Wydanie internetoweAmeryka Północna

Dolina Śmierci, Góra Życia

Tomasz FigurskiUSA
Dolina Śmierci, Góra Życia
Mapa trasy: Dolina Śmierci, Góra Życia
Mapa trasy

Woda i benzyna

Przyjeżdżamy do San Diego, na południowy kraniec Kalifornii. Jest to miejsce magiczne; brak tu szalonego bałaganu Los Angeles, brak niespokojnych ulic San Francisco, snobizmu Malibu czy nostalgii w Santa Barbara. Czuje się natomiast wolność i spokój. Odpoczynek i sjesta wręcz "wiszą" w powietrzu - tak przynajmniej odbieramy to miejsce. To tylko jedna z "perełek" tego pięknego stanu... stanu, który przewyższa wielkością obszar Polski (ponad 400 tys. km2) i jest trzecim co do wielkości po Alasce i Teksasie. Jego północne krańce sięgają szerokości geograficznej Rzymu, zaś południowe Casablanki. Te uwarunkowania jawią nam krainę o dużym zróżnicowaniu krajobrazu, klimatu, a także nacji. Mieszkańcy mawiają: "Trzęsienia ziemi? Zanieczyszczenie? Korki?... Co z tego, kiedy wokoło jest słonecznie!"

W naszą podróż wyruszamy świtem. Przemykamy jeszcze pustymi autostradami wokół San Diego, by znaleźć się na międzystanowej "piętnastce", którą kierujemy się na północ. Bezbłędnie pracujący samochód oraz jakość drogi sprawia, iż jazda staje się czystą przyjemnością i pozwala relaksować się nawet kierowcy. Szerokim łukiem okrążamy "Miasto Aniołów", które to anioły nie panują nad ruchem ulicznym, powalając by tworzyły się gigantyczne korki, najdłuższe w jakich kiedykolwiek staliśmy i "płakaliśmy". Dalej autostrada przemyka przez Kanion Cajon, który oddziela Góry San Gabriel od Gór San Bernardino. Za nimi, naszym oczom ukazuje się Pustynia Mojave - zupełnie inny klimat i otoczenie. Brak już tej miłej, przynoszącej ulgę, bryzy znad oceanu. Drastycznie spada wilgotność powietrza, podnosi się temperatura. W krajobrazie mniej już zieleni, a co najważniejsze, mniej oznak osadnictwa i działalności człowieka. Jedynie potężna autostrada, zawiewana pyłem przez boczny wiatr, wije się pomiędzy nagimi szczytami. Do dziś w okolicy zachowało się kilka osad, obecnie nazywanych "miastami duchów", gdzie kiedyś spragnieni złota i korzyści biali osadnicy, w znoju i cierpieniu, grzebali w ziemi szukając swego "eldorado".

Nim się orientujemy pozostaje za nami wielkie skrzyżowanie w Barstow, a tym samym ponad 230 mil (1mila - 1,61km). To znak, że zbliżamy się do niewielkiej miejscowości Baker, w której postanawiamy odpocząć przed kolejnym etapem podróży: kilka domów, jeden sklep i... 5 stacji benzynowych. Tutaj tankujemy do pełna, bo pełny bak to podstawa na pustyni. Druga rzecz to woda - dla pewności, by nie było wątpliwości, kupujemy całą "zgrzewkę". Tak wyposażeni wjeżdżamy na stanową drogę nr 127. Przed nami już tylko napis: "Najbliższy serwis - 84 mile"...

Zła Woda i Paleta Artystów

Jazda przez pustynię boczną drogą to niezapomniane przeżycie. Szosa prosta jak struna, na asfalcie smugi przewalającego się po nim pyłu, na horyzoncie niby jezioro - złudzenie optyczne zwane mirażem. W oddali majaczą szczyty, których piękne kolory kuszą oczy i "zmuszają" do użycia aparatu. Co jedną milę budka telefoniczna w skromnej postaci pręta ze słuchawką, na którego czubku natknięto baterię słoneczną i mini antenę ("jesteśmy w kontakcie..."). Co jakiś czas mijamy pędzące z łoskotem wielkie ciężarówki z błyszczącymi "bajerami" w typowym, amerykańskim stylu. W naszym odtwarzaczu brzęczy rock'n'roll w wydaniu Carla Perkinsa. Droga zdaje się nie mieć końca.

Sytuacja zmienia się, jak tylko w Shoshone skręcamy w lewo, kierując się prosto w serce Doliny Śmierci. Nasze podniecenie podróżą wzmaga tabliczka z informacją o następnej stacji benzynowej za 121 mil. Mijamy granicę parku narodowego (od 1994 roku największego w tzw. stanach kontynentalnych, czyli bez Alaski i Hawajów) i zaczynamy piąć się w górę. Droga staje się coraz bardzie nachylona, a samochód coraz częściej redukuje bieg. Żeby dostać się na dno doliny należy wpierw pokonać Przełęcz Salsberry na wysokości 995 m n.p.m. - tam krótki odpoczynek i chwila wytchnienia dla samochodu i dla nas. Na zewnątrz upalnie, suchy wiatr przewala się przez łańcuch górski. Jesteśmy podekscytowani myślą, iż niedługo pokonamy poziom morza i będziemy w najgłębszym "dołku" na półkuli zachodniej. Czas ucieka, więc odpalamy silnik i mkniemy, by ujrzeć upragniony widok doliny.

Szybkość z jaką się poruszamy daje o sobie znać - ciśnienie atmosferyczne podnosi się gwałtownie (1000 m deniwelacji) i wszyscy czujemy je w uszach. Jednak widok, który ukazuje się naszym oczom całkowicie przysłania te dolegliwości. Płaskodenna dolina, o długości około 160 km i szerokości średnio 15 km, wypełniona osadami, otoczona równoległymi łańcuchami górskimi o niebywałych kształtach i kolorach, zachwyciłaby każdego. Widać pasjonującą historię tego miejsca. Wszystko zaczęło się 500 mln lat temu, kiedy powstawały skały budujące otoczenie. W późniejszym okresie, w wyniku ruchów tektonicznych zostały one pofałdowane i przesunięte. Na to nałożyła się działalność wulkaniczna, produkująca miliony ton pyłu. Jeżeli dodamy powstawanie około miliona lat temu wielkich uskoków związanych ze słynnym Uskokiem Św. Andrzeja i procesy sedymentacyjne trwające aż do początków naszej ery, dostajemy pełny obraz tego, co mamy w tej chwili przed oczami. Próbując wszystko poukładać sobie w głowach, podążamy do najniższego punktu w dolinie - BADWATER - znajdującego się 86 m poniżej poziomu mórz i oceanów.

Miejsce przytłacza swoim charakterem - po jednej stronie strome, urwiste ściany skalne, a po drugiej rozległe, płaskie, zabarwione na biało pole po wyschniętym niegdyś słonym zbiorniku. Obecnie ostała się po nim niewielka kałuża, oraz osad, którego miąższość sięga bagatela kilku tysięcy metrów! Temperatura daje się we znaki - jest ponad 100°F (ok. 40°C), jest duszno i bezwietrznie. Czym prędzej wsiadamy do samochodu, pijemy wodę i ruszamy, by przemknąć tzw. "Artists Drive"...

...A jest to trasa niezwykle malownicza. Droga poprowadzona jest zboczem i przecina szereg wąwozów. Z lewej strony rozpościera się widok na mieniące się w słońcu dno doliny, gdzie wśród wysadów solnych dopatrzono się "Diabelskiego pola golfowego" (ach, ci Amerykanie...). Z drugiej strony oczy gubią się w pogoni za kolorami Artists Palette. Mnogość barw, formacji skalnych i ich kształtów pozostawia niezapomniane wrażenie. Jak się możemy domyślić owym artystą był nikt inny, jak tylko czas, a co za tym idzie szereg procesów geologicznych, z ruchami tektonicznymi i erozją na czele. Z żalem odwracamy wzrok i odjeżdżamy. Jednakże nie są to ostatnie cuda przyrody, jakie dano nam widzieć owego październikowego dnia.

Tuf, piach i znowu benzyna

Nie później jak kilkanaście mil dalej odbijamy od głównej drogi, by podziwiać tzw. naturalne mosty. Powstały w okresie, gdy klimat był wilgotniejszy a erozja silniejsza. Powalają na kolana swoją wielkością i samym faktem, że istnieją - wyrzeźbione w miękkim wulkanicznym tufie przez płynącą z wielką siłą wodę. Ostały się do dziś jako pamiątka tamtych czasów.

Pchani pasją odkrywania rzeczy niesamowitych pędzimy dalej, aby dotrzeć do Zabriskie Point - miejsca, z którego można podziwiać inny efekt mijania dziejów. Są to piękne żłoby i pagóry powstałe w warstwach pyłu, poddanego silnym czynnikom rzeźbotwórczym. Smukłe kształty, przepiękne pastelowe kolory, ogrom formacji skalnych zatrzymuje nas w tym miejscu na parę ładnych chwil. W głowie porównuję to miejsce do widzianych niegdyś kominów Kapadocji i nie mogę uwierzyć, iż znowu mogę być częścią tak niezwykłego krajobrazu. Jakby tego było mało rozpoczyna się zachód słońca, który rozpala skały czerwonym żarem. A przecież przed nami jeszcze jeden cel - piaski pustyni.

Wyciskając ile się da z silnika naszego trzylitrowego samochodu pędzimy przez zanurzającą się w ciepłym półmroku dolinę. Powoli zwiększamy wysokość, lecz wciąż jesteśmy poniżej poziomu morza. Nasza radość jest ogromna, gdy już przy szarzejącym niebie widzimy ogromne pole wydmowe z wielkimi, górującymi nad nim, barchanami. Jak najszybciej biegniemy w tamtą stronę, by dotknąć po raz pierwszy pustynnego piasku. Jest jeszcze ciepły po całodziennym "spotkaniu" ze słońcem. Siadamy na nim i tak spędzamy ostatnie chwile tego długiego dnia. To, że był długi, okazuje się niebawem, gdy w mrokach kalifornijskiej nocy przemierzamy Góry Panamint. Tuż za Przełęczą Towne zapala się kontrolka rezerwy paliwa. Najwyższy czas, zważywszy że za nami jest już ponad 400 km od ostatniego tankowania. Z duszą na ramieniu jedziemy w stronę Lone Pine, naszej docelowej mieściny. Z wielką ulgą zauważamy majaczące w oddali neony stacji benzynowej. Po "napojeniu rumaka" szybko znajdujemy nocleg i nieświadomi otaczających nas widoków kładziemy się spać.

Piękna, wysoka, pachnąca...

Jakież zaskoczenie przeżywamy rankiem... i to z kilku powodów. Po pierwsze wcześnie wstajemy, a to nieczęsto mi się zdarza. Druga niespodzianka czeka na nas za drzwiami. Po ich otwarciu uderza w nas tak niespodziewany odór, że wydaje się najgorszy na świecie. Jest to nic innego, jak świadectwo "oddania" przez skunksy roli, jaką powierzyła im natura. Jednak szybko o tym zapominamy, bo przed nami majaczy w rannym słońcu sylwetka przepięknych gór. Mount Whitney - najwyższa góra (4418m n. p. m.) łańcucha Sierra Nevada, Kalifornii, a także całych kontynentalnych Stanów Zjednoczonych (bez Alaski) - tak nas oczarowuje, że czym prędzej chwytamy za aparaty, kluczyki do samochodu i już po chwili jesteśmy w drodze. Nasz cel to jak najbardziej się do Niej zbliżyć, na tyle tylko na ile nam oczywiście Ona pozwoli. Przemykamy wśród Wzgórz Alabama - scenerii niejednego westernu i kilka chwil później wspinamy się trawersami po zboczach góry. Naszym oczom ukazuje się widok na całą Dolinę Owens, cudownie zamgloną w porannym słońcu. W oddali majaczą ośnieżone szczyty White Mountains, a przed nami dolinka, w którą wjeżdżamy. Na jej końcu majestatycznie stoi Ona - Mt. Whitney. Dokoła wiele kolorowych traw, krzewów, coraz więcej drzew - jednym słowem otacza nas życie, którego tak brakowało w Dolinie Śmierci. Niestety pora ruszać w dalszą drogę na północ. Wracamy do motelu, pakujemy się i przy dźwiękach Iron Maiden pędzimy dalej.

Do dziś chętnie powracam myślami do tamtego dnia, w którym tak wiele się wydarzyło. Dnia, kiedy to byliśmy w najniższym punkcie Stanów Zjednoczonych, a nocowaliśmy u stóp najwyższej góry. Dnia, kiedy to bez zastanowienia pokonaliśmy 800 km nie czując porażającego zmęczenia, które zastąpiła chęć poznawania, odkrywania tego, co w naszym życiu najpiękniejsze.

Więcej z Ameryki Północnej