śniadanie w dżungli. Wąską ścieżką, wśród bujnej roślinności dochodzimy do stołów zadaszonych liśćmi bananowca. Śniadanie to tradycyjny meksykański all-you-can-eat, czyli jajecznica z szynką, czerwona fasola, płatki z jogurtem, kawa, świeże owoce i inne specjały. Dżungla jest tak gęsta, że siedzimy w półmroku.

Po dłuższym czasie dojeżdżamy do Frontera Corozal. Upał powoli staje się nieznośny. Na brzegu rzeki znajduje się punkt graniczny – stolik skryty w cieniu daszku z liści bananowca, jeden żołnierz siedzi z długopisem, dwóch innych stoi z karabinami. Ten, który siedzi, uważnie przegląda mój paszport, marszczy brwi, po czym w końcu spisuje moje dane, czyli „Radosław Andrzej. Polonia”. Nie chce mi się wyprowadzać go z błędu. Schodzimy do łódek. Brzeg rzeki jest przyjemnie ocieniony. Ci, którzy udają się do Bethel w Gwatemali wsiadają do jednej łodzi, ja do drugiej. Przez kolejną godzinę czy półtorej płyniemy przez dżunglę, po lewej stronie mając Meksyk, po prawej stronie Gwatemalę.

Yaxchilan to ruiny miasta Majów położone głęboko w dżungli lakandońskiej, na samej granicy Meksyku i Gwatemali, w zakolu rzeki Rio Usumacinta. Wysiadam z łódki i podążam ścieżką do wejścia do ruin. Atmosfera miejsca jest zupełnie inna niż ruin w Palenque – świadomość bycia gdzieś głęboko w dżungli, gdzie można dotrzeć tylko łodzią lub awionetką, jeszcze bardziej nieznośny upał, wszechobecne ryki zwierząt, chmary kąsających mrówek i moskitów. Położona u zbiegu granic Meksyku, Belize i Gwatemali dżungla lakandońska (Selva Lacandona), w której się znajduję, zajmuje tylko 1% powierzchni kraju, żyje w niej jednak ponad 1/3 wszystkich gatunków zwierząt zamieszkujących Meksyk, w tym jaguary, tukany, czerwone ary, tapiry, oceloty, różne gatunki małp...

Po przejściu przez El Laberinto (Labirynt) dostaję się na główny plac miasta, Gran Plaza. Dookoła porozrzucane są nieustannie walczące z bujną wegetacją budynki. Wdrapuję się po schodach do Edificio 33, najlepiej zachowanego budynku Yaxchilan, ze świetnie zachowanym „grzebieniem” na dachu. Ruszam dalej, do Edificios 39, 40 i 41, tym razem wąziutką ścieżką przez dżunglę. Idę cały czas mocno pod górę, a wilgotność w połączeniu z temperaturą powoduje, że leje się ze mnie pot. Po jakichś 10 minutach zaczynam zastanawiać się, czy nie zgubiłem właściwej drogi, bo cały czas idę zupełnie sam przez gęstwinę dżungli. W końcu dochodzę jednak do stojących na wzgórzu trzech budynków, z których rozciąga się wspaniały widok na góry po drugiej stronie rzeki, w Gwatemali.

Całą drogę powrotną do Frontera Corozal drzemię, budzę się tylko na chwilę, kiedy właściciel łodzi pokazuje pływające niedaleko brzegu krokodyle i zbliża się do nich. Wiatr oferujący chwilami chłodne powiewy daje trochę wytchnienia.

Po posiłku w raczej podłym barze we Frontera Corozal ruszamy dalej do Bonampak. To moje miejsce marzeń z dzieciństwa, o którym czytałem będąc jeszcze dzieckiem w National Geographic, zachwycając się fotografiami ruin ukrytych przed światem w gęstej dżungli. Bonampak było nieznane światu aż do 1946 r., kiedy to dotarł tam Charles Frey. W czasie kolejnej ekspedycji do Bonampak, w 1949 roku, jego łódka wywróciła się do góry dnem i Frey utonął, a Bonampak znowu zostało zapomniane.

Całość kompleksu położona jest wokół prostokątnego Gran Plaza. Wchodzę po licznych schodach na główną część kompleksu, z której rozciąga się przyjemny widok na otaczającą mnie Dżunglę Lakandońską. Zachodzę też do głównej atrakcji Bonampak, Templo de las Pinturas, czyli Świątyni Malowideł. Ściany świątyni pokryte są niesamowitymi freskami z VIII wieku (Bonampak oznacza w języku Majów tyle, co „Malowane Ściany”). Na zewnątrz świątyni umieszczone są tablice z interpretacją fresków, które pomagają zrozumieć ich sens.

Wieczorem powracam do Palenque, małego, brudnego miasteczka, którego mam już dość. Na szczęście rano wyjeżdżam.

Autobus do San Cristobal de las Casas niemiłosiernie wlecze się przez góry. Dystans 190 km pokonuje w czasie pięciu godzin, po drodze podskakując na niezliczonej liczbie progów zwalniających oraz bardziej wyrafinowanych vibradores.

Ostatni odcinek trasy wiedzie Pan-American Highway, legendarną drogą ciągnącą się od Alaski aż po Ziemię Ognistą, którą zawsze chciałem zobaczyć. Szczerze mówiąc – nic specjalnego.

Za to San Cristobal de las Casas okazuje się pięknym kolonialnym miastem położonym wśród okrytych chmurami gór, na wysokości 2100 m n.p.m. Pogoda jest tu zupełnie inna – mży deszcz, jest chłodno. Miasteczko ma niezwykły klimat. Włóczę się brukowanymi uliczkami, zachodzę na smaczny obiad do jednej z knajpek na Real de Guadalupe. Zachodzę też do Cafe Museo Cafe, kawiarni połączonej z muzeum kawy, prowadzonej przez zrzeszenie 15,000 lokalnych drobnych plantatorów kawy ze stanu Chiapas. Filiżanka kawy pochodzącej z okolicznych wzgórz ma rzeczywiście niesamowity smak.

Opuszczam kawiarnię i idę w górę uliczką Utrilla, do Templo de Santo Domingo, najpiękniejszego kościoła w San Cristobal, ze wspaniałą różową barokową fasadą. Obok kościoła rozlokowany jest indiański ryneczek, na którym za niewielkie pieniądze kupuję lokalne rękodzieło oraz pamiątki.

Dzień 7.

Po całej nocy w autobusie docieram do Oaxaca, stolicy stanu o tej samej nazwie. Zostawiam moje rzeczy w hostelu Santa Isabel i ruszam do centrum. Zaraz przy głównym rynku, Zocalo, jem pyszne meksykańskie śniadanie all-you-can-eat ($5), po czym ruszam do hotelu Riviera del Angel, skąd odjeżdżają autobusy do Monte Alban.

Monte Alban (Biała Góra), starożytna stolica Zapoteków, to ruiny miasta na spłaszczonym szczycie góry, 400 metrów ponad dnem doliny. Miasto przeżywało największy rozkwit między III a VII wiekiem, później zostało opuszczone i obróciło się w ruinę. Większość budynków położona jest na planie prostokąta wokół Gran Plaza, głównego placu długiego na 300 i szerokiego na 200 metrów. Cały kompleks jest niezwykle interesujący, do tego rozciąga się z niego spektakularny widok na okoliczne doliny i góry. Mnie najbardziej interesuje budynek, który służył do gry w piłkę (juego de pelota). W piłkę grały prawdopodobnie wszystkie meksykańskie kultury pre-hispaniczne; do gry służyła gumowa piłka, a celem było prawdopodobnie jak najdłuższe utrzymanie piłki w powietrzu, odbijając ją biodrami, nogami itp., tak by nie dotknęła ziemi. Przypuszcza się, że gra ta miała duże znaczenie religijne i służyła jako swego rodzaju wyrocznia. Źródłem ciekawych informacji o juego de pelota jest strona www.ballgame.org.

Po powrocie do Oaxaca zwiedzam miasto, przechadzam się uliczkami, zachodzę do wspaniałego barokowego kościoła Iglesia de Santo Domingo. Miasto ma wspaniały kolonialny klimat i takąż architekturę. Wybieram się także do knajpy Fonda de la Cruz, na północ od Zocalo, klimatycznego miejsca, które specjalizuje się w pysznych daniach z Oaxaca i Yucatanu.

Wieczór jest bardzo ciepły i przyjemny, siadam więc w kafejce przy głównym rynku i obserwuję po prostu życie miasta pijąc miejscową kawę.

Dzień 8.

Po szybkim śniadaniu – huevos mexicanos, czyli pikantnej jajecznicy w narodowych barwach Meksyku, z cebulą, pomidorami i papryczkami chili – ruszam do Puebla, miasta, które wszyscy mi zachwalali. Puebla ma hiszpańską atmosferę, ponad 70 kościołów w samym centrum, kolonialne budynki zdobione ręcznie malowanymi kafelkami, słynnymi azulejos. Miasto słynie też z lokalnej kuchni, a rzeczą, której absolutnie nie wolno pominąć w jadłospisie jest mole poblano, pikantny czekoladowy sos, który robi się z czekolady, chili, wędzonego jalapeno, pieprzu, orzechów, cynamonu oraz anyżu, i przeważnie podaje z kurczakiem lub indykiem. W Fonda la Mexicana, knajpce słynącej z mole poblano, próbuję właśnie tej potrawy.

Odwiedzam też wyśmienite Museo Amparo. W dwóch połączonych ze sobą budynkach znajduje się wystawa poświęcona cywilizacjom prekolumbijskim oraz świetna ekspozycja poświęcona kolonialnym Meksykowi.

Po południu okazuje się w końcu, że znajomi z Mexico City, którzy mieli spotkać się ze mną w Puebla i zabrać mnie na prawdziwy festyn do indiańskiej wioski, nie mogą przyjechać, więc biorę taksówkę na dworzec i wsiadam do autobusu do Mexico City.

W Mexico City dojeżdżam metrem z TAPO do stacji Universidad, z której odbierają mnie znajomi. W domu już czeka już zapas tequili i limonek...

Dzień 9.

Rano wsiadam w pesero (mikrobus), którym mam dojechać do stacji metra Universidad. W końcu jednak okazuje się, że wsiadłem w złe pesero i pojechałem zupełnie gdzie indziej. Ostatecznie dojechałem do innej linii metra i z przesiadką w centrum dostałem się na północny dworzec autobusowy, Terminal Norte.

Jem szybko tacos w ramach śniadania, kupuje bilet za $4 i wsiadam do autobusu do Teotihuacan, największego starożytnego miasta w Meksyku położonego w otoczonej górami odnodze doliny Valle de Mexico. Na miejscu mży, a chmury zapowiadają porządną ulewę.

Najpierw kieruję się do Templo de Quetzalcoatl, a stamtąd idę ponaddwukilometrową Calzada de los Muertos (Drogą Zmarłych) w stronę piramid. Piramida Słońca jest trzecią największą na świecie piramidą, ma 222 m podstawy i 70 m wysokości. Po wspięciu się po 248 schodach do staje na szczycie, ale zacinający z ukosa ulewny deszcz i mocny wiatr nie pozwalają mi tam długo zostać. Idę dalej Drogą Zmarłych i dochodzę do znajdującej się na jej końcu Piramidy Księżyca. Zwiedzam jeszcze Palacio de Quetzalpapalotl i kilka okolicznych budowli, i udaje się do muzeum i ogrodu botanicznego znajdujących się na tyłach Piramidy Słońca. Wieczorem wracam do Mexico City

Dzień 10.

Rano jem na śniadanie przepyszne tacos na ulicy, koło stacji Allende, po czym jadę do Bosque de Chapultepec, największego parku w Mexico City. Przez park dostaję się do Museo Nacional de Antropologia, jednego z najlepszych muzeów na świecie, mającego w swych zbiorach imponującą kolekcję dotyczącą cywilizacji prekolumbijskich Meksyku. Muzeum jest fascynujące i oferuje znacznie więcej niż większość ludzi jest w stanie zobaczyć, dlatego też decyduję się skoncentrować na tych częściach, które dotyczą regionów, w których byłem. A więc przede wszystkim: Majowie, Aztekowie, Zapotekowie, a potem zobaczymy. Zbiory naprawdę robią wrażenie i ciężko je opisywać. Sala Maya, która ma ekspozycję nie tylko z Meksyku, lecz także Gwatemali, Belize i Hondurasu, robi na mnie największe wrażenie. Sala Teotihuacana i kolejne są niewiele „gorsze”.

Z muzeum udaję się do centrum, gdzie jem obiad i dalej zwiedzam miasto. I to koniec. Wieczorem jadę na lotnisko i niestety opuszczam już Meksyk.

Strona autora www.greenet.pl/nicholasarchiwum, email: nicholas@greenet.pl

Zdjęcia do artykułu (6)

mexyk1.jpgmexyk2.jpgmexyk3.jpgmexyk4.jpgmexyk5.jpgmexyk6.jpg

Więcej z Ameryki Północnej