O Północy Rosji marzyliśmy już od dawna. Pomimo tego, że w Rosji byliśmy wielokrotnie, na daleką Północ nigdy nie zawitaliśmy. Była to dla nas kraina owiana specyficzną legendarnością, niedostępna i tajemnicza… Planując całą podróż nie mogliśmy obojętnie przejechać obok takich miejsc jak wyspa Walaam na Ładodze, Kiży na Onedze, czy w końcu Wyspy Sołowieckie na Morzu Białym! Miejscem docelowym był Półwysep Kolski, Workuta i Ural Polarny. Udało się wszystko!
Początek, czyli Karelia, Ładoga, Walaam, Pietrozawodsk i Kiży, co na Onedze.
Zaczęliśmy w moim rodzinnym mieście – Terespolu nad Bugiem. W Brześciu odwiedziliśmy przed podróżą naszą ulubioną restaurację i po kilku godzinach byliśmy już w pociągu zmierzającym do Petersburga. Na miejscu krótkie spotkanie ze znajomymi i znowu przesiadka, tym razem na pociąg podmiejski. Kirunek Prioziersk na Ładodze. To miał być kolejny punkt przesiadkowy, ale północna część Obwodu Leningradzkiego, nie mówiąc już o samej Karelii, są tak piękne, że nie mogliśmy się tutaj nie zatrzymać! Już samo położenie malutkiej stacyjki robi miłe wrażenie. Od torów do pierwszego jeziora jest dosłownie 5 metrów! Kiedy my zarzucaliśmy na peronie plecaki, kilka grup rosyjskich turystów ze składanymi kajakami i katamaranami już rozkładało sprzęt, żeby po dwóch godzinach rozpocząć spływy i żeglowanie po przepięknym i ogromnym systemie jezior i rzek Karelii. Zatrzymaliśmy się w małym, ale przytulnym hoteliku, który budowali jeszcze Finowie. Ceny dla ‘inostrańców’ wyższe niż dla Rosjan. Sam Prioziersk jest bardzo małym i cichym miasteczkiem, nawet w sezonie. Główną atrakcją, oprócz przyrody oczywiście, jest kamienna twierdza Korela, malowniczo położona na skarpie Wuoksy. Wszędzie bardzo widać wpływy skandynawskie. Czasami ma się wrażenie, że nie jest się w Rosji!
Przystań, z której odpływają promy na Archipelag Walaamski jest oddalona od centrum o jakieś trzy kilometry. Promy w sezonie odpływają codziennie, ale praktycznie zawsze jest komplet pasażerów. Z kapitanami daje się, mimo wszystko, dogadać i po kilku godzinach rejsu po Ładodze dopływamy do Walaamu. Ogromne, gładkie skały, czysta woda, piękne drzewa iglaste i suche podłoże są idealnymi miejscami do biwakowania. Praktycznie cała wyspa to jeden wielki, wspaniały zakątek! Tego typu miejsca to esencja wysp Karelskich! Sam klasztor nie jest duży i można całość zwiedzić w ciągu jednego dnia. Obsługa turystyczna jest niesamowicie dobrze zorganizowana. Na każdym kroku jesteśmy naprawdę miło zaskoczeni!
Po Walaamie przyszła kolej na miasta, które już samą nazwą w ogóle nie przypominają rosyjskich: Sortawala, Suojarwi, Pikajaranta. Miasteczka są naprawdę śliczne i sympatyczne, ale trzeba też przyznać, że okres władzy radzieckiej mocno popsuł miejscowy klimat, który gdyby nie to, chyba nie różnił się od tego, jaki mamy za pobliską granicą fińską.
W Pietrozawodsku mam znajomych, dlatego też pobyt tutaj był podwójnie miły. Miasto bardzo różni się od innych tej wielkości w centralnej części Rosji, oczywiście na plus. Głównym celem naszego przyjazdu tutaj było odwiedzenie Państwowego Muzeum Historyczno-Architektonicznego i Etnograficznego, czyli, po prostu, Wyspy Kiży. Miejsce, owszem, zacne, ale trochę komerchą i sztucznością już czuć. Na zobaczenie wszystkiego wystarczy kilka godzin. Muzeum, czyli cała wyspa, zamykane jest na noc. Ceny za prom w jedną stronę z Pietrozawodska bardzo się różnią. Zasada jest prosta – im dalej od centrum znajduje się przystań, tym taniej. Mimo to i tak należy zachować czujność rewolucyjną, żeby nikt z nas nie wyciągnął więcej niż trzeba… Na wyspie należy uważać na żmije, bo jest ich naprawdę sporo. Przypadków ukąszeń jest na tyle dużo, że na wyspie w sezonie działa punkt pomocy medycznej zaopatrzony w surowice. Nas nic nie ugryzło, a tylko mocno wystraszyło…
Samo przepłynięcie tzw. Meteorem trasy po jeziorze Onega jest bardzo ciekawe, ze względu na ciasne przesmyki i zatoki, przez które przepływa się z całkiem sporą prędkością, bo aż 50km/h. Na dużym, otwartym akwenie, nie robi to wrażenia, ale mijając się z innym promem w odległości 20-30 metrów można zrobić ciekawe zdjęcia i nieźle westchnąć.
Podróż z Pietrozawodska do Murmańska obfitowała w nowe znajomości, podróżnicze, a jakże! Najpierw poznaliśmy się z grupą płetwonurków, którzy jechali do Kandalakszy, nurkować w tamtejszej zatoce-rezerwacie nad Morzem Białym, potem z grupą eksploratorów chcących odwiedzić stare sztolnie w górach Półwyspu Kolskiego.
Półwysep Kolski: Murmańsk, Siewieromorsk, Monczegorsk, Kirowsk i Chibiny.
Na Murmańskim dworcu przywitała nas sfora bezpańskich psów. Już przed wjazdem do miasta było wiadomo, że to nie Karelia i takiego światła do fotografowania jak tam, tutaj na pewno nie będzie…
Samo miasto jest stosunkowo młode i jak przystało na prawdziwy, sowiecki, były ‘zakrytyj gorod’, Murmańsk jest szary, brudnawy, nieprzyjemny i na każdym kroku widać niegdysiejszą potęgę Związku Radzieckiego: pozostałości po ogromnych bazach wojskowych, stare doki remontowe, wszechobecna symbolika komunistyczna. Mojej żonie takie klimaty w ogóle nie interesują, mnie natomiast bardzo! Dlatego też biegałem z aparatem gdzie się tylko dało w mieście i okolicy. Chcieliśmy dostać się do do dzisiaj zamkniętego miasta-portu, wojennego oczywiście, ale się nie udało z powodu święta Floty Północnej, które się akurat odbywało tam w tym czasie. Na oficjalne wyrobienie przepustki nie mieliśmy czasu, a inaczej nie bardzo się dało z powodu wzmożonych kontroli i ogólnego podenerwowania zaistniałą sytuacją wszystkich miejscowych służb. Liczyliśmy na jakąś paradę okrętów wojennych po Zalewie Kolskim, ale tego roku nie było nam dane, parada miała miejsce tylko w okolicy wspomnianego, a dla przyjezdnych zamkniętego, miasta. Kto jednak bardzo chce zobaczyć atomowe okręty Floty Północnej, może pojechać na drugą stronę zalewu i z okolic osady Retinskoje próbować coś fotografować. Zalew na wysokości portu wojennego ma średnio 3,5 kilometra szerokości, więc trzeba mieć dobry teleobiektyw…
W samym Murmańsku okrętów prawie nie ma. Tylko czasami zawita jakiś, który potrzebuje akurat remontu. Pomimo tego, że było strasznie zimno i praktycznie ciągle padało, nie przestawaliśmy chodzić po mieście. Hotele są stosunkowo tanie i mają jako taki standard. Za dwa tysiące rubli można już wynająć naprawdę dobrze urządzony dwupokojowy ‘apartament’ z salonem, łazienką i kuchnią. Cena za dobę za dwie osoby. Zjeść też można w mieście dobrze i nawet nie trzeba na to wydawać sporych pieniędzy. Jak każde miasto portowe, tak i Murmańsk ma specyficzny klimat. Można tu spotkać ludzi z wszystkich republik byłego ZSRR. Białorusinów jest jednak najwięcej. Ludzie są przyjaźnie nastawieni i bardzo życzliwi, pomimo warunków, w jakich przyszło im żyć. A może właśnie dlatego?
Do kolejnego punktu naszej wycieczki zdecydowaliśmy się dostać autobusem państwowego przewoźnika. Kupiwszy bilety Murmańsk-Kirowsk załadowaliśmy się do starego i brudnego pojazdu Szwedzkiej produkcji. Podróż trwała dużo dłużej niż powinna, a to dlatego, że autobus psuł się po drodze kilka razy. Drogi są w koszmarnym stanie i nie dziwię się, że co słabsi zawodnicy 4x4 urządzają na tej trasie rajdy swoimi terenówkami. Dłuższy postój mieliśmy w mieście-kombinacie Monczegorsku. W promieniu kilku kilometrów roślinność praktycznie jest martwa, na ogołoconych zboczach gór leżą srebrne pnie ogromnych świerków i sosen. Woda w jeziorach ma nienaturalnie błękitny kolor, a złota ziemia z nią pięknie kontrastująca sprawia wrażenie totalnie wyjałowionej. O zachodzie słońca cała okolica wygląda jak sceneria z filmu katastroficznego!
Do Kirowska dojeżdżaliśmy bardzo mocno spóźnieni i o wyjściu w góry tego dnia nie mogło być mowy, tym bardziej, że wiał huraganowy wiatr, a kolory nieba nie zapowiadały nic ciekawego. Zainstalowaliśmy się w małym, przytulnym hoteliku standardem nieodbiegającym od naszych dobrych pensjonatów w górach. Miasto jest typową, stalinowską osadą, założoną tylko dlatego, że odkryto tutaj złoża bardzo wielu rud metali kolorowych. W mieście praktycznie codziennie daje się słyszeć wybuchy w okolicznych kamieniołomach! Jak powiadają miejscowi, już od dobrych kilkudziesięciu lat próbują wywieźć stąd całe góry ogromnymi Biełazami, ale te nie poddają się łatwo. Wielkie buldożery i materiały wybuchowe działają jednak nieprzerwanie…
Chibiny zrobiły na nas ogromne wrażenie, bynajmniej nie wysokością, bo są bardzo niskie, ale surowością i kolorami! Na mapie wyglądają jak gigantyczne placki lawy zastygłej na bezkresnych pustkowiach tych północnych terenów, czym i tak naprawdę są! Ten mały płaskowyż należy do jednych z najstarszych geologicznie gór świata. A dlatego, że lawa z której powstały pochodziła z wyjątkowo głębokich obszarów skorupy ziemskiej, teraz znajduje się tutaj tak wiele przeróżnych minerałów, w tym jedne z najrzadszych. Kilka dni wędrówki po tych górach dało nam nieźle w kość, ale brak szlaków i oznaczeń jest i tak bardziej pożądanym przez nas zjawiskiem, niż ich obecność. Nie mówiąc już o ‘trampkowych’ turystach… Pomimo tego, że był środek lata, zalegający na wysokości 500 m. śnieg, nie należał do rzadkiego widoku, co też i nas cieszyło, bo dodawało odrobinę egzotyki. Kamienna lawina, która zeszła obok naszego namiotu była pierwszą jaką widzieliśmy w życiu. Było to w cyrku Śnieżnym, przed Przełączą Bezimienną, gdzie zatrzymaliśmy się na pierwszy nocleg. Jeszcze ciekawsze są te góry, kiedy wejdzie się na jeden z licznych, małych płaskowyżów, które są płaskie nie tylko z nazwy. W górach jest kilka jezior, małych, ale malowniczo położonych. Wszędzie tutaj praktycznie nie ma roślinności ze względu na brak normalnej gleby, ale górskie króliki i pardwy można spotkać naprawdę często. Częste są również ślady pozostawione tutaj na każdym kroku przez ekipy geologów badających te tereny od początku lat 20 XX wieku. Wracając do Kirowska wiedzieliśmy, że wrócimy tutaj jeszcze raz, ale nie ze względu na góry, a ogromne jeziora z bardzo rozwiniętą linią brzegową otaczające to niesamowite twory matki Ziemi…
W Obwodzie Archangielskim: Wyspy Sołowieckie i Archangielsk.
Na wyspy można dostać się na różne sposoby. Drogą lotniczą i wodną. My startowaliśmy z Biełomorska, ponieważ nie chcieliśmy omijać Kanału Białomorskiego, jakże związanego z Sołowkami… Zarówno ze wspomnianego Biełomorska, jak i położonego 50 kilometrów na północ Kiemu w sezonie odpływają codziennie promy. Bilet kosztuje, w zależności od ‘przewoźnika’, od 700 do 1300 rubli. My załapaliśmy się na rejs specyficzny, bo towarowy, trochę tańszy niż normalny. Oprócz nas na całym promie było tylko kilka osób. Plusem było też to, że płynęliśmy wieczorem, kiedy Morze Białe jest wyjątkowo piękne, a letnie, ciężkie chmury burzowe w połączeniu z tęczą wywołują niesamowite uczucia w ludziach znających historie tych rejonów…
Na samej wyspie znajduje się kilka hoteli o całkiem przyzwoitym standardzie, ale znalezienie tam miejsca w sezonie bez uprzedniej rezerwacji graniczy z cudem. Ceny też są kosmiczne. Za dwuosobowy pokój w pensjonacie (na wyposażeniu pokoju dosłownie dwa łóżka + jeden mały stolik) płaciliśmy 2000 rubli. Łazienka oczywiście wspólna, z wodą naprawdę czarną, bo pompowaną z pobliskiego jeziorka torfowego. Starsze panie obok nas mieszkające, uważały, że te błotka mają właściwości lecznicze i tylko korzystać! Może i tak…
Centrum turystyczne wyspy działa bardzo sprawnie i jest naprawdę godne polecenia. Warto korzystać z ich usług, bo na niektóre ‘wycieczki’ mają na wyspie monopol. Można to oczywiście ominąć, ale nie ma co ryzykować. Może się okazać, że strażnik nie wpuści nas tam gdzie chcieliśmy wejść na własną rękę. Nie chodzi nawet o pieniądze, ale o czas, Sołowki nie są małe, a drogi przypominają trasę do testów podwozi czołgowych i przemieszczać się nie jest najłatwiej.
Poszczególne wycieczki różnią się od siebie zarówno cenami, proponowanymi ‘atrakcjami’ jak i czasem jaki trzeba na nie poświęcić. Rozrzut jest ogromny. Są wycieczki za 500 rubli od osoby, są i takie na które absolutnie nie było nas stać. Tematyka przeróżna, na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Miejscowa administracja doskonale zdaje sobie sprawę, że na turystach można naprawdę dużo zarobić i trzeba przyznać, że dbają o swoich gości bardzo dobrze, oferując im niezmiernie ciekawe wycieczki, którymi opiekują się bardzo sympatyczni i kompetentni przewodnicy.
Inną kwestią jest sfera historyczno-duchowa wysp i wszystko co z tym związane, ale to już temat na całkiem inną i dużo dłuższą relację…
Sam Archangielsk jest miastem niesamowicie sympatycznym. Nowoczesne budynki, zadbane ulice, parki, sklepy nie odbiegające od tych w naszej stolicy, dobre restauracje i hotele, zachodnie, nowe samochody, sympatyczni ludzie, ogromna ilość osób uprawiająca sport, co szczególnie rzuca się w oczy nad brzegiem Dwiny, do tego wszystkiego stosunkowo przyzwoite ceny.
Przylecieliśmy tutaj malutkim samolotem z Wysp Sołowieckich, w którym nasze dwa ogromne plecaki leżały na przejściu między siedzeniami. Z miejscowego lotniska (Vas’kovo) za symboliczne pieniądze dotarliśmy do centrum miasta gdzie szybko znaleźliśmy bardzo dobry hotel. Jeszcze tego samego dnia wyskoczyliśmy ma długi spacer. Główny plac miasta, im. Lenina, a jakże, robi wrażenie. Zadbany, z ogromnym pomnikiem Ilicza i najwyższym budynkiem w mieście. Stamtąd skierowaliśmy się na Dwinę, której szerokość w obrębie miasta dochodzi do 3 kilometrów. Tutaj, w promieniach zachodzącego słońca zakończyliśmy dzień. Kolejne dni spędziliśmy na zwiedzaniu miasta, jego zakamarków i okolicy...
Najbardziej pasjonującym miejscem jakie udało nam się odwiedzić była położona w ujściu Dwiny do Morza Białego twierdza budowana przez Piotra I, przerobiona w czasach władzy sowieckiej na obóz dla bezdomnych dzieci, potem dla dorosłych. Ostatni stali goście tego miejsca, to więźniowie zakładu karnego, który funkcjonował tutaj do końca lat 90-ych XX wieku. Dostać się tutaj nie było łatwo, ponieważ nawet sami mieszkańcy Archangielska tego nie wiedzieli. Ci bardziej orientujący się kwitowali nasze zainteresowanie jednym zdaniem: ‘Nu zacziem? Tam tol’ko tjurma’ (No po co? Tam jest tylko więzienie.) Dla nich tylko, dla nas aż, biorąc pod uwagę położenie i ‘siedzibę’! Stosujemy prostą zasadę, jedziemy czym się da w odpowiednim kierunku i znowu pytamy miejscowych. W końcu od pani zbierającej moroszkę w tamtych rejonach dowiadujemy się co i jak. Po kilku godzinach za działającym jeszcze więzieniem widzimy to, co nas tutaj przyciągnęło – Twierdza Nowodwinska, zbudowana przez Piotra I jeszcze przed znaną Twierdzą Pietropawłowską w Petersburgu. Powstała w 1701 i jeszcze tego samego roku napadli na nią Szwedzi. Tak na marginesie, to właśnie stąd pochodzi tzw. ‘Domek Piotra I’, który możemy oglądać w Parku-rezerwacie Kołomienskoje w Moskwie. W 1935 roku cała Twierdza była przekazana NKWD, które urządziło tu najpierw kolonię dla niepełnoletnich. Podstawową ‘klientelą’ były dzieci bezdomne, potem dzieci-przestępcy i oczywiście wszystkie te, których rodzice ginęli w innych obozach Gułagu. Po jakimś czasie stworzono tutaj więzienie dla dorosłych.
Do Archangielska wracaliśmy wynajętą motorówką myśląc o tym co zobaczyliśmy w delcie Dwiny. Pomimo tego, że interesuje nas historia Gułagu i że sporo czytaliśmy i wiedzieliśmy o obozach położonych w okolicach Archangielska, to jednak dopiero zobaczenie na własne oczy jednej z tysięcy byłych ‘komórek’ Archipelagu, uświadomiło nam jak straszne musiały to być miejsca. Stojąc na jednej z ‘wyszek’ i patrząc na plac byłego obozu nie mogłem powstrzymać natłoku myśli i pytań, które wtedy pojawiły się w moim umyśle. Ciągle po drodze spotykaliśmy miejsca piękne i straszne jednocześnie, jak cała Rosja…
Workuta i okolice.
W 1931 roku z Uchty wyruszyła kilkunastoosobowa grupa, która miała za zadanie rozpocząć eksploatację złóż węgla, odkrytych wcześniej w okolicach rzeki Workuty, setki kilometrów za kręgiem polarnym. Ekspedycja składająca się z więźniów i geologów dostała się tam płynąc rzekami republiki Komi. Na miejscu zbudowali obóz w którym przetrwali zimę. Po kilku miesiącach założyli pierwszą kopalnię, która dała początek jednemu z największych i najcięższych obozów pracy w całym ZSRR. Niespełna 6 lat później w kopalniach Workuty pracowało już ponad 15 tysięcy więźniów, a w roku 1951 ponad 70 tysięcy, wśród nich wielu Polaków. Tak powstało jedno z największych zagłębi węglowych w Rosji.
Pierwszy spacer po mieście, które jest naszą bazą wypadową na Ural Polarny, powoduje, że dla nas czas się cofa i dodatkowo wywołuje przedziwne uczucia. Bo jak ich nie mieć kiedy na każdym kroku, na co drugim budynku, możemy zobaczyć ogromne hasła typu: „Zdobywcom obszarów podbiegunowych – chwała!” Prawie nikt tu nie pamięta kto ‘zdobywał’ te obszary płacąc za to najwyższą cenę. Ściana dalej: „Workuta – perła Północy!”, „Pokój!”, „Chwała narodowi sowieckiemu – narodowi pracy!”, „50 lat ruchu stachanowskiego!”, „Pokój Światu!”. Sowieckie symbole znajdują się dosłownie wszędzie, na latarniach, na bramach, na ogrodzeniach. Współczesne hasła i bilbordy to głównie te związane z górnictwem: „Bohaterów swoich Workuta nie zapomni!”, „Mocne ręce górników trzymają ciebie Workuto!”, „Workuty nie zawiedziemy!”. Chodząc po ulicach miasta trudno sobie wyobrazić, że większość monumentalnych budynków, ozdobionych rzeźbami, kolumnadami, była wybudowana przez więźniów. Główna ulica miasta nosi imię wodza rewolucji Włodzimierza Ilicza Lenina. Nad linią kolejową, prowadzącą w rejon gdzie kiedyś znajdowały się pierwsze obozy, wisi napis: „Szczęśliwej drogi!”. Nic tylko jesteśmy w sowieckim skansenie! W promieniu kilkunastu kilometrów wokół miasta porozrzucane są ogromne kopalnie, które powstawały dzięki pracy zeków, którzy w latach 30 i 40 wydobywali węgiel łopatami, kilofami i wywozili drewnianymi taczkami w warunkach jakie trudno nam sobie wyobrazić. Z kilkunastu kopalń działających w czasach ZSRR, dzisiaj są czynne tylko cztery. Władze chcą je połączyć, a wszystkich ludzi z mniejszych osad górniczych przesiedlić do Workuty. Wachtowy sposób pracy jest bardziej opłacalny. Po kilku dniach spędzonych w tym dziwnym i strasznym mieście podjęliśmy jednoznaczną decyzję: jutro wyruszamy w góry! Poczyniliśmy niezbędne zakupy, łącznie z pontonem i wędką, i następnego dnia byliśmy już w pociągu relacji Workuta- Labytnangi, który miał nas zawieść do miejscowości z której planowaliśmy rozpocząć nas marsz. Większość pasażerów to pracownicy Gazpromu, pracujący w systemie wachtowym. Po kilku godzinach jazdy byliśmy na miejscu. Brak peronu, brak wchodzących osób, dwie osoby wychodzące: my. Pierwsze co poczuliśmy, to chmary komarów wokół nas. W opuszczonej, a jakże, miejscowości spotkaliśmy jednego człowieka, który zajmuje się transportem grup turystów w głąb gór. My poszliśmy pieszo, ciesząc się, że kierujemy się do miejsc dla nas nieznanych, tajemniczych, wymarzonych. To co nas tam ciągnęło to przede wszystkim przestrzeń, ale też brak zasięgu w naszych telefonach, brak tłumów turystów, czyste strumienie, przepyszne jagody, surowa przyroda i tundra, która rzeczywiście ma w sobie jakaś magię, coś niesamowitego, co powoduje, że chce się tutaj wracać pomimo tego, że cała ta kraina napiętnowana jest straszną przeszłością…