Wydanie internetoweEuropa

Rosja – Daleki Wschód i Kamczatka

Adam DębyRosja

To nie był dobry czas na wyjazd… Był koniec sierpnia i nawet u nas już w nocy chwytały przymrozki więc co dopiero będzie na Syberii dokąd się chcieliśmy wybrać? Rosją władał wówczas wiecznie pijany Jelcyn, a jego dworska kamaryla dokonywała w jego imieniu „prywatyzacji”. Przykład szedł z samej góry i na szczeblu lokalnym lepiej nie było – władza oznaczała „jestem silny i robię co mi się podoba”. Byle żołnierz czy milicjant robił więc co chciał – padliśmy ofiarą tego rok wcześniej w Kazachstanie i Kirgizji. Cały kraj przemierzali uciekinierzy i uchodźcy z Czeczeni oraz z sąsiednich republik obawiając się, że po przegranej wojnie mogą stracić nie tylko dobytek, ale i życie. Pełno było włóczęgów i zwykłych bandytów, którzy w kraju, gdzie na wypłatę czekało się wówczas kilka miesięcy za kilka dolarów byli gotowi wsadzić człowiekowi nóż w plecy… Ale ja zaledwie parę dni wcześniej obchodziłem 21 urodziny i wydawało mi się, ze mogę zdobyć cały świat i wszystkiego dokonać…

Sam wyjazd zaczął się już niefortunnie – w Moskwie ukradziono nam dobry, drogi (POŻYCZONY!!!) aparat fotograficzny i już do końca wyjazdu skazani zostaliśmy na żałosną imitację aparatu… Ale lepszy rydz nic…

W ówczesnej Rosji obowiązywały dwie stawki na bilety kolejowe – dla „swoich” i dla „innostrancow” (dla tych drugich odpowiednio wyższa ta stawka…).Problem sie rozwiązywało tak, ze brało się kogoś z dworca, obiecywało mu się parę dolarów za kupno biletów, dawało karteczkę z napisanymi naszymi nazwiskami oraz pieniądze na bilety. Najpierw jednak się sprawdzało w innej kasie ile kosztuje bilet dla obcokrajowców… I pod Omskim przydarza się nam tak historia: „no Poljaki u was bilety kak u Ruskich, sztraf budjet” – mówi kierownik pociągu. My gramy idiotów, udając, ze nie umiemy czytać po rosyjsku, mówimy o 45 latach przyjaźni, że razem armię niemiecką laliśmy po tyłku, a wy nas chcecie karać??? Za co ? – my za bilety zapłaciliśmy po 820 rubli (cena dla obcokrajowców)! Kierownik pokazuje cenę na bilecie– „o, tu jest 505 rubli!!!” A skąd my wiemy co ta cyfra oznacza? – daliśmy po 820 za każdy!!! Oszukali nas na stacji w Moskwie!!! To taki u was porządek? Gdzie milicja? Będziemy raport pisać!!! Na słowo „milicja” wszystko się uspokaja i cała sprawa rozchodzi się po kościach… „O wot bandity, obmanuli Poljakow, swołocze...” - mruczy wodzitjel pojezda…

Wysiadamy 6 dni później, po ponad 8 tysiącach kilometrów pijani oparami wódki, machorki, otumanieni wonią skarpet i zapachem przepoconych ciał, które panowały w naszym „plackartnym” wagonie… Wciąż w głowie gdakały mi kury, które jako „osobisty” bagaż (za skromnym „podarkiem” dla prowodnicy wagonu) jechały z nami w ośmiu wielkich klatkach, a właścicielka drobiu nie mogła się nadziwić dlaczego nie podróżujemy rowerami (choć za oknem śnieg leżał już w niektórych miejscach)…

W Chabarowsku spędzamy zaledwie kilka godzin – dowiadujemy się, ze nie ma żadnych biletów lotniczych do Pietropawłowska Kamczackiego i nie chcąc spać na dworcu ładujemy się do pociągu jadącego do Władywostoku. Tym razem musimy zapłacić stawkę dla obcokrajowców – kasjerka żąda od podstawionej przez nas kobiety naszych dokumentów...

We Władywostoku jest o wiele cieplej i jakby czyściej. Na ulicach królują japońskie auta. Dowiadujemy się, ze na Kamczatkę od paru lat nie pływają już statki pasażerskie, a na zwykłego handlowca nikt nas nie weźmie bez solidnej łapowy… Samolotów tez nie ma!! Co robić? – zbliża się kolejna noc, typki na dworcu jakoś bacznie nas obserwują, a na hotel pieniędzy nie ma. Ładujemy się wiec do marszrutki do Nachodki – dalej pociąg nie jedzie – to koniec linii kolejowej.

Ledwo świtało. Zmęczeni, brudni po tylu dniach w pociągu, zdołowani poszliśmy na „Dworzec Morski”. Wchodzimy, pierwsza rzecz jaka widzimy to biuro Aerofłotu . ”Żenszczina, a u was można pokupit bilet do Pietropawlowska na Kamczjatkje” pytamy? ”Da, konieczno, rjebjata!!! ”.Ale pierwsze wolne miejsca są za tydzień i na dodatek z… Chabarowska!!!Po kupnie biletów i odłożeniu kasy na pociąg powrotny do Moskwy okazuje się, ze mamy niecałe 100 dolarów. Więcej niż skromnie…

Śpimy pod posagiem Lenina za miastem. Lenin ma piękny widok na zatokę. A że socjalizm nakazuje się dzielić wiec widokami dzieli sie wieczorami z wszystkimi pijakami i włóczęgami z okolicy , a w nocy zakochani, głośnymi krzykami miłości przeszkadzają Wodzowi Rewolucji w wizjonerskich spojrzeniach… Wszyscy oni bardzo się dziwili dlaczego inostrancy śpią kolo pamjatnika, a nie w hotelu. Nas zadziwił tylko jeden bradzjaga (włóczęga), który podszedł do mojego plecaka, pociągnął nosem i wyliczył wszystkie produkty spożywcze jakie miałem w środku!!!Co mu nie daliśmy to on zjadał i zjadał – suchy ryz, opakowanie z kiełbasy, fasolę… Stwierdził, że jedzie z nami na Kamczatkę, ale kiedy zobaczył milicjantów szybko zniknął… Wracamy więc do Chabarowska. Po raz kolejny nie udaje się kupić biletów na pociąg dla miejscowych – bardzo skrupulatni są tutaj w kasach. Źle wróży to na przyszłość. Z tej dobowej podróży najbardziej pamiętam pewnego grubasa. Grubas tak nam wyjaśniał: ”Mój dziad był Tatarem, a babka była z Kałmucji. Ich córka, a moja matka wyszła za Polaka. No to kto ja jestem”? Poza tym grubas tak chrapał, ze podczas jazdy słychać go było w sąsiednim wagonie!!! Wiedziałem wiec już jak spały dinozaury…

W Chabarowsku przekoczowaliśmy na lotnisku „tylko” pięć dni – zwolniły się wcześniejsze miejsca… („zwolniły” to zbyt szumne słowo – poszliśmy do naczelnika lotniska - „my turisty, inostrancy, ale nie Japońcy tylko druzja z Polszy” itp. I facet po prostu kogoś wywalił z listy, a nas wepchnął). Spaliśmy na zmianę – zbyt często słychać było krzyki ludzi, których okradziono… Pobudka rano zawsze była ta sama – wielkie, spasione jak wieprze sprzątaczki waliły wszystkich miotłami wrzeszcząc: „to lotnisko, a nie hotel, wstawać, wstawać, sprzątanie”. Ale łazienki ani razu nie sprzątnęły, a kiedy już się do niej wejść nie dało to zamknęły ją po prostu na klucz… My na szczęście chodziliśmy na sąsiedni terminal, taki tylko dla obcokrajowców – było tam czysto, spokojnie, leciała przyjemna muzyczka (największa paranoją było słuchać tam „Welcome to the hotel California, The Eagles).W ubikacjach wisiał(!) miękki papier toaletowy, który stale był w użyciu przez nas po specjałach z lokalnego baru. Stać nas było tylko na gotowaną, kiszoną kapustę i chleb oraz wódkę (tańszą od chleba) podawana z przeszklonej lodówki, za która widać było zdechłe muchy oraz wysuszone karaluchy. Samego cholodzielnika tez pewnie nikt nie umył od czasów produkcji za późnego Chruszczowa względnie wczesnego Breżniewa…)

Do samolotu nie wpuszczono nas z tego samego terminalu co wszystkich tylko z tego dla obcokrajowców (to był „Międzynarodowy terminal”, z którego latały samoloty na Alaskę, a także do Chin i Korei). Absurd – przecież to lot wewnętrzny! I tylko dla nas trzeba było podstawiać specjalny autobus, sprowadzać personel do ważenia bagażu, podbijania i kasowania biletów… Weszliśmy jako ostatni na pokład i zaczęliśmy udawać Amerykanów – aby stewardesy dały nam dokładki i więcej piwa… Jedyne co dostaliśmy to po dwa ciastka, w odróżnieniu od reszty pasażerów, którzy dostali po jednym ciastku. Przecież rodziny pilotów i obsługi też muszą coś jeść, a nie tylko „Amerykanie”…

Gdy po trzech godzinach lotu wyszliśmy cało z Ił – 62, ba, nie zgubiono ani nie okradziono nam bagaży, był już wieczór. Co dalej? Na zewnątrz taksiarze, walutcziki, żule, suki, błatniacy – wszyscy są na miejscu. I patrzą się na nas… No to co robimy chłopaki? - pytam się. Ano zagadujemy pierwszego faceta o milszej aparycji, co to za wulkany widać niedaleko na horyzoncie. I to był strzał w dziesiątkę! Wiktor okazał się być dawnym członkiem ekipy ratowników górskich, Kamczatkę przemierzył wszerz i wzdłuż i w ogóle zaprasza nas do siebie do domu. Witor obecnie pracuje w piekarni wiec głodny nie bywa. Zresztą sporo poluje, łowi tez ryby. Od razu na stole pojawił się świeżutki chlebek oraz kawior. Wiec my tak skromnie nabieramy tego ekskluzywnego żarcia na talerze, myśląc sobie, ze to tylko tak dla gości wyjął. ”Wkusne?” pyta. ”Da, da” – no to jedzcie, bo się zepsuje i przynosi cale wiadro tego frykasu… - wczoraj wyhandlował je za 20 bochenków chleba, którymi mu płaca w robocie z braku pieniędzy w kasie (a Kamczatka to tak jak i Alaska – ojczyzna łososia i jego ikra na stole dziwić nas nie powinna)…Wiktor dal nam tez rzecz najważniejszą – mapę rejonu Kluczewskiej Sopki – najwyższego wulkanu Kamczatki, gdzie planowaliśmy trekking. Mapa miała jeszcze napisy „tajna”, a jedyny jej mankament stanowiło to, ze była z 1933 roku… Odradził nam tez wspinaczkę na Kluczewską Sopkę – jest za późno i za zimno obecnie.

Pierwszego dnia udaje nam się stopem przejechać sporo ponad 300 km. Spaliśmy w jakimś futurystycznym lesie – pomiędzy brzózkami pełno było na wpół zniszczonych spychaczy, beczek, wielkich metalowych rur, walały się gąsienice od dziwnych pojazdów, a niedaleko był cmentarz pełen nie krzyży, ale czerwonych, sowieckich gwiazd- tam spoczywali bohaterowie Sojuza…

Następnego dnia (to już 17 września – pamiętna data w historii polsko – rosyjskiej…) szybko łapiemy stopa aż do samego Kozyriewska – ponad 250 km z kolesiem handlującym benzyną. Nawet do „promu” przez rzekę Kamczatkę dorzucać się nie musieliśmy! W Kozyriewsku kupiliśmy rzecz bardzo ważną – wielkie kalosze (dla każdego z osobna). Kiedy szliśmy sobie piechotą przez wioskę zaczepił nas jakiś mężczyzna i od słowa do słowa doszło do tego, ze za niewielkie pieniądze podwiezie nas swoim wielkim Krazem ponad 30 km dzielące nas od rzeki Studzionnej wzdłuż której mieliśmy wędrować, aby dojść do grupy potężnych wulkanów. I dobrze się stało, bo droga wiodła przez spore rzeczki, które ciężko byłoby nam przekroczyć piechota. Na pożegnanie dał nam jeszcze reklamówkę pełną kartofli.

Pierwszy dzień wędrówki – ruszamy dość późno – namiot po deszczu musi wyschnąć i trzeba się porządnie najeść – oj, spalimy tu dużo kalorii!!! Idziemy potężnym korytem rzeki. W tej chwili rzeka to jakieś 5-6 metrów szerokości dość bystrego nurtu, ale patrząc jak wiosenne roztopy poszerzyły koryto do co najmniej kilometra to dziękuję w myślach wszelkim bogom, ze nie musze przekraczać tej wody np. w kwietniu… Wędrówka jest dość ciężka – po kamieniach – raz malutkich, takich ze łatwo o potkniecie, raz olbrzymich, ze nic innego nie zostaje jak się na nie wspinać albo je obejść. Często trzeba przekraczać odnogi rzeki, ślepe koryta, czasem wspinać się na wysoki brzeg, aby ominąć rzekę płynącą tuż przy potężnych skalach. Pierwszy nocleg w drodze wypada dość wcześnie - przemoczyliśmy kalosze, w które wierzchem dostała się woda. Po rozbiciu namiotu odkrywamy ślady wielkiego, kamczackiego niedźwiedzia. Od razu jakoś dziwnie się nam robi – tutejszy misio to największy szary niedźwiedź świata. Miejscowe ludy, a także wielu rosyjskich myśliwych i naukowców utrzymuje, ze na Kamczatce wciąż żyją kopalne niedźwiedzie, wielkością dwukrotnie przekraczające normalne… A my na tyle głupi jesteśmy, ze gotujemy tuz obok namiotu, a plecaki z żarciem składamy parę metrów od nas…

Kolejne dni to podobna wędrówka. Raz nie dało się ominąć rzeki i musieliśmy zbudować most (i to bez siekiery).Najpierw przyczółek z belek i dziesiątków wielkich kamieni, potem dwie duże belki jako „bazę” i w końcu ogromny pień zwalonego drzewa przytaszczony kosztem litrów potu, bólu pleców i skapania się w błocie. Udało się!!! Ale oczywiście nie przyszło nam do głowy poczekać do rana kiedy prąd rzeki jest najsłabszy (w nocy w górach jest mróz, lodowce nie topnieją i poziom wody w rzece opada.) Raz zabłądziliśmy odchodząc od rzeki, zrobiło się juz ciemno i po wodę do gotowania musieliśmy się wrócić do cuchnącej kałuży zrytej kopytami łosi, jeleni i łapami niedźwiedzi…

Po czterech dniach znaleźliśmy się w wysokogórskiej tundrze mając tuz obok potężne wulkany – Tolbaczika, Zimną, Plaską (wszystkie ponad 3000 m) oraz Kamien i Kluczewska Sopke – obie prawie po 5000 metrów. Noce zrobiły się zimne diabelnie. Marznę – wszak mój śpiwór jest do +15… Śpię we wszystkim co mam, nawet w płaszczu przeciwdeszczowym i folii termicznej! Ale te zimne noce na dużych wysokościach oferują coś w zamian – tak pięknego nieba nie widziałem chyba jeszcze nigdy!!! A kiedy wyjdzie księżyc wszystko wygląda jak w zaklętej bajce!

23 września zdobywamy wulkan Bezimiennoj. Z naszej mapy wynika, ze ma 3161 m, ale po ogromnej erupcji pod koniec lat 70 urwało ze 300 metrów stożka. Do tej pory wciąż z wnętrza wulkanu wydobywają się dymy i fumarole. Wejście, nie licząc dwóch momentów pionowej skały wysokiej na kilka metrów, nie było trudne technicznie, lecz ciężkie fizycznie – to wulkan i ściana ciągle ma nachylenie około 50 – 60 stopni. Poza tym śnieg jest miękki i wciąż się zapadaliśmy. Ale widoki ze szczytu mieliśmy wspaniałe!!! Zejście jest za to bajecznie łatwe, ba – pędzimy jak ostatnie bałwany za nic mając możliwość wpadnięcia w szczelinę czy skręcenie nóg – wizja kubłów herbaty, które ugotujemy na dole, wizja żarcia nawet świętego by pchnęła w objęcia Belzebuba… Wracamy nieco inna drogą niż wchodziliśmy – nasza uwagę przykuwa dziwna górka – wygląda jakby ktoś ułożył ją z kamyków. Mapa mówi, ze nazywa się Planica… Dobrze, ze zapamiętałem ten szczegół…

Ale zimno w nocy było!!! Woda w naszym garnku, dość głębokim zresztą , zamarzła do dna. Dziś pokonaliśmy przełęcz sporą, a za nią kilka kilometrów dalej odkryliśmy niezamieszkaną chatę wulkanologów. W dobrych, tłustych czasach Rosji Radzieckiej obserwowano tu działalność tej najbardziej aktywnej na całym terytorium ZSRR grupy wulkanów. Nasza mapa („A kogo to dziwi” jakby powiedział facet z reklamy pewnego piwa) nic nie mówiła nam o żadnej stacji wulkanologicznej więc radość była tym większa, że zapowiadało się spanie pod dachem domu, a nie namiotu i że może w końcu nie będzie tak zimno!!! (płonne nadzieje – mokre drzewo zgromadzone obok chaty paliło się w piecu gorzej niż źle…). Domek posiadał stół, ławy. Najbardziej mnie cieszyło, że słyszałem jak na zewnątrz wyje wiatr, a ja sobie siedzę w środku, gdzie tego wiatru nie ma!!! Pod wieczór zza chmur wynurzyła się Kluczewska Sopka – najwyższy, czynny wulkan Euroazji. Potęga – 4788m!!!Widok zrobił swoje i choć raz podjęliśmy rozsądną decyzję: NA TEN SZCZYT SIĘ NIE ZAŁAPUJEMY!!! W naszej obecnej kondycji fizycznej (podczas dotychczasowego tygodnia trekkingu straciłem już około 4 kg!!! – polecam to wszystkim pragnącym szybko się odchudzić!), wobec aury pogodowej i wielkości góry nie porywamy się na zdobywanie. Wystarczy, że na Bezimiennoj weszliśmy.

Kolejny dzionek . To nie jest jednak ZWYKŁY DZIONEK. Ten dzień będę pamiętał do końca życia – dużo się w ciągu niego wydarzyło… „Boże, jak ja kocham Związek Radziecki „!!! – tak szczerze chyba żaden pionier nie krzyczał!! .”Jak ja kocham ten pieprzony sowiecki bałagan, ten ich burdel!!! ”Klepię Adama po ramionach, walę go po plecach i wrzeszczę: ”Człowieku , patrz na to - dzięki temu żyjemy „ i pokazuję mu stertę porzuconych desek, zardzewiałą beczkę po ropie, na wpół rozwaloną „kozę” i powyginaną stertę blach!!! Zanoszę też wszelkie możliwe dzięki do Allaha, Jezusa, Buddy, Lorda Kriszny i Wielkiego Manitou, że mamy ze sobą zapalniczkę. I to działającą!!! Od paru godzin łazimy we mgle białej i gęstej jak broda świętego Mikołaja. Łazimy w siąpiącej mżawce, po bezdrzewnej, zimnej, nieprzystępnej i nieprzyjaznej wysokogórskiej tundrze. I co najmniej 150 kilometrów w linii prostej dzieli nas od najbliższej ludzkiej osady……

Jak to się stało ? – wczesnym popołudniem nasza trójka wyszła na mały trekking z opuszczonej chatki wulkanologów. Ot, tak sobie wyszliśmy – rozgrzać mięśnie po wspinaczce na Bezimiennoj. Obejrzeć okolicę… Piękna pogoda, cud rozkoszne słoneczko w niecały kwadrans zmieniło się w zimny, przejmujący deszcz i paskudnie gęstą mgłę prosto z filmów z Kubą Rozpruwaczem. Lecz w końcu jest druga połowa września, w końcu to wysokie góry, w końcu to Syberia…

A nieco wcześniej się rozdzieliliśmy… I teraz - zagubieni zupełnie, przestraszeni, po ponad dwóch godzinach błądzenia, ogromnym zbiegiem okoliczności znajdujemy wręcz „na ślepo” pozostałości dawnego obozu radzieckich wulkanologów – ot, komunistyczna niedbałość – „po co to wszystko ze sobą zabierać”?

Po niecałej godzinie stoi prowizoryczne schronienie, a w „kozie” płonie ogień, dając zbawcze ciepło. Czas wlecze się w nocy powoli. Spędzamy ją nerwowo drzemiąc, półsiedząc – półleżąc na ziemi w tej prowizorycznie skleconej budzie. Nie myślę, że tu zamarznę, że zginę, że nigdy nie napiję się piwa, że nigdy dziewcząt zaczepiać już nie będę, że przyjaciół nie zobaczę, że nawet być może nikt nigdy nie znajdzie moich szczątek doczesnych. Bo niby kto ma ich szukać ??? Kto, oprócz dalekiej rodziny wie, że jestem gdzieś na Kamczatce, półwyspie rozmiarami większym niż Polska ???A nawet rodzina pojęcia nie ma gdzie teraz jestem dokładnie… Od prawie dwóch tygodni nie widzieliśmy człowieka, nawet jego śladów tylko tropy niedźwiedzi – tylko one są tak duże i głębokie,aby odciśnięte w gruncie pozostać tam na dłużej…

Tak naprawdę całą moja głowę zajęły słowa piosenki Grzegorza Turnau „Dwa są życia modele, dwa są życia sposoby „… Dlaczego akurat ta piosenka? – a skąd ja mam to wiedzieć ????Przeganiam melodię, przeganiam słowa, na biednego pana Turnau sypia się dziesiątki przekleństw… A utwór dalej wypełnia moje myśli…

Świt przynosi moment przejaśnienia - ot tyle, aby ujrzeć szczyt wulkanu Zimna – już wiemy mniej więcej gdzie się znajdujemy i w którym kierunku tak na oko powinniśmy iść… Po chwili mgła z powrotem się zagęszcza, a w miejsce mżawki pojawia się mokry śnieg. Robi się też zimniej . Idziemy godzinę , dwie, cztery. Ani śladu naszej chaty… Później się okazało, że przeszliśmy niecałe 50 metrów od niej – niczego nie widząc, niczego nie słysząc. Powoli zaczęło ogarniać nas zwątpienie – „A może już zostaniemy tu na zawsze?

Przechodzimy obok dziwnej górki, zbudowanej z małych kamieni , jakby ułożonych ludzką ręką. Widzimy tylko jej podstawę, a to już budzi moje zainteresowanie. ”Chłopie – mówię – przecież to Planica, pamiętasz ją? – na mapie zaznaczona była”!!! . ”Diabli wiedzą – Planica czy nie, człowieku tu pełno takich górek, zresztą tylko jej dół widzimy… ” - słyszę w odpowiedzi. Ale z braku jakiejkolwiek alternatywy idziemy wzdłuż jej podstawy, a potem mocno pod górę. Dochodzimy do metalowego słupka z tabliczką „1408” – guzik mnie obchodzi, co ta cyfra oznacza. „Przyjacielu, dwa dni temu wracając spod Bezimiennoj BYLIŚMY TU!!! ” – wrzeszczę przekrzykując wyjący na przełęczy wiatr. Po następnych dwóch godzinach, bardzo późnym wieczorem, co parę metrów lustrując wąski horyzont przez lornetkę, dopełźliśmy do chaty wulkanologów, gdzie mieściła się nasza tymczasowa baza. Walimy pięściami w okno – widzę Wieśka w środku – równie dobrze mógł być to Bolesław Chrobry, Freddie Kruger, Biil Gates czy generał Patton – nic mnie to nie obchodziło – widok ludzkiej twarzy jeszcze nigdy mnie tak nie ucieszył…

W nocy miałem koszmary. Ocknąłem się mokry od potu – tego ze strachu spowodowanego snem i tego od folii termicznej, która owinąłem śpiwór – ciało nie oddycha poprzez nią i cala wilgoć zostaje w ubraniu i śpiworze.

Pogoda dalej nie najlepsza i nigdzie się nie ruszamy – gotujemy i jemy, jemy i gotujemy: czas nieco kalorii wepchnąć do organizmu! Z nudów posprzątaliśmy chatę i zamiatając ją znalazłem igłę!! – i jak tu wierzyć przysłowiom!

Zrobiło się nieco cieplej i śnieg zaczął topnieć. Jak się nic nie zmieni na gorsze, to jutro idziemy dalej. Nic się nie zmieniło i poszliśmy stamtąd. W nocy niedźwiedź dobijał się do chaty – słyszeliśmy walenie, tłuczenie i ryki. Przypominało mi to różne znajome pijackie łomotania do drzwi – za dużo w życiu podobnych słyszałem (i wielu byłem sam autorem…).Ale skąd pijak tutaj ? – „ eto wot miszka kotoryj był cielowiekom „. Dziwne to trochę- jest jesień, w niższych rejonach jest mnóstwo jagód, borówek, grzybów, ryb, a ten tutaj ? – na tej wysokości, w tej surowej tundrze? Następnego dnia na resztkach śniegu pełno było śladów łap. Dobrze, ze nie wypadło spanie w namiocie!

Przeszliśmy dziś niewiele – jakieś 7 km. Znaleźliśmy kolejny domek, ale ten to była rozbita rudera. Zawsze to jednak lepiej niż spędzić noc w namiocie. W tej szopie znaleźliśmy kaszę manną przeterminowaną o siedem lat. Ugotowaliśmy ją (ze dwa kilogramy) i zjedliśmy całą… Już jak kładłem się spać było mi zimno. Poza tym miałem obtarte nogi – po błądzeniach we mgle tak przemoczyłem buty, ze musiałem je przyczepić do plecaka i nałożyć kalosze. A kalosze w górach = obtarcie… Spałem może ze dwie godziny – było mi za zimno, musiało być poniżej -10 stopni. I prześladowała mnie wizja żarcia – bigos mego ojca, fasolka po bretońsku w studenckim barze, ba, nawet znienawidzonej kalafiorowej bym pożarł cały garnek!!! Kolejnego dnia nie idziemy, a suniemy. Jesteśmy zmęczeni już mocno, bardzo mocno. Co kilkadziesiąt metrów lustrujemy przez lornetkę horyzont w poszukiwaniu największej stacji wulkanologicznej „Apachonczi”. Ma być duża, być może zamieszkała. Pić nam się chce bardzo – po drugiej stronie gór (tej bardziej naświetlonej podczas dnia) nie ma żadnych strumyków, roztopów czy kałuż. Znajdujemy jakąś chatę, ale nie bardzo pasuje do opisów „Apachonczi”. Ale stoi wiadro z wodą!!! – nie interesują mnie komary, muchy i inne robactwo na jej powierzchni… Spędzamy tu nerwową noc – wiatr wyje strasznie i wieje tak, ze namiot pewnie by odleciał…

Rano wyruszamy po śladach ciężarówki. Wypiliśmy resztkę wody i teraz nie mamy jej w ogóle . Ale nie martwi to nas, bo schodzimy w dół, a tam zawsze jest wilgotniej. Zresztą skoro są ślady kol to i do ludzi niedaleko. Ale szybko ślady kół odbijają w zupełnie nie tym kierunku co trzeba więc idziemy na „skróty” – suchym korytem strumienia, który musi przeciąć ślady kół, bo innej możliwości nie ma!

Dziarsko maszerujemy, potem już tylko idziemy, a w końcu ledwo posuwamy się do przodu. 5, 10, 15 kilometrów… Wody nie ma, śladów nie ma. I na co ci dedukcja człowieku w Sojuzie??? W końcu koryto strumienia kończy się. Kończy się tez zasięg mapy… Idziemu już na „kompas” – kierując się na południe dojdziemy do kolejnego pasma górskiego, a gdzie góry tam i woda. To jedyny „pewnik”. Ale ile to kilometrów?- tego już nie wiemy! Przebijamy się przez tajgę do zmierzchu. Ciągle patrzę przed siebie. Patrzę, patrzę i widząc to co widzę wrzeszczę: „Nie, nie, nie wierzę, to niemożliwe!!! ”W miejscu, które się wydawało kolejną gęstwiną do przebicia się, stoi słup, a na nim przewody, biegnące do kolejnego słupa!!! Skąd one? Obok słupów biegnie solidna, leśna droga, pełna śladów kół!!! Mimo pragnienia ostrym tempem przebywamy jeszcze ze 20 km. Ale wody dalej nie ma. Robi się ciemno, bez rozbijania namiotu walimy się na ziemię. Kładziemy wszystkie metalowe przedmioty w trawę – rano zbierze się rosa i kilka łyków będzie. Ale zasnąć ciężko. Pić, pić!!! I Nagle wymęczony mózg rejestruje dźwięk pracy silnika. Co to? Śni się coś? Po paru minutach stoimy obok trójki młodych Rosjan, jadących motocyklem z budą na polowanie. Są pijani jak prałat papieski!!! Oferują nam wódkę, ale co tam wódka!!! Sami ją pijcie!!! Ale mają też wodę na szczęście (dla nich nie na szczęście – co to za zapojka? – woda???) Wprawdzie tylko litr, ale wystarczyło, aby nas ożywić! A ze chłopaki nic na kaca rano mieć nie będą? – nie pijcie alkoholu, to kaca nie będzie!!!

Rano rosy nie ma. Ale niedaleko od nas znajdujemy puszkę po starej konserwie rybnej i jest w niej nieco wody. A jeszcze później znajdujemy beczkę po ropie, w której tez jest woda. Wprawdzie z kolorowymi plamami po paliwie, śmierdząca zgniłymi liśćmi i z robakami, ale to WODA!!! Idziemy jeszcze około 25 km. Nigdy nie sądziłem, że tyle we mnie sil drzemie. Ale jeszcze trochę to chyba bym padł i ciężko by było ze wstaniem… Słyszymy warkot – znowu jedzie motocykl z doczepioną budą – to milicjant wracający z polowania. Zabiera nas do siebie (tzn do domu gdzie stoi na stancji). Gospodarze - starsi, przemili ludzie stawiają na stół wszystko co mają, a wiele nie mają. Jesteśmy tak wyczerpani, że nie mamy sił na nic tylko pijemy herbatę. Kiedy milicjant idzie się ogolić, babcia szepcze „Wy w gorodzje Kljuczi – eto wojenna zona, zakryta dla inostrancow, kak u was niet propuska wam nado bystro uchodzit”. Babciu, ale jak tu iść i gdzie? Obdarowani kilkoma kilogramami ziemniaków, marchwi, buraków poszliśmy do lokalnego hotelu. Pół nocy pijemy herbatę i jemy, wepchaliśmy w siebie po kilka litrów płynów i żarcia. Pojawiła się dyrektorka hotelu i każe nam uciekać o świcie – tu niebezpiecznie (jej syna kilka dni wcześniej tak pobito, ze zabrano go do szpitala w Pietropawlowsku), nie macie pozwolenia na pobyt w Kljucziach, a jutro rano ten pokój mają „zanjac wazne gieneraly”… O świcie wymykamy się więc. Zaraz za miasteczkiem zabierają nas rozklekotanym pudłem doroznicy – w sercu tajgi remontują drogę łączącą Pietropwalowsk z portem Ust Kamczack. Trafiamy do „bazy” – ogromne zgromadzenie sprzętu, ludzi, baraków. Jemy obiad ze wszystkimi , każdy jest nas ciekawy, tak jak i my ich. To twardzi ludzie. Spędzamy tam kilka godzin, a potem podrzucają nas do Kozyriewska. Próbujemy jeszcze coś złapać dalej, ale nic nie jechało. Pod wieczór wracamy wiec do Kozyriewska i idziemy do najokazalej wyglądającej chaty. Jest tylko dzieciak i radzi nam iść do dyrektora szkoły. Dyrektor to nauczyciel w-f, a zarazem instruktor karate. Zaprasza nas do siebie, ale podaje nam tylko kawę – powiedział, ze jak nam da jeść to jutro jego dziecko będzie głodne! Od 6 miesięcy nie dostał wypłaty i nie wie jak przeżyje zimę! Możemy spać w sali gimnastycznej, ale mamy nie zapalać kuchenki…

W Kozyriewsku utkwiliśmy na pięć dni!!! Po trzech dniach czekania w rowie za miastem podjechał facet, co ostatnio nas podwiózł do doroznikow w lesie i powiedział, ze może nas zabrać do innej bazy, tuz za Kozyriewskiem, tam odpoczniemy, a za dwa dni będzie wiózł ludzi do Milkowa (jakieś 250 km w pożądanym przez nas kierunku) i może nas zabrać ze sobą. Tak wiec spędzamy dwa dni pośród ludzi tajgi - żelaznych ludzi, takich „co nie gniotsa nie lamiotsja”. Widać jednak, ze zmęczeni są - i przez życie i przez alkohol. W zadymionych barakach widzieliśmy ile ci słowiańscy bracia mogą wypić!!! Ile suszonej ryby zeżreć z cebulą i czosnkiem!!! Prości to ludzie, niewykształceni, ale prawdziwi! Ale nam już też wiele rzeczy niestrasznych – na zewnątrz było może ze 3-4 stopnie, a ja się rozebrałem prawie do naga i kąpałem się w lodowatej rzece. I zimno mi nie było!

Trafiamy w końcu do Milkowa. Jest już późny wieczór, ciemno. Ale w busie był Siergiej… Siergiej zabiera nas do swego domu. Gości wszystkim co ma – jedliśmy więc i mięso łosia i niedźwiedzia! Siergiej to inżynier drogowy. Zarabia dużo więcej niż zwykły robotnik, z którymi mieliśmy przez ostatnie dni do czynienia, ale kiedy tylko ma czas albo w „martwych „ miesiącach zapuszcza się w tajgę i poluje. A na koniec, abyśmy nie „krepowali się” zostawia nam swój dom i wszystko co w nim jest i idzie spać do sąsiada (ale ja myślę, że z nas słaba klientela do picia była i poszedł tam kontynuować zabawę..).Ot i wot, russkaja dusza…

Następnego dnia czekaliśmy i czekaliśmy za miasteczkiem na okazję, a nic nie jechało. A ze śniadania nie jedliśmy to wróciliśmy do miasta coś przekąsić. I spotkaliśmy kierowcę busa, co jechał do Pietropawlowska i brakowało mu ludzi do kompletu. Pierwszy raz pojechaliśmy za pieniądze na Kamczatce. Na noc zjechaliśmy do Wiktora. Sam gospodarz wybrał się na polowanie, a jego żona nie bardzo zadowolona była, ze ma kolejne gęby do nakarmienia i to aż trzy – młode, duże i głodne. Ale, że to już był koniec naszej włóczęgi to postanowiliśmy cale nie wykorzystane żarcie oddać pani domu i od razu jej nastawienie do nas uległo zmianie (było jeszcze sporo tych produktów - sosy, zupy w proszku, buliony, ryże, kuskus)

Cały dzień spędziliśmy w Pietropawlowsku Kamczackim (port lotniczy mieści się w Elizewie, około 20 km od P.K.) pętając się po brudnym, zabłoconym mieście oraz po brzegu pełnej śmieci i brudów Zatoce Piotra i Pawła nad Oceanem Spokojnym (to co Rosjanie potrafią zrobić z przyroda jest sennym koszmarem nie tylko obrońców przyrody, ale i zwykłego człowieka Zachodu).Po powrocie do domu znalazł się i Wiktor. Eh, chyba zaimponowaliśmy mu, skromnie mówiąc. Następnego dnia odlecieliśmy do Chabarowska.

Na miejscu spodziewamy się już kłopotów – wszak w telewizji oglądanej u Wiktora słyszeliśmy, ze energia elektryczna podrożała o 100%!!! W kasie biletowej na dworcu od razu wywęszyli, że jesteśmy obcokrajowcami. Nowa cena dla Rosjan to 620 rubli i po obliczeniach okazuje się, ze brak nam 25 rubli! Idziemy na pocztę – oddaję niewykorzystane znaczki pocztowe. Brakuje 8 rublii! Wyciągamy co mamy drogocennego i usiłujemy to sprzedać. To była lekcja pokory, ale udaje się upłynnić świetną niemiecka latarkę za 10 rubli. Mamy kasę!! Ale na tym koniec – we wszystkich kasach skrupulatnie sprawdzają dokumenty i nie da się nikogo nabrać na numer z karteczką z nazwiskami. Nie da się przebłagać spaślaków w kasach… Na podarek dla spaślaka w kasie nie mamy forsy…

Na dwa tygodnie utkwiliśmy w Chabarowsku…

To były dziwne czasy – Internet nie istniał, a na pewno nie istniał w Rosji. Przelewy bankowe czy pocztowe nie istniały, a na pewno nie istniały w Rosji. I w ogóle w Rosji nie istniały żadne pewne środki przekazu gotówki - chyba, ze z łapy do łapy. ..Rosja wówczas sięgnęła dna. Nic nie funkcjonowało normalnie - zdażały się historie jak z Dzikiego Zachodu, że zorganizowane bandy napadały na pociągi Kolei Transsyberyjskiej… Skontaktowaliśmy się z polską ambasadą w Moskwie. Też dali popis niekompetencji i obojętności. Ale uśmiechnęło się do nas szczęście – jeden z konsuli raz do roku odwiedza polskie ośrodki rozrzucone po Syberii i za 12 dni ma być w Chabarowsku. „Jeśli wasi przyjaciele w Polsce przeleją pieniądze na konto ambasady w Moskwie to konsul je przywiezie… ale pospieszcie się – konsul nie ma czasu zbyt wiele…” – usłyszeliśmy przez telefon. Pierwsze dwie noce spędzamy na dworcu kolejowym – zimno tam i straszno . Otępiali, apatyczni ludzie czekają na swoje pociągi. Ludzi tych nic nie rusza, nic nie wyciąga z ich z nieustannego zamyślenia, z jakiejś dziwnej apatii. Nawet rozpaczliwe krzyki kogoś, komu właśnie coś skradziono. Złodzieje chodzą wręcz oficjalnie, bo bezkarność zapewnia im podział zysków z milicją. Śpimy na zmianę. Ilu ja psycholi, pijaków, włóczęgów widziałem! Ilu z nich przysiadało się, a to mamrocząc coś, a to szepcząc tajemniczo… Byli i nawiedzeńcy religijni chodzący boso po lodowatej podłodze i narkomani i byli komandosi z Afganistanu i Czeczenii i uciekinierzy z psichuszek i „durdomow” (domy wariatów)i wielbiciele muzycznej grupy Kiss… Zazwyczaj wystarczało powiedzieć coś niemiłego, ale niektórych nie dało się pozbyć…Tak jak kapitana milicji Wasilija Kubilowa… Pierwszego dnia spławiliśmy go, gdyż z definicji milicjant w Rosji to największy przestępca. Ale każdej nocy się przysiadał, odganiał natrętów i prosił, że jakby co to do niego… Czwartej nocy poszliśmy wiec do niego podając jego dane dla polskiego konsula. Eh, Wasia, Wasia… To jeden z najbardziej niezwykłych ludzi jakich poznałem w życiu…

Wasilij Kubillo - lejtnant milicji na dworcu kolejowym w Chabarowsku, w Primorskom Kraju. Ex - komandos specnazu. Był uczestnik wojny w Mołdawii. Człowiek uczciwy(na warunki rosyjskie) do szpiku kości. Człowiek, który, aby uratować swoją żonę chorą na raka przybył aż na koniec Rosji… Żonę uratował naczelny lekarz dalnowostocznoj armii (zamiast głównego szamana Jakucji, bo ponoć już tylko w nim była nadzieja), ale tyle za to wziął pieniędzy,że Wasia musiał oddać wszystko i zostać zwykłym milicjantem na dworcu kolejowym… Oddajmy glos Wasi: ”Pierwszy dzień jestem w pracy. Pierwsza moja akcja – widzę jak złodziej – młody, wypasiony facet wyrywa torbę starszej kobiecie. Podbiegam i tak przykładam, ze facet się sam nie podniesie. Zabieram go do tymczasowego aresztu. Kiedy się ocknął grozi mi „A wot ty bladz, swołocz jeb…, ty nie znajesz kto takoj ja, ja z samym naczalnikom znakomyj, pojdzjosz ty w piz…, a ranjszje ja tjebje ubiju blja... ty swołocz…” I rzeczywiście naczelnik każe wypuścić bandziora i daje mi naganę… No to ja wypracowuje swoją metodę: niedaleko dworca znalazłem zaułek, taki z którego nie da się zwiać . Biorę zawsze ze sobą dwóch zwykłych milicjantów, którzy obstawiają ten zaułek do którego ja sprowadzam jednego, czasem dwóch opryszków. Spuszczam im łomot jak nauczono nas w specnazie, a co mają w kieszeniach daję mojej obstawie, aby ze mną chciała chodzić na takie akcje… Do bandziorów mówię (jeśli są przytomni he he he), że jak jeszcze raz ich zobaczę u mnie to zabiję, a nerki sprzedam Chińczykom. Zazwyczaj skutkuje. Sobie nic nie biorę. Lubię się bić… ”. A że to nie bujda to obejrzałem raz Wasi trening i widząc los łamanych cegieł i desek nie chciałbym być przestępcą złapanym przez niego na dworcu w Chabarowsku. ”Wasia, a nie boisz się, ze cie zabija?” – raz matka rodziła…

Dni lecą tak samo. Za posiadana kasę kupujemy jedzenie i dla nas i dla całej rodziny. Raz Wasia zabiera nas na ryby – łowimy w samym sercu amurskiej floty wojennej – on jako milicjant macha legitymacja, a my za nim hyc, jako goście z Białorusi – koło okrętów jest najwięcej wyrzucanych resztek z posiłków i łowy tu są zazwyczaj obfite (ale nie tym razem). Pewnie byliśmy pierwszymi Polakami (i zapewne ostatnimi) wewnątrz rosyjskiej, wojennej floty rzeki Amur…

W końcu przyjeżdża konsul i wraz z nim pieniądze!!! Ale ceny biletów znowu poszły w górę, a my wydaliśmy tyle, że w sumie znowu nam brakuje!!! (na bilet dla obcokrajowców)… Wasia wykrada z posterunku dokumenty, tzw sprawki na których wkrótce pojawia się informacja, że my, obywatele Białorusi – Triuszin, Mierkulow i Kopotilkin straciliśmy dokumenty i na „sprawkach” jedziemy do swoich miast rodzinnych w celu wyrobienia nowych…!!! To już było za ostre!!! Ale kupujemy bilety na „sprawki” za cenę dla miejscowych i jedziemy… Przez całą Rosję - pijaną, dziką , rozbuchaną ówczesnym bezprawiem. Pierwszy lepszy milicjant, który by się połapał miałby albo awans w kieszeni i nagrodę za schwytanie „szpiegów” albo by nas gdzieś na odludziu załatwił, nikt by nas nigdy nie znalazł, a sobie wziął „materialną stronę naszego posiadania”… Kontrole były dwie – jedna na szybkiego - milicja zaraz wysiadała, bo już kogoś złupili, a druga w środku nocy - kilka zaspanych ziewnięć i ruchów nogą ubraną w dziurawą skarpetę, w kierunku twarzy kontrolującego wystarczyło, aby natręci poszli dalej…

A w Moskwie to już jak w domu. Ba, nawet na bezczelnego kupujemy bilety na „sprawki” jako Białorusini… Ten wyjazd to była niezła szkoła życia…

Zdjęcia do artykułu (6)

kamczatka01.jpgkamczatka02.jpgkamczatka03.jpgkamczatka04.jpgkamczatka05.jpgkamczatka06.jpg

Więcej z Europy